sobota, 31 lipca 2021


Pomimo, że Rosjanie mają bardzo dobre rozwiązania jeżeli chodzi o naziemne systemy Walki Elektronicznej (WE), to w przypadku lotniczych systemów WE przemysł nie jest w stanie jak na razie dostarczyć rozwiązań w odpowiedniej ilości. Sytuacja w tej dziedzinie jest określana jako „katastrofalna”.

O skali problemu może świadczyć fakt, że Rosjanie nie wprowadzili żadnej, lotniczej platformy Walki Elektroniczne od 1993 roku do 2016 roku. Tymczasem wcześniej, w nieco ponad trzydzieści lat zbudowano w Związku Radzieckim ponad siedemdziesiąt takich statków powietrznych na bazie samolotów: An-12, Tu-16 i Jak-28. Jako szczególnie udany uważa się wykorzystywany jeszcze do lat dziewięćdziesiątych lampowy system zakłóceń „Bukiet”, który zainstalowano na „odrzutowcach” Tu-16P i Jak-28PP.

Ten analogowy kompleks był podobno w stanie torować drogę własnemu lotnictwu uderzeniowemu paraliżując systemy radarowe przeciwnika nawet w odległości 600 km. Rosjanie dodatkowo w sposób ciągły go modernizowali. Pomimo, że był to system analogowy, to już w swoich wersjach z lat sześćdziesiątych mógł on działać automatycznie – analizując odbierane częstotliwości i odpowiednio dobierając zakłócenia. Na pokładzie każdego samolotu znajdowało się pięć generatorów, które specjaliści nazywali potocznie „garnkami”. Każdy z nich odpowiadał za zakłócenia odpowiednich długości fal: od 8 do 30 cm.

W latach siedemdziesiątych pojawiły się nowe rozwiązania – szczególnie jeżeli chodzi o systemy antenowe. Dawało to już możliwość tworzenia węższych charakterystyk antenowych, co zmniejszało straty mocy (skupiając ją na atakowanych „elektronicznie” celach), jak również ograniczało niepożądany wpływ zakłóceń na własny samolot i jego załogę (co wcześniej bywało problemem i wymagało ścisłego nadzoru medycznego nad pilotami i operatorami kompleksu). Te zmiany zostały wprowadzone na samolocie Jak-28PP, który poza „Bukietem” został doposażony w kompleks „Fasol”. Pozwalał on już tłumić nie tylko radary, ale również systemy dowodzenia i łączności.

W latach osiemdziesiątych technologia lampowa przestała być wystarczająca, szczególnie, gdy w państwach NATO zaczęto wprowadzać nowej generacji stacje radiolokacyjne z antenami ścianowymi i o szybko zmienianych parametrach (takich jak częstotliwość nośna sygnału, okres sondowania, długość fali, itd.). Uznano więc, że samoloty Tu-16P i Jak-28PP są już zupełnie nieprzydatne i na początku lat dziewięćdziesiątych wycofano je ze służby. Jak się później okazało był to duży błąd, ponieważ te statki powietrzne miały jeszcze duży potencjał modernizacyjny, a ponadto przez prawie ćwierć wieku nie wprowadzono nic w zamian.

Tymczasem wystarczyłoby jedynie wymienić bazę elementową zachowując samą koncepcje poszczególnych urządzeń. Tak zresztą zrobiono później w odniesieniu do kompleksu „Bukiet”, w którym od razu dokonano przejścia z systemów lampowych na mikroukłady (pomijając układy tranzystorowe).

Zmiana pokoleniowa w lotniczych systemach Walki Elektronicznej miała nastąpić dopiero w 2016 roku, gdy wprowadzono do wojsk lotniczych trzy kompleksy WE Ił-22PP „Porubszczyk”. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że ilość ta w żadnym przypadku nie zaspokaja potrzeb rosyjskich sił zbrojnych – szczególnie podczas pełnowymiarowego konfliktu.

Sprawa jest o tyle dziwna, że zupełnie inaczej dzieje się na lądzie. Tam przez cały czas są wprowadzane nowatorskie rozwiązania, które w niektórych przypadkach rzeczywiście nie mają swoich odpowiedników w krajach zachodnich. 

(...)

Jak się jednak okazało największym problemem dla Rosjan nie był sam kompleks WE, ale znalezienie dla niego odpowiedniej platformy latającej. System „Porubszczyk” to zestaw zakłócający, który działa jeszcze w oparciu o starsze technologie, a więc wymaga samolotów o dużym udźwigu, znacznej objętości kadłuba i odpowiednim zapasie energetycznym.

Takie wymagania spełniał np. cywilny, czterosilnikowy, turbośmigłowy samolot Ił-18, ale Rosjanie nie mieli nowej wersji tego statku powietrznego. Dlatego musieli wykorzystać stare statki powietrzne, co obecnie wiąże się z dużymi problemami w ich operacyjnym wykorzystaniu. Dla potrzeb Walki Elektronicznej „poświęcono” trzy latające centra kontroli powietrznej Ił-22 „Bizon”, które zaczęto wprowadzać do służby już w 1971 roku. Ponad trzydziestopięcioletnie samoloty przeszły jednak remont kapitalny i po 2011 roku rozpoczęły się ich loty testowe. Zabudowany na ich bazie kompleks „Porubszczyk” przeszedł natomiast próby państwowe w 2015 roku. Rok później trzy wcześniejsze „Bizony”, a obecnie Ił-22PP, weszły do służby w rosyjskich siłach powietrznych.

Jak na razie nie są znane możliwości kompleksów „Porubszczyk”. W rosyjskich mediach kilkakrotnie pokazała się nawet informacja, że jest to po prostu znany wcześniej system „Bukiet”, w którym zastąpiono niektóre bloki nowymi układami elektronicznymi. Sami Rosjanie zresztą twierdzą, że nie jest to żaden skok technologiczny. Sprawa jest drażliwa, ponieważ Rosja uważa się za najlepszego na świecie producenta systemów WE. Każdego roku wielkość rosyjskiego rynku systemów i sprzętu Walki Elektronicznej przekracza 400 milionów dolarów, co wiąże się m.in. z przejęciem 7% światowego eksportu. Dodatkowo największy rosyjski producent systemów WE - koncern KRET lansuje się jako światowy, „intelektualny lider” w tej dziedzinie – i w kilku rozwiązaniach ma do tego pełne prawo.

defence24.pl

piątek, 30 lipca 2021


Ośrodek analityczny DAIO (Defense AI Observatory) na Uniwersytecie w Hamburgu opublikował raport na temat wpływu (a właściwie braku wpływu) konfliktów w Syrii, Libii, Górskim Karabachu i wschodniej Ukrainie na sposób prowadzenia działań wojennych w przyszłości. Potwierdzono w nim rzadko podkreślaną ocenę, że cztery analizowane konflikty są prowadzone według zasad i w sposób odmienny od tego, jakie najprawdopodobniej byłyby zastosowane przy konfrontacji zbrojnej państw rozwiniętych.

(...)

Autorzy tej analizy podkreślają wyraźnie, że oceniane cztery konflikty, pokazują pewne aspekty przyszłych działań wojennych, ale wcale nie zmieniają obowiązujących obecnie reguł – najwyżej o nich przypominając (np. wskazując na częste zjawisko niedoceniania walki elektronicznej).

W ten sposób to, co we współczesnych konfliktach uważane jest powszechnie za nowatorskie, w rzeczywistości może nie mieć takiego wpływu, jak czynniki mniej widoczne, takie jak np. warstreaming lub tymczasowe przekazywanie siły militarnej za pośrednictwem tzw. WaaS („wojna jako usługa”). Tymczasem takie błędnie wyciągane wnioski mogą doprowadzić nawet do złego ukierunkowania sposobu rozwoju technologii, zdolności i koncepcji.

Autorzy wskazują (zresztą słusznie), że wojny na Ukrainie, w Syrii, Libii i Górskim Karabachu nie miały charakteru pełnowymiarowego konfliktu zbrojnego i toczyły się w bardzo specyficznych warunkach. Nie było więc tego, czym charakteryzowałoby się starcie państw zaawansowanych technologicznie – w tym przede wszystkim bezpośredniej konfrontacji lotnictwa i sił okrętowych oraz skoordynowanej, wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej. Wiele czynników było również tak specyficznych, że ich powtórzenie na innym teatrze operacji wojennych byłoby bardzo trudne.

W analizie DAIO wskazane np. na rosyjskie działania psychologiczne na Ukrainie, które polegały m.in. na wysyłaniu przez Rosję SMS-ów z groźbami dla członków rodzin ukraińskich żołnierzy. Było to jednak możliwe tylko dlatego, że operator Vodafone Ukraine jest spółką rosyjskiego koncernu telekomunikacyjnego Mobile TeleSystems. W ten sposób Rosjanie mieli ułatwiony dostęp do sieci i mogli z niej w miarę łatwo korzystać.

Podobna sytuacja była w przypadku ukraińskich systemów wojskowej łączności radiowej, które pochodziły z Rosji i jak się okazało można je było z Rosji wyłączyć. W momencie gdy Ukraińcy zaczęli używać zachodnie radiostacje (firm Harris i Aselsan), skuteczność rosyjskich systemów walki elektronicznej drastycznie się obniżyła. W przypadku skonfrontowania nowoczesnych urządzeń elektronicznych krajów zachodnich z rosyjskimi systemami zakłócającymi, sytuacja wcale już więc nie jest taka oczywista. Z jednej strony Rosjanie w miarę skutecznie utrudniali użycie przez Ukrainę amerykańskich minidronów RQ-11 Raven, z drugiej zaś strony nie radzili sobie z latającymi w okolicy Syrii średnimi i dużymi bezzałogowcami ze Stanów Zjednoczonych i Izraela (takimi jak np. amerykański MQ-9 Reaper).

Szczególnej analizie w raporcie DAIO poddane zostały trzy czynniki: bezzałogowe statki powietrzne UAV (Unmanned Aerial Vehicle), walka elektroniczna (WE) i obrona przeciwlotnicza. Wyciągnięto trzy główne wnioski:
  • walczące siły rzeczywiście wykorzystywały bezzałogowce, jednak przeważały wypróbowane i wcześniej przetestowane taktyki działania (większość dronów realizowała po prostu zadania wcześniej wykonywane przez systemy załogowe). Sygnałem nadchodzących zmian był jedynie jednoczesny atak trzynastu dronów 5 stycznia 2018 roku na bazę w Hmiejmim - tym bardziej, że przygotowały go siły nie stosujące wyrafinowanych technologii, a raczej prymitywne środki walki. Atak ten nie był jednak typowym działaniem „w roju” (nie było np. współdziałania dronów) i jak dotąd nie odnotowano powtórnie  takiego sposobu wykorzystania bezzałogowców;
  • słabym punktem u wszystkich walczących stron była zawsze obrona przeciwlotnicza. Było to szczególnie widoczne w Syrii, gdzie stare systemy nie dawały gwarancji skutecznej obrony, nowe środki obrony przeciwlotniczej działały poniżej oczekiwań (np. system Pancyr-S1), a rozwiązania reklamowane jako najbardziej efektywne w ogóle nie prowadziły aktywnej walki z celami powietrznymi (syryjskie kompleksy S-300 i rosyjskie S-400). Źle zorganizowana obrona przeciwlotnicza była również problemem Armenii w konflikcie z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Wykorzystywane przez armeńskie siły zbrojne systemy 2K11 „Krug”, 9K33 „Osa”, „Tor-M2KM”, 2K12 „Kub”, 9K35 „Strela-10” i S-300 oraz przenośne zestawy przeciwlotnicze były praktycznie bezsilne - nawet w odniesieniu do dużych dronów Bayraktar TB2 (które dzięki temu mogły działać bez większych problemów – chociaż ze stratami);
  • najwięcej uwagi trzeba poświęcić niedocenianym w wielu państwach systemom Walki Elektronicznej (WE). To właśnie dzięki nim odnoszono bowiem sukcesy w zwalczaniu dronów na Bliskim Wschodzie, jak również to one służyły do naprowadzania rosyjskiej artylerii i realizowania na Ukrainie takich zadań, jak: sabotaż, zakłócania, podszywania się i groźby.
W raporcie DAIO zajęto się również czynnikami mniej zauważalnymi i z tego powodu niedocenianymi przez analityków we współczesnych konfliktach zbrojnych. Podkreślono przede wszystkim jak ważna jest integracja zasobów wojskowych w jednolitym systemie C4/5ISTAR. Zauważono, że te strony konfliktu, które lepiej zarządzały „złożonym ekosystemem militarnym” zwyciężały w konflikcie. Mogły bowiem odpowiednio gospodarować swoimi siłami, jak również błyskawicznie reagować na nagle pojawiające się zagrożenia. Według autorów analizy trzeba więc zwrócić większą uwagę na „zmiany koncepcyjno-organizacyjne dotyczące działania łańcucha C4/5ISTAR”, ponieważ idą one w parze z „ogólnym aspektem podejmowania decyzji wojskowych”.

(...)

Brak odpowiedniego systemu dowodzenia powodował, że nawet teoretycznie skuteczne uzbrojenie nie było w stanie realizować zadań. Przykładem tego było obezwładnienie obrony przeciwlotniczej Armenii, które doprowadziło do prawdziwego polowania dronów na zestawy rakietowe. Azerom udało się nawet zniszczyć samobieżną wyrzutnię Tor-M2KM na podwoziu kołowym rozstawioną pomiędzy budynkami mieszkalnymi, chociaż zestaw ten może również działać w pełni autonomicznie (mając własny radar wykrywania).

Z drugiej jednak strony, gdy system wczesnego ostrzegania i dowodzenia działał, osiągano sukcesy, czego przykładem może być Syria. Ocenia się, że właśnie dzięki współdziałaniu środków rozpoznania i systemów ogniowych udało się zestrzelić aż dwadzieścia tureckich dronów przez rakietowe zestawy przeciwlotnicze Buk-M2E.

(...)

Ważnym czynnikiem w raporcie DAIO, który coraz bardziej decyduje o sposobie postrzegania każdego konfliktu ma być warstreaming, tj. zdolność walczących stron do dostarczania na żywo przekazów z pola walki. Te przekazy są przydatne dla rozpoznania i dowodzenia siłami, ale ujawnione i opublikowane np. na oficjalnej stronie ministerstw obrony (jak w przypadku Azerbejdżanu) mogą wypaczyć rzeczywistość. Trzeba bowiem pamiętać, że o wiele ważniejsze elementy działań, takie jak walka elektroniczna i poziom integracji systemów dowodzenia, kierowania, łączności i rozpoznania C4/5ISTAR, są trudne do zademonstrowania. Natomiast bardziej widowiskowe w filmowanych raportach okazują się drony, stając się swoistą „gwiazdą” mediów. A to może zachęcić dowódców do nadmiernego zaspokajania tzw. „głodu obrazów, których wcześniej nie pokazywano”.

(...)

Materiały wideo gromadzone przez drony były i są również powszechnie wykorzystywane przez Turcja i Rosję w Syrii do celów propagandowych oraz przez Izrael – m.in. by zdyskredytować rosyjskie systemy przeciwlotnicze i pochwalić się swoim uzbrojeniem precyzyjnym. Należy bowiem pamiętać, że wszystkie strony ukrywają prawdziwą wartość bojową wykorzystywanego wyposażenia najczęściej ją wyolbrzymiając. Przykładem tego może być rosyjski system walki elektronicznej krótkiego zasięgu, który podobno miał strącić na ziemię sześć z trzynastu dronów atakujących w roju bazę lotniczą Hmieimim w Syrii. Nie ma praktycznie żadnych możliwości by to sprawdzić, w odróżnieniu od tak niezbitego dowodu jak film, pokazujący pocisk zbliżający się i uderzający w bezskutecznie broniącego się rakietami „Pancyra”.

(...)

Nową, mało podkreślaną cechą współczesnych konfliktów jest możliwość skorzystania przez walczące strony z szybkiej, zewnętrznej pomocy: nie w ramach sojuszy (takich jak NATO), ale dzięki „biznesowi wojennemu” - w ramach tzw. usługi wojennej WaaS (War as a Service). Jest to nowy polityczno-strategiczny „model biznesowy”, który polega na czasowym, międzyrządowym przekazaniu kompleksowej siły wojskowej. „Kompleksowej”, ponieważ nie polega to jedynie na szybkim uzupełnieniu zasobów technologicznych (np. dostawie nowych czołgów lub precyzyjnej amunicji), ale również na udzieleniu pomocy planistycznej, szkoleniowej i operacyjnej – w tym na wysłaniu gotowych do działań pododdziałów lub operatorów.

WaaS daje więc możliwość uzyskania nagłej przewagi nad rywalem, o ile oczywiście odbiorca jest przygotowany na przyjęcie tej pomocy, a dawca jest zdecydowany na ryzyko związane z tą pomocą (to ryzyko po prostu musi się opłacać finansowo - poprzez uzależnienie odbiorcy usług lub politycznie – poprzez uzyskanie wpływów i baz). Takie zewnętrzne wsparcie ze strony Rosji okazało się czynnikiem decydującym o ciągłym trwaniu rebelii na wschodniej Ukrainie. Bez rosyjskiej pomocy separatyści nie byliby w stanie prowadzić działań wojennych i podtrzymywać istnienia samozwańczych republik: ługańskiej i donieckiej. Z drugiej strony niestabilność panujących tam władz sprzyja ukrywaniu wpływu Rosji na podtrzymywanie wojny domowej, toczącej się w tamtym regionie.

Podobną sytuację można było zaobserwować w Górskim Karabachu. Wyraźna asymetria sprawności operacyjnej na korzyść Azerbejdżanu wynikała najprawdopodobniej ze strategicznego wsparcia tureckiego oraz złego stanu sił zbrojnych Armenii, co było szczególnie widoczne w obronie przeciwlotniczej. Ta obrona była zresztą nieskuteczna w przypadku obu stron konfliktu, co ułatwiło działania systemom bezzałogowym: tureckim dronom Bayraktar TB2 i izraelskiej amunicji krążącej IAI Harop. Na ten sukces azerskich wojsk niewątpliwie złożyła się obecność 50 tureckich instruktorów, 90 doradców wojskowych i około 20 operatorów dronów.

Tym co może wpłynąć na sposób działania sił zbrojnych jest także coraz większy dostęp do bardzo dobrej jakości i tanich technologii komercyjnych. Oznacza to drastyczne zmniejszenie kosztów wielu rodzajów sprzętu wojskowego, który nie jest coraz częściej produkowany w pojedynczych sztukach z unikalnych części, ale składany z masowo produkowanych elementów. Żołnierze mają więc obecnie powszechny dostęp np. do systemów nawigacji satelitarnej, jak również do wcześniej bardzo drogich i skomplikowanych urządzeń termowizyjnych.

Takie pomieszanie rozwiązań wojskowych i komercyjnych C/MOTS (Commercial or military technology off-the-shelf) pozwoliło np. tureckiej firmie Bakyar na wyprodukowanie dronu bojowego Bayraktar TB2, który jest kilkanaście razy tańszy od swoich większych, amerykańskich odpowiedników MQ-9 Reaper (około 60 milionów dolarów za sztukę). Automatycznie pozwala to na zwiększenie floty dostępnych bezzałogowców, co daje możliwość ich powszechniejszego używanie przez dowódców oraz godzenia się na związane z tym straty.

(...)

Wszystkie oceniane przez DAIO konflikty ponownie wykazały, że systemy walki elektronicznej stanowią nieodłączny element działań wojennych. Kto więc ma lepsze wyposażenie w tej dziedzinie i potrafi go skutecznie wykorzystywać, ten od razu uzyskuje przewagę, której nie można zrekompensować żadnymi, innymi środkami. Dobrym przykładem takiej przewagi uzyskanej dzięki systemom WE jest wschodnia Ukraina. Skuteczne wsparcie ogniowe artylerii dla sił separatystycznych byłoby bowiem niemożliwe, gdyby Ukraina posiadała odpowiednie środki przeciwdziałania dronom rozpoznawczym kierującym ogniem.

Tymczasem Rosjanie korzystali ze wschodniej Ukrainy jak ze swoistego poligonu doświadczalnego przekazując tzw. "separatystom" nawet tak nowoczesne rozwiązania jak kompleksy WE typu: RB-341W „Leer-3”, 1Ł269 „Krasucha-2”, RB-109A „Bylina” i zestaw do zakłócania dronów „Riepiellient-1” (najprawdopodobniej z rosyjskimi obsługami).

Wszystkie te rozwiązania aktywnie uczestniczyły w działaniach przyczyniając się do zwiększania świadomości sytuacyjnej (poprzez namierzanie źródeł promieniowania elektromagnetycznego – w tym telefonów komórkowych), utrudniając wykorzystanie przez Ukrainę systemów bezzałogowych, zakłócając systemy dowodzenia i kontroli, zagłuszając i podszywając się pod sygnał GPS oraz rozpowszechniając fałszywe informacje.

W Syrii działania były już bardziej ograniczone, ponieważ Rosjanie stosowali systemy WE głównie do zabezpieczania własnych sił. Trudno jest ustalić, jak było to skuteczne ze względu na niską wiarygodność rosyjskich przekazów.  (...)

Na bazie tych doświadczeń Rosjanie opracowali zupełnie nową taktykę elektronicznego wsparcia własnych operacji. Polega ona na dużym rozproszeniu systemów WE we wszystkich rodzajach sił zbrojnych i wszystkich lokalizacjach geograficznych. Jest to spowodowane m.in. uznaniem przez Rosjan, że to systemy walki elektronicznej będą jeszcze przez długi czas podstawowym środkiem przeciwdziałania dronom. Muszą się więc stać integralnym elementem systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Dodatkowo coraz częściej wskazuje się, że Rosjanie przygotowują się do walki elektronicznej również poza terenem działań wojennych. Ma to polegać m.in. na elektronicznym ataku w przemysł obronny przeciwnika. Zmusza to według analityków do przewartościowania tego, co kryje się pod pojęciem „obrona narodowa”.

Jest oczywiste, że w dziedzinie walki elektronicznej najwięcej uwagi poświęcano systemom rosyjskim, ale strona turecka również korzystała bardzo intensywnie z zakłóceń oraz rozpoznania radioelektronicznego. W Libii i Syrii Turcy używali np. systemy KORAL i REDET firmy Aselsan. Były one stosowane do rozpoznania i zakłócania systemów radiolokacyjnych (w tym by zabezpieczyć działanie dronów Bayraktar TB2) oraz śledzenia i atakowania telefonów komórkowych. Analitycy DAIO uważają nawet, że system KORAL był skuteczny przeciwko zestawom przeciwlotniczym „Pancyr-S1” co ułatwiało ich zwalczanie z powietrza.

Jednak za największy sukces Turcji uważa się specjalną taktykę działania wykorzystaną w Górskim Karabachu (oraz na mniejszą skalę w Syrii i Libii). Poprzez połączenie walki elektronicznej (rozpoznanie i zakłócanie) z masowo użytymi dronami udało się bowiem zneutralizować armeński system obrony powietrznej pomimo, że był on wyposażony w rosyjskie zestaw przeciwlotnicze oceniane wcześniej za dobre (w tym dywizjony S-300).

Najważniejszym wnioskiem z analizy DAIO jest jednak to, że wszystkie cztery oceniane konflikty nie są czymś na tyle reprezentatywnym, by kraje rozwinięte na tej podstawie mogły nakreślić nowe drogi rozwoju sił zbrojnych i zmienić generalnie koncepcję działań wojennych. To co się dzieje na wschodniej Ukrainie, w Syrii, Libii oraz między Armenią a Azerbejdżanem dla autorów analizy przypomina bardziej „wojskowe bezkrólewie”, w którym nie odchodzi się od tradycyjnych sposobów prowadzenia wojny, jedynie je wzbogacając o nowe technologie – i to najczęściej nie w pełnym zakresie ich możliwości.

(...)

Z drugiej zaś strony bardzo „elastycznie” podchodzono do rygorystycznie przestrzeganej na zachodzie koncepcji „zero strat”. W żadnym z konfliktów nie podporządkowywano sposobu działań tak, by nie było strat w ludziach – starając się jedynie te straty zminimalizować. Najlepszym tego przykładem jest Rosja, która dopuszcza straty uboczne wśród ludności cywilnej i według raportu DAIO przekłada „interes narodowy nad prywatność i prawa człowieka, co powoduje, że względy etyczne i moralne związane z wojskowymi zastosowaniami sztucznej inteligencji i systemów broni autonomicznej raczej się nie pojawią jako główny czynnik ograniczający dalszy ich rozwój”.

defence24.pl

Jedną z firm, które odniosły wyjątkowy sukces w podłączaniu się do europejskiej administracji publicznej, jest Palantir, która zajmuje się analizą danych, założona przez twórcę PayPala Petera Thiela, od lat sympatyka Donalda Trumpa.

Choć ta amerykańska firma technologiczna wzbudziła kontrowersje z powodu zawierania kontraktów z wojskiem i związanych z kontrolą granic w USA, nie powstrzymało to europejskich urzędników przed zwróceniem się do niej w czasie pandemii COVID-19.

Firma zaoferowała europejskim rządom darmowe lub bardzo tanie umowy na wydajne platformy analizy danych, aby pomóc im w walce ze śmiertelną chorobą. Oferta Palantir obejmuje pomoc w analizie rozprzestrzeniania się choroby, a także monitorowanie reakcji lokalnych społeczności na wprowadzenie szczepionki.

Grecja, Holandia i Wielka Brytania są wśród krajów, które przeprowadziły próby technologii związane z pandemią, jak wynika z publicznie dostępnych danych.

Francja – kraj, który spierał się z Google i Apple o aplikację COVID-19 i który jest najgłośniejszym w Europie zwolennikiem strategicznej autonomii – również podpisał kontrakt z firmą Thiela (podobnie jak agencja policyjna bloku, Europol, która korzysta z usług firmy co najmniej od 2016r.).

Francuskie służby wywiadowcze zwróciły się do Palantira po atakach terrorystycznych w 2015 r., a lokalni przedstawiciele firmy mówili o roli, jaką odegrała w obronie Francji – a w istocie wzmacniając jej suwerenność.

– Kiedy pomagamy państwu takiemu jak Francja w walce z terroryzmem, myślę, że jest to akt suwerenności, a narodowość firmy nie ma znaczenia - powiedział szef francuskiego oddziału Palantir, Fabrice Brégier, podczas przesłuchania parlamentarnego na początku tego roku.

(...)

Gdy parlamenty i rządy europejskie szukały pomocy w śledzeniu osób, które mogą być nosicielami koronawirusa, wielokrotnie zwracały się do chińskiej firmy Hikvision.

Jako największy na świecie producent sprzętu do nadzoru wideo, firma ta zdobyła wiele kontraktów w całej wspólnocie, pomimo doniesień, że jej technologia była wykorzystywana do represjonowania muzułmańskiej mniejszości Ujgurów w Chinach – czemu firma zaprzecza.

Chociaż Hikvision znajduje się na liście sankcji USA z powodu powiązań z chińskim wojskiem, firma pozostaje jednym z największych dostawców technologii nadzoru w Europie.

W Brukseli zarówno Komisja Europejska, jak i Parlament korzystały z systemów Hikvision, aby sprawdzać, czy osoby wchodzące do budynków instytucji UE mają objawy COVID-19, jak wynika z dokumentów dotyczących zamówień publicznych Unii.

Po tym, jak niektórzy urzędnicy europejscy sprzeciwili się wykorzystywaniu skanerów Hikvision, Parlament usunął je i w zeszłym miesiącu podjął formalną uchwałę, aby nie używać ich w budynkach. Komisja zdecydowała się jednak zachować sprzęt ze względów budżetowych.

W Wielkiej Brytanii ustawodawcy wielokrotnie wzywali do wprowadzenia surowszych ograniczeń w zakresie działalności Hikvision. Ale kryzys związany z COVID-19 okazał się dobrodziejstwem dla jej interesów, gdy kilka lotnisk w kraju zakupiło jej czujniki termiczne, aby wyłapywać przypadki zachorowań wśród podróżnych.

Prawie 30 lokalnych rad miejskich w Londynie również zainstalowało technologię nadzoru z Hikvision, w tym kamery i cyfrowe zapisy wideo, jak wynika z dokumentów uzyskanych w ramach ustawy o dostępie do informacji. Rady twierdzą, że chińskich urządzeń nie używają do rozpoznawania twarzy.

Aktywiści ostrzegają, że kontrakty otworzyły Hikvision i innym powiązanym z Pekinem firmom, takim jak Dahua Technology, przyczółek, który będą starały się rozbudowywać.

– Są wszędzie – powiedział Samuel Woodhams, analityk zajmujący się prawami cyfrowymi, który złożył wnioski o dostęp do informacji i podzielił się nimi z POLITICO. – Coraz bardziej stają większą częścią systemu nadzoru w Wielkiej Brytanii.

Yossi Carmil, dyrektor naczelny izraelskiej firmy Cellebrite, zajmującej się cyberbezpieczeństwem, w zeszłym miesiącu oświadczył śmiało na spotkaniu z inwestorami: – Jesteśmy niekwestionowanym liderem w dziedzinie wywiadu cyfrowego.

I przedstawił dowód: prawie 7 tys. kontraktów z rządami i prywatnymi organizacjami, w tym 25 z 27 "policji krajowych państw członkowskich Unii Europejskiej".

Izraelska firma, która specjalizuje się w odblokowywaniu urządzeń cyfrowych i łączeniu tych danych z innymi dowodami online, jest jedną z kilku izraelskich firm, które pracują nad działaniami Europy mającymi na celu śledzenie wszystkiego, od COVID-19 po migrantów przybywających z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Dostawca oprogramowania szpiegowskiego NSO Group od dawna jest wykorzystywany przez europejskie agencje wywiadowcze. Oferuje słynnego Pegasusa, którego używają również polskie służby do śledzenia przemieszczania się ludzi i wiadomości tekstowych wysyłanych przez ich smartfony.

Od czasu pandemii rozszerzyła swoją ofertę o oprogramowanie, które umożliwia dostęp do smartfonów w celu monitorowania rozprzestrzeniania się wirusa za pomocą danych o lokalizacji – narzędzie do śledzenia, które zdaniem obrońców prywatności może naruszać europejskie przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

NSO Group twierdzi, że jej produkt, który jest używany w Izraelu, jest legalny i niezbędny do utrzymania koronawirusa w ryzach. Ale europejskie rządy muszą jeszcze się na to zgodzić.

"Jako firma nadzorująca, dysponująca zaawansowanym oprogramowaniem do walki z cyberprzestępczością, NSO prawdopodobnie ma dostęp do prywatnych danych z zainfekowanych urządzeń użytkowników, które wykraczają poza zwykłe dane o lokalizacji", napisali analitycy z Goldsmiths, University of London, którzy przeanalizowali ofertę firmy.

onet.pl

- Jakie miejsce ma Bliski Wschód w strategicznych kalkulacjach Moskwy?

Bliski Wschód nie stanowi dla Rosji priorytetu – obszar ten nigdy takiego statusu nie miał. Ustępuje takim kierunkom jak Kaukaz, Europa, Stany Zjednoczone, a nawet Arktyka. Niemniej jednak w ostatniej dekadzie widać wzrost znaczenia Bliskiego Wschodu w geostrategicznych kalkulacjach Moskwy, czego przejawem jest operacja w Syrii. Istotna zmiana polega na innej perspektywie. Jeszcze niedawno Kreml patrzył na Bliski Wschód przed pryzmat relacji z Zachodem – nawet w momencie interwencji zbrojnej w Syrii w 2015 roku w Moskwie dominowało przekonanie, że poprzez wpłynięcie na sytuację w tym państwie można oddziaływać na Stany Zjednoczone. Sądzę, że obecnie Moskwa porzuciła tę nadzieje i nie traktuje ani wojny w Syrii, ani swej obecności na Bliskim Wschodzie, jako środka w relacjach z Amerykanami. Teraz Bliski Wschód jest dla Rosji istotny sam w sobie.

- Czy możliwe jest zidentyfikowanie zasadniczych celów, które Rosjanie starają się zrealizować?

Dekadę temu, ale także i teraz, najważniejszym celem Rosji było bezpieczeństwo i stabilizacja, przez co rozumiem ochronienie samej Rosji i obszaru posowieckiego przed jakimkolwiek rozlaniem się ekstremizmu i terroryzmu z Bliskiego Wschodu. To w dużym stopniu spuścizna lat dziewięćdziesiątych i wojen w Czeczenii. Kwestia ta pozostaje dla Rosji istotna. To również uniemożliwianie wybuchu jakiejkolwiek „kolorowej rewolucji” – Rosjanie postrzegają je, chociażby „rewolucję róż” w Gruzji i „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie – jako potajemne próby Zachodu wciągnięcia tychże państw we własną strefę wpływów. Wydarzenia w Libii w 2011 roku stanowiły dla Rosji sygnał ostrzegawczy. Rosja wstrzymała się wówczas od głosowania nad rezolucją nr 1973 Rady Bezpieczeństwa ONZ na temat użycia siły przeciwko Kadafiemu. Ostatecznie libijski reżim upadł, a Rosja uznała, że nie może pozwolić, aby taka sytuacja powtórzyła się.

To również coś, co ja określam mianem „celu pedagogicznego”. Rosja chce prezentować w regionie inny model stosunków wewnątrzpaństwowych i międzynarodowych. Ma to być alternatywa dla rozwiązań zachodnich, które – w rosyjskiej narracji – doprowadziły jedynie do chaosu i zniszczenia. Stanowi to element szerszego dyskursu w rosyjskiej polityce zagranicznej, który opiera się na stwierdzeniu, iż współczesny świat staje się bardziej wielobiegunowy, mniej skoncentrowany na Zachodzie, a państwa nie muszą opierać się na zachodnich rozwiązaniach systemowych, w tym na liberalizmie. Rosja promuje tę narrację, a Bliski Wschód to jeden z obszarów tych działań.

- A wymiar gospodarczy?

Tego celu również nie można zignorować. To osobny priorytet dla Rosji, która w tym wymiarze działa oportunistycznie – wyszukuje okazje, które można następnie wykorzystać. Niemniej jednak wpływy ze współpracy z państwami regionu mają niezmiennie niewielki wpływ na rosyjskie PKB. Tylko w kilku sektorach Rosja może być atrakcyjna. To broń oraz współpraca wojskowa, sprzedaż technologii jądrowych oraz mniej istotne aspekty, jak eksport zboża (głównie do Egiptu). Gospodarka ustępuje jednak interesom bezpieczeństwa. W większości przypadków obie te wartości nie są konfliktowe – sprzedaż broni do państw regionu daje pieniądze, a jednocześnie tworzy podstawę współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Ilustracją tezy o prymacie bezpieczeństwa nad zyskiem ekonomicznym jest historia dostaw S-300 do Iranu. W 2010 roku Miedwiediew zatrzymał eksport, co wywołało niezadowolenie wśród przedstawicieli rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. W tamtym momencie dla Kremla ważniejsza była kwestia „resetu” w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi oraz współpraca z Izraelem. Wbrew interesowi gospodarczemu poparto sankcje na Iran.

- Na ile jest to spójna i długofalowa wizja osiągania z góry zidentyfikowanych celów?

Nie dostrzegam spójnej i długofalowej strategii rosyjskiej względem Bliskiego Wschodu – przynajmniej nie w rozumieniu amerykańskiej „grand strategy”. Co prawda niedawno przedstawili koncepcję bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej, ale wątpię, aby Rosjanie uznawali ten pomysł za realistyczną i długofalową strategię. Są jednak określone elementy wokół których prowadzone są taktyczne działania. Pierwszym z nich jest elastyczność sojusznicza – Kreml gotów jest rozmawiać i współpracować dosłownie z każdym. Drugim jest zachowanie względnie równej odległości – Rosja stara się balansować pomiędzy różnymi aktorami na Bliskim Wschodzie i nie stawać po żadnej ze stron konfliktu.

defence24.pl

Jeśli chodzi o implikacje dla polityki publicznej, symulujemy kilka eksperymentów fiskalnych, które różnią się albo wielkością transferu do gospodarstw domowych, albo sposobem finansowania pakietu stymulacyjnego. Rozważamy fiskalne pakiety stymulacyjne o dwóch wielkościach, równych odpowiednio 0,5 proc. i 1 proc. PKB.

Pakiet o wielkości 0,5 proc. PKB umożliwiłby rządowi wypłatę równowartości jednomiesięcznych dochodów dla najbiedniejszych 27 proc. gospodarstw domowych, przy średniej wartości transferu na poziomie 775 euro. Ponieważ gospodarstwa domowe w tej grupie wykazują średnią krańcową skłonność do konsumpcji na poziomie 0,52 (z niewielkiego przyrostu dochodów), a wypłata pakietów stymulacyjnych jest finansowana poprzez zadłużenie, wskazujemy, że w tym przypadku polityka państwa zwiększyłaby łączną konsumpcję o 0,43 proc.

Następnie rozważamy alternatywną politykę, która wykorzystuje pakiet stymulacyjny na poziomie 0,5 proc. PKB do wypłacenia ekwiwalentu rocznego dochodu gospodarstwom domowym z dolnych 7 proc. rozkładu poziomu gotówki posiadanej do dyspozycji, gdzie średnia wartość transferu dla tych 7 proc. rodzin wyniesie 3 744 euro. Polityka ta, która również jest finansowana poprzez zadłużenie, ma mniejszy wpływ na zagregowaną konsumpcję niż polityka w pierwszym przypadku – wynosi on około 0,37 proc. Powodem jest to, że polityka wiąże się tu z niższą średnią krańcową skłonnością do konsumpcji wynoszącą 0,46 (z dużego przyrostu dochodów).

Podobny wynik widać w przypadku pakietu stymulacyjnego o wartości około 1 proc. PKB. Tu polityka obejmująca transfer na poziomie jednomiesięcznych dochodów dla najbiedniejszych 41 proc. gospodarstw domowych, stymuluje łączny popyt bardziej niż pomoc publiczna, gdzie transfer odpowiada rocznemu dochodowi (obserwowany jest przyrost o odpowiednio 0,85 proc. oraz 0,68 proc.).

Badanie zawiera także rozpatrzenie scenariusza finansowania transferów z podatków. Rozważana jest polityka fiskalna, gdzie pakiet stymulacyjny jest finansowany z podwyżki podatków dla najbogatszych 4 proc. gospodarstw na poziomie odpowiadającym ich jednomiesięcznym dochodom, ze średnią płatnością sięgającą 6058,1 euro. Ponieważ polityka jest tu finansowana poprzez podnoszenie podatków, a nie przez zadłużanie, nie dziwi fakt, że ma ona mniejsze przełożenie na łączną konsumpcję. Jednak ze względu na znaczną różnicę między średnimi krańcowymi skłonnościami do konsumpcji gospodarstw usytuowanych na obu końcach rozkładu poziomu gotówki posiadanej do dyspozycji, polityka ta zapewniłaby znaczący bodziec dla zagregowanej konsumpcji, sięgający około 0,17 proc., zarazem nie powodując wzrostu długu publicznego.

Podobny wynik obserwujemy w panelu z pakietem stymulacyjnym odpowiadającym 1 proc. PKB. Finansowanie transferów poprzez podatki w dalszym ciągu daje pozytywny efekt netto w zakresie zagregowanej konsumpcji – na poziomie 0,27 proc. – ponieważ biedniejsze gospodarstwa domowe wykazują wyższą krańcową skłonność do konsumpcji niż bogatsze gospodarstwa domowe.

Wypłata bodźców fiskalnych o mniejszej wielkości i skierowanych do większego odsetka rodzin znajdujących się w niekorzystnej sytuacji zapewniłaby silniejszy impuls dla łącznej konsumpcji niż transfer o większej wartości wypłacany mniejszemu odsetkowi biedniejszych gospodarstw domowych.

Podsumowując, te eksperymenty fiskalne dają nam prostą lekcję w zakresie polityki publicznej – mniej znaczy więcej. Wypłata bodźców fiskalnych o mniejszej wielkości i skierowanych do większego odsetka rodzin znajdujących się w niekorzystnej sytuacji zapewniłaby silniejszy impuls dla łącznej konsumpcji niż transfer o większej wartości wypłacany mniejszemu odsetkowi biedniejszych gospodarstw domowych. Zarazem stwierdzamy, że chociaż interwencje finansowane zadłużeniem dają największy wpływ w zakresie łącznej konsumpcji, polityka fiskalna polegająca na redystrybucji zasobów z górnych części do dolnych części rozkładu dochodów także zapewniłaby istotną ekonomicznie stymulację dla całości gospodarki bez dodatkowych kosztów dla finansów publicznych.

obserwatorfinansowy.pl

wtorek, 27 lipca 2021


2049 rok ma być końcem produkcji energii z węgla w Polsce. Data ta nie wynika jednak z jasnej deklaracji rządu czy jednego planu transformacji, a tzw. umowy społecznej z górnikami. Zawarto w niej harmonogram zamykania kopalń i plan wsparcia dla pracowników sektora.

Dotyczy to jednak górnictwa węgla kamiennego, a prąd produkujemy także z węgla brunatnego. Dla tego sektora nie ma jednak ani umowy społecznej, ram decyzyjnych, ani definitywnej daty wygaszenia wszystkich kopalń. Daty pojawiły się dopiero przy okazji tworzenia Planów Sprawiedliwej Transformacji, niezbędnych do otrzymania środków z nowego unijnego funduszu m.in. dla regionów odchodzących od węgla.

To silne przyspieszenie transformacji tego sektora - oceniają eksperci - jednak rzeczywistość może przyspieszyć jeszcze bardziej. Według think tanku Forum Energii realny jest koniec węgla brunatnego w Polsce nie później niż za 11 lat, o czym pisano w ubiegłorocznym raporcie "Modernizacja europejskiego trójkąta węgla brunatnego" (dot. Polski, Czech i Niemiec). - Zaczęliśmy rozmawiać o stworzeniu raportu 2-3 lata temu i wtedy bardzo trudno było sobie wyobrazić tę dyskusję, którą mamy teraz. Te zmiany bardzo przyspieszyły. Wtedy nie było daty zamknięcia ZE PAK, nie było planu dot. Bełchatowa. Wiedzieliśmy, że nowe odkrywki mogą nie powstać, ale nie było takich decyzji - powiedziała dr Aleksandra Gawlikowska-Fyk, analityczka Forum Energii i jedna z autorek raportu.

- Węgiel brunatny to bardzo wysoko emisyjne paliwo. Odejście od niego w Polsce, a także w Czechach i Niemczech przekłada się na bardzo duże ograniczenie emisji CO2. Jeśli myślimy o dekarbonizacji całej gospodarki, to energetyka jest pierwsza do zmiany - podkreśliła. 

Ze względu na swoje właściwości węgiel brunatny jest dużo trudniejszy w transporcie od kamiennego. Dlatego ten drugi trafia do elektrowni oddalonych od kopalń, zaś elektrownie na węgiel brunatny są raczej położone bezpośrednio przy odkrywkach. W Polsce mamy trzy duże kompleksy: Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin w Wielkopolsce wschodniej, Elektrownia Bełchatów w woj. łódzkim oraz Elektrownia Turów przy styku granic Polski, Czech i Niemiec. 

ZE PAK ma najwcześniejszą datę końca produkcji energii z węgla. Prywatna spółka planuje zakończenie produkcji energii ze źródeł węglowych do 2030 r. i przechodzenie na odnawialne źródła energii. Fundacja WWF ocenia, że Wielkopolska wschodnia prezentuje się przez to "nadzwyczaj ambitnie" nie tylko w skali Polski, ale całej Unii Europejskiej. By wesprzeć pracowników branży i nie tylko, wykorzystane mają zostać środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.  

- Region Wielkopolski Wschodniej, gdzie działa Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin podjął bardzo odważne decyzje dot. transformacji. W zasadzie tylko jeden nowy blok węglowy będzie funkcjonował tam do 2030 roku. Nie zamierzają zagospodarowywać nowych odkrywek - wcześniej rozważano eksploatację odkrywki Ościsłowo. I mają jasny plan, co będzie dalej - oceniła Gawlikowska-Fyk.

Należąca do państwowej spółki PGE Elektrownia Bełchatów to największy pojedynczy emitent dwutlenku węgla w Europie. Wytwarza rocznie więcej CO2, niż są w stanie pochłonąć wszystkie lasy w Polsce. W ubiegłym tygodniu poznaliśmy planowaną datę zakończenia jej eksploatacji. Konkretne daty padły w Planie Sprawiedliwej Transformacji Województwa Łódzkiego. 

- Dzięki podobnemu procesowi, czyli przygotowaniu Planu Sprawiedliwej Transformacji, podobne deklaracje usłyszeliśmy ws. Bełchatowa. Tam też mamy daty zamykania kopalń: pole Bełchatów do 2026 roku i Szczerców do 2038 roku, zaś do 2036 roku - wygaszanie bloków elektrowni - wyjaśniła Gawlikowska-Fyk.

Wreszcie "najsłynniejsza" ostatnio elektrownia czyli Turów i jednocześnie ostatni kompleks na węgiel brunatny bez jasnej daty odejścia od węgla. Także należy ona do PGE. Jest jednak jedna data graniczna - rząd wydał w tym roku koncesję na wydobycie do 2044 roku. Zdaniem ekspertów to data zupełnie nierealna - nie tylko dlatego, że jest w sprzeczności z polityką klimatyczną, ale też przez to, że produkcja energii z węgla brunatnego dużo wcześniej stanie się skrajnie nieopłacalna. 

Jak zwróciła uwagę ekspertka Forum Energii, w przypadku Turowa, ważną datę wyznacza rynek mocy. - To mechanizm dodatkowego wsparcia jednostek wytwórczych energii w Polsce, żeby mogły funkcjonować na rynku i aby jednocześnie powstawały nowe moce wytwórcze. Elektrownie, w tym na węgiel brunatny mają określone terminy, do których zawarte są ich kontrakty na rynku mocy - wyjaśniła i dodała, że w Turowie najnowszy blok ma kontrakt do 2035 roku. Zatem od połowy lat 30. skończy się to wsparcie finansowe, do znacznie pogorszy sytuację finansową elektrowni. 

gazeta.pl

Chiny są krajem ogromnych kontrastów, co widać również w finansach. Z jednej strony mieszkańcy Państwa Środka należą do najbardziej oszczędnych na świecie - ze statystyk przytaczanych m.in. przez MFW i OECD wynika, że od niemal dwóch dekad przeciętny Wang wydaje tylko 2 z 3 zarobionych juanów. Z drugiej - dane Ludowego Banku Chin i Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) wskazują, że błyskawicznie rośnie zadłużenie zwykłych ludzi.

Jak podaje BIS, na koniec ubiegłego roku chińskie gospodarstwa domowe były zadłużone na 62,4 bln juanów. Oznacza to, że na jednego Chińczyka przypadały zobowiązania rzędu ponad 44 tys. juanów. Tymczasem średni roczny dochód rozporządzalny wynosił za Murem nieco ponad 32 tys. juanów. W efekcie relacja zadłużenia do dochodu zbliżyła się do 140 proc. - wynika z obliczeń Bankier.pl. To niemal dwa razy więcej niż w 2012 r. Z kolei w 2006 r. wskaźnik sięgał raptem 25 proc.

Gwałtowny wzrost dźwigni finansowej w ostatnich latach powoduje, że średnie obciążenie długiem jest już w Chinach wyższe niż choćby w USA czy Polsce. W obu tych krajach od kilku lat pozostaje względnie stabilne i wynosi ok. 100 proc. średniego rocznego dochodu rozporządzalnego.

(...)

Fakt, że zobowiązania Chińczyków rosną wyraźnie szybciej niż ich dochody, stanowi zagrożenie dla ich finansów osobistych, ale również dla stabilności finansów całego kraju. PKB Państwa Środka od lat pędzi naprzód, napędzany dłużnym paliwem pompowanym przez kontrolowane przez partię banki. W efekcie Chiny osiągnęły bezprecedensowy poziom zadłużenia jak na tak wczesne (wyznacznikiem jest wielkość PKB per capita mająca odzwierciedlać poziom życia ludności) stadium rozwoju. W przeszłości wiele krajów stosowało podobny model, a eksplozja kredytu zawsze kończyła się kryzysem lub wieloletnią stagnacją.

Jeszcze niedawno władze wspierały zadłużenie gospodarstw domowych. Chińczycy mieli relatywnie mało zobowiązań (w przeciwieństwie do potężnie zadłużonych firm), a Pekinowi zależało na zbalansowaniu wyraźnie przechylonej w stronę inwestycji i produkcji gospodarki, dlatego zabiegał o wzrost konsumpcji. A że politycy nie chcieli wprowadzić reform, które znacząco zwiększyłyby dochody zwykłych mieszkańców kosztem powiązanej z partią elity, to jedynym rozwiązaniem był dług.

Wolę Pekinu pomagał realizować prężny sektor fintechów, wolny od nadmiernych ingerencji urzędników. Kilkaset milionów Chińczyków uzyskało dostęp do pieniędzy na wyciągnięcie ręki - za pośrednictwem smartfona. Skalę popularności pożyczek internetowych ujawnił prospekt emisyjny Ant Group - spółki, która w zeszłym roku miała zostać największym debiutantem giełdowym świata, ale decyzję o wstrzymaniu IPO miał podjąć sam Xi Jinping. Ze sprawozdania spółki wynika, że w okresie 12 miesięcy od lipca 2019 r. do czerwca 2020 r. z dwóch platform pożyczkowych Ant: Huabei ("po prostu wydaj") i Jiebei ("po prostu pożycz") skorzystało 500 mln osób. Wartość zobowiązań zaciągniętych za pośrednictwem właściciela aplikacji Alipay sięgała wówczas ok. 1,7 bln juanów.

Możliwość zaciągnięcia błyskawicznej pożyczki sprzyja impulsywnym zakupom internetowym - wystarczy wszak kilka kliknięć, by kurier już wiózł do domu wymarzoną torebkę. Młodzi ludzie zaczęli masowo prowadzić konsumpcyjny styl życia znany z USA, porzucając tradycyjną dla ubogich Chińczyków oszczędność. Teraz, jak ich rówieśnicy z Zachodu (a może nawet częściej), sięgają po elektroniczne gadżety, drogie kosmetyki i markowe ubrania czy chadzają do modnych restauracji. A jeszcze niedawno wielu z nich nie mogłoby liczyć na bankowy kredyt czy kartę kredytową.

(...)

Między innymi dlatego władze przykręciły regulacyjną śrubę, zobowiązując internetowe platformy, dotychczas będące tylko (i aż) pośrednikiem między klientem a instytucją finansową, by od przyszłego roku zapewniały kapitał na 30 proc. pożyczek udzielanych wraz z bankami. Taki krok zapewne przekona je do bardziej wnikliwej oceny ryzyka. Skończył się również czas wolnej amerykanki w sektorze - rynek zalała fala nowych przepisów, m.in. antymonopolowych. W marcu Caixin donosił, że Pekin zakazał mikropożyczkodawcom udzielania nowych pożyczek konsumenckich online studentom. Powodem miały być "obawy o nadmierną konsumpcję i zły wpływ społeczny". Z kolei w mediach pojawiło się w ostatnich miesiącach więcej krytyki życia na kredyt wraz z historiami ludzi, którzy wpadli w finansowe tarapaty z powodu nadmiernych wydatków. 

bankier.pl

Jednak te osobne konferencje prasowe ujawniły również głęboką przepaść dzielącą obie strony i jak bardzo każda z nich ma powody, by narzekać na drugą.

Putin powtórzył swoje fałszywe twierdzenie, że USA podżegały do rewolucji i puczu na Ukrainie w 2014 r. I upierał się, że wszystkie problemy w relacjach USA–Rosja to wina Waszyngtonu. Oskarżył też uwięzionego opozycjonistę Aleksieja Nawalnego, nazywając go "ten człowiek" i ani razu nie wymieniając jego nazwiska, o to, że jest przestępcą, który wybrał aresztowanie, wracając do Rosji po leczeniu w Niemczech, spowodowanym zamachem na jego życie. Uwięzienie Nawalnego zostało powszechnie potępione jako polityczna zemsta i naruszenie zasad państwa prawa.

Putin zaprosił jednak dziennikarzy z innych krajów do zadawania pytań, w tym reporterów CNN, BBC i Bloomberga. Biden natomiast przyjmował pytania tylko od przedstawicieli mediów amerykańskich.

Stwierdzenie Bidena, że Stany Zjednoczone nigdy nie mieszają się do wyborów, wywołało parsknięcia śmiechu, biorąc pod uwagę liczne dowody historyczne, że USA ingerowały w rozmaite wybory, w tym w Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie.

Dla amerykańskich sojuszników, jednakże, było kilka mocnych sygnałów solidarności.

– Zrobiłem to, po co przyjechałem: po pierwsze zidentyfikować obszary praktycznej pracy, którą nasze dwa kraje mogą wykonać, aby przyspieszyć nasze wspólne interesy, a także przynieść korzyści światu – powiedział Biden. – Dwa: zakomunikować bezpośrednio, że Stany Zjednoczone będą reagować na działania, które szkodzą naszym żywotnym interesom lub interesom naszych sojuszników.

Putin wydawał się dość zadowolony, ale w pewnym momencie wpadł w filozoficzny nastrój i, parafrazując Tołstoja, powiedział: – W życiu nie ma szczęścia, są tylko jego przebłyski. Pielęgnuj je.

Biden był nieco większym optymistą. – Teraz mamy jasną podstawę do tego, jak zamierzamy postępować z Rosją i w relacjach USA–Rosja – powiedział.

W USA część Republikanów szybko zarzuciła Bidenowi, że nie był wystarczająco twardy, zwłaszcza w kwestii szkodliwych działań Rosji, i że nie podjął bardziej zdecydowanych kroków, np. w celu powstrzymania projektu gazociągu Nord Stream 2.

Ale Samuel Charap, politolog w RAND Corporation, powiedział, że jest szansa, by Biden i Putin mogli zbudować nowe relacje i że oczekiwanie jakiejkolwiek skruchy, nie mówiąc już o przeprosinach, ze strony Rosji jest nierealistyczne.

– Zignorujcie te zaprzeczenia, przecież on nigdy nie przyzna się do swoich grzechów i nie będzie szukał przebaczenia, a tym bardziej przed kamerami – powiedział Charap. – Pytanie brzmi, czy ciche negocjacje mogą przynieść stopniowe zmiany. To się dopiero okaże, ale nie zaszkodzi spróbować. Żadne z głównych mocarstw nigdy tak naprawdę nie przyznaje się do złego zachowania, ale czasami zobowiązują się do nie robienia pewnych rzeczy. I czasami te zobowiązania działają.

onet.pl

sobota, 24 lipca 2021


27.300 ton rocznie. Zgodnie z "Plasticus Mare Balticum", zbiorem pięciu niezależnych raportów badawczych dotyczących zanieczyszczenia Morza Bałtyckiego tworzywami sztucznymi, właśnie tyle tego typu śmieci ląduje w Morzu Bałtyckim. To ciężar równy łącznej wadze około 182 płetwali błękitnych, największych wielorybów świata. Tworzywa sztuczne stanowią około 70 proc. odpadów w Bałtyku. Większość śmieci w naszym morzu to po prostu plastik.

Historia plastiku sięga 1869 roku, kiedy John Wesley Hyatt wynalazł pierwszy syntetyczny polimer, celuloid, traktując kamforą celulozę uzyskaną z włókna bawełnianego. 38 lat później Leo Baekeland wynalazł bakelit, pierwszy w pełni syntetyczny plastik, niezawierający żadnych cząsteczek występujących w naturze. 

Plastik zrewolucjonizował świat, częściowo uniezależniając ludzi od tego, co mogła dać im natura. Rzeczy z plastiku mogły z powodzeniem imitować inne materiały, więc po wynalezieniu celuloidu reklamowano go jako "wybawcę słoni i żółwi", bo miał zastąpić szylkret czy kość słoniową. Bakelit miał jeszcze więcej zastosowań i mógł zostać uformowany w niemal dowolny kształt, zastępując kolejne naturalne materiały. Plastik miał chronić zwierzęta i ratować środowisko naturalne przed ludzką chciwością. Miał być błogosławieństwem dla coraz bardziej niszczonej natury. Przynajmniej na początku.

Produkcja tworzyw sztucznych zajmowała coraz więcej miejsca. Tylko w trakcie II wojny światowej wzrosła o 300 proc. w samych Stanach Zjednoczonych. Zapotrzebowanie na wytrzymałe materiały na froncie było ogromne – szkło akrylowe (potocznie zwane pleksi) zaczęto wykorzystywać w samolotach, a nylon, pierwotnie stosowany do produkcji szczoteczek do zębów i pończoch, zyskał znaczenie w produkcji lin, spadochronów czy kamizelek kuloodpornych.

(...)

Zlewisko Bałtyku, czyli obszar, z którego wody powierzchniowe spływają do morza, zajmuje większość Polski – ponad 99,7 proc. Zanieczyszczenia płyną rzekami z pól lub obszarów miejskich, tworząc potencjalnie toksyczny gulasz złożony z odpadów wszelkich rozmiarów, także mikroplastiku i substancji niewidocznych gołym okiem.

– Na obszarze zlewni Bałtyku żyje około 85 mln ludzi, z czego mieszkańcy Polski stanowią aż 45 proc. – wyjaśnia Olga Sarna, prezes Fundacji Mare, która zajmuje się ochroną ekosystemów morskich. – Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy – czy nad morzem, czy w Warszawie, we Wrocławiu albo Krakowie - wszyscy mamy wpływ na Bałtyk i wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za jego stan.

Jak tłumaczy Olga Sarna, odpady morskie, które trafiają do Morza Bałtyckiego, głównie pochodzą z gospodarstw domowych (48 proc.) oraz z działalności rekreacyjnej i turystycznej (33 proc.).

(...)

Po trafieniu do morza zanieczyszczenia mogą być transportowane przez prądy wodne, które unoszą je na różne odległości. Następnie śmieci gromadzą się na morskim dnie, dryfują po powierzchni lub są zjadane przez mieszkańców morza. Bałtyk jest specyficzny, to morze dosyć zamknięte – wymiana wody trwa w nim około 30 lat. Śmieci zostają więc z nami na długo, nawet jeśli ich nie widzimy. A czasem wracają – w postaci ryb, które tak chętnie kupujemy nad morzem.

Plastik w morzu znajdziemy we wszystkich dostępnych rozmiarach i kształtach, ale za jedne z najbardziej niebezpiecznych uznawane są najmniejsze cząsteczki – których średnica nie przekracza 5 mm – zwane mikroplastikiem. Powstają w wyniku rozkładu tworzyw sztucznych, czasem trafiają do wody jako odpad produkcyjny lub z resztkami kosmetyków, które mogą zawierać małe kulki plastiku. Zgodnie z raportem United Nations Environment Programme z 2015 roku typowy złuszczający żel pod prysznic może zawierać mniej więcej tyle mikroplastiku, ile zostało użyte do wyprodukowania jego opakowania. Tworzywa sztuczne wchodzą także w skład kremów i szamponów. W przeciwieństwie do plastikowych pudełek, w których się znajdują, nie da się ich poddać recyklingowi. Spłukane z ciała trafiają do odpływu, a dalszy ciąg już znacie.

Bez względu na pochodzenie szkody czynione przez mikroplastik są po prostu duże. Te cząsteczki są obecnie uważane za najbardziej rozpowszechnioną formę zanieczyszczenia odpadami stałymi na naszej planecie. 

W 2020 roku przeprowadzono badanie "Microplastics on sandy beaches of the southern Baltic Sea", w którym zbadano piasek z 12 plaż w Polsce. Wykazano, że "średnie stężenia [mikroplastiku] wahały się od 76 do 295 jednostek na kilogram suchego osadu. Dominującymi typami mikroplastików były włókna i fragmenty tworzyw sztucznych". Szczyt rankingu zdominowały plaże miejskie. Wszystkie próbki terenowe pobrane przez naukowców zawierały mikrodrobiny plastiku.

Skąd bierze się on na plażach? Śmieci, które na nich zostawiamy, odgrywają dużą rolę w tym niepokojącym procesie – pozostawione same sobie tworzywa sztuczne pod wpływem wiatru, fal, tlenu i słońca rozdrabniają się na mniejsze kawałki, tworząc właśnie mikroplastik.

Jak przypominają autorzy badania prowadzonego na polskich plażach, piasek odgrywa niezwykle ważną rolę w oczyszczaniu morza. Piaszczyste plaże działają jak specyficzny gigantyczny filtr, który może wychwytywać różne cząsteczki organiczne i nieorganiczne, a prawdopodobnie także mikroodpady. Zanieczyszczając ten obszar, możemy przyczynić się do zmniejszenia siły tego procesu.

Cząsteczki mikroplastiku są nie tylko w zwierzętach, które jemy, ale też w wodzie, którą pijemy, w ziemi, w której uprawiamy warzywa i owoce, a nawet w powietrzu, którym oddychamy. Wiemy, że mikroplastik otacza nas ze wszystkich stron, ale nie mamy pojęcia, w jaki sposób długofalowo wpłynie na nasze zdrowie.

Autorzy badania "Human Consumption of Microplastic" opublikowanego w 2019 roku w "Environmental Science & Technology" przeanalizowali część produktów spożywanych przez Amerykanów, a następnie, korzystając z wytycznych dietetycznych rządu USA, próbowali obliczyć, ile cząstek plastiku możemy spożywać. 

Według wyników ich analizy dorośli mogą zjadać około 50 000 cząstek mikroplastiku rocznie, a dzieci – 40 000. Świetnie zobrazował to serwis Reuters, którego redaktorzy pokazali, że w ciągu tygodnia zjadamy porcelanową łyżeczkę plastiku, w ciągu roku cały talerz, a w ciągu 10 lat – koło ratunkowe o wadze 2,5 kg (zabrakło im plastiku, by zobrazować tak dużą ilość, więc posłużyli się gotowym sprzętem). Jednak jak czytamy w "Human Consumption of Microplastic", "te wartości są najpewniej niedoszacowane".

Badanie pokazało też, jak ogromną różnicę robi opakowanie. Osoby, które piją codziennie wodę w butelkach plastikowych, mogą spożywać ponad 22 razy więcej (90 000) mikrodrobin plastiku rocznie niż osoby pijące zalecaną ilość wody z kranu (4000).

gazeta.pl

Oczywiście największy ubytek widzów odnotowano we Francji, gdzie liczba oglądających spadła z 14,5 do 5,13 mln. Nic w tym dziwnego, skoro pięć lat temu grali na otwarcie "Trójkolorowi". Ale że w Hiszpanii, kraju o ogromnych tradycjach piłkarskich, gdzie piłka nożna jest religią państwową, mecz otwarcia przyciągnął zaledwie 1,77 mln widzów (spadek z 4,5 mln)? Jak to wytłumaczyć? 

A najdziwniejszy przypadek to Włochy. Pięć lat temu 15,5 mln widzów! Więcej niż we Francji. A teraz 12,5 mln, choć to drużyna Italii rozpoczynała turniej i do tego efektownie wygrała.

O Polsce też warto wspomnieć. W 2016 r. fantastyczny wynik - 7,83 mln oglądających, a teraz? 2,67 mln widzów - niemal dwie trzecie mniej.

Oczywiście, można spekulować, że widzowie pokryli się po internetach. To jednak wątpliwe, biorąc pod uwagę, że statystyczny europejski kibic w kapciach to mężczyzna mocno po pięćdziesiątce, a do tego wszystkie transmisje były w otwartych naziemnych stacjach.

To z zaangażowaniem kibiców jest najgorzej w historii. Jeszcze nigdy piłka nożna, właściwie jedyna globalna dyscyplina sportu, nie była tak letnio traktowana przez fanów.  

Liczby są bezwzględne. Ostatni finał Ligi Mistrzów między Chelsea a Manchesterem City był najmniej chętnie oglądany w historii, jeśli chodzi o największe kraje na kontynencie. Nawet na Wyspach Brytyjskich liczba widzów, którzy zerknęli na transmisję (8,7 mln) - płatną w telewizji i otwartą na YouTubie - spadła o 24 procent w porównaniu do 2019 r., gdy finał też był wewnątrz angielską sprawą między Liverpoolem i Tottenhamem. Napisałem o zerkających, bo stacja nie podała średniej liczby widzów meczu - najważniejszej dla reklamodawców - a tylko tych, którzy oglądali co najmniej minutę w tv, lub włączyli stream w Internecie.  

W Niemczech w ubiegłym roku telewizje odnotowały najmniejszą co najmniej od 20 lat liczbę widzów podczas meczu reprezentacji w tzw. prime-timie, gdy wrześniowe spotkanie z Czechami obejrzało ledwie 5,4 mln widzów.

Profesor Harald Lange z Uniwersytetu w Würzburgu, wieloletni badacz zachowań kibiców, mówi w rozmowie z serwisem Deutsche Welle, że piłka nożna "ześlizgnęła się w hierarchii wartości kibiców". Swen Thissen, dziennikarz i zagorzały fan Eintrachtu Frankfurt, który za swoją drużyną pojechał nie tylko do Rzymu, Mediolanu i Londynu, a także do Unterhaching, Cottbus i Pfullendorf, w swoim felietonie w "Sternie" napisał: "Nowa juka była dla mnie ważniejsza niż Eintracht Frankfurt". Wizyta w centrum ogrodniczym zastąpiła mu piłkarskie emocje w meczu ulubionej drużyny. 

I Lange - na podstawie swoich badań - i Thissen – na podstawie swoich osobistych odczuć - wyciągają ten sam wniosek: pandemia wyciągnęła na wierzch to, co w świecie piłki nożnej najgorsze - rosnącą komercjalizację, przez którą bogacą się tylko najbogatsi; rosnącą "inflację" meczów; poszatkowany kalendarz, by znaleźć jak najwięcej "okienek transmisyjnych"; nudę, gdy wygrywają ciągle te same drużyny. 

(...)

Serwis cytuje też profesora Langego, który mówi, że granie przy pustych trybunach jeszcze bardziej zwiększyło dystans między kibicami i klubami: - Kiedy rozmawiasz z fanami, widać coś w rodzaju deemocjonalizacji w piłce nożnej - mówi i dodaje, że puste trybuny pokazują kibicom, że piłkarze mogą się bez nich obyć i symbolicznie ilustruje, jak bardzo piłkarska bańka oddalona jest od rzeczywistości. 

Zdaniem Langego na klubach i reprezentacji zemściła się próba przekształcenia kibiców w konsumentów według schematu: Przyjdź na stadion, kup kiełbaskę, wydaj trochę pieniędzy w sklepiku, a potem wracaj do domu i siedź cicho.

To właśnie tacy fani najbardziej zrazili się do piłki nożnej w czasie pandemii i istnieją duże wątpliwości, czy do niej wrócą, gdy na stadion będzie można wrócić, by wypić piwo i kupić kiełbaskę. 

Tym bardziej że badania przeprowadzone na zlecenie Europejskiego Stowarzyszenia Klubów pokazują, że w najważniejszej grupie osób w wieku 16-24 lata - najważniejszej komercyjnie dla branży rozrywkowej - piłka nożna ma największy negatywny "elektorat" spośród wszystkich badanych grup wiekowych. Aż 13 procent osób z tzw. pokolenia Z piłki nożnej nienawidzi, a 27 procent w ogóle się nią nie interesuje. To największy tego typu odsetek ze wszystkich grup wiekowych. Z kolei za kibiców piłkarskich uważa się tylko 28 procent tej zbiorowości - najmniej z badanych.  

sport.pl

czwartek, 15 lipca 2021


Ilość i różnorodność teorii spiskowych funkcjonujących wśród ogólnoświatowego foliarstwa potrafi przyprawić o zawrót głowy! Ktoś tam wierzy w Jaszczuroludzi, co to żyją pod ziemią, bo ziemia jest pusta w środku, ale mają też swoich przedstawicieli wśród żyjących na ziemi, którzy doskonale upodabniają się do ludzi. Jaszczuroludzie ci morfują (czy coś), zmieniają kształt i w ten sposób przenikają do ludzkiego społeczeństwa, kontrolując bieg historii. Trudno zatem powiedzieć, czy faktycznie za WSZYSTKIM stoją Żydzi czy Jaszczuroludzie?!

Ktoś inny, zamiast w Jaszczuroludzi, wierzy w Dzieci Indygo, Dzieci Kryształowe, Strukturyzowaną Wodę, wlewy z witaminy C, Złoty Płomień albo inny Złoty Promień, sztuczny śnieg, kontrolowanie pogody, panujące nad wszystkim wolnomularstwo, trujące wyziewy z samolotów oraz 5G - bo teraz lasy wycinają na potęgę i to 5G daje ostro - tak przynajmniej słyszałem. 

Są też wśród foliarzy specjaliści od wiary w chipy, które są nam wszczepiane w szczepionkach i którymi to włodarze świata, wprowadzający na naszych oczach New World Order, będą nas kontrolować poprzez depopulację i kontrolę narodzin. Co ciekawe, kiedy mnie szczepiono pytałem pana lekarza machającego strzykawką, czy po zaszczepieniu będę automatycznie zalogowany do Facebooka i nie będę już musiał przykładać telefonu z NFC do terminala płatniczego? Nie otrzymałem satysfakcjonującej odpowiedzi, a jedynie odburknięcie: “Panie, daj mi Pan spokój. Ja tu już tak głupie rzeczy słyszałem, że nie chce mi sie o tym nawet gadać”.

Co ciekawe, dowiedziałem się od mojego kolegi przyjaciela, który to dowiedział się tego od swojego szefa - papieża foliarzy, że za WSZYSTKIM nie stoją Żydzi ani Jaszczuroludzie (no, może pośrednio jedynie stoją), a Bill Gates. Tak, ten gość od systemu, na który każdy narzeka i jednocześnie, którego każdy używa. Ten facet odpowiada za całą pandemię, za chipy wszczepiane w szczepionkach, za wprowadzenie New World Order, jak nie jutro, to pojutrze - wiadomo terminy jest tu dość elastyczny, jak będzie, to będzie, ino go wyczekiwać!

(...)

Całe szczęście, nie mamy co panikować! Szef mojego serdecznego przyjaciela, który zna kogoś, kto pracuje w ministerstwie… Nie, dobra, starczy. Po prostu szef mojego serdecznego przyjaciela, który jest (jak się okazało stosunkowo niedawno) prawdziwym papieżem polskich foliarzy, powiedział mu (temu przyjacielowi), a on przekazał mi to następnie w luźnej rozmowie podczas rowerowej wycieczki, że jasna strona walczy! 

- Ale, jak walczy? - zapytałem.
- No ostatnio jasna strona wyłączyła księcia Filipa i to był sukces, bo był on jednym z najbardziej wpływowych Jaszczuroludzi na świecie.

benchmark.pl