wtorek, 27 kwietnia 2021


Prezydent Vucic miał wręcz wskazać, że Chiny są obecnie najbardziej godnym zaufania przyjacielem Serbii. Serbia ma z wielką otwartością patrzeć na możliwość rozszerzania współpracy wojskowej z Chinami. Serbski przywódca miał również dziękować Chińczykom za współpracę w zakresie bezpieczeństwa narodowego, współpracy gospodarczej oraz podkreślać pomoc w walce z pandemią COVID-19. W tym ostatnim przypadku, zauważa się, że Belgrad ma otrzymać znaczne ilości chińskich szczepionek.

Z aprobatą, chińskie media zauważają, że Vucic wskazał, że popiera stanowisko Pekinu w kwestiach związanych z podstawowymi interesami strony chińskiej, na czele z sytuacją w Hongkongu, Tajwanie czy też Sinciangu. Na lotnisku chińskiego dygnitarza witał Nebojsa Stefanovic, a więc minister obrony Serbii. Jak podkreśla się w serbskich mediach nie wiadomo dokładnie jaka szczegółowa agenda spotkań i tematów została zaplanowana w zakresie przyjazdu chińskiego ministra obrony. Jednakże, odbywa się ona w trudnym momencie dla relacji chińsko-europejskich, mając na uwadze chociażby spory wokół wielu kwestii związanych z chińską polityką w zakresie praw człowieka oraz innych kwestii politycznych. 

(...)

Trzeba odnotować, że minister obrony Wei Fenghe w trakcie wizyty złożył hołd ofiarom bombardowania chińskiej ambasady w Belgradzie w 1999 r. Do tego tragicznego w skutkach oraz owianego licznymi teoriami incydentu doszło do tego w trakcie natowskiej operacji lotniczej „Allied Force”. Śmierć ponieśli chińscy korespondenci Guangming Daily Xu Xinghu i Zhu Ying oraz dziennikarz Xinhua Shao Yunhuan, zaś 20 innych osób zostało rannych. Minister obrony miał też stwierdzić, że strona chińska nigdy nie zapomni tego wydarzenia. Chińska telewizja CGTN zauważyła, że Wei Fenghe miał wręcz stwierdzić, iż „Chińskie wojsko nigdy więcej nie pozwoli, by takie rzeczy się powtórzyły”, podkreślając też, że obecnie „jesteśmy w pełni zdolni i zdeterminowani, aby chronić suwerenność narodową Chin, interesy w zakresie bezpieczeństwa i rozwoju”.

Można również zauważyć, iż także rzecznik chińskiego resortu spraw zagranicznych odniósł się do wydarzeń z Belgradu w 1999 r. Hua Chunying przypomniała wprost, że zdaniem Pekinu NATO, jest nadal winny przelewu krwi chińskich dziennikarzy zabitych w bombardowaniu ambasady. Hua powiedziała, że polityka hegemonii nadal zagraża światowemu bezpieczeństwu oraz stabilności, a ludzie nie powinni zapominać o niewinnych cywilach, którzy stracili życie w wyniku powtarzających się bombardowań. Co więcej, Chiny miały wezwać wszystkie państwa do walki z zastraszaniem i hegemonizmem oraz do współpracy z innymi stronami w celu ochrony światowego bezpieczeństwa i stabilności.

defence24.pl

Analitycy kijowskiego think-tanku dzielą cele obecnej eskalacji w Donbasie na dwie kategorie: globalne, które nie są związane z Ukrainą, i regionalne, dotyczące jej bezpośrednio.

Jeśli chodzi o cele regionalne, eksperci wskazują, że Kreml może chcieć zagrać "ukraińską kartą" dla wewnętrznego audytorium, by zmobilizować swoich zwolenników przed jesiennymi wyborami do Dumy Państwowej. Według analityków jednym z kluczowych elementów w czasie tych wyborów będzie temat obrony "rosyjskich obywateli", by zawczasu skanalizować nastroje protestacyjne.

Moskwa może też mieć na celu nakłonienie Ukrainy do prowadzenia bezpośrednich rozmów z separatystami, przywrócenie prorosyjskich sił do ukraińskiej polityki, i ekonomiczną blokadę Ukrainy poprzez wzmocnienie nacisków na Morzu Azowskim i utrudnienie pracy portów czarnomorskich - dodają.

Rosja może też chcieć zmusić Ukrainę do otwarcia dostępu do Kanału Północnokrymskiego albo do rozpoczęcia rozmów na ten temat. Rosja może też chcieć zdobyć do niego dostęp drogą ograniczonej operacji wojskowej - wskazują analitycy. Do 2014 roku - kiedy doszło do aneksji Krymu - znaczna część wody na półwysep była dostarczana z Dniepru przez ten kanał nawadniający.

Według ekspertów działania Moskwy mają na celu destabilizację wewnętrznej sytuacji na Ukrainie. W najmniejszym stopniu może chodzić o osłabienie władz i nakłanianie ich do ustępstw w negocjacjach. W największym stopniu może chodzić o doprowadzenie "do chaosu w kraju i wojny domowej na tle masowej histerii i eskalacji sytuacji".

Eksperci nie wykluczają, że celem może być szybkie wojskowe zwycięstwo z Siłami Zbrojnymi Ukrainy z możliwym dalszym zajęciem części terytorium i doprowadzenie do tego, by Ukraina odmówiła pogłębionej współpracy z NATO. "Sprawa Donbasu" ma pozostawać jednym z czołowych tematów wewnętrznego porządku dziennego na Ukrainie - wskazują analitycy.

Wśród celów globalnych wymieniono chęć podwyższenia stawek w politycznej konfrontacji z Zachodem - USA i Unią Europejską - na tle zaostrzenia stosunków i przekształcenia międzynarodowych procesów po zmianie władz w USA. Działania Rosji - zdaniem analityków - mogą mieć też na celu wzmocnienie sporów między zachodnimi sojusznikami w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa w regionie euroazjatyckim.

Moskwa może chcieć powrócenia do światowej polityki w charakterze globalnego gracza, z którym inni są zmuszeni do rozmów o kluczowych tematach bezpieczeństwa międzynarodowego - uważają analitycy. Kreml dąży do przywrócenia jałtańsko-poczdamskiego podziału świata, gdzie Rosja jako spadkobierca ZSRR jest kluczowym graczem i ma strefę wyłącznych interesów, uznaną przez wszystkie inne strony - oceniają eksperci.

Może być to też m.in. "prewencyjne uderzenie albo demonstracja gotowości takiego uderzenia w jedno z kryzysowych miejsc, by odepchnąć Zachód od prób destabilizacji wewnętrznej sytuacji w Rosji".

(...)

Izraelski ekspert Jigal Lewin przedstawia trzy scenariusze rosyjskiej interwencji. Według pierwszego z nich Rosja oficjalnie wkracza do Donbasu, ale do walki ruszają tylko oddziały samozwańczych republik. "Załóżmy, że Rosja rozlokowała swoje siły tylko na wewnętrznych, tyłowych bazach Donbasu, a front, tak jak do tej pory, utrzymują bojownicy. W porównaniu z obecną sytuacją obraz się nie zmieni: wymiany uderzeń, odpowiedź Sił Zbrojnych Ukrainy na ostrzały bojowników i ofiary wśród obywateli Ukrainy trwają. Różnica w tym, że teraz rosyjskie wojska otwarcie będą wspierać bojowników, zabezpieczać ich logistycznie i dostarczać nową broń, przestaną ukrywać, że są częścią łańcucha dowodzenia itd." - pisze Lewin.

Drugi scenariusz to utworzenie przez Rosję "kotłów" i wysadzenie desantu na południu Ukrainy. "W tym wariancie ukraińskie zgrupowanie zostaje zmuszone do walki, której celem jest jego całkowite rozbicie - możliwe, w postaci kotła. Albo kilku kotłów. Nie wykluczone, że w celu zajęcia nowych terytoriów. Po rozbiciu ukraińskiego zgrupowania będzie możliwe wysadzenie morskiego desantu na południu i zajęcie wodnych zasobów dla Krymu" - podkreśla analityk.

"Tak czy inaczej, zajęte terytorium Donbasu, (...) to faktycznie przyczółek dla armii Rosji. Nie tylko przykuwa większą część gotowych do walki wojsk Ukrainy, ale też pozwala na narzucanie ukraińskiej armii kierunku uderzenia albo opisanego wyżej generalnego starcia" - kontynuuje.

Scenariusz trzeci, który "Fokus" określa jako "fantastyczny", zakłada atak Rosji na wszystkich frontach. "Dla Rosji ta wielka wojna, jeśli do niej dojdzie, będzie telewizyjnym show. Dla krajowego widza ważne będzie, by pokazać zmuszenie Ukrainy do pokoju z jednej strony i tryumf i siłę rosyjskiej broni - z drugiej strony" - ocenia ekspert. "W tym celu idealnie pasuje nawet wystrzelenie pocisków manewrujących Kalibr w kierunku tyłowych obiektów Ukrainy. Na przykład lotnisk. I nawet gdyby szkody spowodowane rakietami były nieznaczne, to jest to odpowiedni obrazek do telewizji" - dodaje Lewin.

"Ale nie tylko Kalibry. Tu też dodajmy po prostu uderzenia pociskami taktycznymi. Nawet jeśli efektywność będzie niewysoka, wywoła to u mieszkańców panikę i poczucie braku ochrony - i znów da dobry materiał dla rosyjskich propagandystów" - uważa analityk. Nie wyklucza, że w tym przypadku mogłyby być wykorzystane m.in. Iskandery.

defence24.pl

niedziela, 25 kwietnia 2021


Jednym z głównych zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa są działania podejmowane przez Chiny – potwierdził Chris Wray, dyrektor FBI, podczas przesłuchania przed Senacką Komisją Wywiadu USA.

Obecnie Biuro prowadzi ponad 2000 dochodzeń związanych z rządem Państwa Środka. „Tylko w zakresie szpiegostwa gospodarczego jest to wzrost o 1300% w ciągu ostatnich lat. Otwieramy nowe śledztwo dotyczące Chin średnio co 10 godzin i zapewniam Komisję, że moi ludzie nie robią tego dlatego, że nie mają niczego innego na głowie” – podkreślił Chris Wray.

W trakcie przesłuchania Avril Haines, dyrektor Wywiadu Narodowego Stanów Zjednoczonych, potwierdziła, że istnieje wiele dziedzin w obszarze technologii, w których Chiny podważają amerykańskie przywództwo. Jak zaznaczyła, zdaniem wywiadu USA Państwo Środka jest obecnie „równorzędnym konkurentem, rzucającym wyzwanie Stanom Zjednoczonym”. Taki stan rzeczy jest możliwy, dzięki postawieniu przez Chiny na rozwój współpracy cywilno-wojskowej, co daje im przewagę nad USA.

cyberdefence24.pl

Minister gospodarki Tajwanu Wang Mei-hua stwierdziła, że amerykańsko-chińska wojna handlowa zmusza Pekin do podejmowania daleko idących wysiłków w celu kradzieży technologii i talentów z wyspy, aby w ten sposób zdynamizować i zwiększyć wydajność przemysłu półprzewodników – donosi agencja Reutera.

Tajwan jest obecnie postrzegany jako ośrodek dobrze prosperującego i wiodącego na świecie przemysłu technologicznego. Chiny chcą ten sukces przekuć na swoją korzyść, co budzi silne obawy ze strony władz wyspy.

Podczas przemówienia w ramach komisji parlamentarnej poświęconej tematyce „czerwonego łańcucha dostaw” (nazwa nawiązuje do koloru rządzącej partii w Chinach) Wang Mei-hua podkreśliła, że wojna handlowa między Pekinem a Waszyngtonem stworzyła nowe zagrożenia. Jak wskazała, na skutek trwającej technologicznej rywalizacji rozwój chińskiego przemysłu półprzewodników został zahamowany, lecz pomimo to Państwo Środka za wszelką cenę dąży do jego osiągnięcia dalszych postępów w tym obszarze – przytacza stanowisko minister agencja Reutera.

Tajwańscy pracownicy branży technologicznej mają głębokie doświadczenie i mówią w tym samym języku, dlatego też są „naturalnym celem dla Państwa Środka”.

Hu Mu-yuan, zastępca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Tajwanu, wskazał na łamach agencji Reutera, że działania podejmowane przez Chiny stanowią zagrożenie nie tylko dla Tajwanu, ale także Japonii i Korei Południowej. Co więcej, należy je rozpatrywać w kategoriach ryzyka dla światowego handlu i uczciwej konkurencji.

Przedstawiciel Biura podkreślił, że zapobieganie infiltracji kluczowej technologii oraz pracowników sektora high-tech Tajwanu przez Chiny w ramach inicjatywy nazywanej „czerwonym łańcuchem dostaw” stało się ważnym zdaniem na rzecz ochrony konkurencyjności przemysłu i zapewnienia bezpieczeństwa ekonomicznego wyspie – przytacza stanowisko Hu Mu-yuana agencja Reutera.

cyberdefence24.pl

Tylko w 2020 roku zarejestrowano przelewy z banków w Hongkongu do Kanady na łączną kwotę 43,6 mld CAD - wynika z danych instytucji nadzorującej legalność transferów pieniężnych (FINTRAC). Część mieszkańców Hongkongu postanowiła zabezpieczyć w ten sposób swoje pieniądze - podkreślają kanadyjskie media.

Dla porównania - deficyt budżetowy Kanady w ostatnim roku przed pandemią był planowany na 39,4 mld CAD.

„To pierwszy dowód znaczącego przenoszenia kapitału z azjatyckiego zagłębia finansowego”, odkąd Chiny narzuciły Hongkongowi restrykcjną ustawę o bezpieczeństwie państwowym po masowych prodemokratycznych protestach w tym regionie - podsumowała agencja Reutera, która jako pierwsza napisała o transferach. Nowe przepisy uważane są przez ich krytyków za narzędzie służące władzom w Pekinie do tłumienia przejawów sprzeciwu.

Dziennikarze Reutersa wskazali też, że legalne transfery były większe o 10 proc. w porównaniu z 2019 r. i o 46 proc. większe niż w 2016 r. Co najmniej jeden kanadyjski bank zarejestrował gwałtowny przyrost depozytów tuż po czerwcu 2020 r., gdy Chiny narzuciły Hongkongowi nowe przepisy.

Ponad 300 tys. mieszkańców Hongkongu ma również kanadyjskie obywatelstwo a, jak podawała telewizja CTV, znane są przypadki, gdy zmuszani są do wyboru, jakim paszportem chcą się posługiwać. Jeśli wybiorą obywatelstwo kanadyjskie, mogą stracić prawo do pobytu w Hongkongu, jeśli chińskie – nie będą mogli korzystać z pomocy kanadyjskich służb konsularnych. Media informowały też o blokowaniu przez policję w Hongkongu rachunków bankowych należących do działaczy prodemokratycznych.

bankier.pl

czwartek, 22 kwietnia 2021


QAnon wydaje się błyskawicznie rozmnażać, jakby przez pączkowanie. Jego gwałtowny zwrot ku amerykańskiej skrajnej prawicy można było śledzić na żywo 6 stycznia podczas szturmu na amerykański Kapitol. Cały świat poznał wówczas Jake’a Angeli, „szamana QAnon”. Z gołą klatą, ustrojony w rogi i futro stał się prawdziwym ucieleśnieniem chaotycznego, otumaniającego oddania dla Donalda Trumpa, które ten kult w Internecie propaguje.

Pochodzący z mrocznych zakamarków forum 4Chan, Q i jego anoni propagują ekstremistyczne, faszystowskie i antysemickie teorie, jakoby Donald Trump „toczył ukrytą wojnę przeciwko zorganizowanej grupie czczących szatana i pożerających dzieci pedofilów, którzy spiskują przeciwko niemu i dążą do obalenia jego rządów”. Na tej podstawie zrodził się cały ten niezbyt sprecyzowany system wierzeń, który wtargnął do sal i gabinetów amerykańskiego Kongresu.

Włoski historyk i specjalista w dziedzinie ideologii faszystowskiej Emilio Gentile wprowadza rozróżnienie między tzw. religią polityczną i religią upolitycznioną.

Ruch QAnon ma w sobie cechy tej drugiej, a więc religii świeckiej, zrodzonej z klerykalnych wartości i koncepcji. Wystarczy choćby na chwilę zanurzyć się w otchłań kanałów Q na komunikatorze Telegram, by porwał nas rwący potok biblijnych tekstów i religijnej retoryki, zdradzający wyraźną bliskość między tym, co faszystowskie, i tym, co teologiczne.

(...)

Ideolodzy Q wykorzystali nie tylko wymuszoną w pandemii izolację, ale także powszechny analfabetyzm cyfrowy wśród wiernych i zdecydowany brak zaufania do większości oficjalnych mediów. Bo faktycznie, niektórzy parafianie zwracają się w stronę mediów społecznościowych i alternatywnych – lub są ku nim zwracani – by z nich czerpali wiedzę na temat faktów. Coraz trudniej jest też prostować rozpowszechniane tam fake newsy w chaotycznym świecie przesiąkniętym podejrzliwością, zwłaszcza że wszystko, co podważa tę czy inną teorię spiskową, jest natychmiast dyskredytowane przez jej zwolenników jako fake news.

Wykorzystując biblijny język oraz tematy o mocnym ładunku emocjonalnym, takie jak „ratujmy dzieci”, wyznawcy Q przyciągają do siebie całkiem zwykłych chrześcijan. Dla tych ostatnich bywa to moment wyboru „czerwonej pigułki”, swoistego przebudzenia – za sprawą Q zaczynają bowiem w końcu dostrzegać otaczające ich rzekomo zewsząd spiski.

Dzięki zastosowaniu narracji w stylu biblijnym w propagandowych postach Q jest w stanie dotrzeć do różnej maści żarliwych chrześcijan, w kolejnych wrzutkach nawiązując wprost do Biblii i włączając się w ten sposób w ich podstawowy system wartości. Od upadku Trumpa, wchłonięci przez wir spiskowych teorii Q, szukają oni promyków nowej nadziei. (...)

Z postów na 4Chan widać wyraźnie, że wśród zwolenników QAnon, chwytających się każdego skrawka nadziei i wiary, bujnie rozkwita narodowo-socjalistyczna propaganda. Inni z kolei uważają, że nie będzie nadużyciem przekonywanie akolitów Trumpa, że ów gabinet cieni, z którym były prezydent tak dzielnie walczył, to tak naprawdę „międzynarodowe żydostwo”.

Język i motywy religijne mogą przemawiać do części amerykańskich wiernych, jednak spisek spod znaku QAnon uwodzi nie tylko chrześcijan. Ruch ten kreuje się na pewien substytut wiary z elementami chrześcijaństwa, który pozostaje jednak mocno synkretyczny i tworzy swoisty amalgamat tych wszystkich elementów z szalonymi teoriami spiskowymi na temat globalnej organizacji satanistycznej.

(...)

W teoriach spiskowych potrzebne są wiarygodne wyzwania i trudności. Koncepcja „koniecznej dezinformacji” QAnon to próba wyjaśnienia, dlaczego nie spełniają się rzekome proroctwa. Oto Q specjalnie publikuje fałszywe informacje, próbując zwieść swoich wrogów. To jednocześnie zgrabna wymówka, jeżeli coś nie idzie zgodnie z planem; wówczas jest to szersza strategia demaskowania domniemanych wrogów.

Podobnie jak w doktrynie Porwania Kościoła lub nadejścia Mahdiego w tradycji szyitów, również wyznawcy QAnon wierzą, że ich oddanie sprawie oczyści społeczeństwo wraz z nadejściem „Burzy” – członkowie „głębokiego państwa” zostaną wtedy straceni podczas telewizyjnej transmisji na żywo.

Wiele z osób, które znalazły się na muszce QAnonu, to członkowie Partii Demokratycznej, pracownicy mediów, często Żydzi. To bardzo dobrze znani „wrogowie” z podręcznika faszyzującej radykalnej prawicy, co sugeruje możliwość aktów agresji i przemocy w przyszłości.

krytykapolityczna.pl

Jak na ironię, oficjalna nazwa wenezuelskiej waluty ma podkreślać jej większą wartość („soberano” oznacza „suwerenny”, jak również „znakomity”), po tym jak w 2018 r. wprowadzono ją w miejsce poprzedniej odsłony boliwara w związku z hiperinflacją – w trakcie wymiany pieniędzy „odcięto” pięć zer od wszystkich kwot. Jednak na jeszcze większy chichot losu zakrawa to, że wycofany w 2018 r. boliwar nosił przydomek „fuerte” czyli „silny”. Siłacz ów, którego szybko nazwano „bolivar muerte” („nieżywy”), utrzymał się na pozycji waluty Wenezueli zaledwie przez 10 lat – w 2008 r. wprowadzono go w miejsce zwykłego boliwara, odcinając z kolei przy tej okazji trzy zera.

(...)

Szalejąca inflacja, wahający się czarnorynkowy kurs dolara oraz chroniczny niedostatek fizycznych dolarowych banknotów sprawia, że wenezuelscy przedsiębiorcy zmuszeni są do uciekania się do praktyk niespotykanych nigdzie indziej. W artykule z 6 marca gazeta „Tal Cual” pokazała przykłady wystawiania przez sklepy pokwitowań na zwykłych kawałkach papieru, które potwierdzały, że dany klient ma w sklepie dodatnie saldo i po okazaniu go należy mu wydać towary na zapisaną kwotę. Innym rozwiązaniem jest wypłacanie reszty poprzez płatności mobilne.

(...)

Jak podał wspomniany ośrodek Ecoanalitica, w latach 2013-2020 r. realny produkt krajowy brutto Wenezueli skurczył się o 79,4 proc. (jakkolwiek trudno dokonywać jest jakichkolwiek szacunków w kraju tak zdewastowanym pod względem relacji gospodarczych). Zapaść gospodarcza połączona z hiperinflacją obniża realne wynagrodzenia ludności, a najmniej zarabiający (w tym pobierający wielokrotnie podnoszoną płacę minimalną) mogą liczyć na równowartość kilku dolarów miesięcznie. Wyniki badań ubóstwa są szokujące - nawet 97 proc. wenezuelskich rodzin nie ma zapewnionego bezpieczeństwa żywnościowego (mimo polegania na rządowych bankach żywności), a 90 proc. cierpi ze względu na nieregularne dostawy energii elektrycznej.

Wszystko to w kraju, który nie został przez nikogo napadnięty, ani którym nie targają krwawe walki wewnętrzne (jak Syria, do której porównuje się sytuację humanitarną w Wenezueli). Ciągle trwa natomiast polityczny konflikt dotyczący legalności władzy reżimu Maduro – po jego budzącej duże wątpliwości reelekcji w 2018 r. część państw uznała za prezydenta Juana Guaido. Ostatnio poparcie dla opozycyjnego polityka wycofała jednak m.in. Unia Europejska.

Utrata czterech piątych PKB oznacza, że aby wrócić do punktu wyjścia, wenezuelska gospodarka musiałaby urosnąć o 400 proc. Ecoanalitica szacuje, ze takie skumulowane tempo wzrostu występowało tylko w okresie 1920-1965, czyli czasie naftowego boomu w tym kraju. Nawet wówczas gospodarka Wenezueli potrzebowała minimum dwóch dekad, aby osiągnąć 400 proc. wzrostu.

bankier.pl

- Kończąc ZMECH (Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych – red.) wiedziałem, co wojsko ma mi do zaoferowania i byłem tym załamany – wspomina płk Andrzej Kruczyński, pseudonim "Wódz", jeden z pierwszych żołnierzy GROM-u. – To był marazm, byle jakość oraz tzw. mentalny beton.

"Wodzu” szczególnie źle wspomina "wojskowe praktyki", czyli kilkumiesięczny pobyt w jednostce liniowej. Tam młody kandydat na oficera spotkał się z realiami w Wojsku Polskim. Spotkanie było niczym cios saperką w twarz. Nie tak to sobie wszystko wyobrażał.

Na kilkanaście tygodni przed końcem studiów i proporcją na pierwszy stopień oficerskiej w ZMECH-u pojawili się wysłannicy Petelickiego, którzy mówili, że szukają ludzi do nowo tworzonej jednostki, której jednym z zadań ma być ochrona ambasad.

Kruczyński więcej wiedzieć nie musiał, zgodził się natychmiast. Testy sprawnościowe i psychologiczne przeszedł bez problem i dostał zaproszenie do Warszawy.

- Pierwszy dzień? W magazynie mundurowym zdeponowaliśmy swoje rzeczy osobiste razem z całym ubraniem. Kazali się przebrać w otrzymane dresy, ortaliony i buty sportowe. Każdy z nas otrzymał także plecak i kilka racji żywnościowych, bidon na wodę, tabletki do odkażania wody oraz mapę. A oficer, który nas przyjmował powiedział: "Jesteśmy w Warszawie, jest godzina 10.30. Jutro o 6.00 musicie być tu”. I pokazał palcem na mapie jakiś punkt w Bieszczadach. Pamiętam jakby to było dzisiaj – wskazane miejsce na mapie to "Rabe Zniszczone" Gdy zapytaliśmy oficera, jak mamy tam dotrzeć, powiedział tylko, że czas działa na naszą niekorzyść – opowiada Kruczyński.

Najpierw poszli na dworzec, ale tam się okazało, że jedyny pociąg odjechał pół godziny temu i to wcale nie był przypadek. W Bieszczady dojechali w końcu z pięcioma przesiadkami i prawie wszystkim środkami transportu. Tam, w miejscowości Rabe zaczęła się tygodniowa selekcja do GROM-u.

- W czasie selekcji kluczowy jest stres – tłumaczy płk Przepiórka. – To on, a nie setki kilometrów górskich bezdroży jest największą przeszkodą na drodze do GROM-u.

Kandydaci na komandosów chodzą po trudnym, górzystym terenie, w którym nie ma żadnych punktów charakterystycznych, a do tego nie wiedzą, ile mają czasu na pokonanie trasy, więc muszą po prostu zapier…. Jak się pomylą, to muszą wracać i szukać trasy od nowa. Wymaga to zachowania cały czas chłodnego umysłu.

- Góry wyciągają z człowieka wszystko, co najlepsze, ale i to, co najgorsze – mówi Przepiórka. - W ten sposób odsiewa się tych, którzy nie nadają do wojsk specjalnych.

wp.pl

środa, 21 kwietnia 2021


Trzeba na wstępie wskazać, że szwedzki zespół badawczy nie boi się stwierdzić, że wielobiegunowość połączona z coraz silniejszą rywalizacją mocarstw oraz erozją dotychczasowego systemu norm i organizacji wymaga dokładniej analizy sytuacji w sferze bezpieczeństwa również w perspektywie północnej części naszego kontynentu. Szczególnie, że redefiniowany współcześnie dotychczasowy układ sił, gwarantował państwom tej części Europy przez wiele lat tylko zyski. Trzeba więc przyzwyczaić się i przede wszystkim zrozumieć, że należy analitycznie oraz praktycznie przygotować się do zachodzących zmian w bezpieczeństwie i obronności. Czego świadectwem może być rosnąca w ostatnich latach realizacja współpracy regionalnej, na czele z budowaniem platformy dla obronności państw nordyckich.

Co ciekawe, bardzo cennym spostrzeżeniem jest uznanie, iż obecnie nie ma możliwości pominięcia amerykańskiego wkładu w bezpieczeństwo i obronność regionu. Stąd tak ważne, zdaniem autorów omawianego raportu jest odnotowanie zacieśniania współpracy państw nordyckich oraz bałtyckich właśnie ze Stanami Zjednoczonymi. Trzeba dodać, że dzieje się to wobec wielodomenowego ujęcia współczesnych działań obronnych. Bowiem, mamy do czynienia ze współpracą z amerykańskim Korpusem Piechoty Morskiej (np. Norwegia), US Air Force (coraz częstsza obecność np. bombowców US Air Force w regionie), US Navy (rejon arktyczny oraz bałtycki) i US Army czego najlepszym przykładem może być nadchodzący Defender Europe 21. Nie możemy też pominąć w tym aspekcie amerykańskiego, rosnącego wkładu w regionie w obrębie dyslokacji na ćwiczenia komponentów Sił Operacji Specjalnych. Wracając jednakże do raportu, to jego twórcy dostrzegają też, że z dłuższej perspektywy należy cały czas wyznaczać państwom europejskim cele w zakresie rozbudowania własnych możliwości obronnych.

Przy czym cenną uwagą jest podkreślenie wątpliwości czy uda się zdynamizować wydatki na kwestie bezpieczeństwa mając w perspektywie europejskiej rosnące obawy o efekty ekonomiczne trwającej pandemii. Już na wstępie wskazano, że chociaż zarówno w przypadku Chin jak i Rosji trudno jest mówić o porównaniu ich potencjałów ze zjednoczonymi siłami państw NATO oraz szerzej Zachodu, to jednak zarówno Pekin i Moskwa, co naturalne z ich perspektywy, inwestują w rozbijanie zachodniej współpracy. Generalnie, z perspektywy raportu widać jak ważne jest odkurzenie znaczenia systemu obrony kolektywnej, wspartej przez efektywne odstraszanie atomowe w ramach NATO. Czego beneficjentem są nie tylko same państwa członkowskie, ale szerzej europejskie bezpieczeństwo. Szczególnie, gdy obserwuje się politykę rosyjskiej modernizacji własnych sił nuklearnych i rakietowych w ostatnich latach.

defence24.pl

W Arabii Saudyjskiej podatek dochodowy obciąża wyłącznie cudzoziemców (stawką 20 proc., z uwzględnieniem zysków kapitałowych). Notabene w królestwie Saudów na stałe pracuje około 10 mln nisko opłacanych robotników z państw arabskich spoza Zatoki Perskiej (z Egiptu, Sudanu, Jordanii, Libanu, Syrii, Tunezji), którzy żyją w fatalnych warunkach socjalnych, a to, co zarobią, wysyłają do rodzin w swoich ojczyznach. Rodowici Saudyjczycy płacą tylko VAT, wprowadzony w 2018 r. we wszystkich państwach regionu Zatoki Perskiej, i składkę na ubezpieczenie społeczne. W ramach rekompensaty, po tym jak rząd podniósł krajowe ceny gazu i narzucił VAT, pracownicy sektora publicznego otrzymywali jednak comiesięczne dopłaty o równowartości ponad 260 dolarów.

(...)

W Arabii Saudyjskiej panuje niepisana umowa między społeczeństwem a dynastią rządzącą: lud akceptuje absolutną władzę, która tępi wszelkie przejawy nieprzychylnego jej aktywizmu obywatelskiego, ponieważ w zamian dostaje obietnicę dostatniego życia. W obliczu powolnego, ale przesądzonego schyłku ery paliw kopalnych rodzi się pytanie: co będzie, gdy załamie się popyt na ropę, a wraz nim fundamenty saudyjskiego dobrobytu? W jaki sposób Saudowie kupią sobie lojalność poddanych? Ryzyko konfrontacji z ludem potęguje wewnątrzkrajowa presja demograficzna, za sprawą której populacja rdzennych Saudyjczyków (bo tylko ci są w kręgu zainteresowania władzy) wzrośnie w ciągu najbliższej dekady o niemal 6 mln. Te dwie przesłanki legły u podstaw przekonania, że nie ma innego wyjścia, niż poszukać alternatywnych strumieni dochodów.

(...)

Strukturalna reforma gospodarki jest więc niezbędna, aby zabezpieczyć byt przyszłych pokoleń Saudyjczyków. Uruchomiona w 2016 r. „Saudi Vision 2030” stanowi wprawdzie kontynuację serii 5-letnich planów rozwojowych, realizowanych w latach 1975–2015, lecz przerasta je rozmiarem i intensywnością. Ta śmiała inicjatywa zmierza do dywersyfikacji źródeł dochodu królestwa w kierunku zmniejszenia zależności od ropy. Chodzi o przekształcenie go w samowystarczalną gospodarkę, której lokomotywą będzie sektor prywatny. Aby tak się stało, konieczne jest inwestowanie w obszary o wysokim potencjale wzrostu, takie jak turystyka, opieka zdrowotna, finanse, produkcja. Mohammed bin Salman (MBS), następca tronu, któremu wiekowy ojciec de facto już oddał władzę, rozumie, że jeśli gospodarka nie będzie rosła w tempie powyżej 6,5–7 proc., to stopa bezrobocia wśród młodych nie spadnie, nawet nie pozostanie na tym samym poziomie, ale wzrośnie, a to jest tykająca bomba zegarowa. Stąd pomysł rozwinięcia sektora prywatnego kosztem uszczuplenia sektora publicznego, który zatrudnia 70 proc. saudyjskich pracowników. Pierwotnie zakładano podwojenie PKB w perspektywie roku 2030 i stworzenie 6 mln nowych miejsc pracy, które wchłoną armię bezrobotnych młodych ludzi. Ale czy uda się ten cel osiągnąć?

Transformację gospodarki, obejmującą rozbudowę branż i tworzenie miejsc prac w sektorze prywatnym, napędzają megainwestycje realizowane w ramach Vision 2030. Największą z nich jest NEOM (Nowa Przyszłość) – szacowany na 500 mld dolarów projekt zagospodarowania pustynnych terenów nad Morzem Czerwonym i utworzenia tam high-techowej strefy biznesowej. Okrętem flagowym przedsięwzięcia będzie „The Line” – futurystyczne 100-mln megamiasto, w pełni zautomatyzowane i bezemisyjne, które połączy wybrzeże Morza Czerwonego z północno-zachodnią częścią Arabii Saudyjskiej. Dalej jest i strasznie, i śmiesznie: nad miastem zabłyśnie sztuczny księżyc, zasiewanie chmur zapewni życiodajny deszcz, mieszkańcy będą przemieszczać się latającymi taksówkami, o czystość zadbają roboty, a ludzie będą lepszymi wersjami samych siebie dzięki modyfikacji genomów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że książę MBS, delikatnie mówiąc, dał się ponieść wybujałej fantazji, a ponieważ otacza go krąg sowicie opłacanych potakiwaczy, nikt nie śmie zakwestionować przynajmniej niektórych pomysłów.

obserwatorfinansowy.pl

W 1956 r., na XX Zjeździe KPZR, tym samym, na którym Chruszczow odciął się od Stalina i jego zbrodni, ujawnił on także ambitne plany rozwoju przemysłu gazowego w ZSRR. I zaczął je konsekwentnie realizować. Wydobycie gazu ziemnego wzrosło z 9 mld metrów sześciennych w 1955 r. do 198 mld metrów sześciennych w 1970 r. Chruszczow był dumny z rozwoju przemysłu gazowego w ojczyźnie i uważał to za jeden z głównych dowodów, że radziecka gospodarka skutecznie ściga zachodnie kraje i wkrótce je przegoni.

Jeden z najbliższych współpracowników Chruszczowa Leonid Breżniew doprowadził do odsunięcia go od władzy w 1964 r. i sam przejął ster rządów w ZSRR. Breżniew podzielał słabość Chruszczowa do przemysłu gazowego i pilotował jego rozwój. To za jego rządów doszło do podpisania kluczowej z punktu widzenia radzieckiego i światowego rynku gazowego umowy.

Pod koniec lata 1967 r. 30 km na południowy zachód od Wiednia, w zamku Hernstein służącym niegdyś Habsburgom za zakwaterowanie na czas polowań (obecnie jest czterogwiazdkowym hotelem) doszło do spotkania delegacji radzieckiej i austriackiej. Przez dwa tygodnie toczyły się rozmowy na temat pierwszego w historii znaczącego kontraktu na dostawę gazu do kraju znajdującego po zachodniej stronie żelaznej kurtyny.

Inicjatorem spotkania byli Sowieci, ponieważ mieli rezerwy gazu, z którymi chcieli coś zrobić. Austriacy chętnie się na spotkanie stawili, gdyż zużycie energii w Europie Zachodniej rosło. Problem polegał na tym, że sprzedaż gazu ziemnego rządzi się zupełnie innymi prawami niż na przykład sprzedaż ropy naftowej. W przypadku tej ostatniej można wymienić paliwo na pieniądze i później nie mieć ze sobą nic do czynienia. Dostarczanie gazu ziemnego w latach 60. wymagało zbudowania infrastruktury, utrzymywania stałych kontaktów i przede wszystkim zaufania. A z tym w czasach zimnej wojny było krucho.

Ale Austria miała idealne warunki, by przełamać impas. Jej krajowy monopolista, jeżeli chodzi o ropę i gaz, koncern OMV, w latach 1945-1955 był zarządzany przez Rosjan. W 1955 r. Austria ogłosiła neutralność i na niewielką skalę importowała gaz ziemny z Czechosłowacji. Skala była niewielka, ale obie strony zaczęły uczyć się handlu gazem, poznawały siebie i kapitał zaufania powoli rósł.

W czerwcu 1968 r. Austriacy i Rosjanie zakończyli uzgadnianie ceny i podpisali umowę. Jest znamienne, że dostawy gazu rozpoczęły się zgodnie z planem 1 września 1968 r. pomimo inwazji wojsk Układu Warszawskiego dziesięć dni wcześniej, która bardzo zaogniła sytuację polityczną między krajami bloków wschodniego i zachodniego.

To, w opinii autora książki, dostarcza dowodów na to, że biznes na gazie ziemnym okazał się być „mostem” łączącym wspólnym interesem ZSRR (a później Rosję) z Europą Zachodnią i USA. „Mostem” tym ważniejszym, że w lutym 1981 r. Leonid Breżniew, ogłaszając cele jedenastego planu pięcioletniego, podkreślił priorytetową w nim rolę przemysłu gazowego. Wydobycie gazu miało zostać zwiększone o 50 proc. w tym okresie (z 435 mld metrów sześciennych w 1980 r. do 630-645 mld metrów sześciennych w 1985 r.).

By to osiągnąć, planowano zainwestować w przemysł gazowy przez te pięć lat tyle kapitału, ile zainwestowano przez poprzednie piętnaście. Za te pieniądze miano wybudować sześć linii rurociągu o średnicy 1420 mm i długości 20.000 km łączącego Zachodnią Syberię z europejską częścią ZSRR. Co ciekawe, gaz w ZSRR był jedynym źródłem energii, którego wydobycie osiągnęło zaplanowane poziomy.

Kiedy Breżniew zapowiadał priorytety planu pięcioletniego, nie mógł zdawać sobie sprawy, że jednocześnie decyduje o przyszłości kapitalistycznej Rosji. „Gaz był paliwem, które umożliwiło Rosji przetrwać bolesną transformację ustrojową” – podkreśla autor książki. W lata 90. Rosja weszła bowiem z największym i najmłodszym przemysłem gazowym świata. Jej zasoby to było wówczas 40 proc. globalnych rezerw. W 1990 r. gaz ziemny zaspokajał 42 proc. potrzeb energetycznych kraju, w 2000 r. było to już 53 proc., a w 2018 r. – 54,8 proc.

obserwatorfinansowy.pl