poniedziałek, 14 czerwca 2021


– Gry premierowe były drogie, kosztowały między ponad 120 zł, co na siłę nabywczą Polaków było znaczną kwotą. Miały do tego krótki cykl życia. Co się nie sprzedało, to sklepy szybko zwracały. Kto się nie wyrobił na premierę, nie miał już jak ich kupić – wspomina Gembicki.

CD Projekt wymyślił jak to życie grom wydłużyć. Po zwrotach gry premierowe były przepakowywane i trafiały do drugiego obiegu pod postacią reedycji. Te z wysokimi ocenami od graczy i mediów jako Platynowa Kolekcja za 59 zł, te ze słabszymi jako Fajna Cena za 39 zł. Po ok. 6-8 miesiącach gry przechodziły do najtańszej serii Extra Klasyka za 19,90 zł. – To przechodzenie od dużego pudełka premierowego do małego w kolejnych cyklach nie tylko umasowiło legalną sprzedaż, ale także pozwoliło na ciągłe działania marketingowe wokół tytułów – tłumaczy Gembicki.

spidersweb.pl

czwartek, 10 czerwca 2021


Niektórzy narzekają na chłodną wiosnę w Polsce, choć zapominają jednocześnie, że już parę ostatnich majów było zimniejszych niż przeciętnie. Twarde dane pokazują, że anomalia temperatury w maju 2021 r. w Polsce wyniosła -1,4 stopnia Celsjusza w porównaniu z wieloletnią średnią (1991-2020), ale był to też maj cieplejszy o zeszłorocznego, kiedy ta anomalia wyniosła -2,4 stopnia. Nie ulega wątpliwości jednak, że pierwsze miesiące roku były relatywnie zimne. W okresie od stycznia do maja tego roku anomalia temperatury w Polsce wyniosła -1 stopień i była najniższa od 2013 roku. Rzeczywiście w naszym kraju i ogólnie w części Europy jest ostatnio wyjątkowo chłodno (co w żaden sposób nie jest zaprzeczeniem zmian klimatu i globalnego ocieplenia).

Nie o Polsce jednak dziś będziemy dziś pisać. Na świecie są rejony, gdzie minione tygodnie naznaczone były wyjątkowo wysokimi jak na tę porę roku temperaturami. I wcale nie chodzi o kraje na południe od nas, bliżej równika.

Niedawno opisywaliśmy między innymi rekordy majowego ciepła w Rosji, także w jej części położonej za kołem podbiegunowym. Jak zauważył Scott Duncan, jeden z aktywnych w mediach społecznościowych meteorologów, zajmujący się także kwestiami klimatycznymi, średnie temperatury na Syberii są o około 20 stopni Celsjusza wyższe niż zwykle o tej porze roku. 

A to wcale nie koniec, bo drugi tydzień czerwca ma kontynuować anomalie temperaturowe i odchylenie w górę od wieloletniej średniej. Nie tylko na Syberii zresztą. Gorąco jest w Finlandii. 3 czerwca w Nuorgam, w najbardziej wysuniętej na północ stacji meteorologicznej w tym kraju, położonej już w Arktyce, odnotowano 29,3 stopnie Celsjusza na plusie. 

Jak na ten rejon i na ten czas roku to wyjątkowy upał - podkreśla fińska agencja meteorologiczna. Wyjątkowo ciepło jest także (i ma nadal być) w Ameryce Północnej.

(...)

Wyjątkowo wysokie temperatury niosą ze sobą różne konsekwencje. Między innymi zwiększają ryzyko wystąpienia pożarów, tymczasem niedawno zaczął się sezon płonących lasów borealnych (w Eurazji określanych jako tajga). Takie pożary mają miejsce co roku, w ostatnich latach stają się jednak  intensywniejsze i trwają dłużej, co eksperci łączą ze zmianami klimatycznymi. Przeciągające się okresy upałów i suszy sprzyjają występowaniu takich zjawisk.

Sezon płonącej tajgi zaczyna się w maju i trwa do października. W tym roku na części obszaru Syberii, w okolicach Omska i Tiumenia, lasy zaczęły płonąć w połowie kwietnia - i nadal się palą. W mediach społecznościowych pojawiają się nagrania szalejącego ognia i walczących z nim strażaków - na jednym z filmów widać, jak schronili się przed żywiołem w małym jeziorze. 

(...)

Duże pożary borealne w połowie maja pojawiły się też w centralnej części Kanady, w prowincjach Manitoba i Ontario. Z powodu ognia do atmosfery przedostało się blisko 0,9 megatony dwutlenku węgla - wyliczają eksperci programu Copernicus. Dym przemieszczał się na setki kilometrów i docierał nad Atlantyk. W mediach pojawiły się poradniki dotyczące tego, jak zabezpieczyć (ludzi, dom, biznes) przed ogniem i smogiem. Na terenach zurbanizowanych nie można wykluczyć jeszcze jednego czynnika ryzyka: w czasie pandemii, w dodatku przy ciepłej pogodzie, ludzie często wybierają odpoczynek na zewnątrz. A większość pożarów w okolicach skupisk ludzkich związana jest właśnie z aktywnością człowieka (takie wnioski wyciągnęli naukowcy badający "dzikie" pożary w Kalifornii w poprzednich dwóch latach). 

Są one niebezpieczne z kilku powodów. Trudno je gasić, bo występują często w miejscach, do których dostęp jest mocno utrudniony. Tak naprawdę taki pożar skutecznie zakończyć może przede wszystkim deszcz w odpowiedniej ilości. Do tego, lasy borealne rosną tam, gdzie mamy także torfowiska. Pokłady torfu potrafią palić się bardzo długo, ogień może zejść "pod ziemię" i tlić się miesiącami. Zdarza się, że pożar, który wybuchnie latem czy jesienią jednego roku, przetrwa do wiosny roku następnego. Takie zjawisko określane jest mianem "pożaru zombie" - ogień utrzymuje się niczym żywy trup z horroru. 

To, że w tym roku borealne pożary na Syberii zaczęły się wyjątkowo wcześnie może oznaczać, że część z nich to "stary" ogień, tlący się od ubiegłego roku, pod śniegiem, pod wierzchnią warstwą gleby, niewidoczny dla ludzi. Do czasu, gdy wysuszone torfowisko zajmie się już otwartym płomieniem. 

gazeta.pl

Protasiewicz został ewidentnie złamany w śledztwie. W trakcie rozmowy dwukrotnie mowa jest o tym, że Protasiewiczowi może grozić kara śmierci – w Białorusi za "terroryzm" i w okupowanym przez Rosję Donbasie za to, że Protasiewicz walczył po stronie Ukrainy. Gdy mowa jest o perspektywie ekstradycji do Donbasu, więzień załamuje się i wyraża nadzieję, że Aleksander Łukaszenko nie zdecyduje się go wydać. Fragment ten jest przygnębiający i sprawia wrażenie błagania o litość.

Protasiewicz dużo mówi o konfliktach pomiędzy liderką opozycji Swietłaną Cichanouską a byłym ministrem kultury Pawłem Łatuszką. Wyraźnie zaznacza, że Polska jest dziś słabszym graczem w sprawach białoruskich niż Litwa. Jedynym "aktywem" Polski ma być bowiem Łatuszka, który w odróżnieniu od Cichanouskiej, ma nie mieć realnego poparcia.

Byłą kandydatkę na urząd prezydenta pośrednio oskarża o współudział w rzekomo planowanym zamachu na Łukaszenkę. Według Protasiewicza na Białorusi mają znajdować się nieodkryte jeszcze przez władze "uśpione komórki" i "schrony" (w domyśle z bronią). To zapewne zapowiedź i pretekst do dalszych zatrzymań.

Protasiewicz w rozmowie oskarża o udział w organizowaniu protestów na Białorusi bardzo wiele osób, w tym takie, które znajdują się obecnie na Białorusi, a które mogą w efekcie jego zeznań (te na pewno współgrają z treścią wywiadu) stracić wolność. Były redaktor naczelny NEXTA stwierdza też, że w strukturach władzy były osoby współpracujące z opozycją, co zapewne oznacza kolejną falę czystek w ramach reżimu.

Protasiewicz kilkakrotnie wprost stwierdza, że białoruska opozycja jest finansowana przez zachodnie (w tym polskie i litewskie) służby specjalne. Część środków przekazywana miała być nie przez kontrolowane przez służby fundacje, ale "bezpośrednio".

Gdyby to była prawda, to oznaczałoby, że popełniony został zasadniczy błąd. Zasadą finansowania opozycji w państwach autorytarnych jest to, by pieniądze nie pochodziły wprost ze służb lub budżetu. Jeśli państwo autorytarne (w tym przypadku Białoruś) zdołałoby udowodnić, że środki na utrzymanie opozycji lub opozycyjnych mediów trafiły z budżetu innego państwa, lub – co gorsza – ze służb, to można wówczas zarzucić opozycji współpracę z innym państwem lub jego służbami. A to z kolei jest zagrożone znacznie wyższymi karami niż sama działalność opozycyjna.

Protasiewicz stwierdza, że przekazywaniu środków na opozycję i pomocy uciekinierom z Białorusi towarzyszy korupcja, o którą oskarża Białoruski Dom w Warszawie. Następnie stwierdza, że struktura ta jest "ściśle powiązana z PiS". Opozycjonista powiedział, że środki zadeklarowane przez premiera Morawieckiego na pomoc uchodźcom z Białorusi nigdy nie trafiły do tych, dla których były przeznaczone.

Według informacji Onetu to też nie jest prawda. Według naszych źródeł do uchodźców trafił co prawda ułamek zadeklarowanych przez premiera Morawieckiego kwot, ale nie dlatego, że pieniądze rozkradziono, ale dlatego, że ich nigdy nie wypłacono. Równocześnie faktem jest, iż finansowanie opozycji, które z natury jest działaniem skrytym, a pieniądze przekazywane są w gotówce, stwarza wyjątkowo dogodną okazję do korupcji.

W wywiadzie Protasiewicza ważne były słowa, że na początku działalności NEXTA była finansowana przez "rosyjskiego oligarchę". Słowa te mogą oznaczać, że Łukaszenko szykuje podstawę do kolejnej gry z Zachodem. Teza, iż Rosjanie chcieli obalić (lub osłabić) reżim w Mińsku z czasem zostanie zapewne użyta jako argument, aby wykonać "reset" z Zachodem. Co istotne ta akurat teza nie jest, jak się wydaje, nieprawdziwa.

onet.pl

środa, 9 czerwca 2021


Jeszcze w 2013 roku niemieckie ministerstwo zdrowia określiło jako swój priorytet kształtowanie globalnej strategii polityk zdrowotnych w ścisłej współpracy z WHO. Ten priorytet po wybuchu epidemii Ebola był realizowany konsekwentnie przez kanclerz Angelę Merkel, która wykorzystała do tego niemiecką prezydencję krajów G-7 (2015) i G-20 (2017). W zgodzie z tą strategią w 2017 roku, pod auspicjami Niemiec, ministrowie zdrowia krajów G-20 przeprowadzili międzynarodowe ćwiczenia symulacyjne, przygotowujące na ewentualność wybuchu pandemii. Ta symulacja została przeprowadzona w ścisłej współpracy z Bankiem Światowym i Światową Organizacją Zdrowia (WHO), które dla Niemiec pozostawały kluczowymi międzynarodowymi instytucjami, mającymi zapewnić szybkie reagowanie na wypadek pandemii. Przy tej okazji ministrowie podpisali deklarację Wspólnie dla zdrowszej przyszłości (Gemeinsam für eine gesündere Zukunft. Berliner Erklärung der G20 Gesundheitsminister), w której czytamy: „Uznajemy znaczenie przeprowadzania regularnych ćwiczeń symulacyjnych na wszystkich poziomach. Takie ćwiczenia symulacyjne stanowią wyjątkową okazję do przetestowania zdolności, polityk i porozumień, przygotowania i wzmocnienia skoordynowanej globalnej reakcji oraz promowania odpowiedzialności i przejrzystości”. Symbolicznym momentem, kiedy Niemcy ukazały swoje globalne aspiracje w zakresie ochrony zdrowia i jednocześnie rzuciły wyzwanie USA była oficjalna krytyka administracji Trumpa, który zagroził wycofaniem się z WHO.

Jeśli chodzi o politykę wewnętrzną poszczególnych krajów, wydaje się, że USA dysponowały najpełniejszymi informacjami wywiadowczymi. Administracje kolejnych prezydentów USA były systematycznie informowane przez służby nie tylko o możliwości wystąpienia globalnej pandemii, ale o tym, że może ona wystąpić w najbliższej przyszłości i że spowodować ją może wirus z Chin. Pod koniec 2016 r. Rada Bezpieczeństwa Narodowego przygotowała dla Prezydenta Obamy tajną instrukcję na wypadek pandemii pt. Playbook for early Response to high-consequence emerging infectious disease Obamy, razem z administracją Donalda Trumpa, przeprowadziły wspólne symulacje oraz analizowały różne scenariusze na wypadek wystąpienia pandemii. Przed wybuchem pandemii COVID-19 kilku urzędników administracji Trumpa wskazywało na konieczność przygotowania się do ewentualności pandemii.

Mimo tego typu ostrzeżeń prezydent Trump rozpoczął ograniczanie finansowania głównej agencji rządowej zajmującej się epidemiami – CDC, podlegającej Departamentowi Zdrowia i Opieki Społecznej. Nie oznaczało to jednak, że państwo amerykańskie nie przygotowywało się na ewentualność wybuchu pandemii. Np. od stycznia do sierpnia 2019 r. Departament Zdrowia pracował nad symulacją pandemii pod nazwą Purpurowa zaraza (Crimson Contagion) z udziałem kluczowych amerykańskich instytucji, od Pentagonu przez Czerwony Krzyż po Departament Bezpieczeństwa Narodowego. Według scenariusza tej gry pandemiczna grypa, która objawiała się m.in. suchym kaszlem, rozpoczęła się w Chinach, gdzie zarażonych zostało 35 turystów, którzy następnie przemieścili się do Australii, Kuwejtu, Malezji i Tajlandii. Z ognisk w tych czterech krajach wirus ogarnął cały świat.

W Niemczech mieliśmy odwrotną sytuację. O ile USA ograniczały swoje globalne aspiracje, ale jednocześnie realizowały symulacje przygotowujące na pandemię z Chin, o tyle zgłaszane przez Niemcy globalne ambicje nie przekładały się na polityki państwowe. Rząd Angeli Merkel nie potrafił przydzielić odpowiedzialności za zarządzanie kryzysowe na wypadek globalnej pandemii jednemu ośrodkowi decyzyjnemu. W konsekwencji między poszczególnymi ministerstwami – Ministerstwem Zdrowia, Ministerstwem Rozwoju i Ministerstwem Edukacji – toczyła się podjazdowa walka o wpływy. Realizowano takie inicjatywy, jak Global Health Hub Germany lub Global AMR Research and Development Hub, ale brakowało koordynacji ich działań. Nie istniała żadna instytucja, która mogłaby rozstrzygać kompetencyjne spory i sprawnie wdrożyć politykę wobec pandemii. Nie zrealizowano więc kolejnych zapowiadanych gier i symulacji na wypadek wystąpienia pandemii.

Michał Łuczewski - Wirus społeczny

Na tym wspólnym dla Polski, Niemiec i USA tle chciałbym teraz wskazać pewne fundamentalne różnice.

Jan Kubik, najwybitniejszy polski badacz ruchów społecznych, w swoich analizach korzystał z rozróżnienia na trzy typy performansów kulturowych. Typ pierwszy to rytuały potwierdzające i legitymizujące władzę państwa (rituals of confirmation). Te rytuały są podważane przez rytuały delegitymizujące, które przybierają dwie formy. Z jednej strony, to rytuały rebelii (rituals of rebellion), akceptowane przez rządzących jako konieczny zawór bezpieczeństwa, kanalizujący niezadowolenie i niepokój poddanych, którzy burzą się co pewien określony czas przeciw zastanemu porządkowi, by za chwilę znów go zaakceptować. Tego typu rytuały przypominają karnawał, kiedy następuje odwrócenie porządku społecznego, aby po jego zakończeniu, wszystko powróciło do normy. Z drugiej strony, mamy ceremonialne rewolucje (ceremonial revolutions), które symbolicznie podważają zastany porządek społeczny, proponując nowe symbole i nowe rytuały, które mają zastąpić dotychczasowe rytuały legitymizujące. Dla uproszczenia i przez analogię z rytuałami rebelii rewolucje ceremonialne (czy też odświętne) będę określał jako rytuały rewolucji. W porównaniu do rytuałów rebelii, rytuały rewolucji mają znacznie bardziej „kondensacyjny” charakter. Silniejsze będą w nich uproszczenia poznawcze, kompresja czasoprzestrzenna, moralny agonizm i udramatyzowanie wydarzeń.

W każdym z trzech przypadków państwo korzystało z rytuałów legitymizujących (publiczne performanse w postaci wystąpień urzędników, polityków i lekarzy, lockdownów, akcji szczepień etc.), które przypominały dawne liturgie państwa. Różnica polegała na tym, że w Niemczech mieliśmy do czynienia z paradoksalnymi rytuałami rebelii. Ich paradoksalność polegała na tym, że aktorzy społeczni oskarżali państwo o rewolucyjność i chcieli przywrócić dawny porządek, zmieniony przez państwo. To była rebelia przeciw rewolucji państwa. Natomiast Polska i USA były świadkami rytuałów rewolucji, które miały obalić i zastąpić dotychczasowy system polityczno-społeczny. Podczas gdy w Niemczech protestujący chcieli zmienić politykę państwa, w dwóch pozostałych przypadkach protestujący chcieli zmienić samo państwo. Pierwszy typ mobilizacji – rebelie – łączy się z porządkiem nowoczesności, a drugi typ – rewolucje – z późną nowoczesnością.

Michał Łuczewski - Wirus społeczny

wtorek, 8 czerwca 2021


Analizując przedstawiony przez administrację Biden-Harris budżet widzimy, że kwestie związane z nauką i technologią oraz cyberbezpieczeństwem potraktowano bardzo poważnie, nadając im wysoki priorytet, co potwierdzają m.in. kwoty przewidziane na inwestycje w tych obszarach. Biały Dom chce z założenia za pomocą ogromnych środków zbudować „śmiercionośną, odporną, elastyczną i gotową na wyzwania siłę”, która zagwarantuje USA bezpieczeństwo oraz odbuduje, a następnie utrzyma dominująca pozycję Stanów Zjednoczonych w branży technologicznej.

Budżet podkreśla zaangażowanie Pentagonu w rozwijanie innowacyjnych rozwiązań, a także badanie i testowanie technologii, na co łącznie ma zostać przeznaczonych 112 mld USD. Jest to wzrost o 5% w odniesieniu do poprzedniego roku budżetowego. Patrząc bardziej szczegółowo, jedynie w obszarze badań i technologii (ang. Science and Technology – S&T) dla Departamentu Obrony przewidziano o 615 mln USD więcej niż w przypadku bieżącego roku finansowego (obecnie jest to 14,7 mld USD).

Taki stan rzeczy ma ogromne znaczenie, ponieważ finansowanie działań S&T w ramach Pentagonu, które skupiają się stricte na rozwoju zaawansowanych technologii wynosi 84% całej puli środków na ten cel. Amerykanie dzięki „wpompowaniu” ogromnych środków pieniężnych chcą zdynamizować inicjatywy w zakresie m.in. AI, co nie jest przypadkowe.

Waszyngton jest świadomy, że rozwój technologii o zaawansowanych możliwościach w bezpośredni sposób przekłada się na opracowywanie przełomowych rozwiązań. W budżecie wskazano na konkretne rozwiązania takie jak np. sztuczna inteligencja.  W związku z tym Prezydent USA Joe Biden przewiduje znaczące zwiększenie środków finansowych (ok. 50%) na pokrycie kosztów wysiłków podejmowanych przez Departament Obrony na rzecz rozwoju AI z 600 mln USD (obecnie) do 874 mln (rok budżetowy 2022).

Sztuczna inteligencja jest obecnie jednym z ważniejszych priorytetów Pentagonu. Innowacyjne rozwiązania bazujące na tej technologii są coraz szerzej i aktywniej testowane w warunkach nie tylko teoretycznych/laboratoryjnych, ale także praktycznym środowisku. Nad wykorzystaniem AI w realnych warunkach konfliktu pracuje m.in. DARPA oraz inne agencje i instytucje powiązane z siłami zbrojnymi.

Pentagon dzięki algorytmom chce wyprzedzić zdolności przeciwników i zapewnić sobie dominację w dziedzinie wojskowości. O tym, że to nie jest science-fiction pokazują m.in. testy przeprowadzone przez Siły Powietrzne USA nad Bałtykiem, gdzie algorytmy zostały użyte do przeprowadzenia uderzenia z powietrza w ramach tzw. „łańcucha zabijania”. Koncepcja ta ma wspierać pilotów myśliwców poprzez np. szybkie i precyzyjne namierzanie celów i kierowanie ostrzału. Środki z budżetu obronnego na 2022 rok służą właśnie tego typu inicjatywom – chodzi o budowanie nie tylko konwencjonalnej, teraźniejszej siły, ale także potęgi przyszłości, wyprzedzającej rozwiązania stosowane przez adwersarzy.

cyberdefence24.pl

W raporcie „Wirus społeczny”, który przygotował pan dla Warsaw Enterprise Institute, pojawia się takie zdanie: "współczesne społeczeństwa zaczynają odchodzić od tradycyjnych form mobilizacji społecznej, takiej jak ruchy społeczne, na rzecz gorących, eksplozywnych performansów społecznych, które przypominają religijne rytuały społeczeństw archaicznych”. Chce pan w naukowy sposób powiedzieć, że robimy się zwyczajnie prymitywni?

Współczesne społeczeństwa, które same sobie wydają się bardzo nowoczesne, zaczynają przypominać społeczeństwa prymitywne, dzikie – jak mówili antropologowie sto lat temu – gdzie ważnym elementem utrzymywania ładu są rytuały.

Pojęcie rytuału może mieć dużo znaczeń. O jakie konkretnie tutaj chodzi?

Rytuał jest lustrzanym odbiciem prawa. Łamie to, czego prawo zakazuje. Polega na przekroczeniu dotychczasowych tabu, hierarchii i granic między grupami, które prawo ustanawia. Może pan pomyśleć o średniowiecznym karnawale, w którym grupy się mieszają i wszystko dzieje się na opak. Nagle przestają obowiązywać normy, a na wierzch wychodzą ukryte dotąd seksualność, bluźnierstwo, rubaszność, kloaczność i przemoc. Współczesnymi odpowiednikami dawnych rytuałów są Black Lives Matter i Ogólnopolski Strajk Kobiet.

Takie rytuały mogą chyba odprawiać nie tylko grupy społeczne, ale również politycy? Może nawet głównie oni.

Kiedy ogarnia nas rytuał, nie wiemy już, co można, a czego nie, kto jest gdzie i kto jest kim. Paradoksalnie poprzez zwiększenie chaosu rytuał prowadzi do jedności. Dzieje się tak za sprawą mechanizmu kozła ofiarnego. Żeby nie nastąpiła implozja grupy i pochłonięcie nas przez wojnę wszystkich ze wszystkimi, zaczynamy poszukiwać winnego za konflikty i agresję. Kiedy wreszcie kozioł ofiarny zostaje usunięty, na chwilę odzyskujemy pokój. Politycy mogą myśleć, że nami dyrygują, ale w istocie raz uruchomiona przez nich przemoc w końcu ich dosięga. Są naszymi totemami, wokół których biegamy jak archaiczne ludy i które wielbimy. Wystarczy jednak, że trochę tylko odejdą od naszych oczekiwań, a wtedy następuje ich obalenie. Proszę zobaczyć, jak szybko Marta Lempart z bogini opozycji stała się jej głównym wrogiem. Każdy kapłan jest opóźnioną ofiarą, jest kapłanem tylko do czasu.

dziennik.pl

W proces wychowania młodzieży rosyjskiej wmieszać ośmieliła się marka Domestos (należy do holendersko-brytyjskiego Unilevera), ogłaszając konkurs na fotografię najpaskudniejszej, najbardziej odpychającej toalety w rosyjskich szkołach.

W castingu na najbardziej antysanitarny sanitariat bierze udział 130 pretendentów z różnych stron Federacji.

W głosowaniu internetowym prowadzi na razie liceum nr 44 z Czeboksar, gdzie sedes został wpuszczony tak głęboko, że deska klozetowa znajduje się na poziomie podłogi. Spore szanse mają toalety bez przegródek, gdzie w jednym otwartym pomieszczeniu załatwiać się może od razu sześciu uczniów. Są też takie, w których, co wyraźnie widać na zdjęciach publikowanych na specjalnej stronie Domestosu, nic nie poprawiano od 50-60 lat.

Nadsyłający fotografie rodzice piszą, że ich dzieci, kiedy już muszą iść za potrzebą, uciekają ze szkoły do domów, byle tylko nie oglądać tego horroru.

Domestos obiecuje, że na swój koszt wyremontuje tę szkolną toaletę, którą głosujący uznają za najbardziej odrażającą. Inni laureaci konkursu otrzymają spory zapas środków czyszczących.

Zabawa może się jednak skończyć źle dla fundatora. Pod Orenburgiem uczniowie próbowali wziąć sprawy w swoje ręce i na apel przynieśli transparenty z żądaniami przeprowadzenia remontu swojej szkoły, która w każdej chwili może się zawalić. Teraz są wzywani na policję, która grozi im karami za udział w „nielegalnym zgromadzeniu".

I Domestos za wrogą robotę może więc być z powodzeniem uznany za „agenta zagranicy" czy nawet organizację „ekstremistyczną".

Problem toalet, nie tylko szkolnych, jest w Rosji palący, by nie powiedzieć śmierdzący. Według oficjalnych danych państwowej służby statystycznej co czwarty obywatel kraju fundującego sobie podwójny militarny „Luwr" mieszka w domu niepodłączonym do kanalizacji. Niemal połowa mieszkańców wsi korzysta z latryn na podwórku.

wyborcza.pl

25-letni białoruski inżynier Tichon Osipow spanikował, kiedy zobaczył, jak oddziały specjalne wyciągają kierowców z samochodów. Próbował odjechać, przez przypadek potrącił wojskowych. Nikomu nic się nie stało, ale Osipow dostał 11 lat kolonii karnej.

17-letnią uczennicę skazano na półtora roku aresztu domowego, ponieważ złożyła skargę na milicjantów za pobicie. Z kolei 16-latek z epilepsją otrzymał 5,5 roku kolonii karnej, ponieważ miał przy sobie koktajl Mołotowa.

Prawnik Siarhiej Zikracki jeszcze niedawno bronił aktywistów i dziennikarzy.

- W absolutnej większości przypadków sąd przyznaje taki wyrok, jakiego żąda prokurator. Przy tym adwokaci nie mają możliwości bronić swoich klientów, ponieważ zeznania świadków oraz przedstawione dowody, po prostu nie są rozpatrywane przez sądy – opowiada.

W większości spraw świadkami oskarżenia są milicjanci, którzy występują w maskach i pod przybranymi nazwiskami. Nikt oprócz sądu nie może weryfikować ich tożsamości.

Najczęściej procesy odbywają się zdalnie, a oskarżeni zeznają na korytarzach aresztów. Zdarzają się sytuacje, kiedy na korytarzu odbywa się od razu kilka procesów. Wtedy jeden milicjant krąży między oskarżonymi i w każdym z tych procesów składa zeznania pod innymi nazwiskami – mówi Zikracki.

Kaganiec nałożono również na prawników, którzy teraz nie mają możliwości poufnej rozmowy z swoimi klientami. Za publiczne komentowanie toczących się spraw adwokat może stracić licencję. Tak było w przypadku samego Zikrackiego, który został zmuszony do zwolnienia współpracowników, zamknięcia kancelarii i emigracji na Litwę.

(...)

"Baćka" stracił kontakt z rzeczywistością? Nic z tych rzeczy. Choć propagowana przez reżim historia z niby-bombą podłożoną przez Hamas oraz poderwaniem uzbrojonego myśliwca, aby zmusić pasażerski samolot do lądowania w Mińsku, wygląda na czyste szaleństwo, jest przemyślaną strategią.

- Żeby zrozumieć, co się teraz dzieje na Białorusi, trzeba cofnąć się o co najmniej rok – opowiada Olga Salomatova z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

W marcu 2020 roku cały świat zrobił lockdown. Cały? Nie. Był taki kraj w Europie, w którym oficjalnie wirusa nie było.

Alaksandr Łukaszenka twardo powtarzał, że wystarczy pić wódkę i unikać obcych kobiet. Kiedy miesiąc później szpitale zapełniły się zakażonymi, brakowało nie tylko sprzętu i lekarstw, ale i nawet maseczek ochronnych dla personelu medycznego.

Chorzy na COVID-19 lądowali na jednych salach z niezakażonymi pacjentami. W wielu szpitalach nie było komu leczyć i pielęgnować, ponieważ personel zakażał się w pierwszej kolejności. Łukaszenka negował pandemię, a gdy na społeczeństwo padł strach, wraz z nim upadł mit o opiekuńczym, ojcowskim państwie "Baćki", które może i ogranicza wolność, ale dba o swoich obywateli.

- Ludzie uświadomili sobie, że nie mogą liczyć na państwo i zaczęli sami organizować zbiórki na szpitale. Wkrótce powstała ogólnokrajowa inicjatywa #BYCOVID19, w którą zaangażowała się rekordowa liczba Białorusinów z bardzo różnych środowisk. Wspólnie i bez wsparcia ze strony państwa udało się zaopatrzyć szpitale dosłownie we wszystko - od maseczek po respiratory - opowiada Aleksander Lapko, jeden z koordynatorów #BYCOVID19.

Według brytyjskiego think tanku Chatham House, gdyby w sierpniu 2020 roku prezydenckie wybory odbyły się uczciwie, Cichanouska mogłaby dostać co najmniej 52 proc. głosów. Oficjalnie jednak otrzymała tylko 10 proc., a Łukaszenka 80 proc. Ludzie wyszli na ulice. Raz, drugi, trzeci, piętnasty. Być może wyszliby tylko raz, gdyby nie kilku upartych chłopaków.

Raman Protasiewicz brał udział w antyrządowych protestach, od kiedy skończył 16 lat. Studiował w Mińsku dziennikarstwo, ale został wyrzucony z uczelni. Jak sam twierdził - za poglądy polityczne. W 2018 roku zaczął pracę w białoruskiej redakcji Euroradia.

Raman był znakomitym fotoreporterem. Zawsze odważnym i pierwszym do relacjonowania wydarzeń. Miał mnóstwo przyjaciół, więc ciągle dostawał cynki, był świetnie zorientowany. Kiedyś z jednego z zadań wrócił z dużym, rudym kotem, którego przygarnął z ulicy – opowiada Paweł Swerdłow, redaktor naczelny Euroradia.

W 2019 roku Protasiewicz dołączył do ekipy 23-letniego Ściapana Puciły, który założył na Telegramie, popularnym w krajach byłego ZSRR komunikatorze, informacyjny kanał Nexta.

Kiedy wybuchły protesty, na Białorusi przez kilka dni zagłuszano internet. Nie działały strony portali i gazet. W ten sposób sam Łukaszenka przyczynił się do tego, że dobrze zorientowany kanał Nexta stał się jednym z najważniejszych źródeł informacji. Wkrótce liczba obserwujących go osób sięgnęła dwóch milionów.

- Łukaszenka rządzi nieprzerwanie od 27 lat, więc ludzie doskonale zdawali sobie sprawę, że są oszukiwani. Ale odbierali to jako naturalną kolej rzeczy. W drugim półroczu 2020 roku w społeczeństwie było inaczej. Potrzeba zmian była ogromna. Protesty wspierała większość, nawet jeśli nie wszyscy wychodzili na ulice – podkreśla Paweł Swerdłow.

Krótko po wyborach w więzieniach albo za granicą znaleźli się niemal wszyscy białoruscy politycy, którzy potencjalnie mogli stanąć na czele protestów. Ale nawet bez wyraźnych liderów demonstracje trwały. Wtedy reżim zorientował się, że siła napędowa protestów kryje się w mediach społecznościowych. Okazało się, że garść dwudziestoparolatków jest w stanie stworzyć na tyle potężne i niezależne medium, które jest w stanie poderwać społeczeństwo do wyjścia na ulice.

- Jeśli oddziały specjalne gromadzą się w jednym miejscu, to oznacza, że nie ma ich w drugim. Nexta przekazywała konkretne informacje, jak poruszać się po mieście, żeby nie zostać aresztowanym – tłumaczy Swerdłow.

Oprócz tego kanał zaczął publikować dane osobowe funkcjonariuszy, którzy uczestniczyli w pacyfikacji pokojowych protestów. Jak powiedział Puciła, dane te pozyskiwano "dzięki cyberpartyzantom" – informatorom Nexty.

W oczach reżimu, który nie ma poparcia społecznego i może polegać tylko na resortach siłowych, ujawnianie danych funkcjonariuszy było największym grzechem Nexty. Jeszcze w październiku kanał okrzyknięto ekstremistycznym, a Puciłę i Protasiewicza oskarżono o terroryzm. Tyle, że obaj byli już wtedy w Warszawie. Setki innych czekał gorszy los.

wp.pl

poniedziałek, 7 czerwca 2021


Co do tego, że produkcja mięsa jest dla klimatu zabójcza, nie ma już żadnych wątpliwości. Emisje gazów cieplarnianych pochodzące z hodowli zwierząt stanowią 17 proc. całkowitych emisji w Unii Europejskiej, czyli niemal tyle co cały transport. Tak wynika z najnowszego raportu organizacji Greenpeace. Do tego dochodzi ślad węglowy bardzo energochłonnej produkcji pasz i nawozów. I emisja równie szkodliwego metanu ze zwierzęcych odchodów. Biorąc pod uwagę, że 60 proc. wszystkich ssaków na Ziemi to zwierzęta hodowlane, można sobie wyobrazić, jak ogromny jest ten ich „wkład” w atmosferę.

Jeszcze większym problemem związanym z hodowlą zwierząt jest wycinanie lasów pod pastwiska. I pod soję, która jest aktualnie głównym składnikiem pasz dla zwierząt hodowlanych. W sumie, jak podaje Oxfam, nawet 80 proc. całkowitej powierzchni gruntów rolnych na świecie jest wykorzystywanych do produkcji zwierzęcej i uprawy paszy. W dużej mierze w Brazylii, gdzie często nielegalnie wycina się lub wypala w tym celu ogromne połacie Puszczy Amazońskiej. Zielonych Płuc Ziemi, które są naturalnymi wychwytywaczami dwutlenku węgla. Jak podaje WWF, w ciągu zaledwie 50 lat, 20% Amazonii zniknęło z powierzchni Ziemi. W 2019 r. w porównaniu z 2018 rokiem poziom wylesienia wzrósł tam aż o 85% i był najwyższy od dekady. Według ekspertyzy WWF, gdyby globalna konsumpcja produktów zwierzęcych została zmniejszona do poziomu zaspokojenia naszych naturalnych potrzeb żywieniowych (a nie łakomstwa czy marnotrawstwa) udałoby nam się ocalić od produkcji rolnej obszar 1,5 razy większy od terytorium Unii Europejskiej.

Jak obliczył Międzynarodowy Zespół do Zmian Klimatu (IPCC) typowa dla Europejczyków czy Amerykanów wysokomięsna dieta jest nawet 2,5 razy bardziej emisyjna niż dieta roślinna. Ślad węglowy weganina to około 2,5 kg ekwiwalentu CO2 dziennie, wegetarianina 3,2 kg, a mięsożernych – ok. 7 kg przy zjedzeniu 100 g mięsa dziennie. Przy czym statystyczny Polak zjada niemal dwukrotnie więcej. Rocznie - ponad 60 kilogramów. To tak, jakby każdy z nas pochłaniał codziennie porządnego schabowego.

Największy ślad węglowy ma mięso wołowe. Przykładowo, w Stanach Zjednoczonych stanowi tylko 4% zakupów spożywczych, ale odpowiada za ponad jedną trzecią emisji gazów cieplarnianych związanych z amerykańską dietą. W dalszej kolejności jest mięso innych zwierząt oraz nabiał. Dla porównania: 1 kg wołowiny bez kości to co najmniej 26 kg ekwiwalentu CO2, ryb lub kurczaka 3,5 kg, a warzyw - poniżej pół kilograma.

Jak obliczył naukowiec z Uniwersytetu w Oksfordzie, Marco Springmann, przejście na dietę roślinną mogłoby w skali globalnej może zmniejszyć nawet o 73% emisje gazów cieplarnianych pochodzących z rolnictwa. Co więcej, przywróciłoby do natury 76% wszystkich gruntów rolnych. Jeśli jednak pozostaniemy przy starej miłości do burgerów i kotletów, a jednocześnie mleka krowiego, sera i jaj, sektor hodowlany skonsumuje w ciągu najbliższej dekady połowę budżetu węglowego, który nam pozostał, aby nie przekroczyć wzrostu temperatury powyżej „bezpiecznej” granicy 1,5 °C.

(...)

Jak twierdzi Greenpeace, problemu nadmiernego spożycia i produkcji mięsa nie da się rozwiązać bez zmian politycznych. W Unii Europejskiej promuje się produkcję mięsa i mleka poprzez subsydia, bez uwzględniania negatywnych efektów klimatycznych czy zdrowotnych. Do szerszej debaty nie przebił się na razie pomysł wprowadzenia tzw. podatku klimatycznego od mięsa. Jako pierwszy kraj na świecie, chów zwierząt do systemu handlu emisjami włączyła Nowa Zelandia. Nowelizacja ustawy w sprawie reakcji na zmiany klimatyczne w tym kraju zakłada, że od 2025 r. emisje pochodzące z hodowli zwierząt gospodarskich będą opodatkowane w ramach krajowych systemów handlu uprawnieniami do emisji.

onet.pl

Niewiele kwestii narażało Metternicha na tyle bezsennych nocy co zjawisko, które nazwał polonizmem. Wymyślając ten termin, miał oczywiście na myśli Polaków, ale obejmował nim całą zgangrenowaną międzynarodówkę bardów i wojowników, zagrażających jego paneuropejskiemu, monarchicznemu ładowi i obiecujących powszechne zbawienie przez apoteozę narodów. W odróżnieniu od egocentrycznych narodowych ideologii wielu nacji centralnej Europy, które można było trzymać w szachu, prowadząc politykę divide et impera, „polonizm” był niezniszczalny, gdyż miał perypatetyczną naturę i uniwersalną siłę oddziaływania.

Zjawisko to nie miało nic wspólnego z wielką dziewiętnastowieczną pasją budowania narodowego dziedzictwa. Było to stulecie odrodzenia stylów (nie tylko gotyku), stulecie kolekcjonowania, wykopalisk i wynalazków. Profesorowie czuli się w obowiązku zaopatrywać swe kraje we wszelkiego rodzaju historyczne i kulturowe referencje, zapominając przy tym często o wymogach naukowej etyki i solidności. Artyści oddawali swe talenty sprawie gloryfikacji narodowej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, z zapałem często podważającym artystyczną wartość ich dzieł. Ci, którzy nie poświęcali siebie i swojej sztuki sprawie narodowej, byli za to potępiani. Rodacy Chopina, wywodzący się z różnych obozów, krytykowali go za to, że nie napisał wielkiej narodowej opery. Największe dzieło czeskiego romantyzmu, Maj Karela Hynka Máchy, spotkało się z chłodnym przyjęciem, gdyż uznano je za nie dość patriotyczne.

Państwa nienaruszone przez rewolucyjne i napoleońskie kataklizmy oraz niezagrożone przez istnienie potężnych sąsiadów z reguły podchodziły do tej sprawy z mniejszym zapałem i podnieceniem, ale tendencja do poszukiwania korzeni miała charakter powszechny. Warto zauważyć, że prawie żaden z pisarzy i artystów tej epoki, z chlubnym wyjątkiem Wiktora Hugo, nie rozwodził się nad cierpieniami biednych i upośledzonych ekonomicznie grup industrialnego społeczeństwa, chyba że chciał żerować na sentymentalizmie odbiorców. Ale apele nieszczęśliwych narodów mogły liczyć na wielkoduszny odzew.

Zjawisko to obejmowało również Skandynawię. Założony w 1811 roku Götiska förbundet, czyli Związek Gotycki, wydobył z zapomnienia moralną supremację dawnych Skandynawów, natomiast Carl Jonas Love Almqvist z Uppsali marzył o narodowej utopii. Romantyczni patrioci często przywoływali i wykorzystywali nordycką mitologię, a Adam Oehlenschläger pisywał nordyckie eposy. Duński historyk Laurids Engelstoft, zainspirowany podróżami po rewolucyjnej Francji, usiłował odrodzić swój naród, tworząc obywatelskie katechizmy. Nie ma dowodów na to, że wszystkie te działania zmieniły czyjeś poglądy lub obudziły w kimś namiętności, ale zostały one na krótki czas wzniecone, gdy na duńską mitologię przypuścili atak Szwajcarzy. Kraj Wilhelma Tella, który kultywował swe legendy i importował prawdziwe lub wyimaginowane rytuały, takie jak Festspiele i turnieje łuczników, nie mógł nie zareagować na publikację broszury, której autor dowodził (zapewne słusznie), że legenda o Tellu wywodziła się z Danii. Została ona surowo potępiona i uroczyście spalona w kantonie Uri.

Włosi usiłowali przez wiele dziesięcioleci zagarnąć dla siebie kulturalne dziedzictwo Etrusków, ale Angelo Mazzoldi okazał się tu najbardziej pomysłowy, wysuwając w 1840 roku twierdzenie, że Italia była pozostałością starożytnej Atlantydy, która zatonęła w morzu gdzieś między Rzymem a Sardynią. Za pomocą podobnego szalbierstwa Vincenzo Gioberti przypisał narodowi włoskiemu całą kulturę helleńską.

Wymyślaniem podobnych teorii i zawłaszczaniem cudzego dorobku zajmowali się też Brytyjczycy, którzy rozbudowali sztucznie swe narodowe dziedzictwo i bezwstydnie je gloryfikowali. Szkoci czytali swego Scotta i swego Burnsa, nosili tartany i wychwalali haggis. W Walii odkryto na nowo walczącego przeciw angielskiemu królowi Owaina Glyndwra, którego skrzętnie ustawiono na piedestale narodowego bohaterstwa. Budowano też kamienne kręgi, szukając druidycznych korzeni. Przywrócono zwyczaj kremacji zwłok, a lady Llanover zebrała zachowane na prowincji niemodne angielskie części garderoby i skomponowała z nich strój narodowy.

Włosi, jako że czuli się bardziej zagrożeni, usilniej zabiegali o entuzjastyczną reakcję mas niż Walijczycy czy Duńczycy. Artyści, tacy jak Francesco Hayez, malowali obrazy przedstawiające historyczne wydarzenia w alegorycznym lub symbolicznym świetle, delikatnie zaszczepiając w narodowej świadomości obraz niewinnej, dziewiczej Italii, molestowanej przez cudzoziemskich barbarzyńców lub degeneratów. Poeci i pisarze, jak choćby Alessandro Manzoni, promowali podobne wizje i liczyli na takie same reakcje. Kompozytorzy, tacy jak Verdi, grali na emocjach, wykorzystując w operach tematy historyczne. Wystawiając w 1838 roku Nabucco, Verdi wprowadził do utworu przejmującą partię chóralną Va pensiero – lament nad utraconą ojczyzną, a w I Lombardi umieścił pieśń O Signore, dal tetto natio, którą śpiewają zebrani w Mediolanie uczestnicy krucjaty w oczekiwaniu na świętą wojnę w słusznej sprawie. 

Ta właśnie tęsknota za świętą, odkupicielską wojną odróżniała religijny patriotyzm romantyków od mrzonek łowców dziedzictwa, była bowiem napędzana przez pragnienie zbawienia. I choć czerpała inspirację z narodu, wynikająca z niej wizja zbawienia miała charakter uniwersalny. Choć z patologicznym uporem trwała przy koncepcji narodu traktowanego jako ludzki organizm, ten gatunek patriotyzmu był coraz bardziej odległy od wszystkiego, co trąciło politycznym nacjonalizmem. Zaczynał on przypominać międzynarodowy ruch ludzi wywłaszczonych emocjonalnie i – podobnie jak w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku – związał swe nadzieje z Francją.

Nawet pod wyzutymi z poetyckości rządami Ludwika Filipa Paryż był blisko związany z entuzjastycznymi zrywami współczesnej ludzkości, a pielgrzymi, reprezentujący różne narody, wkraczali w jego mury z szacunkiem, jaki odczuwali ludzie wjeżdżający do Jerozolimy czy Rzymu. Najbardziej zagorzałym obrońcą wizerunku Francji jako la Grande Nation, czy też – jak ją niekiedy nazywał – arcynarodu, był Mickiewicz. Twierdził, że Francja posiada więcej „świętego ognia” niż jakikolwiek inny naród i dlatego właśnie ona jest powołana do tego, by wprowadzić „nowy wiek”.

Ale lansowana przez Mickiewicza teoria coraz bardziej oddalała się od samej Francji, a jej klarowność mąciły od dawna deklarowana przez poetę wiara w nadejście „człowieka przeznaczenia” i jego trwająca przez całe życie fascynacja postacią Napoleona. Mniej więcej w tym czasie, pod wpływem pewnego szarlatana, Andrzeja Towiańskiego, Mickiewicz wzbudził w sobie przekonanie, że misja odkupienia ludzkości, początkowo powierzona przez Boga Żydom, została w wyniku symbiozy obu narodów przerzucona na Polaków, a tym samym na Słowian. W miarę jak odchodził od przyjętych w ówczesnym świecie koncepcji ojczyzny, jego mesjanizm nabierał coraz bardziej internacjonalnego charakteru. Dla niego – tak jak dla jego braci w poezji, Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego – Polska nie była już tylko miejscem, ani nawet narodem. Poniekąd to właśnie miał na myśli Metternich, tworząc pojęcie „polonizmu”.

Wykłady Mickiewicza w College de France, których drugi cykl został zainaugurowany w grudniu 1841 roku, zaczęły się szybko przekształcać w społeczno-polityczne i artystyczne happeningi. Jako seanse typu performance były niezrównane: poeta wygłaszał niemal niezrozumiałe improwizacje do urzeczonych słuchaczy i omdlewających kobiet. Prezentował literaturę słowiańską w kategoriach duchowych, opiewając jedno bóstwo, złożone z Boga, Napoleona, Słowian, Żydów i francuskiego narodu. „Nasze poczynania są religijno-polityczne – pisał do kolegi po piórze, prezentując mu założenia «kościoła», który stworzył wspólnie z Towiańskim – a nasz ton jest Chrystusowo-Napoleoński”.

Mickiewicz zaczął postrzegać naród bardziej jako narzędzie ocalenia, jako środek wiodący do celu. Posługując się słowem „wybrany”, twierdził, że istnieją „izraelskie” narody, dzięki którym ludzkość może zostać odkupiona: Żydzi, Francuzi i Słowianie. Mówił swym rodakom, że muszą się nauczyć miłości do Rosji. Latem 1842 roku spędził dwa dni na polu bitwy pod Waterloo, błagając ducha cesarza, aby go wzmocnił, a w rocznicę zburzenia Świątyni Jerozolimskiej zorganizował czuwanie w paryskiej synagodze. W swym wykładzie z 21 maja 1844 roku, zatytułowanym Ecce Homo naszego wieku, Mickiewicz rzucił wyzwanie geniuszowi Francji, żądając, by się ujawnił i przewodził narodom.

Adam Zamoyski - Święte szaleństwo