środa, 11 sierpnia 2021


Zakładając, że za atakiem na skrzynkę Dworczyka w istocie stały rosyjskie służby, łatwo sobie wyobrazić kilka scenariuszy tego, czemu uzyskawszy dostęp do korespondencji postanowiły to ujawnić, odcinając sobie możliwość dalszej inwigilacji rządzących Polską, zamiast dyskretnie nadal śledzić konto ministra.

Śmiało można bowiem założyć, że po tym co się stało nikt z władz RP nie będzie już korzystał z niezabezpieczonych kanałów komunikacji.

Już sam ten fakt podpowiada, że wrogie służby, które stały za atakiem hakerskim musiały ocenić, że korzyści płynące ze stopniowego ujawniania posiadanych informacji będą większe od pozbawienia się możliwości dalszego ich pozyskiwania.

Świadczyć to może albo o tym, że służby te doszły do wniosku, iż niczego istotnego tak naprawdę nie pozyskują (to nie znaczy jednak, że nie zyskałyby czegoś w przyszłości), albo też uznały, że posiadane materiały są w stanie jeszcze bardziej rozpalić - będącą obiektywnie w interesach Rosji - polsko-polską zimną wojnę domową. I w imię rozpalenia tej wojny warto spalić źródła.

Zważywszy jednak na fakt, iż wojna polsko-polska trwa w najlepsze bez dodatkowego jej rozniecania, to ujawnienie posiadanych aktywów nie wpisuje się w logikę działania rosyjskich służb. Chyba że oczywiście ujawnienie informacji uzyskanych w wyniku ataku hakerskiego ma zupełnie inny cel niż ten, który suflowany jest opinii publicznej jako podstawowy.

W języku rosyjskich służb specjalnych istnieje pojęcie operacji prikrytia, czyli takiej operacji służb specjalnych, której celem jest odwrócenie uwagi od innych bardziej istotnych działań tychże służb.

(...)

W wypadku rosyjskich służb trudno nie odnieść wrażenia, że czymś zdecydowanie poniżej ich możliwości i ambicji jest to, by głównym celem działania było publikowanie trzeciorzędnych plotek, które w sensie geostrategicznym nie mają żadnego znaczenia. Rzekomy wielki atak hakerski to więc na logikę nic innego jak operacja prikrytia. Skoro tak, to pytanie brzmi: co Rosjanie "przykrywają"?

Jeśli spojrzeć na polską politykę zagraniczną ostatnich lat to przykładów działań, które sprawiają wrażenie, jakby były realizowane jeśli nie wprost na rosyjskie zlecenie, to z korzyścią dla Rosji jest aż nadto.

W odniesieniu do Ukrainy Rosja wygrała na tym, że Polska w pewnym momencie uczyniła całość naszych relacji z Kijowem zakładnikiem kwestii wołyńskiej. Absolutna klęska polskiej polityki na kierunku białoruskim również sprawia wrażenie, jakby nasze błędy, zaniechania oraz całkowicie chybione analizy powstawały w Moskwie.

(...)

W stosunkach z Zachodem najpierw popsuliśmy sobie wizerunek wojną o nowelizację ustawy o IPN z Izraelem, skłóceniem się z Berlinem i Komisją Europejską, a teraz jeszcze równoczesną - ostentacyjną wręcz - wrogością w stosunku do nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Wszystko to blednie jednak w porównaniu z tym, co pojawiło się w ostatnich tygodniach, czyli narracją o Zachodzie, który rzekomo nas już zdradził lub lada dzień zdradzi, z czego logicznie płynącym wnioskiem jest to, że można się od tegoż Zachodu odwrócić.

Tezy takie pobrzmiewały do niedawna wyłącznie w ustach rodzimych obsesjonatów, którzy zakochali się w geopolityce. Ostatnio jednak taka narracja przebiła się już do jądra rządzącej formacji, czego zupełnie już nieodpowiedzialnymi przejawami były niedawne awanse w stosunku do skłóconej z Waszyngtonem Ankary oraz - a to już objaw jawnej aberracji - Pekinu.

Państwo, którego bezpieczeństwo zależy od Stanów Zjednoczonych, a które zaczyna wysyłać dwuznaczne sygnały pod adresem głównego konkurenta swojego sojusznika albo cierpi na schizofrenię, albo jest zinfiltrowane przez obcą - w tym wypadku rosyjską - agenturę. O tym wszystkim jednak z jakiegoś powodu się w Polsce nie mówi, bo opinia publiczna zajmuje się trzeciorzędnymi plotkami pochodzącymi z konta ministra Dworczyka. I to właśnie jest pierwsza, większa operacja prikrytia.

Ile w wyżej wymienionych wypadkach było zwykłej głupoty, a ile czegoś znacznie groźniejszego nie da się oczywiście ocenić, nie mając dostępu do najbardziej tajnych informacji.

Symptomatyczne jest jednak jedno. We wszystkich tych sprawach ci, którzy zadawali pytania, wyrażali niepokój lub choćby tylko apelowali o ostrożność i rozwagę byli wyzywani od "ruskich agentów". Trudno nie odnieść wrażenia, że to druga, wbudowana w pierwszą, operacja prikrytia.

onet.pl

środa, 4 sierpnia 2021


W niedzielę 20 czerwca ok. 21 czasu polskiego kurs Bitcoina rozpoczął ostre pikowanie. Wystarczyło kilkanaście godzin, by najpopularniejsza kryptowaluta straciła na wartości ok. 11%. W przeliczeniu na złotówki, w poniedziałek po południu płaciło się za Bitcoina mniej o ok. 16 tysięcy złotych w porównaniu do ceny z niedzieli. Sytuację tę powiązano z działaniami władz chińskiej prowincji Syczuan, które nakazały zaprzestanie produkcji Bitcoina.

Położona na południowym zachodzie Chin prowincja Syczuan znana jest jako zagłębie kopania kryptowalut. Jest to możliwe m.in. dzięki rozbudowanej energetyce wodnej. Jednakże najnowsza polityka chińskiego rządu przyniosła kres tej działalności. Pekin zamierza bowiem rozprawić się z kryptowalutami – widzi w nich zagrożenie dla stabilności finansowej państwa. Działania lokalnych władz w Syczuanie były narzędziem realizacji tejże strategii.

Decyzja syczuańskiego rządu nakazała zamknięcie wszystkich działających w prowincji farm Bitcoina dokładnie o północy 20 czerwca. Wywołało to spadek zapotrzebowania na moc w lokalnej sieci o ok. 8 GW. To równowartość dwóch elektrowni Turów pracujących pełną parą lub ekwiwalent całego polskiego projektu jądrowego.

Sytuacja ta wywołała – kolejną w historii kryptowalut – lawinę pytań o klimatyczny aspekt kopania tych środków. Temat ten został szeroko poruszony w tekście red. Daniela Czyżewskiego, który zauważył, że spodziewana energochłonność Bitcoina w 2021 roku wynosi 91 TWh. To mniej więcej dwukrotnie mniej energii elektrycznej niż w 2020 roku skonsumowała cała Polska. „Gdyby Bitcoin był państwem, zajmowałby 35. miejsce na świecie pod kątem zużycia energii” – pisał Czyżewski.

Co ważne, problem rośnie wraz ze wzrostem wartości Bitcoina. „Zdecentralizowana sieć Bitcoina polega na zwiększającej się liczbie komputerów do niej podłączonych. Bitcoin jest zatem tak naprawdę zaprojektowany, aby zachęcać do zwiększonego wysiłku obliczeniowego. Im więcej komputerów konkuruje o utrzymanie łańcucha blokowego, tym jest on bezpieczniejszy, ponieważ każdy, kto chce spróbować osłabić walutę, musi kontrolować i obsługiwać co najmniej taką moc obliczeniową, jak reszta górników razem wzięta. Gdy Bitcoin staje się bardziej wartościowy, wysiłek obliczeniowy poświęcony na jego utworzenie i utrzymanie - a tym samym zużyta energia - nieuchronnie wzrasta” – zaznaczano w kwietniu br. na Energetyka24.

Obecnie szacuje się, że kopalnie wykonują 160 trylionów obliczeń na sekundę - czyli 160 000 000 000 000 000 000. Większość energii potrzebnej na ten cel pochodzi z paliw kopalnych. Patrząc z tej perspektywy, działania chińskich władz można uznać nawet za korzystne dla klimatu.

energetyka24.com

Od końca sierpnia 2020 r. Mińsk konsekwentnie budował obraz Ukrainy jako państwa nieprzyjaznego, w pełni uzależnionego od mocodawców z USA, którzy w Kijowie umieścili jedno z centrów koordynujących działania przeciw Łukaszence. Oskarżono ją również o organizację przerzutu broni na Białoruś i wspieranie organizacji terrorystycznych.

Zaostrzająca się antyłukaszenkowska retoryka Kijowa doprowadziła do zamrożenia stosunków politycznych, choć Mińsk nie zrezygnował z wysyłania sygnałów o gotowości do dialogu. 5 czerwca premier Raman Hałouczenka stwierdził, że Białoruś jest za wznowieniem rozmów dwustronnych, jednak zależy to od postawy władz Ukrainy.

Znacznie bardziej wojownicze od oficjalnego stanowiska Mińska są komunikaty białoruskich mediów państwowych oraz opinie związanych z tamtejszą władzą politologów. Oprócz konsekwentnego dyskredytowania Kijowa – jako realizującego obce cele polityczne w regionie – zawierają one też pogróżki, że Białoruś może wesprzeć prorosyjskie środowiska na Ukrainie, m.in. godząc się na działalność mediów o takim profilu, objętych przez Kijów wewnętrznymi sankcjami. Narracja białoruskiego aparatu propagandowego jest zbliżona do przekazu większości mediów rosyjskich, przedstawiających Ukrainę jako państwo agresywne i sprzyjające odrodzeniu „banderyzmu”. Ta zbieżność treści świadczy o wspieraniu antyukraińskiej polityki Kremla.

(...)

Po sierpniowych wyborach prezydenckich Łukaszenka ostentacyjnie podkreślał wspólne działania z Rosją na rzecz poprawy bezpieczeństwa Państwa Związkowego. Były to m.in. ćwiczenia wojskowe, wzmocnienie ochrony granicy z Ukrainą oraz – przy współpracy z FSB – nasycenie jej punktami rozpoznania obszaru tego państwa. Nasiliła się również aktywność wywiadowcza KGB na terytorium południowego sąsiada, o czym świadczyło zatrzymanie przez SBU osób przekazujących informacje na temat potencjału militarnego. Towarzysząca temu intensyfikacja rosyjsko-białoruskiej współpracy wojskowej postawiła również na porządku dziennym kwestię potencjalnego wprowadzenia jednostek rosyjskich w ramach demonstracji siły. Taki scenariusz budzi zaniepokojenie władz w Kijowie, obawiających się wzięcia Ukrainy „w kleszcze”, co ułatwi Rosji kontynuowanie presji militarnej i psychologicznej. 11 maja szef SBU Iwan Bakanow oświadczył, że rozpatrywany jest scenariusz wtargnięcia sił zbrojnych FR z terytorium Białorusi. Z tego względu Ukraina wzmocniła ochronę granicy, zwiększając liczebność struktur służby granicznej oraz intensyfikując działania kontrwywiadowcze.

osw.waw.pl

O powojennych osiedleńcach w 1995 r. dla "Polityki" pisała Ewa Wilk: "Powszczepiani wyrokami historii w domostwa budowane cudzą ręką, wypuściwszy większość swoich dzieci w świat za lepszym życiem, zostają tu na zawsze na cmentarzach, gdzie »wieczne odpoczywanie« wypisane bywa i pruskim gotykiem, i cyrylicą, i rzymskim alfabetem".

Koniec II wojny światowej zakończył ponad 600-letni okres dominacji niemieckości w tej części Europy. Po 1945 r. Prusy Wschodnie zasiedlili wysiedleńcy z Kresów Wschodnich, repatrianci nazywani "Zabużanami". Ukraińcy wysiedleni przymusowo w 1947 r., ale też Białorusini, Romowie, Rosjanie i Polacy, którzy na ziemiach odzyskanych szukali nowych szans na godne życie. Na swojej ziemi pozostali nieliczni Niemcy, Mazurzy i Warmiacy. Setki tysięcy Niemców, a z nimi tysiące Mazurów uciekło za Odrę. Jedni, bo czuli się Niemcami, inni ze strachu, że tak jak Niemcy będą rozliczani za wojenne krzywdy. Zostawili za sobą pusty kraj. - Kilometrami żywej duszy - wspominają przesiedleńcy ze Wschodu.

"Ruszyły też za frontem wszelkie szumowiny" - pisał dla "Dookoła Świata" w 1956 r. Wojciech Giełżyński - "Szabrownicy, paserzy, handlarze, dezerterzy z milicji, pospolici zbrodniarze, niebieskie ptaki, przefarbowani konfidenci, którym w Polsce ziemia świerzbiała, ruszyli na żer mali złodziejaszkowie i wielkie kułackie ryby, kowboje i cwaniacy swojskiego chowu, kombinatorzy, męty. Jak szarańcza wpadli na zagospodarowane ziemie mazurskie. Szantażem. Prowokacją. Groźbą. Zbrodnią. Fałszywym oskarżeniem o współpracę z gestapo. Jak się dało. Byle chwycić ziemię. Byle ograbić. Byle zgarnąć to złote runo mazurskie, takie nęcące, takie bezbronne. Bo kto się miał opierać? Niedołężne staruszki słabo władające polską mową. Milicja? UB?"

W powojennej zawierusze władzy ludowej udało się zrobić to, czego Niemcom nie udało się przez ponad sześćset lat - zgermanizowali Mazurów, którzy "za Niemca" od zawsze czuli się Polakami, patriotami, którzy walczyli i przelewali krew za Polskę. Z dnia na dzień powiedziano im, że już Polakami nie są. Poczuli się więc Niemcami, którymi nigdy nie byli.

Podobnie stało się po drugiej stronie granicy w obwodzie kaliningradzkim, który do czasu II wojny światowej był częścią III Rzeszy, zaś po 1945 r. jako trofeum wojenne trafił w ręce Rosji. I tam historię napisano na nowo i po swojemu. Stalin podobno miał obsesję na punkcie tego skrawka pruskiej ziemi i własnoręcznie od linijki wyznaczył granice. Rosyjska eksklawa wciśnięta między Polskę i Litwę jest do dziś najbardziej tajemniczym skrawkiem starego kontynentu.

Sam Kaliningrad do 1987 r. był miastem zamkniętym i nikt spoza Rosji nie mógł tam wjechać. Do dziś aż 1/3 terenu obwodu jest wciąż zamknięta lub z ograniczonym dostępem dla turystów. Dekretem z 1946 r. na te od wieków pruskie, a nigdy ruskie ziemie przesiedlono 12 tys. rodzin. Milionową etniczną mieszanką nacji - często z odległych terenów ZSRR - zmilitaryzowano, tworząc tym samym najdalej wysuniętą na zachód twierdzę Rosji. Dziś aż 200 tys. z miliona mieszkańców obwodu to żołnierze.

Ale odizolowany od macierzy Kaliningrad, po tym, jak zamknięto mały ruch graniczny z Polską, jest uzależniony od drogich towarów z portu w Petersburgu. Od znajomego Rosjanina słyszę, że zwykła pizza w restauracji w Kaliningradzie nie kosztuje 20 zł, jak w Giżycku, tylko w przeliczeniu na złote aż 60. Kiedy między 2012 a 2016 mieszkańcy pogranicza mogli przemieszczać się z jednej na drugą stronę granicy jedynie z dowodem tożsamości, nawet 15 tys. Rosjan dziennie odwiedzało Polskę, która stała się wtedy ich oknem na świat.

Mały ruch graniczny napompował Rosjanami z obwodu kaliningradzkiego mazurskie kawiarnie, lodziarnie, sklepy z AGD i elektroniką, markety budowlane i ogrodnicze. Rosjanie przyjeżdżali też z tanimi papierosami, które sprzedawali z ręki do ręki na ulicy, w parku, pod większymi marketami. Za rzeką pieniędzy szły znajomości biznesowe, a także prywatne, czasami kończące się małżeństwem.

Młodzi Rosjanie z Kaliningradu deklarują, że bliżej im do Europy niż do Rosji i to Gdańsk, a nie Moskwa, w której nigdy nie byli, powinien być ich stolicą. Odrębność i izolacja obwodu kaliningradzkiego od Rosji sprawiły, że w latach 90. na fali pierestrojki, kiedy sypał się ZSRR, Kaliningrad chciał autonomii, a nawet niepodległości obwodu. Miało wtedy powstać piąte bałtyckie państwo. Moskwa nigdy się jednak na to nie zgodziła i nie zgodzi. Te 15 tys. kilometrów kwadratowych ziemi to jeden z cenniejszych strategicznie przyczółków imperium.

(...)

We wsi Ostre Bardo, do której prowadzi jeszcze do niedawna niewidoczna na mapach Google droga 512 wzdłuż granicy - młodych już nie ma wcale. Wszyscy wyjechali. Wnuki do dziadków przyjeżdżają tylko na święta i wakacje. Sołtys wsi Roman Drzewiecki boi się, że za 10 – 20 lat Ostre Bardo zniknie i nikt o tej wsi nie będzie pamiętać, - Bez młodych nie ma życia - tłumaczy.

onet.pl

Włochy, a konkretnie ogarnięta koronawirusem Lombardia miała być dla Rosjan pewnego rodzaju królikiem doświadczalnym i narzędziem propagandowym - jak wynika z raportu "La Repubblici". Z jednej strony Rosja pokazała się jako kraj pomagający innym państwom w kryzysie, a z drugiej strony misja miała służyć zebraniu informacji o walce z COVID-19 do późniejszego wykorzystania w Rosji. Miała także pomóc zebrać dane potrzebne do tego, aby jak najszybciej stworzyć szczepionki.

Wszystko odbyło się bardzo szybko. W sobotę 20 marca prezydent Rosji Władimir Putin zadzwonił do ówczesnego premiera Włoch Giuseppe Conte, a już w niedzielne popołudnie pierwszy odrzutowiec wystartował z dużej bazy pod Moskwą, żeby wieczorem wylądować na wojskowym lotnisku w Lombardii - pisała wtedy "La Repubblica".

Rosja przedstawiła stronie włoskiej listę 104 żołnierzy, którzy mieli służyć w Lombardii i wspierać region w walce z epidemią koronawirusa. Do listy dopisano ręcznie dla nazwiska światowej sławy wirusologów. Była to Natalia Pszenicznaję i Aleksandr V. Semenow. Nikt nie konsultował ich przyjazdu z włoskimi władzami. - Moim zadaniem było przekazanie rosyjskim lekarzom wiedzy na temat najlepszych metod opiekowania się pacjentami z ostrymi infekcjami dróg oddechowych oraz procedur walki z COVID-19 - mówiła Natalia Pszenicznaja.

106-osobową rosyjską misją do Lombardii dowodził generał Siergiej Kikot, który jest jednym z najlepszych na świecie ekspertów od wojny biologicznej. Zdaniem dziennika "La Repubblica" jego obecność we Włoszech była nieuzasadniona, biorąc pod uwagę cele, które deklarowała Rosja. Dziennik uważa, że miał on zdobyć tajne dane dotyczące walki z koronawirusem.

- Wysłanie rosyjskich lekarzy wojskowych można uznać za rodzaj rekonesansu służącego temu, by nasi wirusolodzy i epidemiolodzy mogli zbadać europejski wariant koronawirusa. Jeśli epidemia wybuchnie z taką siłą w naszym kraju, doświadczenie włoskie będzie niezwykle cenne - mówił rosyjski ekspert wojskowy Władisław Szurygin. Centrum misji stanowiło pięć furgonetek zaparkowanych na lotnisku pod Bergamo. Było tam pewnego rodzaju laboratorium, które miało służyć tylko i wyłącznie kontroli zakażeń wśród rosyjskiego personelu, tak przynajmniej twierdził generał Kikot. Laboratorium miało jednak satelitarny system szyfrowanej komunikacji, przez który Rosjanie mogli przekazywać Moskwie różnego rodzaju dane. Włosi nie mieli dostępu do tego systemu, a "La Reppublica" pisze też, że nie mieli pojęcia, co dokładnie działo się w rosyjskim laboratorium pod Bergamo.

Dziennik zwrócił uwagę na to, że specjaliści rosyjscy w rekordowym tempie przygotowali szczepionkę. Ogłoszono posiadanie preparatu 22 maja, tydzień po powrocie z Lombardii. "La Repubblica" apeluje, aby wyjaśnieniem działań Rosjan w Lombardii zajęła się parlamentarna Komisja Kontroli Służb Specjalnych.

gazeta.pl

sobota, 31 lipca 2021


Relacje komunistycznego Wietnamu z Chinami w ubiegłym stuleciu były złożonym zagadnieniem. Z jednej strony oba państwa łączyła marksistowsko-leninowska ideologia oraz doświadczenia ze wspólnej walki przeciwko Amerykanom. Podczas wojny wietnamskiej Chiny dostarczały walczącemu Wietnamowi uzbrojenie, wyposażenie wojskowe, a nawet żywność. Ponadto tysiące Chińczyków zostało skierowanych do pracy w Wietnamie Północnym, zastępując tym samym Wietnamczyków, których władze w Hanoi mogły wysłać do walki na Południu. Obecność Chin i obawa przed ich otwartym przystąpieniem do wojny działała odstraszająco na Amerykanów, którzy z tego powodu nigdy nie podjęli próby dokonania inwazji na Demokratyczną Republikę Wietnamu.

Przyjaźń pomiędzy komunistycznymi sąsiadami znalazła odpowiedni wyraz w życiu społecznym. Przez lata język chiński był jedynym językiem obcym, nauczanym w wietnamskich szkołach, które jednocześnie przypominały uczniom o ogromie chińskiej pomocy podczas wojny. Na dobrych relacjach cieniem kładło się wspomnienie burzliwej przeszłości, kiedy to Chiny próbowały podporządkować sobie Wietnam. Sam Ho Chi Minh dostrzegając słabość Francuzów i przewidując upadek kolonializmu przestrzegał przed potężnym sąsiadem z północy przypominając, iż kiedy ostatni raz Chińczycy wkroczyli do Wietnamu, to pozostali w nim przez tysiąc lat. Ponadto na przełomie lat 60. i 70. doszło na arenie międzynarodowej do wielu wydarzeń, będących niejako zapowiedzią dramatycznej przyszłości. Narastający rozłam pomiędzy ChRL a ZSRR doprowadził w 1969 r. do wybuchu konfliktu granicznego pomiędzy oboma mocarstwami, a następnie do zbliżenia pomiędzy Chinami i USA. W styczniu 1974 r. doszło do starcia pomiędzy siłami chińskimi a wojskami Wietnamu Południowego na Morzu Południowochińskim. W jego wyniku kontrolowane przez rząd w Sajgonie Wyspy Paracelskie zostały zajęte przez ChRL, co zaniepokoiło władze w Hanoi. Dla losów Chin oraz Wietnamu przełomowy okazał się być rok 1978. Wówczas to Wietnam został przyjęty do RWPG, a także podpisał traktat o przyjaźni i współpracy ze Związkiem Radzieckim. W grudniu tego roku wojska wietnamskie dokonały inwazji na sprzymierzoną z Chinami Kambodżę. Co prawda w czasie wojny wietnamskiej wojska północnowietnamskie wraz z Viet Congiem współdziałały z Czerwonymi Khmerami, to jednak po 1975 r. relacje pomiędzy tymi sojusznikami się pogorszyły, czego przejawem były zbrojne incydenty na pograniczu Wietnamu i Kambodży. Szczególnie krwawe było zajście w kwietniu 1978 r., kiedy to żołnierze Czerwonych Khmerów wymordowali ponad 3 tys. mieszkańców w rejonie Ba Chúc w południowym Wietnamie. Odpowiedzią Hanoi była błyskawiczna kampania wojskowa rozpoczęta 25 grudnia 1978 r., w wyniku której wojska Czerwonych Khmerów zostały rozbite, a ich przywódca Pol Pot musiał się salwować ucieczką do Tajlandii. Ponadto w rękach Wietnamczyków znalazło się blisko 10 tys. chińskich doradców wojskowych. Jakkolwiek obalenie reżimu Czerwonych Khmerów, odpowiedzialnego za liczne prowokacje oraz dokonanie w Kambodży ludobójstwa, mogło wydawać się uzasadnione, to jednak Pekin uznał działania Wietnamu za zagrożenie dla swojej strefy wpływów. W dniu 15 lutego 1979 r. Chiny oficjalnie ogłosiły wygaśnięcie podpisanego w 1950 r. chińsko-radzieckiego Traktatu o Przyjaźni, Sojuszu i Wzajemnej Pomocy. Jednocześnie chiński przywódca Deng Xiaoping zadeklarował plan ataku ChRL na Wietnam, które to działanie miało być swoistą nauczką dla niepokornego sąsiada.

Określana oficjalnie jako „kontratak w samoobronie” operacja rozpoczęła się 17 lutego 1979 r., kiedy to wojska chińskie uderzyły na Wietnam w 26 punktach wzdłuż liczącej blisko 770 km granicy. Od strony taktycznej chiński dowódca Yang Teh Chi zdecydował się na frontalne ataki piechoty poprzedzone w wielu wypadkach uderzeniami broni pancernej, przy wsparciu artyleryjskim. Szybko okazało się jednak, że tradycje sięgające Długiego Marszu, II wojny światowej oraz konfliktu w Korei okazały się niewystarczające aby pokonać przeciwnika.

Do odparcia najazdu Wietnamczycy użyli głównie lokalnej milicji granicznej, liczącej około 100 tys. ludzi. Władze Wietnamu celowo przy tym unikały wprowadzenia do działań regularnych sił, skierowanych do obrony wietnamskiej stolicy oraz stacjonujących w Kambodży. Wbrew pozorom broniące pogranicza wietnamskie formacje były dobrze wyszkolone, przy czym część obrońców miała doświadczenie zdobyte w trakcie wojny wietnamskiej. Siły te zostały zorganizowane w drużyny, o elastycznej strukturze oraz nastawieniu na wykonanie konkretnego zadania. Sposób prowadzenia walki przez obrońców zbliżony był do działań partyzantki. Wietnamczycy organizowali kontrataki oraz zasadzki, jak choćby w Muong Khoung, gdzie wraz z wysadzonym w powietrze mostem zniszczonych zostało 8 z 18 nacierających chińskich czołgów. Zdarzało się też, że wietnamskie oddziały dokonywały wypadów na drugą stronę granicy w celu eliminowania stanowisk wrogiej artylerii. Będący mistrzami kamuflażu Wietnamczycy znakomicie poruszali się w trudnym terenie, dysponując wsparciem artyleryjskim oraz stosując dodatkowe środki obronne w postaci pól minowych oraz przeszkód z zaostrzonych bambusowych tyczek.

Jak na ironię pod wieloma względami Wietnam dysponował lepszym wyposażeniem od swoich dawnych sojuszników. W rękach Wietnamczyków znalazło się bowiem uzbrojenie pochodzące z ZSRR oraz USA. Szczególnie przydatne okazały się kierowane pociski przeciwpancerne 3M6 Trzmiel (w kodzie NATO „Snapper”) oraz 9M14 Malutka („Sagger”). Ponadto każda wietnamska drużyna (w sile kompanii w wojskach anglosaskich) miała na wyposażeniu zestawy radiowe, których brakowało Chińczykom. Ci z kolei w dużej mierze musieli polegać na gońcach, a także na sygnałach wydawanych rękoma lub chorągiewkami. Chińskie problemy związane z brakiem środków łączności mogły zostać spotęgowane przez zakłócanie zastosowane przez siły radzieckie, o których wspominają źródła indyjskie. W toku działań wojennych niemal nieobecne było chińskie lotnictwo. Wietnam dysponował bowiem najbardziej rozbudowaną w dziejach wojen obroną przeciwlotniczą, w szczególności w okolicach Hanoi oraz Hajfongu, których to strzegły liczne wyrzutnie kierowanych pocisków ziemia-powietrze. Co prawda ta część wietnamskiego systemu obrony mogła zostać sforsowana (jak choćby w 1972 r.), to jednak ChRL brakowało odpowiedniego sprzętu oraz doświadczenia, aby podjąć się wykonania tak ambitnego zadania. Warto dodać, że w obawie przez zbrojnym odwetem ze strony ZSRR, najlepiej wyszkolone i wyposażone wojska chińskie zostały skoncentrowane na północy Chin.

Po 17 dniach zaciekłych walk wojska chińskie wdarły się na odległość 30 – 40 km w głąb Wietnamu, wkraczając do stolic północnych prowincji tego kraju. Zasadniczo podczas walk o ośrodki miejskie Wietnamczycy zastosowali taktykę znaną z pamiętnej bitwy o Dien Bien Phu. Polegała ona na wycofaniu wojsk z danego miasta na okoliczne wzgórza, z których ostrzeliwano wojska przeciwnika. Chińczycy co prawda ogłosili zajęcie stolic prowincji, ratując tym samym twarz, to jednak trudno uznać, aby w pełni opanowali i zabezpieczyli te kluczowe obiekty. Na terenie miast również dochodziło do gwałtownych starć, jak choćby w Lang Son, w którym wojska chińskie dopiero po 17 natarciach opanowały jeden z celów. Ostatecznie Chińczykom nie udało się wciągnąć do walki regularnych jednostek Ludowej Armii Wietnamu. W nielicznych przypadkach, w których żołnierze wietnamscy wsparli milicję graniczną (jak choćby podczas zwycięskich dla Chińczyków walk o miejscowość Dong Dang), najeźdźcom nie udało się rozbić najlepszych jednostek przeciwnika. Wobec braku możliwości realizacji tego celu, władze ChRL zadecydowały o wycofaniu swych wojsk z Wietnamu. W dniu 6 marca Pekin ogłosił, iż droga do Hanoi została otwarta, a także, że Wietnam otrzymał zasłużoną nauczkę. Walki zakończyły się 10 dni później, wraz z powrotem wojsk chińskich na terytorium Państwa Środka. Nie oznaczało to jednak końca konfliktu, trwającego jeszcze przez ponad dekadę, a którego przejawem były okazyjne starcia na granicy obu państw.

Liczba ofiar trwającej niespełna 4 tygodnie wojny pozostaje nieznana. Wietnam nie ujawnił swych strat wojskowych, podając jedynie, iż zginęło ok. 10 tys. jego cywilnych mieszkańców. Chińczycy utrzymują, iż liczba zabitych przez nich wietnamskich żołnierzy wyniosła łącznie 30 tys. W zależności od źródeł, liczba poległych chińskich żołnierzy określana jest jako 6 – 26 tys. Niektóre oszacowania podają, iż starty po obu stronach były wyrównane i wyniosły ok. 20 tys. poległych. Warto przy tym dodać, iż podczas wojny wietnamskiej w ciągu całego 1968 roku, będącego okresem najbardziej zaciętych walk, życie straciło około 17 tys. amerykańskich wojskowych.

Zwycięstwo w wojnie z 1979 r. zadeklarowały, zresztą nie bezpodstawnie, również władze wietnamskie. Stutysięczna wietnamska milicja graniczna zatrzymała blisko 250 tys. chińskich żołnierzy daleko od Hanoi, a ponadto wojska wietnamskie nie zostały wycofane z Kambodży, w której stacjonowały do września 1989 r. W dalszej perspektywie politycznie zyskały Chiny. ChRL, która określała Wietnam mianem „Kuby Wschodu”, zbliżyła się do państw ASEAN obiecując pomoc dla Tajlandii oraz Singapuru w przypadku wietnamskiej agresji. Chinom udało się też zawiązać swoistą międzynarodową koalicję, wspierającą partyzantkę walczącą z Wietnamczykami w Kambodży. Poprzez wojnę z Wietnamem Chińczycy wykazali również słabość Związku Radzieckiego, który nie był w stanie efektywnie wesprzeć swego wietnamskiego sojusznika. Ponadto Chiny zaczęły zaopatrywać oraz szkolić (m. in. w obozach w Peszawarze i w Xinjiang) tysiące mudżahedinów walczących w Afganistanie przeciwko ZSRR.

tupalski.eu

Pomimo, że Rosjanie mają bardzo dobre rozwiązania jeżeli chodzi o naziemne systemy Walki Elektronicznej (WE), to w przypadku lotniczych systemów WE przemysł nie jest w stanie jak na razie dostarczyć rozwiązań w odpowiedniej ilości. Sytuacja w tej dziedzinie jest określana jako „katastrofalna”.

O skali problemu może świadczyć fakt, że Rosjanie nie wprowadzili żadnej, lotniczej platformy Walki Elektroniczne od 1993 roku do 2016 roku. Tymczasem wcześniej, w nieco ponad trzydzieści lat zbudowano w Związku Radzieckim ponad siedemdziesiąt takich statków powietrznych na bazie samolotów: An-12, Tu-16 i Jak-28. Jako szczególnie udany uważa się wykorzystywany jeszcze do lat dziewięćdziesiątych lampowy system zakłóceń „Bukiet”, który zainstalowano na „odrzutowcach” Tu-16P i Jak-28PP.

Ten analogowy kompleks był podobno w stanie torować drogę własnemu lotnictwu uderzeniowemu paraliżując systemy radarowe przeciwnika nawet w odległości 600 km. Rosjanie dodatkowo w sposób ciągły go modernizowali. Pomimo, że był to system analogowy, to już w swoich wersjach z lat sześćdziesiątych mógł on działać automatycznie – analizując odbierane częstotliwości i odpowiednio dobierając zakłócenia. Na pokładzie każdego samolotu znajdowało się pięć generatorów, które specjaliści nazywali potocznie „garnkami”. Każdy z nich odpowiadał za zakłócenia odpowiednich długości fal: od 8 do 30 cm.

W latach siedemdziesiątych pojawiły się nowe rozwiązania – szczególnie jeżeli chodzi o systemy antenowe. Dawało to już możliwość tworzenia węższych charakterystyk antenowych, co zmniejszało straty mocy (skupiając ją na atakowanych „elektronicznie” celach), jak również ograniczało niepożądany wpływ zakłóceń na własny samolot i jego załogę (co wcześniej bywało problemem i wymagało ścisłego nadzoru medycznego nad pilotami i operatorami kompleksu). Te zmiany zostały wprowadzone na samolocie Jak-28PP, który poza „Bukietem” został doposażony w kompleks „Fasol”. Pozwalał on już tłumić nie tylko radary, ale również systemy dowodzenia i łączności.

W latach osiemdziesiątych technologia lampowa przestała być wystarczająca, szczególnie, gdy w państwach NATO zaczęto wprowadzać nowej generacji stacje radiolokacyjne z antenami ścianowymi i o szybko zmienianych parametrach (takich jak częstotliwość nośna sygnału, okres sondowania, długość fali, itd.). Uznano więc, że samoloty Tu-16P i Jak-28PP są już zupełnie nieprzydatne i na początku lat dziewięćdziesiątych wycofano je ze służby. Jak się później okazało był to duży błąd, ponieważ te statki powietrzne miały jeszcze duży potencjał modernizacyjny, a ponadto przez prawie ćwierć wieku nie wprowadzono nic w zamian.

Tymczasem wystarczyłoby jedynie wymienić bazę elementową zachowując samą koncepcje poszczególnych urządzeń. Tak zresztą zrobiono później w odniesieniu do kompleksu „Bukiet”, w którym od razu dokonano przejścia z systemów lampowych na mikroukłady (pomijając układy tranzystorowe).

Zmiana pokoleniowa w lotniczych systemach Walki Elektronicznej miała nastąpić dopiero w 2016 roku, gdy wprowadzono do wojsk lotniczych trzy kompleksy WE Ił-22PP „Porubszczyk”. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że ilość ta w żadnym przypadku nie zaspokaja potrzeb rosyjskich sił zbrojnych – szczególnie podczas pełnowymiarowego konfliktu.

Sprawa jest o tyle dziwna, że zupełnie inaczej dzieje się na lądzie. Tam przez cały czas są wprowadzane nowatorskie rozwiązania, które w niektórych przypadkach rzeczywiście nie mają swoich odpowiedników w krajach zachodnich. 

(...)

Jak się jednak okazało największym problemem dla Rosjan nie był sam kompleks WE, ale znalezienie dla niego odpowiedniej platformy latającej. System „Porubszczyk” to zestaw zakłócający, który działa jeszcze w oparciu o starsze technologie, a więc wymaga samolotów o dużym udźwigu, znacznej objętości kadłuba i odpowiednim zapasie energetycznym.

Takie wymagania spełniał np. cywilny, czterosilnikowy, turbośmigłowy samolot Ił-18, ale Rosjanie nie mieli nowej wersji tego statku powietrznego. Dlatego musieli wykorzystać stare statki powietrzne, co obecnie wiąże się z dużymi problemami w ich operacyjnym wykorzystaniu. Dla potrzeb Walki Elektronicznej „poświęcono” trzy latające centra kontroli powietrznej Ił-22 „Bizon”, które zaczęto wprowadzać do służby już w 1971 roku. Ponad trzydziestopięcioletnie samoloty przeszły jednak remont kapitalny i po 2011 roku rozpoczęły się ich loty testowe. Zabudowany na ich bazie kompleks „Porubszczyk” przeszedł natomiast próby państwowe w 2015 roku. Rok później trzy wcześniejsze „Bizony”, a obecnie Ił-22PP, weszły do służby w rosyjskich siłach powietrznych.

Jak na razie nie są znane możliwości kompleksów „Porubszczyk”. W rosyjskich mediach kilkakrotnie pokazała się nawet informacja, że jest to po prostu znany wcześniej system „Bukiet”, w którym zastąpiono niektóre bloki nowymi układami elektronicznymi. Sami Rosjanie zresztą twierdzą, że nie jest to żaden skok technologiczny. Sprawa jest drażliwa, ponieważ Rosja uważa się za najlepszego na świecie producenta systemów WE. Każdego roku wielkość rosyjskiego rynku systemów i sprzętu Walki Elektronicznej przekracza 400 milionów dolarów, co wiąże się m.in. z przejęciem 7% światowego eksportu. Dodatkowo największy rosyjski producent systemów WE - koncern KRET lansuje się jako światowy, „intelektualny lider” w tej dziedzinie – i w kilku rozwiązaniach ma do tego pełne prawo.

defence24.pl

piątek, 30 lipca 2021


Ośrodek analityczny DAIO (Defense AI Observatory) na Uniwersytecie w Hamburgu opublikował raport na temat wpływu (a właściwie braku wpływu) konfliktów w Syrii, Libii, Górskim Karabachu i wschodniej Ukrainie na sposób prowadzenia działań wojennych w przyszłości. Potwierdzono w nim rzadko podkreślaną ocenę, że cztery analizowane konflikty są prowadzone według zasad i w sposób odmienny od tego, jakie najprawdopodobniej byłyby zastosowane przy konfrontacji zbrojnej państw rozwiniętych.

(...)

Autorzy tej analizy podkreślają wyraźnie, że oceniane cztery konflikty, pokazują pewne aspekty przyszłych działań wojennych, ale wcale nie zmieniają obowiązujących obecnie reguł – najwyżej o nich przypominając (np. wskazując na częste zjawisko niedoceniania walki elektronicznej).

W ten sposób to, co we współczesnych konfliktach uważane jest powszechnie za nowatorskie, w rzeczywistości może nie mieć takiego wpływu, jak czynniki mniej widoczne, takie jak np. warstreaming lub tymczasowe przekazywanie siły militarnej za pośrednictwem tzw. WaaS („wojna jako usługa”). Tymczasem takie błędnie wyciągane wnioski mogą doprowadzić nawet do złego ukierunkowania sposobu rozwoju technologii, zdolności i koncepcji.

Autorzy wskazują (zresztą słusznie), że wojny na Ukrainie, w Syrii, Libii i Górskim Karabachu nie miały charakteru pełnowymiarowego konfliktu zbrojnego i toczyły się w bardzo specyficznych warunkach. Nie było więc tego, czym charakteryzowałoby się starcie państw zaawansowanych technologicznie – w tym przede wszystkim bezpośredniej konfrontacji lotnictwa i sił okrętowych oraz skoordynowanej, wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej. Wiele czynników było również tak specyficznych, że ich powtórzenie na innym teatrze operacji wojennych byłoby bardzo trudne.

W analizie DAIO wskazane np. na rosyjskie działania psychologiczne na Ukrainie, które polegały m.in. na wysyłaniu przez Rosję SMS-ów z groźbami dla członków rodzin ukraińskich żołnierzy. Było to jednak możliwe tylko dlatego, że operator Vodafone Ukraine jest spółką rosyjskiego koncernu telekomunikacyjnego Mobile TeleSystems. W ten sposób Rosjanie mieli ułatwiony dostęp do sieci i mogli z niej w miarę łatwo korzystać.

Podobna sytuacja była w przypadku ukraińskich systemów wojskowej łączności radiowej, które pochodziły z Rosji i jak się okazało można je było z Rosji wyłączyć. W momencie gdy Ukraińcy zaczęli używać zachodnie radiostacje (firm Harris i Aselsan), skuteczność rosyjskich systemów walki elektronicznej drastycznie się obniżyła. W przypadku skonfrontowania nowoczesnych urządzeń elektronicznych krajów zachodnich z rosyjskimi systemami zakłócającymi, sytuacja wcale już więc nie jest taka oczywista. Z jednej strony Rosjanie w miarę skutecznie utrudniali użycie przez Ukrainę amerykańskich minidronów RQ-11 Raven, z drugiej zaś strony nie radzili sobie z latającymi w okolicy Syrii średnimi i dużymi bezzałogowcami ze Stanów Zjednoczonych i Izraela (takimi jak np. amerykański MQ-9 Reaper).

Szczególnej analizie w raporcie DAIO poddane zostały trzy czynniki: bezzałogowe statki powietrzne UAV (Unmanned Aerial Vehicle), walka elektroniczna (WE) i obrona przeciwlotnicza. Wyciągnięto trzy główne wnioski:
  • walczące siły rzeczywiście wykorzystywały bezzałogowce, jednak przeważały wypróbowane i wcześniej przetestowane taktyki działania (większość dronów realizowała po prostu zadania wcześniej wykonywane przez systemy załogowe). Sygnałem nadchodzących zmian był jedynie jednoczesny atak trzynastu dronów 5 stycznia 2018 roku na bazę w Hmiejmim - tym bardziej, że przygotowały go siły nie stosujące wyrafinowanych technologii, a raczej prymitywne środki walki. Atak ten nie był jednak typowym działaniem „w roju” (nie było np. współdziałania dronów) i jak dotąd nie odnotowano powtórnie  takiego sposobu wykorzystania bezzałogowców;
  • słabym punktem u wszystkich walczących stron była zawsze obrona przeciwlotnicza. Było to szczególnie widoczne w Syrii, gdzie stare systemy nie dawały gwarancji skutecznej obrony, nowe środki obrony przeciwlotniczej działały poniżej oczekiwań (np. system Pancyr-S1), a rozwiązania reklamowane jako najbardziej efektywne w ogóle nie prowadziły aktywnej walki z celami powietrznymi (syryjskie kompleksy S-300 i rosyjskie S-400). Źle zorganizowana obrona przeciwlotnicza była również problemem Armenii w konflikcie z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Wykorzystywane przez armeńskie siły zbrojne systemy 2K11 „Krug”, 9K33 „Osa”, „Tor-M2KM”, 2K12 „Kub”, 9K35 „Strela-10” i S-300 oraz przenośne zestawy przeciwlotnicze były praktycznie bezsilne - nawet w odniesieniu do dużych dronów Bayraktar TB2 (które dzięki temu mogły działać bez większych problemów – chociaż ze stratami);
  • najwięcej uwagi trzeba poświęcić niedocenianym w wielu państwach systemom Walki Elektronicznej (WE). To właśnie dzięki nim odnoszono bowiem sukcesy w zwalczaniu dronów na Bliskim Wschodzie, jak również to one służyły do naprowadzania rosyjskiej artylerii i realizowania na Ukrainie takich zadań, jak: sabotaż, zakłócania, podszywania się i groźby.
W raporcie DAIO zajęto się również czynnikami mniej zauważalnymi i z tego powodu niedocenianymi przez analityków we współczesnych konfliktach zbrojnych. Podkreślono przede wszystkim jak ważna jest integracja zasobów wojskowych w jednolitym systemie C4/5ISTAR. Zauważono, że te strony konfliktu, które lepiej zarządzały „złożonym ekosystemem militarnym” zwyciężały w konflikcie. Mogły bowiem odpowiednio gospodarować swoimi siłami, jak również błyskawicznie reagować na nagle pojawiające się zagrożenia. Według autorów analizy trzeba więc zwrócić większą uwagę na „zmiany koncepcyjno-organizacyjne dotyczące działania łańcucha C4/5ISTAR”, ponieważ idą one w parze z „ogólnym aspektem podejmowania decyzji wojskowych”.

(...)

Brak odpowiedniego systemu dowodzenia powodował, że nawet teoretycznie skuteczne uzbrojenie nie było w stanie realizować zadań. Przykładem tego było obezwładnienie obrony przeciwlotniczej Armenii, które doprowadziło do prawdziwego polowania dronów na zestawy rakietowe. Azerom udało się nawet zniszczyć samobieżną wyrzutnię Tor-M2KM na podwoziu kołowym rozstawioną pomiędzy budynkami mieszkalnymi, chociaż zestaw ten może również działać w pełni autonomicznie (mając własny radar wykrywania).

Z drugiej jednak strony, gdy system wczesnego ostrzegania i dowodzenia działał, osiągano sukcesy, czego przykładem może być Syria. Ocenia się, że właśnie dzięki współdziałaniu środków rozpoznania i systemów ogniowych udało się zestrzelić aż dwadzieścia tureckich dronów przez rakietowe zestawy przeciwlotnicze Buk-M2E.

(...)

Ważnym czynnikiem w raporcie DAIO, który coraz bardziej decyduje o sposobie postrzegania każdego konfliktu ma być warstreaming, tj. zdolność walczących stron do dostarczania na żywo przekazów z pola walki. Te przekazy są przydatne dla rozpoznania i dowodzenia siłami, ale ujawnione i opublikowane np. na oficjalnej stronie ministerstw obrony (jak w przypadku Azerbejdżanu) mogą wypaczyć rzeczywistość. Trzeba bowiem pamiętać, że o wiele ważniejsze elementy działań, takie jak walka elektroniczna i poziom integracji systemów dowodzenia, kierowania, łączności i rozpoznania C4/5ISTAR, są trudne do zademonstrowania. Natomiast bardziej widowiskowe w filmowanych raportach okazują się drony, stając się swoistą „gwiazdą” mediów. A to może zachęcić dowódców do nadmiernego zaspokajania tzw. „głodu obrazów, których wcześniej nie pokazywano”.

(...)

Materiały wideo gromadzone przez drony były i są również powszechnie wykorzystywane przez Turcja i Rosję w Syrii do celów propagandowych oraz przez Izrael – m.in. by zdyskredytować rosyjskie systemy przeciwlotnicze i pochwalić się swoim uzbrojeniem precyzyjnym. Należy bowiem pamiętać, że wszystkie strony ukrywają prawdziwą wartość bojową wykorzystywanego wyposażenia najczęściej ją wyolbrzymiając. Przykładem tego może być rosyjski system walki elektronicznej krótkiego zasięgu, który podobno miał strącić na ziemię sześć z trzynastu dronów atakujących w roju bazę lotniczą Hmieimim w Syrii. Nie ma praktycznie żadnych możliwości by to sprawdzić, w odróżnieniu od tak niezbitego dowodu jak film, pokazujący pocisk zbliżający się i uderzający w bezskutecznie broniącego się rakietami „Pancyra”.

(...)

Nową, mało podkreślaną cechą współczesnych konfliktów jest możliwość skorzystania przez walczące strony z szybkiej, zewnętrznej pomocy: nie w ramach sojuszy (takich jak NATO), ale dzięki „biznesowi wojennemu” - w ramach tzw. usługi wojennej WaaS (War as a Service). Jest to nowy polityczno-strategiczny „model biznesowy”, który polega na czasowym, międzyrządowym przekazaniu kompleksowej siły wojskowej. „Kompleksowej”, ponieważ nie polega to jedynie na szybkim uzupełnieniu zasobów technologicznych (np. dostawie nowych czołgów lub precyzyjnej amunicji), ale również na udzieleniu pomocy planistycznej, szkoleniowej i operacyjnej – w tym na wysłaniu gotowych do działań pododdziałów lub operatorów.

WaaS daje więc możliwość uzyskania nagłej przewagi nad rywalem, o ile oczywiście odbiorca jest przygotowany na przyjęcie tej pomocy, a dawca jest zdecydowany na ryzyko związane z tą pomocą (to ryzyko po prostu musi się opłacać finansowo - poprzez uzależnienie odbiorcy usług lub politycznie – poprzez uzyskanie wpływów i baz). Takie zewnętrzne wsparcie ze strony Rosji okazało się czynnikiem decydującym o ciągłym trwaniu rebelii na wschodniej Ukrainie. Bez rosyjskiej pomocy separatyści nie byliby w stanie prowadzić działań wojennych i podtrzymywać istnienia samozwańczych republik: ługańskiej i donieckiej. Z drugiej strony niestabilność panujących tam władz sprzyja ukrywaniu wpływu Rosji na podtrzymywanie wojny domowej, toczącej się w tamtym regionie.

Podobną sytuację można było zaobserwować w Górskim Karabachu. Wyraźna asymetria sprawności operacyjnej na korzyść Azerbejdżanu wynikała najprawdopodobniej ze strategicznego wsparcia tureckiego oraz złego stanu sił zbrojnych Armenii, co było szczególnie widoczne w obronie przeciwlotniczej. Ta obrona była zresztą nieskuteczna w przypadku obu stron konfliktu, co ułatwiło działania systemom bezzałogowym: tureckim dronom Bayraktar TB2 i izraelskiej amunicji krążącej IAI Harop. Na ten sukces azerskich wojsk niewątpliwie złożyła się obecność 50 tureckich instruktorów, 90 doradców wojskowych i około 20 operatorów dronów.

Tym co może wpłynąć na sposób działania sił zbrojnych jest także coraz większy dostęp do bardzo dobrej jakości i tanich technologii komercyjnych. Oznacza to drastyczne zmniejszenie kosztów wielu rodzajów sprzętu wojskowego, który nie jest coraz częściej produkowany w pojedynczych sztukach z unikalnych części, ale składany z masowo produkowanych elementów. Żołnierze mają więc obecnie powszechny dostęp np. do systemów nawigacji satelitarnej, jak również do wcześniej bardzo drogich i skomplikowanych urządzeń termowizyjnych.

Takie pomieszanie rozwiązań wojskowych i komercyjnych C/MOTS (Commercial or military technology off-the-shelf) pozwoliło np. tureckiej firmie Bakyar na wyprodukowanie dronu bojowego Bayraktar TB2, który jest kilkanaście razy tańszy od swoich większych, amerykańskich odpowiedników MQ-9 Reaper (około 60 milionów dolarów za sztukę). Automatycznie pozwala to na zwiększenie floty dostępnych bezzałogowców, co daje możliwość ich powszechniejszego używanie przez dowódców oraz godzenia się na związane z tym straty.

(...)

Wszystkie oceniane przez DAIO konflikty ponownie wykazały, że systemy walki elektronicznej stanowią nieodłączny element działań wojennych. Kto więc ma lepsze wyposażenie w tej dziedzinie i potrafi go skutecznie wykorzystywać, ten od razu uzyskuje przewagę, której nie można zrekompensować żadnymi, innymi środkami. Dobrym przykładem takiej przewagi uzyskanej dzięki systemom WE jest wschodnia Ukraina. Skuteczne wsparcie ogniowe artylerii dla sił separatystycznych byłoby bowiem niemożliwe, gdyby Ukraina posiadała odpowiednie środki przeciwdziałania dronom rozpoznawczym kierującym ogniem.

Tymczasem Rosjanie korzystali ze wschodniej Ukrainy jak ze swoistego poligonu doświadczalnego przekazując tzw. "separatystom" nawet tak nowoczesne rozwiązania jak kompleksy WE typu: RB-341W „Leer-3”, 1Ł269 „Krasucha-2”, RB-109A „Bylina” i zestaw do zakłócania dronów „Riepiellient-1” (najprawdopodobniej z rosyjskimi obsługami).

Wszystkie te rozwiązania aktywnie uczestniczyły w działaniach przyczyniając się do zwiększania świadomości sytuacyjnej (poprzez namierzanie źródeł promieniowania elektromagnetycznego – w tym telefonów komórkowych), utrudniając wykorzystanie przez Ukrainę systemów bezzałogowych, zakłócając systemy dowodzenia i kontroli, zagłuszając i podszywając się pod sygnał GPS oraz rozpowszechniając fałszywe informacje.

W Syrii działania były już bardziej ograniczone, ponieważ Rosjanie stosowali systemy WE głównie do zabezpieczania własnych sił. Trudno jest ustalić, jak było to skuteczne ze względu na niską wiarygodność rosyjskich przekazów.  (...)

Na bazie tych doświadczeń Rosjanie opracowali zupełnie nową taktykę elektronicznego wsparcia własnych operacji. Polega ona na dużym rozproszeniu systemów WE we wszystkich rodzajach sił zbrojnych i wszystkich lokalizacjach geograficznych. Jest to spowodowane m.in. uznaniem przez Rosjan, że to systemy walki elektronicznej będą jeszcze przez długi czas podstawowym środkiem przeciwdziałania dronom. Muszą się więc stać integralnym elementem systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Dodatkowo coraz częściej wskazuje się, że Rosjanie przygotowują się do walki elektronicznej również poza terenem działań wojennych. Ma to polegać m.in. na elektronicznym ataku w przemysł obronny przeciwnika. Zmusza to według analityków do przewartościowania tego, co kryje się pod pojęciem „obrona narodowa”.

Jest oczywiste, że w dziedzinie walki elektronicznej najwięcej uwagi poświęcano systemom rosyjskim, ale strona turecka również korzystała bardzo intensywnie z zakłóceń oraz rozpoznania radioelektronicznego. W Libii i Syrii Turcy używali np. systemy KORAL i REDET firmy Aselsan. Były one stosowane do rozpoznania i zakłócania systemów radiolokacyjnych (w tym by zabezpieczyć działanie dronów Bayraktar TB2) oraz śledzenia i atakowania telefonów komórkowych. Analitycy DAIO uważają nawet, że system KORAL był skuteczny przeciwko zestawom przeciwlotniczym „Pancyr-S1” co ułatwiało ich zwalczanie z powietrza.

Jednak za największy sukces Turcji uważa się specjalną taktykę działania wykorzystaną w Górskim Karabachu (oraz na mniejszą skalę w Syrii i Libii). Poprzez połączenie walki elektronicznej (rozpoznanie i zakłócanie) z masowo użytymi dronami udało się bowiem zneutralizować armeński system obrony powietrznej pomimo, że był on wyposażony w rosyjskie zestaw przeciwlotnicze oceniane wcześniej za dobre (w tym dywizjony S-300).

Najważniejszym wnioskiem z analizy DAIO jest jednak to, że wszystkie cztery oceniane konflikty nie są czymś na tyle reprezentatywnym, by kraje rozwinięte na tej podstawie mogły nakreślić nowe drogi rozwoju sił zbrojnych i zmienić generalnie koncepcję działań wojennych. To co się dzieje na wschodniej Ukrainie, w Syrii, Libii oraz między Armenią a Azerbejdżanem dla autorów analizy przypomina bardziej „wojskowe bezkrólewie”, w którym nie odchodzi się od tradycyjnych sposobów prowadzenia wojny, jedynie je wzbogacając o nowe technologie – i to najczęściej nie w pełnym zakresie ich możliwości.

(...)

Z drugiej zaś strony bardzo „elastycznie” podchodzono do rygorystycznie przestrzeganej na zachodzie koncepcji „zero strat”. W żadnym z konfliktów nie podporządkowywano sposobu działań tak, by nie było strat w ludziach – starając się jedynie te straty zminimalizować. Najlepszym tego przykładem jest Rosja, która dopuszcza straty uboczne wśród ludności cywilnej i według raportu DAIO przekłada „interes narodowy nad prywatność i prawa człowieka, co powoduje, że względy etyczne i moralne związane z wojskowymi zastosowaniami sztucznej inteligencji i systemów broni autonomicznej raczej się nie pojawią jako główny czynnik ograniczający dalszy ich rozwój”.

defence24.pl

Jedną z firm, które odniosły wyjątkowy sukces w podłączaniu się do europejskiej administracji publicznej, jest Palantir, która zajmuje się analizą danych, założona przez twórcę PayPala Petera Thiela, od lat sympatyka Donalda Trumpa.

Choć ta amerykańska firma technologiczna wzbudziła kontrowersje z powodu zawierania kontraktów z wojskiem i związanych z kontrolą granic w USA, nie powstrzymało to europejskich urzędników przed zwróceniem się do niej w czasie pandemii COVID-19.

Firma zaoferowała europejskim rządom darmowe lub bardzo tanie umowy na wydajne platformy analizy danych, aby pomóc im w walce ze śmiertelną chorobą. Oferta Palantir obejmuje pomoc w analizie rozprzestrzeniania się choroby, a także monitorowanie reakcji lokalnych społeczności na wprowadzenie szczepionki.

Grecja, Holandia i Wielka Brytania są wśród krajów, które przeprowadziły próby technologii związane z pandemią, jak wynika z publicznie dostępnych danych.

Francja – kraj, który spierał się z Google i Apple o aplikację COVID-19 i który jest najgłośniejszym w Europie zwolennikiem strategicznej autonomii – również podpisał kontrakt z firmą Thiela (podobnie jak agencja policyjna bloku, Europol, która korzysta z usług firmy co najmniej od 2016r.).

Francuskie służby wywiadowcze zwróciły się do Palantira po atakach terrorystycznych w 2015 r., a lokalni przedstawiciele firmy mówili o roli, jaką odegrała w obronie Francji – a w istocie wzmacniając jej suwerenność.

– Kiedy pomagamy państwu takiemu jak Francja w walce z terroryzmem, myślę, że jest to akt suwerenności, a narodowość firmy nie ma znaczenia - powiedział szef francuskiego oddziału Palantir, Fabrice Brégier, podczas przesłuchania parlamentarnego na początku tego roku.

(...)

Gdy parlamenty i rządy europejskie szukały pomocy w śledzeniu osób, które mogą być nosicielami koronawirusa, wielokrotnie zwracały się do chińskiej firmy Hikvision.

Jako największy na świecie producent sprzętu do nadzoru wideo, firma ta zdobyła wiele kontraktów w całej wspólnocie, pomimo doniesień, że jej technologia była wykorzystywana do represjonowania muzułmańskiej mniejszości Ujgurów w Chinach – czemu firma zaprzecza.

Chociaż Hikvision znajduje się na liście sankcji USA z powodu powiązań z chińskim wojskiem, firma pozostaje jednym z największych dostawców technologii nadzoru w Europie.

W Brukseli zarówno Komisja Europejska, jak i Parlament korzystały z systemów Hikvision, aby sprawdzać, czy osoby wchodzące do budynków instytucji UE mają objawy COVID-19, jak wynika z dokumentów dotyczących zamówień publicznych Unii.

Po tym, jak niektórzy urzędnicy europejscy sprzeciwili się wykorzystywaniu skanerów Hikvision, Parlament usunął je i w zeszłym miesiącu podjął formalną uchwałę, aby nie używać ich w budynkach. Komisja zdecydowała się jednak zachować sprzęt ze względów budżetowych.

W Wielkiej Brytanii ustawodawcy wielokrotnie wzywali do wprowadzenia surowszych ograniczeń w zakresie działalności Hikvision. Ale kryzys związany z COVID-19 okazał się dobrodziejstwem dla jej interesów, gdy kilka lotnisk w kraju zakupiło jej czujniki termiczne, aby wyłapywać przypadki zachorowań wśród podróżnych.

Prawie 30 lokalnych rad miejskich w Londynie również zainstalowało technologię nadzoru z Hikvision, w tym kamery i cyfrowe zapisy wideo, jak wynika z dokumentów uzyskanych w ramach ustawy o dostępie do informacji. Rady twierdzą, że chińskich urządzeń nie używają do rozpoznawania twarzy.

Aktywiści ostrzegają, że kontrakty otworzyły Hikvision i innym powiązanym z Pekinem firmom, takim jak Dahua Technology, przyczółek, który będą starały się rozbudowywać.

– Są wszędzie – powiedział Samuel Woodhams, analityk zajmujący się prawami cyfrowymi, który złożył wnioski o dostęp do informacji i podzielił się nimi z POLITICO. – Coraz bardziej stają większą częścią systemu nadzoru w Wielkiej Brytanii.

Yossi Carmil, dyrektor naczelny izraelskiej firmy Cellebrite, zajmującej się cyberbezpieczeństwem, w zeszłym miesiącu oświadczył śmiało na spotkaniu z inwestorami: – Jesteśmy niekwestionowanym liderem w dziedzinie wywiadu cyfrowego.

I przedstawił dowód: prawie 7 tys. kontraktów z rządami i prywatnymi organizacjami, w tym 25 z 27 "policji krajowych państw członkowskich Unii Europejskiej".

Izraelska firma, która specjalizuje się w odblokowywaniu urządzeń cyfrowych i łączeniu tych danych z innymi dowodami online, jest jedną z kilku izraelskich firm, które pracują nad działaniami Europy mającymi na celu śledzenie wszystkiego, od COVID-19 po migrantów przybywających z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Dostawca oprogramowania szpiegowskiego NSO Group od dawna jest wykorzystywany przez europejskie agencje wywiadowcze. Oferuje słynnego Pegasusa, którego używają również polskie służby do śledzenia przemieszczania się ludzi i wiadomości tekstowych wysyłanych przez ich smartfony.

Od czasu pandemii rozszerzyła swoją ofertę o oprogramowanie, które umożliwia dostęp do smartfonów w celu monitorowania rozprzestrzeniania się wirusa za pomocą danych o lokalizacji – narzędzie do śledzenia, które zdaniem obrońców prywatności może naruszać europejskie przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

NSO Group twierdzi, że jej produkt, który jest używany w Izraelu, jest legalny i niezbędny do utrzymania koronawirusa w ryzach. Ale europejskie rządy muszą jeszcze się na to zgodzić.

"Jako firma nadzorująca, dysponująca zaawansowanym oprogramowaniem do walki z cyberprzestępczością, NSO prawdopodobnie ma dostęp do prywatnych danych z zainfekowanych urządzeń użytkowników, które wykraczają poza zwykłe dane o lokalizacji", napisali analitycy z Goldsmiths, University of London, którzy przeanalizowali ofertę firmy.

onet.pl

- Jakie miejsce ma Bliski Wschód w strategicznych kalkulacjach Moskwy?

Bliski Wschód nie stanowi dla Rosji priorytetu – obszar ten nigdy takiego statusu nie miał. Ustępuje takim kierunkom jak Kaukaz, Europa, Stany Zjednoczone, a nawet Arktyka. Niemniej jednak w ostatniej dekadzie widać wzrost znaczenia Bliskiego Wschodu w geostrategicznych kalkulacjach Moskwy, czego przejawem jest operacja w Syrii. Istotna zmiana polega na innej perspektywie. Jeszcze niedawno Kreml patrzył na Bliski Wschód przed pryzmat relacji z Zachodem – nawet w momencie interwencji zbrojnej w Syrii w 2015 roku w Moskwie dominowało przekonanie, że poprzez wpłynięcie na sytuację w tym państwie można oddziaływać na Stany Zjednoczone. Sądzę, że obecnie Moskwa porzuciła tę nadzieje i nie traktuje ani wojny w Syrii, ani swej obecności na Bliskim Wschodzie, jako środka w relacjach z Amerykanami. Teraz Bliski Wschód jest dla Rosji istotny sam w sobie.

- Czy możliwe jest zidentyfikowanie zasadniczych celów, które Rosjanie starają się zrealizować?

Dekadę temu, ale także i teraz, najważniejszym celem Rosji było bezpieczeństwo i stabilizacja, przez co rozumiem ochronienie samej Rosji i obszaru posowieckiego przed jakimkolwiek rozlaniem się ekstremizmu i terroryzmu z Bliskiego Wschodu. To w dużym stopniu spuścizna lat dziewięćdziesiątych i wojen w Czeczenii. Kwestia ta pozostaje dla Rosji istotna. To również uniemożliwianie wybuchu jakiejkolwiek „kolorowej rewolucji” – Rosjanie postrzegają je, chociażby „rewolucję róż” w Gruzji i „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie – jako potajemne próby Zachodu wciągnięcia tychże państw we własną strefę wpływów. Wydarzenia w Libii w 2011 roku stanowiły dla Rosji sygnał ostrzegawczy. Rosja wstrzymała się wówczas od głosowania nad rezolucją nr 1973 Rady Bezpieczeństwa ONZ na temat użycia siły przeciwko Kadafiemu. Ostatecznie libijski reżim upadł, a Rosja uznała, że nie może pozwolić, aby taka sytuacja powtórzyła się.

To również coś, co ja określam mianem „celu pedagogicznego”. Rosja chce prezentować w regionie inny model stosunków wewnątrzpaństwowych i międzynarodowych. Ma to być alternatywa dla rozwiązań zachodnich, które – w rosyjskiej narracji – doprowadziły jedynie do chaosu i zniszczenia. Stanowi to element szerszego dyskursu w rosyjskiej polityce zagranicznej, który opiera się na stwierdzeniu, iż współczesny świat staje się bardziej wielobiegunowy, mniej skoncentrowany na Zachodzie, a państwa nie muszą opierać się na zachodnich rozwiązaniach systemowych, w tym na liberalizmie. Rosja promuje tę narrację, a Bliski Wschód to jeden z obszarów tych działań.

- A wymiar gospodarczy?

Tego celu również nie można zignorować. To osobny priorytet dla Rosji, która w tym wymiarze działa oportunistycznie – wyszukuje okazje, które można następnie wykorzystać. Niemniej jednak wpływy ze współpracy z państwami regionu mają niezmiennie niewielki wpływ na rosyjskie PKB. Tylko w kilku sektorach Rosja może być atrakcyjna. To broń oraz współpraca wojskowa, sprzedaż technologii jądrowych oraz mniej istotne aspekty, jak eksport zboża (głównie do Egiptu). Gospodarka ustępuje jednak interesom bezpieczeństwa. W większości przypadków obie te wartości nie są konfliktowe – sprzedaż broni do państw regionu daje pieniądze, a jednocześnie tworzy podstawę współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Ilustracją tezy o prymacie bezpieczeństwa nad zyskiem ekonomicznym jest historia dostaw S-300 do Iranu. W 2010 roku Miedwiediew zatrzymał eksport, co wywołało niezadowolenie wśród przedstawicieli rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. W tamtym momencie dla Kremla ważniejsza była kwestia „resetu” w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi oraz współpraca z Izraelem. Wbrew interesowi gospodarczemu poparto sankcje na Iran.

- Na ile jest to spójna i długofalowa wizja osiągania z góry zidentyfikowanych celów?

Nie dostrzegam spójnej i długofalowej strategii rosyjskiej względem Bliskiego Wschodu – przynajmniej nie w rozumieniu amerykańskiej „grand strategy”. Co prawda niedawno przedstawili koncepcję bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej, ale wątpię, aby Rosjanie uznawali ten pomysł za realistyczną i długofalową strategię. Są jednak określone elementy wokół których prowadzone są taktyczne działania. Pierwszym z nich jest elastyczność sojusznicza – Kreml gotów jest rozmawiać i współpracować dosłownie z każdym. Drugim jest zachowanie względnie równej odległości – Rosja stara się balansować pomiędzy różnymi aktorami na Bliskim Wschodzie i nie stawać po żadnej ze stron konfliktu.

defence24.pl

Jeśli chodzi o implikacje dla polityki publicznej, symulujemy kilka eksperymentów fiskalnych, które różnią się albo wielkością transferu do gospodarstw domowych, albo sposobem finansowania pakietu stymulacyjnego. Rozważamy fiskalne pakiety stymulacyjne o dwóch wielkościach, równych odpowiednio 0,5 proc. i 1 proc. PKB.

Pakiet o wielkości 0,5 proc. PKB umożliwiłby rządowi wypłatę równowartości jednomiesięcznych dochodów dla najbiedniejszych 27 proc. gospodarstw domowych, przy średniej wartości transferu na poziomie 775 euro. Ponieważ gospodarstwa domowe w tej grupie wykazują średnią krańcową skłonność do konsumpcji na poziomie 0,52 (z niewielkiego przyrostu dochodów), a wypłata pakietów stymulacyjnych jest finansowana poprzez zadłużenie, wskazujemy, że w tym przypadku polityka państwa zwiększyłaby łączną konsumpcję o 0,43 proc.

Następnie rozważamy alternatywną politykę, która wykorzystuje pakiet stymulacyjny na poziomie 0,5 proc. PKB do wypłacenia ekwiwalentu rocznego dochodu gospodarstwom domowym z dolnych 7 proc. rozkładu poziomu gotówki posiadanej do dyspozycji, gdzie średnia wartość transferu dla tych 7 proc. rodzin wyniesie 3 744 euro. Polityka ta, która również jest finansowana poprzez zadłużenie, ma mniejszy wpływ na zagregowaną konsumpcję niż polityka w pierwszym przypadku – wynosi on około 0,37 proc. Powodem jest to, że polityka wiąże się tu z niższą średnią krańcową skłonnością do konsumpcji wynoszącą 0,46 (z dużego przyrostu dochodów).

Podobny wynik widać w przypadku pakietu stymulacyjnego o wartości około 1 proc. PKB. Tu polityka obejmująca transfer na poziomie jednomiesięcznych dochodów dla najbiedniejszych 41 proc. gospodarstw domowych, stymuluje łączny popyt bardziej niż pomoc publiczna, gdzie transfer odpowiada rocznemu dochodowi (obserwowany jest przyrost o odpowiednio 0,85 proc. oraz 0,68 proc.).

Badanie zawiera także rozpatrzenie scenariusza finansowania transferów z podatków. Rozważana jest polityka fiskalna, gdzie pakiet stymulacyjny jest finansowany z podwyżki podatków dla najbogatszych 4 proc. gospodarstw na poziomie odpowiadającym ich jednomiesięcznym dochodom, ze średnią płatnością sięgającą 6058,1 euro. Ponieważ polityka jest tu finansowana poprzez podnoszenie podatków, a nie przez zadłużanie, nie dziwi fakt, że ma ona mniejsze przełożenie na łączną konsumpcję. Jednak ze względu na znaczną różnicę między średnimi krańcowymi skłonnościami do konsumpcji gospodarstw usytuowanych na obu końcach rozkładu poziomu gotówki posiadanej do dyspozycji, polityka ta zapewniłaby znaczący bodziec dla zagregowanej konsumpcji, sięgający około 0,17 proc., zarazem nie powodując wzrostu długu publicznego.

Podobny wynik obserwujemy w panelu z pakietem stymulacyjnym odpowiadającym 1 proc. PKB. Finansowanie transferów poprzez podatki w dalszym ciągu daje pozytywny efekt netto w zakresie zagregowanej konsumpcji – na poziomie 0,27 proc. – ponieważ biedniejsze gospodarstwa domowe wykazują wyższą krańcową skłonność do konsumpcji niż bogatsze gospodarstwa domowe.

Wypłata bodźców fiskalnych o mniejszej wielkości i skierowanych do większego odsetka rodzin znajdujących się w niekorzystnej sytuacji zapewniłaby silniejszy impuls dla łącznej konsumpcji niż transfer o większej wartości wypłacany mniejszemu odsetkowi biedniejszych gospodarstw domowych.

Podsumowując, te eksperymenty fiskalne dają nam prostą lekcję w zakresie polityki publicznej – mniej znaczy więcej. Wypłata bodźców fiskalnych o mniejszej wielkości i skierowanych do większego odsetka rodzin znajdujących się w niekorzystnej sytuacji zapewniłaby silniejszy impuls dla łącznej konsumpcji niż transfer o większej wartości wypłacany mniejszemu odsetkowi biedniejszych gospodarstw domowych. Zarazem stwierdzamy, że chociaż interwencje finansowane zadłużeniem dają największy wpływ w zakresie łącznej konsumpcji, polityka fiskalna polegająca na redystrybucji zasobów z górnych części do dolnych części rozkładu dochodów także zapewniłaby istotną ekonomicznie stymulację dla całości gospodarki bez dodatkowych kosztów dla finansów publicznych.

obserwatorfinansowy.pl