sobota, 4 września 2021


Ujgurzy, którzy są pochodzenia turkijskiego, niewiele mają wspólnego z Chinami. Dopiero w XVII w. ich tereny znalazły się pod rządami chińskich cesarzy i to z obcej, mandżurskiej dynastii Qing. Po jej upadku w 1912 r. podejmowane były próby proklamowania niepodległości Wschodniego Turkiestanu, co jednak skończyło się ostatecznie niepowodzeniem po przejęciu władzy w Chinach przez komunistów. Obecnie władze chińskie starają się zniszczyć kulturową odrębność Ujgurów poprzez kolonizację tej prowincji przez Chińczyków Han, zmieniając w ten sposób regionalną demografię. Wywołuje to opór Ujgurów, przybierający czasem charakter działalności terrorystycznej.

Odpowiedzią Chin są masowe represje, tworzenie obozów koncentracyjnych i ostre przepisy ograniczające swobodę religijną. Islam jest bowiem fundamentem odrębności Ujgurów i dlatego postrzegany jest przez Pekin jako zagrożenie. Paradoksem jest jednak to, że Chiny jednocześnie utrzymują bardzo dobre relacje z większością państw muzułmańskich, neutralizując w ten sposób krytykę swej antyislamskiej polityki wewnętrznej. Współpraca gospodarcza odgrywa w tym układzie rolę marchewki, a brak tolerancji na poruszanie kwestii ujgurskiej – kija. Warto przy tym zwrócić uwagę, że o ile liczne państwa muzułmańskie (np. Turcja, Katar, Arabia Saudyjska) dokonują eksportu radykalnego islamu w Europie, finansując różnego rodzaju organizacje, meczety, szkoły etc. o tyle w przypadku Chin jest to całkowicie wykluczone i jest to akceptowane przez świat muzułmański.

Co więcej, kraje muzułmańskie, w tym w szczególności Turcja i Pakistan, uczyniły z oskarżeń o islamofobię oręż w walce na arenie międzynarodowej, ale nigdy nie odnoszą ich do Chin, całkowicie koncentrując się na Zachodzie.

W kontekście Afganistanu i kwestii ujgurskiej szczególnie istotne są relacje Chin z trzema krajami muzułmańskimi (w tym dwoma sąsiadami Afganistanu): Turcją, Iranem i Pakistanem. Turcja przez wiele lat była patronem sprawy ujgurskiej ze względu na popularny w Turcji panturkizm widzący we Wschodnim Turkiestanie wschodnie kresy wielkiego świata tureckiego. Jeszcze kilka lat temu pobrzmiewało to silnie w wypowiedziach samego Recepa Tayyipa Erdogana.

Co więcej, Turcja zaczęła przerzucać dżihadystów ujgurskich do Syrii, wykorzystując ich tam do walki z Assadem. Pogorszenie relacji Turcji z Zachodem oraz fatalna sytuacja ekonomiczna w tym kraju spowodowały jednak wzrost zainteresowania Ankary współpracą z Pekinem, zwłaszcza zaś udziałem w projekcie „Pasa i Szlaku” (BRI). Erdogan doskonale wiedział, że wszelka ingerencja w sprawę ujgurską pogrzebie relacje z Chinami więc nabrał wody w usta, choć w tym samym czasie Pekin zaostrzył swoje prześladowania i wiele „islamofobicznych” krajów Zachodu zaczęło mówić o ludobójstwie. 

(...)

Pakistan jest krajem, w którym wpływy ekstremistów islamskich są bardzo silne, definicja „bluźnierstwa” jest bardzo szeroka i regularnie dochodzi do antyzachodnich zamieszek inicjowanych oskarżeniami o „ataki na islam”. Nie dotyczy to jednak prześladowań islamu w Chinach. W tym wypadku cała pakistańska elita polityczna, z premierem włącznie, unika tematu ujgurskiego jak ognia, podkreślając, że Chiny są bliskim sojusznikiem Pakistanu. Jest to oczywiście prawda, zważywszy na to, że oba kraje mają wspólnego wroga: Indie oraz na to, że Pakistan jest kluczowym państwem z punktu widzenia Pasa i Szlaku. Od 2013 r. realizowany jest program infrastrukturalny o nazwie Chińsko-Pakistański Korytarz Ekonomiczny (CPEC) obejmujący inwestycje o wartości 62 mld USD.

Warto przy tym dodać, że strategiczny szlak komunikacyjny prowadzący z Chin do Pakistanu i dalej przez Iran na Zachód, prowadzi przez wysokogórskie przełęcze, przechodząc przez Sinciang, a następnie pakistańską część Kaszmiru, czyli terytorium spornego między Pakistanem i Indiami. Co więcej, droga ta nie jest najkrótszym połączeniem Chin z Iranem, gdyż takie prowadziłoby przez Afganistan. W tym kontekście Afganistan stanowi w pewnym sensie konkurencję dla Pakistanu. Chiny wprawdzie w ostatnich latach zaczęły zwiększać swoje zaangażowanie ekonomiczne i inwestycyjne w Afganistanie, a od 2007 r. interesują się afgańskimi zasobami naturalnymi niemniej niestabilność tego kraju, toczące się walki z talibami oraz obecność Amerykanów, ograniczały możliwość ekonomicznej ekspansji Pekinu. Stawka jest przy tym bardzo duża, gdyż wartość zasobów naturalnych Afganistanu (przede wszystkim miedzi i żelaza) oceniana jest na min. 1 miliard USD. Przeszkodą dla Chin było również bardzo duże zaangażowanie inwestycyjno-handlowe Indii w Afganistanie, które wraz z USA naciskały na rząd Ghaniego, by nie rozwijał współpracy z Chinami. Np. w 2016 r. Indie i USA zablokowały plany Afganistanu włączenia się w plany BRI i CPEC.

Wycofanie się USA likwiduje te bariery i otwiera możliwość wznowienia rozmów na temat włączenia Afganistanu w BRI i CPEC, niemniej potencjalnie może rodzić też nowe wyzwania i zagrożenia. Nie jest żadną tajemnicą, że Pakistan jest głównym sponsorem talibów i bez jego wsparcia nie byłyby możliwe tak wielkie sukcesy obecnej ofensywy przeciwko siłom rządowym. Np. szpitale w Kwecie są obecnie przepełnione talibami rannymi w starciach z siłami rządowymi. Pakistan jest więc dla Chin kluczowym partnerem jeśli chodzi o porozumienie z talibami, którzy ze swej strony również nie mogą ignorować sojuszu pakistańsko-chińskiego.

defence24.pl

14 lipca do premiera Mateusza Morawieckiego, Zbigniewa Ziobry i Mariusza Kamińskiego wystosowany został międzynarodowy apel w sprawie zatrzymania Bartosza Kramka. Podpisało się pod nim kilkadziesiąt osób publicznych i organizacji. Byli wśród nich również zagraniczni senatorowie i eurodeputowani.

W reakcji na to rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn wysłał e-maile do zagranicznych sygnatariuszy pisma, w których przekonywał, że popełnili błąd stając w obronie Kramka.

"Choć wydaje się być oddanym działaczem na rzecz praw człowieka, dowody zebrane przez polskie władze sugerują, że założył i prowadził program prania pieniędzy w jednym ze swoich biznesów powiązanych z Fundacją Otwarty Dialog. Fundusze pochodziły z nieznanych źródeł, m.in. z Rosji. Dowody w tej sprawie są rzetelne, wyczerpujące i obciążające, co skłoniło niezawisły sąd do osadzenia go w trzymiesięcznym areszcie" – pisał Stanisław Żaryn.

– Tego e-maila wysłaliśmy do części sygnatariuszy, którzy podpisali się pod listem w obronie pana Bartosza K. Część tego listu budzi w mojej ocenie wątpliwości, czy osoby spoza Polski miały szansę dotrzeć do źródłowych informacji związanych z tym śledztwem, natomiast sam apel jest nasączony pewnymi sformułowaniami, które próbują tę sprawę upolityczniać — komentował w rozmowie z Onetem rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych.

Onet skontaktował się z senatorem Roberto Rampim, jednym z sygnatariuszy listu w obronie aktywisty. Członek Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy zapewnia, że "działalność pana Kramka i jego Fundacji Otwarty Dialog (ODF) jest mu znana od wielu lat". Polityk zaznacza, że działalność Fundacji jest dla niego istotna, ponieważ "współpracuje przy niezliczonych przypadkach prześladowań politycznych i łamaniu praw człowieka na obszarze postsowieckim".

- Wiem też o ich zaangażowaniu w ochronę praworządności w Polsce i o tym, jak złości to polski rząd — mówi Roberto Rampi.

- Teraz widzę pana Kramka zatrzymanego na podstawie zarzutów, jakie polskie służby otrzymały z Rosji i Mołdawii, obu państw, w których wraz z ODF broniłem praw człowieka. Znając te fakty, jak można postrzegać to zatrzymanie jako coś innego niż represje polityczne, zemstę za działania pana Kramka? To hańba — dodaje Roberto Rampi.

Włoski europarlamentarzysta podkreśla, że cała sprawa jest dla niego podejrzana. - Od braku niezależności prokuratury i służb specjalnych po fakt, że zarzuty są niemal jak kopiowane z Rosji czy Białorusi — uważa Roberto Rampi.

- Widzę tłumienie przez polskie władze wszelkich głosów krytycznych, coraz bardziej podobne do postsowieckich dyktatur i to budzi moje zmartwienie. Wydaje się, że rząd nasila represje, korzystając z kontrolowanych przez siebie sądów i prokuratury, aresztując krytyków takich jak Kramek i wnosząc oskarżenia przeciwko innym, jak na przykład liderek Strajku Kobiet, jednocześnie starając się uciszyć niezależne media — wskazuje.

onet.pl

piątek, 3 września 2021


Mimo że część środowisk prawicowych ostrzyło sobie wcześniej zęby na współpracę z Państwem Środka, za kadencji Trumpa Polska podporządkowała się bez szemrania amerykańskiej polityce względem Chin. Rządowi nie zadrżała nawet powieka, gdy został upokorzony przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a w sprawie podatku cyfrowego w czasie jego wizyty we wrześniu 2019 roku. Wspólna deklaracja wymierzona w Huawei w sprawie sieci 5G i tak została podpisana.

Nie inaczej było w sprawie unijno-chińskiej umowy inwestycyjnej CAI, którą Berlin forsował wbrew oporowi Waszyngtonu. Jeszcze w grudniu – ufając być może własnej propagandzie głoszącej, że Trump ma jeszcze szanse objąć prezydenturę mimo wyborczej przegranej – minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau ostrzegał przed szybkim przyjęciem umowy i wskazywał, że potrzeba szerszych konsultacji, transparentności i zaangażowania w negocjacje „naszych transatlantyckich sojuszników”.

Przeprowadzka Joe Bidena do Białego Domu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmieniła polską politykę wobec Chin. Pierwszy sygnał wysłał Andrzej Duda, który zaszczycił swoją obecnością lutowe spotkanie przedstawicieli 17+1, choć większość delegacji obniżyła rangę swoich delegacji. Kilka tygodni później za ciosem poszedł minister Rau, który nie tylko odwiedził Pekin, ale w czasie wizyty wychwalał CAI jako najlepszą opcję dla Europy i Chin, zachwycał się chińską cywilizacją i jej sukcesami w walce z koronawirusem, a także sondował chińskie wsparcie dla Polskiego Ładu. W tym samym czasie Biden montował antychińską koalicję, która ma dać odpór chińskiej inicjatywie Pasa i Szlaku.

krytykapolityczna.pl

Wielu politologów uważa wybory prezydenckie za okazję do rekonfiguracji systemu partyjnego. Tu – w odróżnieniu od wyborów parlamentarnych – wystarczy mieć jednego dobrego kandydata lub kandydatkę, nie trzeba uwzględniać sprzecznych interesów kierownictwa i aktywistów partyjnych, a środki, których trzeba użyć, są nieporównywalne z innymi kampaniami. Dobry wynik w 1995 roku stworzył szansę ugrupowaniu Jana Olszewskiego (Ruch Odbudowy Polski), które w szczytowym okresie popularności odnotowywało nawet kilkunastoprocentowe poparcie sondażowe. Pięć lat później drugie miejsce Andrzeja Olechowskiego stworzyło okazję do zbudowania Platformy Obywatelskiej. W 2015 roku podobny kapitał zbudował Paweł Kukiz, a pięć lat później – Szymon Hołownia.

Co więcej, przypadki partii, które nie wystawiały – z różnych powodów – własnych kandydatów, są równie poważnym argumentem za tą „partyjną” funkcją wyborów prezydenckich. W 1990 roku nie zaistniało w nich Stronnictwo Demokratyczne i w odróżnieniu od ZSL-PSL zniknęło rok później z Sejmu, w 2000 kandydata nie wystawiła Unia Wolności, a przeprowadzone w 2001 roku wybory sejmowe pozbawiły ją na trwałe reprezentacji parlamentarnej. Wiele wskazuje na to, że słaby wynik lewicy w wyborach 2015 roku był w jakimś stopniu pochodną wystawienia kandydatury Magdaleny Ogórek.

A co istotnego dla sceny partyjnej wydarzyło się rok temu? Po pierwsze, utrzymała się dominacja PiS, która mogła już wtedy doznać uszczerbku. Bo wynik 51 do 49 tyle właśnie oznacza. Po drugie, do gry weszli dwaj nowi aktorzy: Szymon Hołownia i Rafał Trzaskowski. Ten pierwszy wokół sukcesu w pierwszej turze (13,87 proc.) zbudował nowe ugrupowanie polityczne. Ten drugi – znacznie lepszego wyniku (30,46, a w drugiej turze 48,97 proc.) nie potrafił przez rok zdyskontować. To pokazuje, że dobry wynik w wyborach prezydenckich nie przenosi się automatycznie na sukces w perspektywie najbliższych lat.

Pewną szansę dostała też prawica spod znaku Konfederacji, której kandydat dostał sporo powyżej miliona głosów, powtarzając wynik tej formacji sprzed roku. To dużo, bo taki na przykład kandydat ludowców dostał zaledwie 1/3 poparcia dla PSL (2,36 proc.), a kandydat lewicy – mniej niż 1/5 wyniku sejmowego tej formacji (2,22 proc.). Możemy zatem powiedzieć, że wynik wyborów prezydenckich zablokował możliwość budowania się lewicy i ludowców. Ta pierwsza odzyskała szanse po manifestacjach Strajku Kobiet. Ludowcy nie wyszli jednak poza sferę gier gabinetowych, nie przeczytali słabych wyników Kosiniaka-Kamysza jako wotum nieufności wobec strategii. A przecież formacje parlamentarne, których kandydaci uzyskali po 2 proc., powinny potraktować taki wynik jako ostrzeżenie.

W jakimś stopniu wyniki przeczytano za to na Nowogrodzkiej i podjęto próbę dotarcia do młodszej i wielkomiejskiej publiczności – temu służyć miała niepopularna wśród własnych zwolenników idea „piątki dla zwierząt”. PiS również upewnił się w tym, że największe przyrosty zawdzięcza własnym programom socjalnym, które działają lepiej niż wzmożenie światopoglądowe elektoratu tradycjonalistycznego.

Zrozumiał też, że za bardziej prawdopodobne należy uznać przepływy części własnych wyborców pod skrzydła Konfederacji niż odwrotnie – pozyskiwanie wyborców tej formacji dla siebie. Umacnianie tradycjonalistycznego skrzydła to zatem raczej metoda powstrzymywania odpływu wyborców niż ich poszukiwania. Oraz funkcja powstrzymywania emancypacji Zbigniewa Ziobry i jego współpracowników. Dlatego właśnie słabnący PiS nie będzie miał wyłącznie kłopotów z opozycją jako taką, ale także ze swoją prawą (zewnętrzną i wewnętrzną) konkurencją.

(...)

Nie doczytano natomiast wyników w otoczeniu Rafała Trzaskowskiego. I to mimo faktu, że jego kampania była znakomitą korektą wysiłków sztabu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Lekcja, którą odrobiono wiosną 2020, poszła jednak na marne. Trzaskowski wymyślił ideę własnego ruchu społecznego, abstrahując od realnego układu sił w opozycji. Miał szansę zbudować się jako lider wyrastający ponad Platformę, mający szansę tworzenia korzystnej dla tej partii, ale niezdominowanej przez nią wizji wspólnej opozycyjnej przyszłości. Trzaskowski dostał w drugiej turze 10 milionów głosów, ale zachowywał się tak, jak gdyby nie wiedział, skąd one pochodzą, jak gdyby była to prosta funkcja jego osobistej popularności.

(...)

A jednak sporo z analizy wynika. Na przykład bardzo niewielkie wzrosty (kilka punktów procentowych) popularności w słabiej zurbanizowanych powiatach województwa kujawsko-pomorskiego i Wielkopolski, i to nie tej wschodniej, należącej w XIX wieku do zaboru rosyjskiego, tylko tej długo pozostającej pod panowaniem pruskim, a potem niemieckim. Dokonało się to w warunkach wysokiego wzrostu frekwencji i przejęcia owej nadwyżki niemal w całości przez Andrzeja Dudę. To zatem kolejna, obok ziem zachodnich przestrzeń, w której PiS zdobywał tereny wcześniej dla niego niedostępne.

Zestawiając tę wiedzę z analizą sukcesów wyborczych Hołowni, a wcześniej także świetnych wyników sondażowych Kosiniaka-Kamysza nietrudno było wpaść na pomysł, że droga do zwycięstwa prowadzi przez sformułowanie oferty do niepisowskich wyborców ze wsi i małych oraz średnich miast. A to dlatego, że Hołownia zbudował swój elektorat nie na wielkich miastach, lecz właśnie na powiatach o przeciętnym poziomie urbanizacji: powyżej 20 proc. w województwie lubuskim i na Opolszczyźnie oraz w powiatach o przeciętnym poziomie urbanizacji, bliskie 20 proc. w Wielkopolsce i na Śląsku. Spekulacje mówiące, iż jest to kandydat typowo wielkomiejski i właściwie klon Ryszarda Petru – wzięły w łeb, podobnie jak wiele innych teorii budowanych zgodnie z metodą data free. To poparcie na wsi, czy szerzej na prowincji – widoczne było już wiosną, gdy plakaty i bannery Hołowni pojawiały się obok Dudy częściej niż jakiekolwiek inne. Wielkie miasta pozostały za to nieprzekonane i głosowały na Hołownię tylko nieznacznie powyżej średniej krajowej – jedynie w rodzinnym Białymstoku Hołownia przekroczył poziom 20 proc. poparcia.

krytykapolityczna.pl

Dziesięć lat temu biochemik dr Mark Kozubal z Uniwersytetu Stanowego Montana badał dla NASA gorące źródła w Parku Narodowym Yellowstone. Chodziło o odnalezienie organizmów żywych zdolnych przetrwać w ekstremalnych warunkach. Podczas poszukiwań odkrył nowy gatunek mikroorganizmów, któremu nadał nazwę Fusarium flavolapis.

Są to malutkie grzyby, zawierające olbrzymią ilość protein. Na jeden gram posiadają ich o 50 proc. więcej od przebogatego w białko tofu. Informacjami o swoim odkryciu dr Kozubal podzielił się z Thomasem Jonasem, który właśnie rzucił posadę prezesa firmy produkującej kosmetyki i urządził sobie dłuższe wakacje. Wkrótce obaj założyli start up Sustainable Bioproducts, obecnie przemianowany na spółkę Nature's Fynd. Od 2012 r. dr Kozubal doskonalił technologię przetwarzania grzybka Fusarium flavolapis na coś, co wyglądałoby jak mięso lub ser oraz tak samo pachniało i smakowało. Podobna sztuka udaje się już wielu innym producentom substytutów mięsa. Jedynie w USA wartość tego rynku szacowana jest na 7 mld dolarów i co więcej błyskawicznie rośnie. Ostatnimi laty o ponad 20 proc. rocznie.

Jednak, jeśli zamiennik pod względem smaku i właściwości odżywczych ma niewiele się różnić od oryginału, wówczas jego wyprodukowanie generuje spore koszty. Jeden z największych wytwórców substytutów mięsa z roślin, firma Beyond Meat z Los Angeles, chwali się od roku sukcesywnym obniżaniem cen produktów. Mimo to kilogram ich burgerów "wołowinopodobych" nadal jest o ok. 20 proc. droższy od oryginału. Sztuczne mięso hodowane w laboratorium z komórek macierzystych kosztuje jeszcze drożej. Tymczasem grzybki dr Marka Kozubala w gorącej zawiesinie namnażają się niczym drożdże, bez generowania nadmiernych kosztów. Nic więc dziwnego, iż po zapoznaniu się z wytworzonymi z nich hamburgerami, kotletami, serem śmietankowym, jogurtem oraz nuggetsami najbogatsi ludzie świata zwietrzyli dobry interes.

(...)

Branża mięsna jedynie w USA rocznie "przetwarza" na mięso i jego pochodne ok. 32 mln sztuk bydła, 9 miliardów kur, 241 mln indyków. Oferując przy tym pół miliona miejsc pracy bezpośrednio przy hodowaniu i "przetwarzaniu" oraz ponad 5 mln przy pakowaniu oraz dystrybucji. Każdego roku amerykańscy konsumenci wydają na zakup mięsa w sklepach ok. 75 mld dolarów. Nie wykazują przy tym zbyt wielkich chęci, żeby masowo przechodzić na weganizm. Podobnie zresztą jak w innych, bogatych krajach. Dzieje się tak, mimo propagowania w mediach zdrowego żywienia z ograniczaniem w menu przede wszystkim produktów odzwierzęcych. Generalnie ludziom mięso po prostu smakuje.

dziennik.pl

Przyszłość Europy często sprowadzana jest do jednego z dwóch scenariuszy: w pierwszym, sojusz transatlantycki nadal kwitnie i jest w stanie odeprzeć zagrożenia ze strony Chin i Rosji. W drugim, partnerstwo Zachodu rozluźnia się, pozostawiając Europę zbyt słabą, by uniknąć stania się półwyspem Eurazji, pod jakąś formą kontroli ze strony gigantów ze wschodu.

Istnieje jednak trzeci, mniej dyskutowany scenariusz, który jest równie tragiczny dla Europy – taki, przed którym ostrzegał w swoim eseju były sekretarz stanu USA i stary transatlantycki lis Henry Kissinger: co się stanie, jeśli Europa straci swoją niezależność nie na rzecz Moskwy czy Pekinu, ale Waszyngtonu? W tym scenariuszu wspólnota transatlantycka rozpada się, ale Stany Zjednoczone pozostają w Europie jako swego rodzaju obca potęga, choćby po to, by nie dopuścić do wkroczenia swoich wielkich rywali.

Niektórzy uważają, że to już zaczyna się dziać. Filozof polityczny i historyk Luuk van Middelaar zakończył niedawny wykład w Paryżu słowami: – W naszych relacjach z Ameryką być może przechodzimy ze statusu partnerów do statusu wasali. Trump dał nam tego wczesny sygnał.

Jak ujął to w tym tygodniu Pierre Vimont, sekretarz generalny Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, Europejczycy potrafili kiedyś powiedzieć "nie", gdy było to konieczne. Jednak brak inwestycji w obronę oraz mniejsza siła przebicia technologicznego i finansowego sprawiły, że nie chcą lub nie mogą już wpływać na amerykańskie kalkulacje. Vimont obawia się, że "koncepcja Europy jako wasala jest coraz bardziej widoczna".

Rzeczywiście, coraz częściej wygląda na to, że stanowisko Stanów Zjednoczonych wobec swoich sojuszników stało się dokładnym przeciwieństwem tego, co było kiedyś. Azja i Europa zamieniły się miejscami.

W czasie zimnej wojny Waszyngton nie wahał się korzystać ze swojej władzy w bardziej dosadny sposób, gdy miał do czynienia z Japonią, Indonezją czy Filipinami. Warto było napiąć trochę muskuły, jeśli miało to zapobiec komunistycznemu zamachowi stanu w Dżakarcie czy Manili.

Dziś to Europa wygląda jak pole gry, a nie jak gracz.

Jak jasno stwierdził podczas swojej wizyty w Paryżu w listopadzie ubiegłego roku ówczesny sekretarz stanu USA Mike Pompeo, Waszyngtonowi zależy jedynie na zapobieżeniu współczesnej wersji komunistycznego zamachu stanu: przejęciu przez Chiny europejskich firm technologicznych.

onet.pl

wtorek, 24 sierpnia 2021


W czasach Zimnej Wojny licząca ponad 300 tys. żołnierzy niemiecka armia dysponowała bardzo silną obroną przeciwpancerną. Składały się na nią środki mające zwalczać nieprzyjacielskie pojazdy opancerzone na dalekim dystansie, w tym artyleria lufowa i rakietowa z amunicją kasetową oraz lekkie śmigłowce Bo-105 z wyrzutniami przeciwpancernych pocisków kierowanych HOT, których było ponad dwieście. Kolejną „warstwę” stanowiły niszczyciele czołgów z naziemnymi wyrzutniami HOT i TOW. Wysokim nasyceniem środkami przeciwpancernymi charakteryzowały się też jednostki piechoty z ppk Milan oraz granatnikami przeciwpancernymi. Na szeroką skalę używano również systemów minowania. Nie sposób nie zapomnieć także o wojskach pancernych Bundeswehry liczących swego czasu ponad 4 tys. czołgów, w tym Leopard 2 i starsze Leopard 1.

A jak sytuacja wygląda dzisiaj? Wbrew pozorom – całkiem dobrze. Pomimo redukcji stanów liczebnych, Niemcom udało się utrzymać i rozwinąć system obrony przeciwpancernej, bazując na nowoczesnej technologii, a w ostatnich latach jest on dynamicznie wzmacniany. To sytuacja zupełnie odmienna na przykład od obrony powietrznej krótkiego zasięgu, która przed dekadą została zredukowana praktycznie do zera, a sami Niemcy dopiero się zastanawiają jak ją odbudować.

Jeśli chodzi o obecne zdolności Bundeswehry, to posiada ona dwa systemy, które można uznać za służące do obrony przeciwpancernej na dalekim dystansie. Pierwszym są śmigłowce Tiger, uzbrojone w pociski PARS 3LR oraz starsze HOT-3, które albo już są albo niedługo zostaną wycofane. Te pierwsze są rakietami naprowadzanymi termowizyjnie o dużej prędkości, a dzięki systemowi celowniczemu na wirniku Tiger może wystrzelić salwę czterech pocisków w ciągu dziesięciu sekund, a następnie ukryć się za przeszkodą. Program PARS był opóźniony, jednak w ubiegłym roku niemiecki resort obrony informował o zakończeniu dostaw rakiet. HOT-3 to starszy system przeciwpancerny kierowany przewodowo, wymagający więc eksponowania śmigłowca po odpaleniu rakiet. Niemcy mają łącznie 57 Tigerów, z czego 40 przeznaczonych jest do wykorzystania operacyjnego. (...)

Drugim systemem obrony przeciwpancernej służącym do rażenia celów „na dystans” są pociski precyzyjnego rażenia SMArt 155, używane do haubic 155 mm Panzerhaubitze 2000. Każdy z nich dysponuje dwoma podpociskami, naprowadzającymi się za pośrednictwem radaru milimetrowego oraz systemu termowizyjnego i rażącymi cele opancerzone z góry ładunkami formowanymi wybuchowo (typu EFP). Zapewnia to wysoki stopień skuteczności zwalczania celów opancerzonych. (...)

Kolejną „warstwą” obrony przeciwpancernej Bundeswehry są przeciwpancerne pociski kierowane odpalane z wyrzutni lądowych. Do niedawna podstawę potencjału w tym zakresie stanowiły dość już stare rakiety Milan 2, odpalane z wyrzutni przenośnych, ale też z dostosowanych do tego BWP Marder, na których montowano wyrzutnie, obsługiwane przez żołnierzy we włazach. Milany są jednak zastępowane przez pociski MELLS, pod taką odmianą służą w Niemczech ppk Spike-LR/LR2, produkowane przez Eurospike. (...) Niedawno zakończyły się jednak testy BWP Puma zintegrowanego z wyrzutnią MELLS, po czym podpisano kontrakt na seryjną integrację prawie 300 wozów, z uwzględnieniem prawa opcji dla ponad 40 Pum, skierowanych do zestawu sił natychmiastowego reagowania NATO VJTF zamówienie złożono już wcześniej. (...)

Wróćmy jednak do obrony przeciwpancernej Bundeswehry. Do odpalania pocisków MELLS mają też być dostosowane lekkie transportery Wiesel, przenoszące pierwotnie pociski TOW i służące w pododdziałach wsparcia jednostek zmotoryzowanych oraz powietrznodesantowych, a więc tych które nie mają bojowych wozów piechoty. Na Wieselach, podobnie jak na Marderach, sposób odpalania jest jednak dużo prostszy, bo odbywa się to z włazu, podczas gdy w Pumie pocisk przeciwpancerny jest w pełni zintegrowany z systemem kierowania ogniem.

Nota bene, pojazdy Wiesel zostaną przynajmniej częściowo zastąpione przez transportery Boxer z wieżami z armatami 30 mm i wyrzutniami Spike, co będzie stanowić ważne wzmocnienie zdolności obrony pododdziałów zmotoryzowanych. Dziś bowiem niemieckie transportery tego typu nie mają wyrzutni ppk, ale jedynie zdalnie sterowane stanowiska strzeleckie z lekką bronią. Z kolei nowe wieże ma otrzymać kilkanaście wozów w każdym batalionie, pełniących rolę wsparcia.

Oczywiście kluczową rolę w niemieckim systemie obrony przeciwpancernej pełnią czołgi, mianowicie ponad 260, a docelowo ponad 320 Leopardów 2 w sześciu batalionach pancernych i jednostkach wsparcia. Wozy te są stopniowo modernizowane i już około 2026 roku większość z nich należeć będzie do wersji 2A7V, co oznacza możliwość stosowania amunicji przeciwpancernej o zwiększonej przebijalności pancerza w stosunku do tej używanej w Leopardach 2A5 i A6.

Wreszcie, niemiecka armia dysponuje nowoczesnym uzbrojeniem przeciwpancernym do walki na krótkim dystansie. Podczas gdy większość sił zbrojnych państw NATO stawia na lżejsze granatniki, których zadaniem nie jest penetrowanie przednich pancerzy nowoczesnych czołgów, ale niszczenie lżejszych pojazdów, rażenie słabych punktów czołgów czy umocnień, to Niemcy nadal utrzymują i rozwijają zdolności pozwalające na zwalczanie z użyciem granatników nawet ciężkich, chronionych pancerzem reaktywnym. Tą funkcję pełni w Bundeswehrze granatnik Panzerfaust 3, który ma być zastąpiony przez system RGW 110. Oczywiście uzupełnieniem są lżejsze RGW 90, w tym w wersji z amunicją programowalną, jeszcze lżejsze RGW 60, a od niedawna także lekkie kierowane pociski Enforcer, zakupione niedawno dla sił specjalnych. Podstawowym środkiem na poziomie pododdziału jest jednak i pozostaje granatnik ze zdolnością do zwalczania ciężko opancerzonych celów. Ostatnim elementem obrony przeciwpancernej Bundeswehry, o którym dzisiaj powiemy, są przywracane do służby systemy układania min.

defence24.pl

Doświadczenia z 2015 r. pokazały, że temat migracji rzeczywiście budzi takie emocje wśród opinii publicznej i że mogą być one dodatkowo podgrzewane kampanią dezinformacyjną. Warto przy tym zaznaczyć, że w 2015 r. tylko część ówczesnego kryzysu (tj. migracja na kierunku wschodnio-śródziemnomorskim) miała charakter ataku demograficznego przeprowadzonego przez Turcję, podczas gdy główny strumień migracyjny na kierunku środkowo-śródziemnomorskim miał w zasadzie charakter naturalny. Niemniej występująca od samego początku dezinformacja łącząca strumień migracyjny płynący z Afryki z syryjskim kryzysem uchodźczym doprowadziła do dezorientacji europejskiej opinii publicznej i wymieszania pojęć, na czym zresztą dodatkowo skorzystał Erdogan odgrywając rolę „powstrzymującego migrację” i żądającego za to wynagrodzenia finansowego i politycznego (coś co obecnie w sposób nieudolny próbuje naśladować Łukaszenko). Ponadto wojna informacyjna, w którą wówczas bardzo mocno zaangażowała się Rosja, nie miała na celu wsparcia jednej ze stron toczącego się wtedy w sposób bardzo emocjonalny sporu. Rosja bynajmniej nie miała interesu w tym by wspierać skuteczne powstrzymywanie migracji do Europy. Jej celem było natomiast wzmacnianie ekstremalnej narracji obu stron w celu polaryzacji opinii publicznej i przez to destabilizacji sytuacji wewnętrznej w Europie. Idealnym efektem takiego działania byłyby krwawe starcia między zwolennikami polityki całkowicie otwartych drzwi a zwolennikami strzelania do migrantów na ulicach europejskich miast.

(...)

Tymczasem Łukaszenko całkowicie zaniedbał tę kluczową tj. informacyjno-propagandową stronę ataku bronią D. Białoruś nie była znana dotąd jako kraj „przyjmujący uchodźców”, zresztą dystans dzielący ten kraj od Bliskiego Wschodu czy Afryki powoduje, że trudno uznać, że osoby pochodzące np. z Iraku znalazły się tam w sposób naturalny. Łukaszenko swoje działania przeciwko Litwie zaczął przy tym od ściągania Irakijczyków co miało zapewne na celu wywołanie strachu przed przenikaniem w ten sposób terrorystów ISIS. Problem w tym, że Irak, choć wywołuje skojarzenia z ISIS i zagrożeniem terrorystycznym (w dużym stopniu jest to przesadzone) ma dość umiarkowany potencjał migracyjny. Wprawdzie kraj ten jest pogrążony w licznych problemach wewnętrznych ale nawet w czasie wojny z ISIS Irakijczycy nie stanowili dużego odsetka migrantów zmierzających do Europy. Ponadto wielu z nich później wróciło do Iraku. Wynika to m.in. z tego, że Irak mimo wszystko nie jest krajem biednym i nawet w najgorszych latach wojny z ISIS w Bagdadzie, Irbilu, Nadżafie czy Basrze można było spotkać migrantów zarobkowych z Bangladeszu, Filipin, a nawet Gruzji.

defence24.pl

- Konsekwencją rozległego wsparcia przez państwo sektora prywatnego w przeciwdziałaniu negatywnym skutkom epidemii była głęboka nierównowaga finansów publicznych. Deficyt budżetu państwa wyniósł 85 mld zł, a deficyt całego sektora instytucji rządowych i samorządowych przekroczył 161 mld zł. Tak wysoka nierównowaga finansów publicznych spowodowała znaczący wzrost długu publicznego. Dług ten, obliczony zgodnie z metodologią Unii Europejskiej, wzrósł w 2020 roku aż o 290 mld zł, do 1336 mld zł. Wcześniejsze zwiększenie długu publicznego obliczonego według tej metodologii o podobną wartość, jaką zaobserwowano w jednym tylko 2020 roku, trwało prawie dziesięć lat – punktuje NIK.

Polski dług publiczny, który zgodnie z metodologią unijną wzrósł z 45,6 proc. wartości produktu krajowego brutto na koniec 2019 roku do 57,5 proc. analogicznej wartości na koniec 2020 roku. Tymczasem według krajowego sposobu liczenia zadłużenie wzrosło z 43,3 proc. do 48 proc. Powodem było „wyprowadzenie” dużych operacji finansowych prowadzących do zwiększenia długu z pominięciem budżetu państwa. Przykład stanowiły np. emisje obligacji PFR i BGK, które gwarantowane były przez Skarb Państwa.

(...)

„Nasza filozofia działania jest zgodna z zalecaniami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który podkreśla, że kraje mające przestrzeń fiskalną, powinny z niej korzystać. My taką przestrzeń mamy. Wszystkie państwa Unii Europejskiej prowadzą w latach 2020-22 polityki budżetowe bez ograniczeń ze strony UE co do tempa wzrostu wydatków. KE rekomenduje Polsce prowadzić politykę budżetową wspierającą wzrost gospodarczy. Wszystkie główne agencje ratingowe potwierdziły na wiosnę posiadaną przez Polskę wysoką inwestycyjną ocenę ratingową (A- w przypadku S&P i Fitch, A2 w przypadku Moody’s) z perspektywą stabilną” – tłumaczy MF.

Ministerstwo stwierdziło, że raport NIK opiera się na strategii zarządzania długiem z września 2020 r., „której prognozy w obecnym momencie straciły na aktualności”.

bankier.pl

poniedziałek, 16 sierpnia 2021


Łukaszenko oświadczył w piątek, że nakazał całkowite zamknięcie granicy, ponieważ z terytorium Ukrainy przemycana jest broń. Z kolei owe „uśpione komórki terrorystyczne” to, według Łukaszenki, tzw. „oddziały samoobrony”. W ich działanie, według Łukaszenki, miały być zaangażowane Niemcy, Ukraina, USA, Polska i Litwa.

- Ich (komórek - red.) cel to siłowa zmiana władzy w dzień X. Oni sami na razie nie wiedzą, kiedy nastąpi ten dzień X. Trzeba do niego doprowadzić nasze społeczeństwo – powiedział polityk.

Oświadczył on także, że minionej nocy doszło do próby zabójstwa dziennikarza telewizji państwowej Ryhora Azaronka. Sprawcy zamierzali wywieźć go do lasu w bagażniku i „obciąć mu język”.

Rano w piątek Łukaszenko oświadczył, że na Białorusi zakończono „wielką operację antyterrorystyczną” i zapowiedział, że wyrazi pretensje nie „jakiemuś tam ministrowi Heiko Maasowi, lecz samej kanclerz i kierownictwu Niemiec”.

Mówiąc o wykrytych przez służby specjalne planach i działaniach „terrorystów”, Łukaszenko nie szczędził szczegółów. Wskazał m.in., że „rezerwą zbrojną” miał być chat w Telegramie o nazwie Oddziały Samoobrony Białorusi, którego „właścicielem” jest obywatel Niemiec D. Hoffman, a koordynatorką obywatelka Rosji – niejaka Dudnikowa.

Ich zamiarem, jak przekonywał Łukaszenko, było „zniszczenie dużej ilości sprzętu do wycinki lasu” w gospodarstwach leśnych, a także podpalenie kolumny samochodów, a następnie opublikowanie nagrań w internecie. Odpowiedzialna za to kobieta została zatrzymana przez oddziały specjalne Alfa – uściślił Łukaszenko.

Białoruski lider przekonywał, że ludzie, którzy chcieli wywieźć do lasu telewizyjnego dziennikarza Ryhora Azaronka, zamierzali mu „dać nożyczki, by sam obciął sobie język”. - Jeśli nie, to (miał to zrobić ten), kogo wynajęli za 10 tys. dol. – mówił Łukaszenko. Ujawnił on jeszcze jedną planowaną operację – rzekomo terroryści, kierowani przez niejakiego Sosnowskiego, zamierzali wysadzić znajdującą się w Wilejce rosyjską bazę łącznościową. Planowali przy tym wykorzystać skrytkę w obwodzie homelskim, dokąd broń i inne sprzęty zostały przemycone właśnie z Ukrainy.

W czasie swojego wystąpienia z okazji obchodzonego 3 lipca Dnia Niepodległości Łukaszenko ponownie porównał dzisiejsze działania Zachodu do nazistowskich Niemiec.

onet.pl

Wojciech Kaczmarczyk to szef Narodowego Instytutu Wolności (NIW). Pod tą dumną nazwą kryje się instytucja, przez którą rząd pompuje pieniądze do organizacji pozarządowych, związanych politycznie, światopoglądowo lub personalnie z PiS. Przykładem jest Fundacja Wolność i Demokracja, której założycielem jest szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk. W ciągu dwóch lat fundacja uzyskała prawie 900 tys. zł dofinansowania z NIW.

Pieniądze dostały też organizacje od lat popierające otwarcie PiS, takie jak Klub Ronina, Reduta Dobrego Imienia czy Ruch Kontroli Wyborów. Organizacje, w których działa wiceszef Ordo Iuris Tymoteusz Zych, dostały ok. 2 mln zł. Kilkaset tysięcy poszło do organizatorów Marszu Niepodległości.

Zanim pod skrzydłami ministra kultury Piotra Glińskiego jesienią 2017 r. powstał NIW, Kaczmarczyk kierował Departamentem Społeczeństwa Obywatelskiego w Kancelarii Premiera, który także dzieli publiczne pieniądze między organizacje pozarządowe.

Tak się składa, że za kadencji Kaczmarczyka w Kancelarii Premiera życzliwie przy wypłacie traktowane były fundacje i stowarzyszenia prowadzone przez Pawła B. To przedsiębiorca z Białegostoku, twórca kilku organizacji pozarządowych. Według ustaleń Onetu, Paweł B. to znajomy Wojciecha Kaczmarczyka.

Latem 2017 r. Kancelaria Premiera przeprowadziła dwa konkursy finansowane z unijnych środków przeznaczonych na usprawnienie procesu stanowienia prawa. Dofinansowanie dostały podmioty, w których władzach zasiadał Paweł B. — Stowarzyszenie Europartner oraz Fundacja Biznes i Prawo. W sumie chodzi o blisko 5 mln zł w kilku postępowaniach.

Fundacja Biznes i Prawo złożyła wniosek o pieniądze w konkursie na podnoszenie kompetencji prawnych przedstawicieli organizacji pozarządowych „w zakresie niezbędnym do udziału w procesie stanowienia prawa”. Twierdziła, że do końca listopada 2020 r. przeszkoli przedstawicieli organizacji pozarządowych w województwach lubelskim, podlaskim oraz warmińsko-mazurskim.

Wniosek fundacji Pawła B. został oceniony negatywnie przez dwóch oceniających go ekspertów, którzy stwierdzili, że projekt nie spełnia minimalnych wymagań, aby otrzymać dofinansowanie.

W wyniku odwołania fundacji, jej projekt został ponownie skierowany do oceny. Ostatecznie ocena projektu Fundacji Biznes i Prawo została zmieniona przez Kaczmarczyka na pozytywną, co umożliwiło fundacji jego znajomego udział w konkursie.

W ramach konkursu projekt Fundacji Biznes i Prawo znowu został oceniony nisko w porównaniu z innymi projektami, więc dyr. Kaczmarczyk polecił uruchomić dodatkowe pieniądze, których regulamin konkursu wcześniej nie przewidywał. Jednym słowem: dosypane pieniądze zostały przeznaczone na dofinansowanie najgorzej ocenionych projektów.

Po dodatkowym zastrzyku finansowym projekt fundacji Pawła B. dostał blisko 2 mln zł.

Stowarzyszenie Europartner — inna organizacja Pawła B. — wystąpiła z kolei o pieniądze na trzy projekty dotyczące „szkoleń eksperckich dla przedstawicieli NGOs” czy też „monitorowania prawa”, warte w sumie niemal 3 mln zł.

Mechanizm był podobny. Gdy eksperci nisko ocenili jeden z wniosków Europartnera — wartości blisko 1,3 mln zł — stowarzyszenie się odwołało. Po odwołaniu komisja prowadzona przez departament Kaczmarczyka uznała, że eksperci się mylą i wniosek stowarzyszenia Pawła B. dostał dodatkowe punkty. Jednocześnie departament Kaczmarczyka zwiększył pulę pieniędzy w tym postępowaniu.

(...)

W tej opowieści znajomy rozdającego publiczne pieniądze dyrektora występuje jednak bez nazwiska, jedynie z inicjałem. Dzieje się tak dlatego, że w stosunku do wszystkich wniosków składanych przez podmioty podległe Pawłowi B. — to w sumie ponad 30 projektów — prowadzone jest śledztwo CBA i prokuratury. W piśmie do Kancelarii Premiera z listopada 2020 r. prokuratura pisze wprost, że podejrzewa, iż dofinansowanie zostało wyłudzone na podstawie nierzetelnych i poświadczających nieprawdę dokumentów.

„Jak wynikało z analizy rozmów zarejestrowanych w trakcie kontroli operacyjnej Paweł B. [w piśmie jest pełne nazwisko] oraz osoby z nim współpracujące, polecali swoim pracownikom i współpracownikom tworzenie fałszywych i poświadczających nieprawdę dokumentów w celu rozliczenia dofinansowania uzyskanego na realizację poszczególnych projektów. Ponadto, w przedmiotowej sprawie przesłuchano w charakterze świadka byłego pracownika (…) który w swoich zeznaniach wskazał na nieprawidłowości w pozyskiwaniu dofinansowań i ich rozliczaniu” — pisze prokuratura do Kancelarii Premiera, żądając wydania wszystkich dokumentów dotyczących dotacji dla organizacji Pawła B.

(...)

W listopadzie 2020 r. Paweł B. słyszy pierwsze zarzuty dotyczące przekrętów. Prokuratura opisuje to szczegółowo w piśmie do Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej na początku stycznia br. Chodzi o zarzuty popełnienia trzech przestępstw — doprowadzenia Kancelarii Premiera oraz Ministerstwa Rodziny „do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości”, czyli o oszustwo. W sumie chodzi o ok. 3,7 mln zł, które rząd wyłożył na trzy projekty organizacji Pawła B., w których wykazywane miały być koszty, które „w rzeczywistości nie zostały poniesione”, zaś do rozliczeń przedkładane były „poświadczające nieprawdę dokumenty”.

Chodzi m.in. o fikcyjne wydatki na wynajem sal oraz fikcyjne zatrudnienie doradców zawodowych i psychologa, podczas gdy w rzeczywistości warsztaty nie były realizowane, zaś podpisy uczestników zostały sfałszowane, w dodatku wskazani w dokumentach trenerzy nie posiadali odpowiednich kompetencji. — Śledztwo pozostaje w toku, Paweł B. występuje w tym postępowaniu w charakterze podejrzanego — potwierdza prok. Łukasz Janyst z prowadzącej sprawę Prokuratury Okręgowej w Białymstoku.

onet.pl