wtorek, 24 sierpnia 2021


- Konsekwencją rozległego wsparcia przez państwo sektora prywatnego w przeciwdziałaniu negatywnym skutkom epidemii była głęboka nierównowaga finansów publicznych. Deficyt budżetu państwa wyniósł 85 mld zł, a deficyt całego sektora instytucji rządowych i samorządowych przekroczył 161 mld zł. Tak wysoka nierównowaga finansów publicznych spowodowała znaczący wzrost długu publicznego. Dług ten, obliczony zgodnie z metodologią Unii Europejskiej, wzrósł w 2020 roku aż o 290 mld zł, do 1336 mld zł. Wcześniejsze zwiększenie długu publicznego obliczonego według tej metodologii o podobną wartość, jaką zaobserwowano w jednym tylko 2020 roku, trwało prawie dziesięć lat – punktuje NIK.

Polski dług publiczny, który zgodnie z metodologią unijną wzrósł z 45,6 proc. wartości produktu krajowego brutto na koniec 2019 roku do 57,5 proc. analogicznej wartości na koniec 2020 roku. Tymczasem według krajowego sposobu liczenia zadłużenie wzrosło z 43,3 proc. do 48 proc. Powodem było „wyprowadzenie” dużych operacji finansowych prowadzących do zwiększenia długu z pominięciem budżetu państwa. Przykład stanowiły np. emisje obligacji PFR i BGK, które gwarantowane były przez Skarb Państwa.

(...)

„Nasza filozofia działania jest zgodna z zalecaniami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który podkreśla, że kraje mające przestrzeń fiskalną, powinny z niej korzystać. My taką przestrzeń mamy. Wszystkie państwa Unii Europejskiej prowadzą w latach 2020-22 polityki budżetowe bez ograniczeń ze strony UE co do tempa wzrostu wydatków. KE rekomenduje Polsce prowadzić politykę budżetową wspierającą wzrost gospodarczy. Wszystkie główne agencje ratingowe potwierdziły na wiosnę posiadaną przez Polskę wysoką inwestycyjną ocenę ratingową (A- w przypadku S&P i Fitch, A2 w przypadku Moody’s) z perspektywą stabilną” – tłumaczy MF.

Ministerstwo stwierdziło, że raport NIK opiera się na strategii zarządzania długiem z września 2020 r., „której prognozy w obecnym momencie straciły na aktualności”.

bankier.pl

poniedziałek, 16 sierpnia 2021


Łukaszenko oświadczył w piątek, że nakazał całkowite zamknięcie granicy, ponieważ z terytorium Ukrainy przemycana jest broń. Z kolei owe „uśpione komórki terrorystyczne” to, według Łukaszenki, tzw. „oddziały samoobrony”. W ich działanie, według Łukaszenki, miały być zaangażowane Niemcy, Ukraina, USA, Polska i Litwa.

- Ich (komórek - red.) cel to siłowa zmiana władzy w dzień X. Oni sami na razie nie wiedzą, kiedy nastąpi ten dzień X. Trzeba do niego doprowadzić nasze społeczeństwo – powiedział polityk.

Oświadczył on także, że minionej nocy doszło do próby zabójstwa dziennikarza telewizji państwowej Ryhora Azaronka. Sprawcy zamierzali wywieźć go do lasu w bagażniku i „obciąć mu język”.

Rano w piątek Łukaszenko oświadczył, że na Białorusi zakończono „wielką operację antyterrorystyczną” i zapowiedział, że wyrazi pretensje nie „jakiemuś tam ministrowi Heiko Maasowi, lecz samej kanclerz i kierownictwu Niemiec”.

Mówiąc o wykrytych przez służby specjalne planach i działaniach „terrorystów”, Łukaszenko nie szczędził szczegółów. Wskazał m.in., że „rezerwą zbrojną” miał być chat w Telegramie o nazwie Oddziały Samoobrony Białorusi, którego „właścicielem” jest obywatel Niemiec D. Hoffman, a koordynatorką obywatelka Rosji – niejaka Dudnikowa.

Ich zamiarem, jak przekonywał Łukaszenko, było „zniszczenie dużej ilości sprzętu do wycinki lasu” w gospodarstwach leśnych, a także podpalenie kolumny samochodów, a następnie opublikowanie nagrań w internecie. Odpowiedzialna za to kobieta została zatrzymana przez oddziały specjalne Alfa – uściślił Łukaszenko.

Białoruski lider przekonywał, że ludzie, którzy chcieli wywieźć do lasu telewizyjnego dziennikarza Ryhora Azaronka, zamierzali mu „dać nożyczki, by sam obciął sobie język”. - Jeśli nie, to (miał to zrobić ten), kogo wynajęli za 10 tys. dol. – mówił Łukaszenko. Ujawnił on jeszcze jedną planowaną operację – rzekomo terroryści, kierowani przez niejakiego Sosnowskiego, zamierzali wysadzić znajdującą się w Wilejce rosyjską bazę łącznościową. Planowali przy tym wykorzystać skrytkę w obwodzie homelskim, dokąd broń i inne sprzęty zostały przemycone właśnie z Ukrainy.

W czasie swojego wystąpienia z okazji obchodzonego 3 lipca Dnia Niepodległości Łukaszenko ponownie porównał dzisiejsze działania Zachodu do nazistowskich Niemiec.

onet.pl

Wojciech Kaczmarczyk to szef Narodowego Instytutu Wolności (NIW). Pod tą dumną nazwą kryje się instytucja, przez którą rząd pompuje pieniądze do organizacji pozarządowych, związanych politycznie, światopoglądowo lub personalnie z PiS. Przykładem jest Fundacja Wolność i Demokracja, której założycielem jest szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk. W ciągu dwóch lat fundacja uzyskała prawie 900 tys. zł dofinansowania z NIW.

Pieniądze dostały też organizacje od lat popierające otwarcie PiS, takie jak Klub Ronina, Reduta Dobrego Imienia czy Ruch Kontroli Wyborów. Organizacje, w których działa wiceszef Ordo Iuris Tymoteusz Zych, dostały ok. 2 mln zł. Kilkaset tysięcy poszło do organizatorów Marszu Niepodległości.

Zanim pod skrzydłami ministra kultury Piotra Glińskiego jesienią 2017 r. powstał NIW, Kaczmarczyk kierował Departamentem Społeczeństwa Obywatelskiego w Kancelarii Premiera, który także dzieli publiczne pieniądze między organizacje pozarządowe.

Tak się składa, że za kadencji Kaczmarczyka w Kancelarii Premiera życzliwie przy wypłacie traktowane były fundacje i stowarzyszenia prowadzone przez Pawła B. To przedsiębiorca z Białegostoku, twórca kilku organizacji pozarządowych. Według ustaleń Onetu, Paweł B. to znajomy Wojciecha Kaczmarczyka.

Latem 2017 r. Kancelaria Premiera przeprowadziła dwa konkursy finansowane z unijnych środków przeznaczonych na usprawnienie procesu stanowienia prawa. Dofinansowanie dostały podmioty, w których władzach zasiadał Paweł B. — Stowarzyszenie Europartner oraz Fundacja Biznes i Prawo. W sumie chodzi o blisko 5 mln zł w kilku postępowaniach.

Fundacja Biznes i Prawo złożyła wniosek o pieniądze w konkursie na podnoszenie kompetencji prawnych przedstawicieli organizacji pozarządowych „w zakresie niezbędnym do udziału w procesie stanowienia prawa”. Twierdziła, że do końca listopada 2020 r. przeszkoli przedstawicieli organizacji pozarządowych w województwach lubelskim, podlaskim oraz warmińsko-mazurskim.

Wniosek fundacji Pawła B. został oceniony negatywnie przez dwóch oceniających go ekspertów, którzy stwierdzili, że projekt nie spełnia minimalnych wymagań, aby otrzymać dofinansowanie.

W wyniku odwołania fundacji, jej projekt został ponownie skierowany do oceny. Ostatecznie ocena projektu Fundacji Biznes i Prawo została zmieniona przez Kaczmarczyka na pozytywną, co umożliwiło fundacji jego znajomego udział w konkursie.

W ramach konkursu projekt Fundacji Biznes i Prawo znowu został oceniony nisko w porównaniu z innymi projektami, więc dyr. Kaczmarczyk polecił uruchomić dodatkowe pieniądze, których regulamin konkursu wcześniej nie przewidywał. Jednym słowem: dosypane pieniądze zostały przeznaczone na dofinansowanie najgorzej ocenionych projektów.

Po dodatkowym zastrzyku finansowym projekt fundacji Pawła B. dostał blisko 2 mln zł.

Stowarzyszenie Europartner — inna organizacja Pawła B. — wystąpiła z kolei o pieniądze na trzy projekty dotyczące „szkoleń eksperckich dla przedstawicieli NGOs” czy też „monitorowania prawa”, warte w sumie niemal 3 mln zł.

Mechanizm był podobny. Gdy eksperci nisko ocenili jeden z wniosków Europartnera — wartości blisko 1,3 mln zł — stowarzyszenie się odwołało. Po odwołaniu komisja prowadzona przez departament Kaczmarczyka uznała, że eksperci się mylą i wniosek stowarzyszenia Pawła B. dostał dodatkowe punkty. Jednocześnie departament Kaczmarczyka zwiększył pulę pieniędzy w tym postępowaniu.

(...)

W tej opowieści znajomy rozdającego publiczne pieniądze dyrektora występuje jednak bez nazwiska, jedynie z inicjałem. Dzieje się tak dlatego, że w stosunku do wszystkich wniosków składanych przez podmioty podległe Pawłowi B. — to w sumie ponad 30 projektów — prowadzone jest śledztwo CBA i prokuratury. W piśmie do Kancelarii Premiera z listopada 2020 r. prokuratura pisze wprost, że podejrzewa, iż dofinansowanie zostało wyłudzone na podstawie nierzetelnych i poświadczających nieprawdę dokumentów.

„Jak wynikało z analizy rozmów zarejestrowanych w trakcie kontroli operacyjnej Paweł B. [w piśmie jest pełne nazwisko] oraz osoby z nim współpracujące, polecali swoim pracownikom i współpracownikom tworzenie fałszywych i poświadczających nieprawdę dokumentów w celu rozliczenia dofinansowania uzyskanego na realizację poszczególnych projektów. Ponadto, w przedmiotowej sprawie przesłuchano w charakterze świadka byłego pracownika (…) który w swoich zeznaniach wskazał na nieprawidłowości w pozyskiwaniu dofinansowań i ich rozliczaniu” — pisze prokuratura do Kancelarii Premiera, żądając wydania wszystkich dokumentów dotyczących dotacji dla organizacji Pawła B.

(...)

W listopadzie 2020 r. Paweł B. słyszy pierwsze zarzuty dotyczące przekrętów. Prokuratura opisuje to szczegółowo w piśmie do Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej na początku stycznia br. Chodzi o zarzuty popełnienia trzech przestępstw — doprowadzenia Kancelarii Premiera oraz Ministerstwa Rodziny „do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości”, czyli o oszustwo. W sumie chodzi o ok. 3,7 mln zł, które rząd wyłożył na trzy projekty organizacji Pawła B., w których wykazywane miały być koszty, które „w rzeczywistości nie zostały poniesione”, zaś do rozliczeń przedkładane były „poświadczające nieprawdę dokumenty”.

Chodzi m.in. o fikcyjne wydatki na wynajem sal oraz fikcyjne zatrudnienie doradców zawodowych i psychologa, podczas gdy w rzeczywistości warsztaty nie były realizowane, zaś podpisy uczestników zostały sfałszowane, w dodatku wskazani w dokumentach trenerzy nie posiadali odpowiednich kompetencji. — Śledztwo pozostaje w toku, Paweł B. występuje w tym postępowaniu w charakterze podejrzanego — potwierdza prok. Łukasz Janyst z prowadzącej sprawę Prokuratury Okręgowej w Białymstoku.

onet.pl

niedziela, 15 sierpnia 2021


Jak podaje "Gazeta Wyborcza", podczas składania zeznań w sądzie, ojciec Tadeusz Rydzyk zadeklarował, że "utrzymuje go zakon, nie ma żadnych dochodów i nic nie posiada". Jednym z pytań, które padło podczas przesłuchania było, czy kiedykolwiek widział wniosek fundacji Watchdog Polska o udostępnienie informacji publicznej.  

- Przepraszam, jak mam rozumieć informację publiczną? - odparł Rydzyk. - Informacji publicznej mają udzielać podmioty publiczne. My nie jesteśmy podmiotem publicznym. Poza tym informacji publicznej należy udzielać podmiotom polskim, a nie finansowanym z zagranicy. Stowarzyszenie Watchdog oficjalnie jest finansowane przez podmioty spoza Polski. Podmioty, które występują wprost przeciw przykazaniom bożym - mówił przed sądem Rydzyk.

"GW" informuje, że ojciec Rydzyk wygłosił mowę o zasługach "swojego imperium medialnego dla dobra polskiej kultury". Oznajmił też, że nie przyjmuje "żadnych pretensji", a proces jest "odbieraniem mu dobrego imienia". Na pytanie sądu, czy o udzielanie informacji publicznych, Rydzyk odparł "Ja mam wielki problem z tym określeniem "informacja publiczna". My jesteśmy podmiotem pry-wa-tnym. Nigdy żeśmy wcześniej nic takiego nie dostali z takim przymiotnikiem, żeby to było publiczne!"

Jak podkreślił ponownie podczas rozprawy redemptorysta, jego fundacja "nie ma żadnych dochodów, pensji, profitów". Ojciec Rydzyk odmówił odpowiedzi na pytanie, czy zapoznawał się z pismami sporządzanymi przez pełnomocnika w postępowaniach administracyjnych dotyczących udzielania informacji publicznej. Podczas reszty rozprawy w kwestii Lux Veritatis ojciec Rydzyk wielokrotnie zasłaniał się "niepamięcią".

Proces  formalnie jeszcze się nie rozpoczął, a sprawa ciągnie się już 5 lat. W 2016 roku stowarzyszenie Watchdog Polska wystąpiło do fundacji Lux Veritatis o. Tadeusza Rydzyka o informację na temat jej działań finansowanych z publicznych pieniędzy  - podaje portal Money.pl. Nic dziwnego, ponieważ  jak pisała "Gazeta Wyborcza", prokurator zachowywał się tak, jakby sam był obrońcą.

gazeta.pl

Rodzina królowej Wiktorii rozprzestrzeniała się po Europie, w miarę jak kuzyni i kuzynki zawierali związki małżeńskie, a królowie i cesarze, prywatnie znani jako Bercik i Jerzyk, Sasza i Nikuś, Fryc i Wiluś, wszyscy odnosili się do starej kobietki w zamku Windsor jak do „Babci”. Wszystkie jej dziewięcioro dzieci i większość wnucząt wstąpiło w związki małżeńskie, a w momencie śmierci miała już trzydzieści oro siedmioro żyjących prawnucząt. W sprawach rodzinnych od jej dictum nie było odwołania, a najdrobniejsze problemy najmłodszych wzbudzały jej żywe zainteresowanie, podczas gdy równocześnie traktowała najstarszych swych potomków prawie jak pędraków. Przy pewnej okazji czworo z jej dzieci, książę Edynburga, książę Connaught, książę Leopold i księżniczka Beatrycze, weszło po trapie na pokład królewskiego jachtu „Victoria and Albert”, aby przyłączyć się do matki, która przybyła wcześniej i udała się do swych kabin. Książę Edynburga, pełny admirał w Marynarce Królewskiej i głównodowodzący Floty Śródziemnomorskiej, poinformował dowódcę jachtu, że można odbijać, a ten wielce przepraszał i tłumaczył, że nie ma rozkazów od królowej. Dzieci, wszystkie dorosłe, spoglądały po sobie, „Czy nie zapytałeś matki”? „Nie, nie pytałem, myślałem, żeś ty to zrobił”. Książę Connaught został wysłany z misją poproszenia o zezwolenie na odcumowanie jachtu. Wiktoria, która cały przebieg wydarzeń przewidziała i tylko czekała, co się naprawdę wydarzy, skinęła głową na znak zgody.

Robert K. Massie - Drednought. Tom I

Główny inżynier Siergiej Dolid z oddziału Kleban-Byk zawdzięcza przedsiębiorstwu Woda Donbasu swoje istnienie. I do dosłownie: jego rodzice poznali się w latach pięćdziesiątych jako młodzi członkowie Komsomołu. Oboje zostali wysłani na wschodnią Ukrainę, by budować kanał, który prowadzi wodę przez 132 km. do Doniecka od rzeki Doniec na północ od miasta. Kleban-Byk leży akurat w połowie długości kanału.

Cały system – jeden, wspólny – pochodzi jeszcze z czasów radzieckich. Rurociągi o łącznej długości 12 tys. kilometrów zasilają wiele miast i miejscowości i całą infrastrukturę w regionie Donbasu.

Według Dolida, który został pracownikiem przedsiębiorstwa zaraz po studiach, system działał bez większych zakłóceń przez ponad 60 lat, dostarczając wodę do 3,7 mln konsumentów i wielu dużych zakładów przemysłowych.

Wspierani przez Rosję separatyści przejęli kontrolę nad dużymi obszarami wschodniej Ukrainy. Podczas zaciętych walk z ukraińską armią, w wyniku zniszczenia infrastruktury, zginęło dwóch pracowników przedsiębiorstwa. Woda przestała dopływać do 17 osad w części systemu zarządzanej przez Dolida.

Nie było prądu, który mógłby zasilać oświetlenie czy pompy, więc nie było też wody. – Siedzieliśmy w pracy po ciemku, nic nie robiąc – powiedział Dolid.

Po sześciu tygodniach inżynierom udało się naprawić zniszczenia. Był to jednak dopiero pierwszy z niezliczonych ataków na starzejący się system, który już wcześniej wymagał napraw. Na początku 2015 r. linia frontu przesunęła się w miejsce, w którym znajduje się obecnie, przecinając region – i jego system wodociągowy – na dwie części.

Linia frontu w wielu miejscach przecina rurociągi, stacje i zbiorniki Wody Donbasu. Źródło wody – rzeka Doniec – znajduje się na terytorium kontrolowanym przez rząd Ukrainy, ale centralna stacja kontrolna i laboratorium firmy znajdują się w Doniecku, kontrolowanym przez separatystów. Kilka kluczowych obiektów, w tym doniecka stacja filtrów, znajduje się w szarej strefie pomiędzy stronami konfliktu.

To sprawia, że obie walczące strony są od siebie wzajemnie uzależnione, jeśli chodzi o dostawy czystej wody. Oznacza to również, że niezbędna infrastruktura jest często uszkadzana w czasie walk.

(...)

Pod koniec kwietnia tego roku Rada Bezpieczeństwa ONZ po raz pierwszy jednogłośnie przyjęła rezolucję zakazującą niszczenia podstawowych struktur cywilnych podczas wojny, m.in. na Ukrainie, w Syrii i Sudanie Południowym.

W praktyce jednak wydaje się, że wielu wciąż tego nie rozumie. Ostatnie w tym roku przypadki szkód wyrządzonych przez wojsko miały miejsce w czasie walk w dniach od 5 do 8 maja i dotyczyły trzech dużych rurociągów, które – jeśli nie zostaną naprawione – nie będą mogły dostarczać wody dla 3,1 mln ludzi wokół kanału. Równolegle z tymi walkami, Rosjanie zgromadzili po swojej stronie granicy z Ukrainą ok. 100 tys. wojsk.

(...)

Ponad połowa z 10,5 tys. pracowników Wody Donbasu mieszka na terytorium kontrolowanym przez separatystów, podobnie jak dwie trzecie odbiorców.

Ukraińska spółka musi jakoś płacić swoim pracownikom i pobierać opłaty za wodę, mimo że separatyści pozwalają na operacje tylko w rosyjskich rublach, a handel i transakcje bankowe przez linię demarkacyjną są według ukraińskiego prawa nielegalne. Podobnie jak duża część terenów, na których działa, Woda Donbasu jest zmuszona do działania w szarej strefie również pod względem prawnym.

(...)

Taryfy, jakie spółka może pobierać za wodę, po stronie kontrolowanej przez rząd Ukrainy są ustalane w Kijowie i należą do najniższych w kraju. Po stronie separatystów faktyczne władze ustalają swoje taryfy, które stanowią równowartość połowy tych płaconych na terytorium kontrolowanym przez Ukrainę.

W efekcie przychody firmy nie wystarczają na wynagrodzenia, sprzęt i naprawy – nie wspominając nawet o energii elektrycznej potrzebnej do zasilania rozległej sieci.

(...)

Terytoria kontrolowane przez separatystów płacą za wodę częściowo w barterze, energią elektryczną, która jest dostarczana z elektrowni, "znacjonalizowanych" po 2014 r., oraz chlorem do uzdatniania wody, który jest obecnie dostarczany z Rosji. A ponieważ chlor może być użyty jako broń chemiczna, nie może być transportowany przez linię frontu do stacji filtrów po stronie separatystów.

onet.pl

Afirmacja użycia siły w stosunkach międzynarodowych jest umacniana przez militaryzację pamięci o wojnie i demonstracje potęgi wojskowej. Tradycyjną dla nich okazję stanowią coroczne parady z okazji Dnia Zwycięstwa, organizowane 9 maja na placu Czerwonym w Moskwie. W świetle celów kremlowskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej uwagę zwraca też podsycana odgórnie karnawalizacja mitu wojennego, i to w tonie nierzadko jarmarcznym. 9 maja to już nie tyle dzień pamięci o największym konflikcie w historii i jego społecznych kosztach, ile okazja do manifestowania – niejednokrotnie w prymitywny sposób – dumy z potęgi państwa. To już nie przekaz „wojna nigdy nie powinna się powtórzyć”, lecz „skoro tamta wojna zakończyła się zwycięstwem, to kolejna – ewentualna – też się zakończy zwycięstwem”. Ostentacyjne epatowanie symboliką militarną i patriotyczną przez propagandę państwową prowadzi do banalizowania tematyki wojennej przez społeczeństwo i bezrefleksyjnego udziału w zideologizowanych rytuałach. Do coraz częstszych praktyk podczas parad i festynów 9 maja należą stylizowanie wózków dziecięcych na czołgi czy samoloty oraz przebieranie nawet kilkulatków za żołnierzy (co koresponduje z militaryzacją edukacji i wychowania dzieci i młodzieży – (...)). Odbywają się też rajdy samochodów przemalowanych w barwy wojskowe. Stopniowo (w drugiej dekadzie XXI wieku) miejsce odchodzących z przyczyn naturalnych weteranów zaczęli zajmować rekonstruktorzy. W 2015 r. pojawiły się rekonstrukcje w postaci pokazowych rozpraw z wrogiem, w tym korytarzy wstydu, gdzie „niemieccy jeńcy” są ostentacyjnie poniżani.

Tego rodzaju teatralne rytuały stanowią wyraz symbolicznej agresji. Jest ona dowodem na daleko idące przeformułowanie sensów związanych z rocznicą Zwycięstwa. W pierwszych latach powojennych przeważała „wstydliwa pamięć” o jego ogromnej cenie i tragicznych błędach sowieckiego kierownictwa. Od lat sześćdziesiątych dominowała formuła „święta ze łzami w oczach”, którego bohaterami byli weterani. Godziła ona dumę z dokonań ZSRR (komponent państwowy, odgórny, symbolizowany przez paradę) i żałobę po poległych (komponent ludzki, oddolny, symbolizowany przez wspomnienia żołnierzy). W latach dziewięćdziesiątych, w ramach rozliczeń z totalitaryzmem, zwycięstwo przedstawiano przede wszystkim jako osiągnięte przez naród nie tyle przy wsparciu państwa, ile pomimo błędów władz. Pod rządami Putina zostało ono natomiast wpisane w ciągłość tradycji tysiącletniego imperium i oddzielone od negatywnej pamięci o reżimie stalinowskim.

„Żywa pamięć” uczestników wojny i ich rodzin jest przy tym coraz bardziej zawłaszczana przez władze, w miarę upływu czasu i wymierania jej nosicieli. Na szczególną uwagę zasługuje cenzurowanie dyskusji o blokadzie Leningradu – sakralizowanego symbolu męczeństwa i poświęcenia 27 mln obywateli ZSRR. Jest to jedno z nielicznych obecnych w oficjalnej propagandzie świadectw tragedii ludności cywilnej, lecz podlega ono odgórnej stylizacji i reglamentacji. Podobnie jak władze sowieckie cenzurowały wszelkie niekanoniczne wypowiedzi na temat blokady, tak i obecnie Kreml nie dopuszcza do głosu narracji odważających monolityczny mit o niezłomności i heroizmie narodu połączonego organiczną wspólnotą z totalitarną władzą. Ukazuje on pomnikowych bohaterów zamiast żywych ludzi, odrzucając trudne kwestie (jak problem kanibalizmu w oblężonym mieście). Sugerowanie, że inny scenariusz rozwoju wydarzeń (np. ocalenie mieszkańców dzięki poddaniu Leningradu) był możliwy, i rozważania o odpowiedzialności sowieckiego kierownictwa za skalę tragedii uważa się nie tylko za bluźnierstwo, lecz także de facto przestępstwo. Jednocześnie dramat ludności miasta wprost zestawiany jest z Holocaustem, co służy Kremlowi do forsowania wspomnianych wyżej inicjatyw dotyczących redefinicji porządku globalnego.

OSW - Naprzód, w przeszłość! Rosyjska polityka historyczna w służbie „wiecznego” autorytaryzmu

Uwagę zwraca powtarzana przez władze przestroga, że nieuwzględnienie postulatów geostrategicznych Rosji, uzasadnianych jej wyjątkową rolą w historii XX wieku, może doprowadzić do powtórzenia się wojennej tragedii. Ostrzeżenie to wybrzmiewa na tle mniej lub bardziej zawoalowanych sugestii i gróźb, powtarzanych rytualnie przez część społeczeństwa, że FR „może powtórzyć” działania wojenne, jeśli zostanie do tego zmuszona. Wielka wojna ojczyźniana i zimna wojna, w połączeniu z bieżącą konfrontacją geopolityczną z Zachodem, zlały się zatem w jedną narrację o cyklicznie powracającym „wiecznym zagrożeniu z Zachodu”, który pragnie zniszczyć Rosję. W ten sposób Kreml ostatecznie przezwyciężył odwołujące się do idei kooperacji dziedzictwo Gorbaczowa i Jelcyna.

Mit Zwycięstwa organizuje zatem wyobrażenia o historii jako o ruchu nie linearnym, ale kolistym, powtarzalnym. Stanowi tym samym najpełniejszą ilustrację autorytarnej „polityki wieczności” – regularnego powrotu w propagandzie państwowej tych samych zagrożeń, tych samych wrogów, tych samych „patriotycznych” odpowiedzi. Z uwagi na swój sakralny, mesjanistyczny charakter wielka wojna ojczyźniana to niejako archetyp wszystkich późniejszych wojen „obronnych” toczonych przez ZSRR i Rosję (interwencje w bloku sowieckim i Afganistanie oraz konflikty współczesne, jak zajęcie Donbasu czy kampania w Syrii). Ich celem było każdorazowo odsunięcie od państwa arbitralnie definiowanych lub sztucznie kreowanych zagrożeń, również poprzez działania na odległych terenach, w ramach logiki wysuniętej obrony.

Tendencyjny przekaz o II wojnie światowej i wielkiej wojnie ojczyźnianej stosowano w ostatnim czasie przede wszystkim w rozpoczętej na przełomie lat 2013–2014 antyukraińskiej kampanii dezinformacyjnej, stanowiącej przygotowanie i uzasadnienie dla późniejszego ataku zbrojnego na ten kraj. Zaktualizowano wówczas ładunek emocjonalny wojennego leksykonu:  proeuropejskich Ukraińców nazywano najczęściej faszystami i nazistami, a szczególną propagandową siłę rażenia na arenie międzynarodowej miał mieć argument o rzekomym odradzaniu się wśród nich antysemityzmu i o planach pogromów. Unia Europejska i Stany Zjednoczone jakoby wspierały „odradzający się ukraiński nazizm” („banderyzm”) i próbowały zdestabilizować Rosję, rozniecając u jej granic kolejną „kolorową rewolucję”, tym razem „faszystowską”, oraz – rzekomo – planując militaryzację Krymu przez NATO. Wszystkie te działania miały uzasadniać interwencję prewencyjną FR. Jej agresja prezentowana była od początku jako mająca na celu obronę ogólnoludzkich wartości humanitarnych i wyzwolenie ludności rosyjskiej i rosyjskojęzycznej od rzekomego zagrożenia ze strony „nazistów”. Schizofreniczne przesłanie towarzyszące napaści na Ukrainę miało przy tym potwierdzać mit rosyjskiej niewinności – w myśl sprzecznych przekazów propagandowych „nie toczyła się żadna wojna i była ona całkowicie usprawiedliwiona”.

Europejskie aspiracje Ukrainy zostały potraktowane przez Kreml jako poważne zagrożenie dla realizacji interesów mocarstwowych Rosji na obszarze poradzieckim. Dokonując ataku, Moskwa faktycznie reaktywowała Breżniewowską doktrynę „ograniczonej suwerenności”, mającą niegdyś usprawiedliwiać interwencje zbrojne w sowieckiej strefie wpływów koniecznością obrony przed wrogą ideologią. Od początku było jasne, że Kreml traktuje działania militarne na Ukrainie de facto jako quasi-zimnowojenną „wojnę zastępczą” (proxy war) z Zachodem o dominację w tradycyjnej strefie wpływów Rosji. Aspiracje społeczeństwa ukraińskiego nie tylko zatem ignorowano (w myśl jałtańskiej wizji polityki międzynarodowej, w której społeczeństwa są przedmiotem, a nie podmiotem procesów politycznych), lecz także wpisano w mit odwiecznego zagrożenia ze strony Zachodu. Towarzyszyło temu dezawuowanie samej idei ukraińskiej państwowości, przy czym w argumentacji pobrzmiewały echa sowieckiej propagandy z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku, uzasadniającej aneksje sąsiednich terytoriów. Wiosną 2014 r. Putin sugerował, że złamanie rosyjskich gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy zawartych w memorandum budapeszteńskim z 1994 r. wynikało z „przerwania ciągłości państwowości ukraińskiej” w wyniku „rewolucji”, co pozwalało podać w wątpliwość wszelkie zobowiązania Moskwy wobec Kijowa.

OSW - Naprzód, w przeszłość! Rosyjska polityka historyczna w służbie „wiecznego” autorytaryzmu

środa, 11 sierpnia 2021


Osiedle Jeziorna leży w granicach administracyjnych Siewierza, ale sprawia wrażenie nowej miejscowości tworzonej od podstaw. Przyglądając się budowie z bliska, można odnieść wrażenie, że to eksperyment, który szalony naukowiec postanowił wcielić w życie.

Powstało w szczerym polu, w pobliżu zalewu, z dala od innych zabudowań. Choć w linii prostej to zaledwie 3 km od centrum urokliwego Siewierza i 30 minut samochodem od centrum Katowic prowadzi do niego tylko jedna dziurawa droga.

Zaprojektowano je jako spokojne i przyjazne dla jego mieszkańców. Przewidziano sporo zieleni, skwerów, placyków, miejsca wypoczynku dla mieszkańców. Jest sklep, kawiarenka, gdzie można zamówić domowe racuchy, naprzeciw żłobka powstał plac zabaw, a rzut kamieniem dalej boisko do piłki nożnej i wybieg dla czworonogów. Nowa infrastruktura wciąż powstaje.

O tym, że w tym miejscu potrzebny jest samochód, przypomina tylko ogromny parking, który szczelnie wypełnia się pojazdami każdego popołudnia i pustoszeje dopiero rano dnia następnego. Jednak to, co miało być wielką zaletą tej lokalizacji, okazuje się teraz być jej przekleństwem.

Osiedle nie ma drogi rowerowej ani bezpiecznej przeprawy pieszej do centrum Siewierza. Dojazd na rynek autobusem, który kursuje co godzinę i objeżdża wszystkie okoliczne wioski, zajmuje ponad 40 minut, choć samochodem to pięć minut drogi.

Nie ma też bezpośredniego autobusu do większych miast - do Będzina i Katowic. Mieszkańcy, aby dotrzeć do pracy, szkoły, kina czy na większe zakupy skazani są na samochód.

onet.pl

Rada Unii Europejskiej zatwierdziła w czwartek sankcje sektorowe. Dotkną one takich gałęzi białoruskiej gospodarki, jak przemysł naftowy, tytoniowy i produkcja potażu, ale też systemu bankowości i obrony Białorusi. Eksport produktów z wymienionych sektorów gospodarki do UE ma zostać "ograniczony".

Nowe sankcje zakazują państwom członkowskim UE sprzedaży, dostarczania, przekazywania lub eksportu sprzętu, technologii lub oprogramowania, które mogą zostać wykorzystywane przez białoruskie władze w celu monitorowania sieci telefonicznych oraz internetu lub ich blokowania.

Analogiczny zakaz dotyczy też towarów podwójnego zastosowania, które władze Białorusi mogłyby wykorzystać do celów wojskowych, oraz produktów wykorzystywanych przez Białorusinów do produkcji towarów tytoniowych.

Białorusi ograniczono w czwartek także dostęp do rynków kapitałowych UE, a na terenie UE wprowadzono zakaz ubezpieczania i reasekuracji rządu białoruskiego oraz białoruskich organów i agencji państwowych. Europejski Bank Inwestycyjny zatrzymał też "wszelkie płatności lub transfery jakichkolwiek środków" w projektach sektora publicznego.

W tym tygodniu to już drugi zestaw sankcji nałożonych przez UE na Białoruś. W poniedziałek Bruksela zdecydowała o wpisaniu na listę osób objętych sankcjami 86 podmiotów, prawnych i fizycznych. Wygląda więc na to, że wyniesienie przez Aleksandra Łukaszenkę terroru na poziom międzynarodowy przez porwanie samolotu linii lotniczych Ryanair, do którego doszło 23 maja, poruszyło Unię Europejską na tyle, by po niemal sześciu miesiącach ciszy znów zacząć działać w sprawie reżimu Białorusi.

Samozwańczy - od czasu sfałszowanych wyborów w sierpniu ub.r. - prezydent Aleksander Łukaszenka jest tym dotknięty. W czwartek rano na propagandowym kanale w komunikatorze Telegram prowadzonym przez osobę z bliskiego otoczenia prezydenta ukazało się nagranie, z którego wynika, że Łukaszenka gotów jest na kolejne, radykalne kroki. Z wypowiedzi prezydenta skierowanej do Władimira Karanika, gubernatora Grodna, wynika, że bierze on pod uwagę wprowadzenie w kraju stanu wojennego. Miałaby to być odpowiedź na kolejne sankcje Zachodu. „Niech Karajew (asystent prezydenta ds. obwodu grodzieńskiego, dawniej szef MSW) zakłada generalski mundur. Ty też masz stopień generała. I do przodu. Będzie stan wojenny, jeśli to konieczne", grzmiał Łukaszenka.

O wadze sankcji i o tym, że dla reżimu są one bolesne, mówił dzisiaj doradca Swiatłany Cichanouskiej ds. międzynarodowych Franak Wiaczorka. Z jego wpisu w komunikatorze Telegram wynika, że Łukaszenka próbował zapobiec wprowadzeniu czwartego pakietu sankcji, posuwając się nawet do próby targów i negocjacji z UE.

„W zeszłym tygodniu szef MSZ Władimir Makiej spotkał się z dyplomatami i osobiście zadzwonił do ministra spraw zagranicznych UE. Obiecał uwolnienie, a właściwie przeniesienie do aresztu domowego Romana Protasiewicza i Sofii Sapiegi, dziennikarzy i jeszcze części innych więźniów politycznych w zamian za 'niespieszenie się z sankcjami'. Minął tydzień, ale widzimy, że nikt nie został zwolniony", podsumowuje Wiaczorka.

wyborcza.pl

Zakładając, że za atakiem na skrzynkę Dworczyka w istocie stały rosyjskie służby, łatwo sobie wyobrazić kilka scenariuszy tego, czemu uzyskawszy dostęp do korespondencji postanowiły to ujawnić, odcinając sobie możliwość dalszej inwigilacji rządzących Polską, zamiast dyskretnie nadal śledzić konto ministra.

Śmiało można bowiem założyć, że po tym co się stało nikt z władz RP nie będzie już korzystał z niezabezpieczonych kanałów komunikacji.

Już sam ten fakt podpowiada, że wrogie służby, które stały za atakiem hakerskim musiały ocenić, że korzyści płynące ze stopniowego ujawniania posiadanych informacji będą większe od pozbawienia się możliwości dalszego ich pozyskiwania.

Świadczyć to może albo o tym, że służby te doszły do wniosku, iż niczego istotnego tak naprawdę nie pozyskują (to nie znaczy jednak, że nie zyskałyby czegoś w przyszłości), albo też uznały, że posiadane materiały są w stanie jeszcze bardziej rozpalić - będącą obiektywnie w interesach Rosji - polsko-polską zimną wojnę domową. I w imię rozpalenia tej wojny warto spalić źródła.

Zważywszy jednak na fakt, iż wojna polsko-polska trwa w najlepsze bez dodatkowego jej rozniecania, to ujawnienie posiadanych aktywów nie wpisuje się w logikę działania rosyjskich służb. Chyba że oczywiście ujawnienie informacji uzyskanych w wyniku ataku hakerskiego ma zupełnie inny cel niż ten, który suflowany jest opinii publicznej jako podstawowy.

W języku rosyjskich służb specjalnych istnieje pojęcie operacji prikrytia, czyli takiej operacji służb specjalnych, której celem jest odwrócenie uwagi od innych bardziej istotnych działań tychże służb.

(...)

W wypadku rosyjskich służb trudno nie odnieść wrażenia, że czymś zdecydowanie poniżej ich możliwości i ambicji jest to, by głównym celem działania było publikowanie trzeciorzędnych plotek, które w sensie geostrategicznym nie mają żadnego znaczenia. Rzekomy wielki atak hakerski to więc na logikę nic innego jak operacja prikrytia. Skoro tak, to pytanie brzmi: co Rosjanie "przykrywają"?

Jeśli spojrzeć na polską politykę zagraniczną ostatnich lat to przykładów działań, które sprawiają wrażenie, jakby były realizowane jeśli nie wprost na rosyjskie zlecenie, to z korzyścią dla Rosji jest aż nadto.

W odniesieniu do Ukrainy Rosja wygrała na tym, że Polska w pewnym momencie uczyniła całość naszych relacji z Kijowem zakładnikiem kwestii wołyńskiej. Absolutna klęska polskiej polityki na kierunku białoruskim również sprawia wrażenie, jakby nasze błędy, zaniechania oraz całkowicie chybione analizy powstawały w Moskwie.

(...)

W stosunkach z Zachodem najpierw popsuliśmy sobie wizerunek wojną o nowelizację ustawy o IPN z Izraelem, skłóceniem się z Berlinem i Komisją Europejską, a teraz jeszcze równoczesną - ostentacyjną wręcz - wrogością w stosunku do nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Wszystko to blednie jednak w porównaniu z tym, co pojawiło się w ostatnich tygodniach, czyli narracją o Zachodzie, który rzekomo nas już zdradził lub lada dzień zdradzi, z czego logicznie płynącym wnioskiem jest to, że można się od tegoż Zachodu odwrócić.

Tezy takie pobrzmiewały do niedawna wyłącznie w ustach rodzimych obsesjonatów, którzy zakochali się w geopolityce. Ostatnio jednak taka narracja przebiła się już do jądra rządzącej formacji, czego zupełnie już nieodpowiedzialnymi przejawami były niedawne awanse w stosunku do skłóconej z Waszyngtonem Ankary oraz - a to już objaw jawnej aberracji - Pekinu.

Państwo, którego bezpieczeństwo zależy od Stanów Zjednoczonych, a które zaczyna wysyłać dwuznaczne sygnały pod adresem głównego konkurenta swojego sojusznika albo cierpi na schizofrenię, albo jest zinfiltrowane przez obcą - w tym wypadku rosyjską - agenturę. O tym wszystkim jednak z jakiegoś powodu się w Polsce nie mówi, bo opinia publiczna zajmuje się trzeciorzędnymi plotkami pochodzącymi z konta ministra Dworczyka. I to właśnie jest pierwsza, większa operacja prikrytia.

Ile w wyżej wymienionych wypadkach było zwykłej głupoty, a ile czegoś znacznie groźniejszego nie da się oczywiście ocenić, nie mając dostępu do najbardziej tajnych informacji.

Symptomatyczne jest jednak jedno. We wszystkich tych sprawach ci, którzy zadawali pytania, wyrażali niepokój lub choćby tylko apelowali o ostrożność i rozwagę byli wyzywani od "ruskich agentów". Trudno nie odnieść wrażenia, że to druga, wbudowana w pierwszą, operacja prikrytia.

onet.pl