poniedziałek, 1 lutego 2021


Mamy dwie kategorie aktorów: „lud” (jeden) oraz „elity” (których może być wiele). Elity rywalizują o władzę, a więc także o zasoby, takie jak pieniądze i prestiż, które ta władza daje. Do zdobycia władzy potrzebują jednak ludowego poparcia. Może ono przyjmować różne formy: od głosowania w wyborach po masowy udział w powstaniu, wojnie czy rewolucji.

Osią podziału na elity i lud jest miejsce w podziale społecznie wypracowanych dóbr. Lud je wytwarza, elity w części konsumują, a w części zużywają na budowę rozmaitych instytucji społecznych (np. państwowych, ale nie tylko). Elity są więc elitami nie dlatego, że są światlejsze, mądrzejsze czy moralnie lepsze, ale dlatego, że to do nich płyną zasoby wypracowane przez lud i one nimi zarządzają.

(...)

Wróćmy do modelu: żeby zdobyć ludowe poparcie, elity składają ludowi polityczną propozycję. Ta propozycja ma dwa wymiary: wspólnotowy i emancypacyjny. W uproszczeniu – elita aspirująca do zdobycia władzy mówi warstwom ludowym: „zbudujemy nową wspólnotę, w której wasze życie będzie lepsze”.

„Złożenie propozycji” brzmi jak coś prostego, ale to oczywiście trudny, pracochłonny i skomplikowany proces. Może też przybierać różne formy. Kiedy socjaliści prowadzili agitację wśród robotników w Królestwie Polskim przed rewolucją 1905 roku, składali im taką propozycję. Kiedy „Solidarność” w 1980 roku obiecywała Polakom lepszy PRL (obalenie systemu nie wchodziło w grę), była to polityczna propozycja. Kiedy PiS wygrał wybory w 2015 roku, również złożył taką propozycję.

W ramach tego modelu można zinterpretować kluczowe momenty w polskiej polityce ostatnich dwóch stuleci z okładem.

W powstaniu kościuszkowskim 1794 roku powstańcy obiecywali ludowi – wówczas głównie byli to chłopi pańszczyźniani – wolność osobistą, wzięcie pod prawną opiekę państwa, niższe ciężary pańszczyźniane, oraz wspólnotę polityczną, w której nie tylko szlachta będzie miała głos.

W 1905 roku socjaliści obiecywali demokratyczną republikę polską, samorząd robotniczy, lepsze warunki pracy i płacy (w tym krótszy dzień roboczy). Konkurujący z nimi narodowi demokraci – sprzymierzeni wówczas z rosyjskimi elitami imperialnymi – obiecywali wspólnotę narodową, wykluczającą Żydów, nowoczesną technicznie, ale też opartą na tradycji, a w wymiarze materialnym – solidaryzm społeczny, czyli wspólny dobrobyt budowany razem rękami fabrykantów, ziemian i robotników.

W 1989 roku opozycja obiecywała demokratyczną republikę i lepsze życie, które miał przynieść kapitalizm.

W podobny sposób można opisać inne przełomowe momenty w polskiej przeszłości: te z lat 1830, 1846, 1848, 1863, 1918-1920, 1944, 1956, 1968, 1970, 1980 – a także 2015.

(...)

Dobrej ilustracji dostarcza tutaj historia II RP. Elity odrodzonego państwa składały się w dużej części z byłych socjalistów, rewolucjonistów z 1905 roku. Należał do nich także Józef Piłsudski.

Kiedy młode państwo walczyło o przetrwanie (w latach 1918-1920), obiecało m.in. robotnikom ośmiogodzinny dzień pracy, płatne urlopy, ubezpieczenia chorobowe i szereg innych zdobyczy socjalnych; chłopom zaś – reformę rolną, czyli oddanie im części ziemi obszarników (słowo „obszarnik” nie wywodzi się z języka komunistycznego, używali go już socjaliści w 1905 roku). Reformę rolną uchwalono w momencie, w którym Armia Czerwona podchodziła pod Warszawę i stawką było ocalenie niepodległości.

Kiedy jednak II RP okrzepła, wycofała się – otwarcie lub po kryjomu – z większości tych obietnic. Ośmiogodzinny dzień pracy w większej części gospodarki nie był przestrzegany (...). Płatne urlopy były fikcją dla większości pracowników. Reforma rolna najpierw okazała się niezgodna z uchwaloną w marcu 1921 roku konstytucją, potem ją przez kilka lat poprawiano (sprawiając, że stała się mniej korzystna), a jej wykonanie ślimaczyło się.

oko.press

Mateusz Zimmerman: - O co jeszcze zatem idzie?

Rafał Matyja: O bunt przeciw próbie wtłaczania Polaków w pewien wzorzec światopoglądowy czy ideologiczny. W tym wtłaczaniu brały udział dwie siły: partia rządząca i Kościół. One są adresatem protestów i solidnie sobie na to zapracowały.

Politycy PiS mogli ulec własnemu złudzeniu, że rośnie młode konserwatywne pokolenie, które uwierzyło, że największym szczęściem człowieka jest zginąć za ojczyznę czy cierpieć za przekonania i wiarę. Jeśli ktoś miał taką iluzję, to nie ma już dla niej podstaw. Mało tego: Strajk Kobiet włączył do głównego nurtu hasła, które kojarzyły się raczej z lewicowym radykalizmem.

Sam jestem rówieśnikiem premiera Morawieckiego, ale nawet dla mnie język, którym mówi on i władza, jest kompletnie anachroniczny. Tak jakbym włączył sobie program „Tu Jedynka” z czasów mojej młodości, w którym psioczono na okropny Zachód i wychwalano sojusz narodu z partią. Nie mówię już o monologach prezesa Kaczyńskiego, bo to jest głos z jeszcze dawniejszej epoki. Nie dziwię się, że dużo młodsi ode mnie ludzie reagują na to mniej więcej tak: odwalcie się, to jest wasz sen, nie chcemy w nim żyć.

(...)

- Wiem, że pan ma doświadczenie przeprowadzki ze stolicy do mniejszego miasta – ta perspektywa sporo zmienia. Czego nie widać z Warszawy, jeśli idzie o protest i jego możliwe skutki?

Wizja monolitycznej „pisowskiej prowincji” jest nieprawdziwa i media muszą tę lekcję wreszcie odrobić. Nawet jeśli PiS wygrywa np. na Podkarpaciu, to nie znaczy, że wszyscy tam tę partię popierają. Ci, którzy są przeciw, są nawet bardziej zdeterminowani niż mieszkańcy wielkich miast, bo są mniejszością.

Szkodliwym mitem jest też ten, że prowincja jest zacofana. Już kiedy przeprowadzałem się z Warszawy do Nowego Sącza – a to było 20 lat temu – dostępność internetu, telewizji informacyjnych itd. sprawiała, że mieszkanie poza stolicą nie wyłączało z obiegu. Tym bardziej dzisiaj mieszkańcy prowincji mają dostęp do tych samych mediów społecznościowych, tych samych portali i mogą oglądać te same seriale na tych samych platformach.

Trzecia sprawa: prowincja w sensie kulturowym czy tożsamościowym nie jest „pisowska” – jeśli taki związek zachodzi, to dotyczy raczej interesu ekonomicznego, choć są regiony, gdzie istotnym czynnikiem jest także religia. Ale to część Polski, nie cała. PiS wysłał wielu Polakom mieszkającym poza wielkimi miastami sygnał, że rozumie, że hasła typu: „weź kredyt, zmień pracę” to dla nich czysta abstrakcja. Nie oznacza to jednak, że mówimy o świecie ludzi wypatrujących socjalu, jak lubi się o tym myśleć np. w Warszawie.

Prowincja będzie natomiast przeżywać procesy modernizacyjne, które się dotychczas z kilku powodów opóźniały. Sądzę – także na podstawie własnych doświadczeń – że najważniejszym będzie zrywanie z kulturą paternalizmu.

onet.pl

Celem ataków stali się wszyscy cudzoziemcy, którzy nie wyrażali absolutnej lojalności, ale nikt nie skupiał na sobie tyle uwagi co Brytyjczycy. Przyczyna leżała około dwóch tysięcy kilometrów na południe od stolicy, w kolonii korony brytyjskiej Hongkongu. Po opadnięciu bambusowej kurtyny w 1949 roku miasto stało się punktem obserwacyjnym dla zewnętrznego świata, ale w maju 1967 roku przez granicę przelała się idąca z głębi lądu fala rozruchów. Silny wstrząs sprawił, że Hongkong nie mógł dłużej zachowywać statusu obserwatora. Strajk w wytwórni plastikowych kwiatów w Koulunie szybko rozwinął się w zamieszki, w których wzięły udział tysiące pikietujących robotników. Wielu z nich mieszkało w tym regionie, złożonym z plątaniny ulic z wysokimi, zaniedbanymi, przeludnionymi budynkami, w dzielonych z innymi klitkach. Ogarnięta rewolucyjnym zapałem młodzież, wymachująca Czerwonymi Książeczkami i skandująca bojowe hasła, wyległa na ulice, by demonstrować przeciwko władzom kolonialnym. Napięcie rosło, protestujący zaczęli rzucać w policjantów kamieniami i butelkami, ci zaś odpowiedzieli pałkami i gazem łzawiącym. Wkrótce tłumy wznosiły na ulicach barykady, przewracały samochody i podpaliły piętrowy autobus.

Początkowo zamieszki organizowała miejscowa partia komunistyczna, ale wkrótce na pomoc ruszył Pekin z twierdzeniem, że Brytyjczycy popełniają w Hongkongu „faszystowskie okropieństwa”. Brytyjskiego chargé d’affaires w Pekinie, spokojnego, wielokrotnie odznaczanego oficera z czasów II wojny światowej Donalda Hopsona, wezwano do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie przedstawiono mu ultimatum: wszystkich aresztowanych należy zwolnić i wypłacić im rekompensaty za czas spędzony w więzieniu. Londyn odmówił odpowiedzi.

W Kantonie i Pekinie zwołano więc masowe wiece poparcia dla protestujących. W Hongkongu pojawiły się plakaty: „Krew za krew” i „Ugotować białoskóre świnie”. Strajk podjęły dziesiątki tysięcy studentów i robotników. Głośniki zamontowane na gmachu Bank of China wywrzaskiwały propagandowe hasła, kilkanaście lojalnych wobec Pekinu gazet publikowało podżegające teksty. Mimo to kampania nie zyskała powszechnego poparcia. Hongkong był miastem zbudowanym przez kolejne fale uchodźców z Chin kontynentalnych i mało kto wśród półtoramilionowej ludności żywił jakiekolwiek złudzenia co do komunizmu. Pod koniec czerwca strajk zaczął wygasać.

Wówczas jednak, 8 lipca, około setki uzbrojonych protestujących przekroczyło białą linię demarkacyjną dzielącą małą rybacką wioskę Sha Tau Kok na sektory chiński i brytyjski i napadło na posterunek policji. Najpierw policjantów obrzucono kamieniami i butelkami, po chwili jednak przez granicę zaczął strzelać karabin maszynowy i zabił pięciu policjantów po stronie brytyjskiej. Ten incydent znów rozniecił walki, a po niedługim czasie rebelia sparaliżowała znaczną część Hongkongu.

Wprowadzono godzinę policyjną, a policja przeprowadziła naloty na ośrodki podejrzewane o działalność komunistów. Protestujący odpowiedzieli ostrzałem posterunków policji i budynków rządowych. Do końca lipca bomby, prawdziwe i pozorne, znajdowano w teatrach, parkach, na targach i w innych miejscach publicznych, co poważnie zaburzało zwyczajne życie. Wiele z nich wyprodukowano domowymi sposobami; były to prymitywne urządzenia wypełnione prochem pochodzącym z petard. Kilka jednak spowodowało ofiary. Jedna bomba, zapakowana jak prezent, zabiła siedmioletnią Wong Yee-man i jej dwuletniego braciszka. Saperzy rozbroili około ośmiu tysięcy ładunków wybuchowych. 24 sierpnia jadącego samochodem Lam Buna, popularnego prezentera radiowego krytycznie wypowiadającego się o komunistach, zatrzymał pluton egzekucyjny udający ekipę robotników naprawiających drogę. Buna i jadącego z nim kuzyna oblano benzyną i spalono żywcem. Wielu innym znanym postaciom, które wypowiedziały się przeciwko demonstrantom, grożono śmiercią.

Cały czas w Hongkongu krążyły plotki, że Pekin gromadzi na granicy wojsko i gotuje się do zbrojnego przejęcia kolonii. Przewodniczący jednak nie do końca panował nad rozpętanymi przez siebie kampaniami, poza tym komuniści potrzebowali miasta jako platformy bankowej i okna na świat. Choć brytyjska kolonia była całkowicie uzależniona od dostaw wody z Chin kontynentalnych – przesyłano czterdzieści pięć miliardów litrów rocznie – tego kurka nigdy nie zakręcono.

Frank Dikotter - Rewolucja kulturalna

niedziela, 31 stycznia 2021


Publikację tę z miejsca okrzyknięto nowym „długim telegramem” – odnosząc się do słynnego tekstu George’a F. Kennana – nota bene twórcy i pierwszego dyrektora PPS – z lutego 1946 roku, który stał się podstawą polityki powstrzymywania ZSRR po II wojnie światowej. Ministerstwo spraw zagranicznych ChRL określiło Elementy jako kolejny zbiór antychińskich kłamstw, ujawniający głęboko zakorzenione zimnowojenne myślenie i ideologiczne uprzedzenie Ameryki. To reakcja niezaskakująca, chociaż zimnowojenne nawiązania nie są dla dokumentu kluczowe, a podobieństwa między ChRL i ZSRR uzasadnia się przede wszystkim ze względu na autorytarny charakter obu państw (łączący leninizm z nacjonalizmem), wskazując jednocześnie istotną różnicę: Moskwa poszukiwała dominacji głównie w oparciu o potęgę wojskową, natomiast Pekin, z którego zdolnościami militarnymi również należy się liczyć, próbuje przekształcić system międzynarodowy w sposób znacznie bardziej subtelny i poparty potęgą gospodarczą „o której Sowieci mogli jedynie pomarzyć”. Z kolei chwytliwy i popularny wśród komentatorów, choć nie w pełni adekwatny do charakteru rywalizacji amerykańsko-chińskiej, termin zimna wojna, został przywołany w dokumencie zaledwie dwa razy i w przeszłym kontekście.

Elementy opublikowano w szczególnym czasie: tuż po przegranych przez Donalda Trumpa wyborach prezydenckich. Jest to zatem rodzaj dyplomatycznego testamentu odchodzącej administracji, który oprócz technologiczno-gospodarczego aspektu rywalizacji podkreśla również wymiar aksjologiczny (w tym zakresie jest to bez wątpienia powrót do narastania konfrontacji ideologiczno-politycznej, która według Zbigniewa Brzezińskiego była głównym wyzwaniem w amerykańsko-sowieckiej rywalizacji w okresie zimnej wojny). Jakie zatem są Chiny oglądane okiem strategów z Białego Domu?

Oś narracji dokumentu wyznacza wypowiedź przewodniczącego Xi Jinpinga z 2013 roku, o warunkowym korzystaniu z dobrodziejstw kapitalizmu jako środka do realizacji celu nadrzędnego w polityce wewnętrznej (powszechny dobrobyt) i zagranicznej (dominacja w systemie międzynarodowym). Natomiast ChRL zdefiniowana jest jako „wielka potęga zarządzana przez autorytarny reżim oparty na modelu dwudziestowiecznej marksistowsko-leninowskiej dyktatury”. Stany Zjednoczone przyznają się w Elementach do złudzeń którymi kierowały się od końca lat 70. ubiegłego wieku – że Chiny są komunistyczne głównie z nazwy i że ich mariaż z gospodarką kapitalistyczną w połączeniu „z konstruktywnym zaangażowaniem” w system międzynarodowy, doprowadzi finalnie do demokratyzacji. Teraz już wiemy, że takie oczekiwanie było nie tylko błędne, ale i nieuzasadnione, opierając się na przeświadczeniu, że historia jest procesem teleologicznym a ludzkość zmierza do ostatecznego uporządkowania w oparciu o reguły demokracji liberalnej. Amerykańskie założenia mogą dziwić, tym bardziej że Komunistyczna Partia Chin (KPCh) nigdy nie dała do zrozumienia Zachodowi, że jest zainteresowana przejęciem liberalnego pakietu normatywnego. Deng Xiaoping, którego Stany Zjednoczone „chciały kochać”, postawił tę kwestie jasno już w 1979 roku, formułując tzw. „cztery podstawowe zasady” o nienaruszalności rządów KPCh i doktryny marksistowsko-leninowskiej w procesie modernizacji państwa (40 lat później przypomniał o tym w zdecydowanym tonie Xi Jinping). Wbrew koncepcji „końca historii” Chiny zaprzeczyły logice rozwoju kapitalizmu, decydując się na jedynie częściowe (przejściowe?) zastosowanie mechanizmów rynkowych w gospodarce, podążając w tym zakresie raczej za przykładem leninowskiego NEP-u niż wskazaniami MFW. Tym samym obrały alternatywny model rozwoju – państwowego kapitalizmu.

Wymieniona w raporcie lista przyczyn sukcesu gospodarczego ChRL jest długa. Jako najważniejsze z nich wymienia się m.in. kradzież własności intelektualnej (kosztująca gospodarkę USA nawet 600 mld USD rocznie), przejęcie światowych łańcuchów dostaw, rosnącą potęgę w wielu gałęziach przemysłu i wysokich technologiach, rozwój AI w warunkach państwa autorytarnego (zbieranie danych bez poszanowania prywatności obywateli), wsparcie i kontrolę państwa nad firmami rozwijającymi sieć 5G i technologie inwigilacji obywateli, Pas i Szlak jako narzędzie ekspansji gospodarczej i wciągania państw i ich elit w orbitę polityczną Pekinu, korzystanie z nieskrępowanego dostępu do światowych rynków kapitałowych (ponad 130 chińskich firm na amerykańskiej giełdzie o łącznej wycenie ponad 1 bln USD) i korzystanie z otwartości liberalnych demokracji wraz z realizacją celów politycznych za pomocą narzędzi gospodarczych. Jednak niektóre z powyższych „sprzeczności” między USA i ChRL wynikają raczej z natury globalnego kapitalizmu, niż leninowskiego charakteru chińskiego państwa. Jak wskazują sami autorzy Elementów, od wejścia Chin do WTO, amerykańscy producenci zaczęli w coraz większym stopniu korzystać z niskich kosztów pracy w ChRL, co przełożyło się na spadek cen dla amerykańskich konsumentów i wzrost zysków producentów. Negatywną konsekwencją tych działań był China shock, który dotknął mały i średni sektor wytwórczy w USA (utrata 2,4 mln miejsc pracy) i innych państwach, powodując przejęcie przez Pekin kontroli nad łańcuchami dostaw. Co więcej, raport nie wspomina, że przyjęcie Chin do WTO w 2001 roku bardziej w oparciu o (błędne) przesłanki polityczne niż gospodarcze, zwiększyło jedynie możliwości oddziaływania i rozbudziło ich globalne aspiracje.

Kolejny rozdział dokumentu wskazuje najważniejsze elementy chińskiego postępowania: utrzymanie leninowskiego reżimu (prymatu KPCh w systemie politycznym), wykorzystywanie potęgi gospodarczej kraju do politycznego podporządkowania innych państw, przekształcanie organizacji międzynarodowych od środka zgodnie z celami KPCh, oraz dążenie do stworzenia najpotężniejszej armii na świecie, która w perspektywie krótko- i średnioterminowej będzie wykorzystywana do testowania amerykańskich reakcji na zagrożenia dla bezpieczeństwa sojuszników w regionie Indo-Pacyfiku, zwłaszcza Tajwanu.

Z kolei odnosząc się do intelektualnych źródeł „chińskiego postępowania” wskazuje się na leninowsko-marksistowski charakter reżimu, dając jednocześnie do zrozumienia, że wieloletnim błędem USA było bagatelizowanie tego komponentu. Wydaje się, że wynikało to z projekcji własnych, amerykańskich wyobrażeń odnośnie kształtu państwa, społeczeństwa i porządku międzynarodowego na Chiny lub narzucanie z góry przyjętych założeń na politykę międzynarodową. W tym zakresie Elementy stanowią wezwanie do podjęcia bardziej racjonalnej polityki wobec ChRL, biorącej pod uwagę (leninowski) rodowód systemu politycznego i endemiczne cechy państwa chińskiego (z poczuciem wyższości kulturowej i moralnej, zwłaszcza wobec mniejszych sąsiadów), zgodnie z którymi Pekin wyznacza cele w polityce międzynarodowej.

Nie porzucając cechującego amerykański dyskurs przeświadczenia o wyjątkowości i uniwersalności własnych reguł, Stany Zjednoczone zdają się jednak przyznawać w dokumencie do jałowości używania wartości zachodnich jako (wyłącznego) kryterium służącemu analizowaniu i krytykowaniu KPCh, która owe wartości postrzega jako główne zagrożenie dla swojego przetrwania. Chiny – jak każde imperium – definiują siebie w kategoriach uniwersalistycznych, a zbudowany wokół zachodnich norm gospodarczych i politycznych porządek międzynarodowy postrzegają jako niesprawiedliwy. Odpowiedzią KPCh jest własna koncepcja ładu światowego, określana jako „wspólnota przeznaczenia dla ludzkości” i „nowy rodzaj stosunków międzynarodowych”.

Jednocześnie USA wydają się dostrzegać fakt, że wraz z objęciem władzy przez Xi Jinpinga, Chiny utwierdziły się w przekonaniu o ich momencie dziejowym i znalazły się ponownie – parafrazując historyka Ge Zhaoguanga – w „epoce bez lustra”. ChRL dotykają słabości immanentne dla każdej autokracji, jak trudność w utrzymaniu innowacji i zdolności adaptacji gospodarki w dłuższej perspektywie oraz nieskuteczność w tworzeniu trwałych sojuszy i mobilizacji przyjaciół. Ponadto jako z natury represyjne wobec obywateli państwo autokratyczne, Chiny muszą przekierowywać środki z nakładów wojskowych na utrzymanie porządku społecznego (wydają więcej na bezpieczeństwo wewnętrzne niż na obronę narodową). Natomiast w odniesieniu do słabości endemicznych zalicza się m.in. ogromne różnice dochodowe w społeczeństwie, uzależnienie gospodarki od eksportu, zachodnich półprzewodników i dolara, zadłużenie chińskich firm (fala bankructw), złą sytuację demograficzną (gwałtowne starzenie się społeczeństwa i nierównowaga płci), dewastację środowiska naturalnego i korupcję. Czynnikiem o potencjalnie bardzo negatywnych konsekwencjach jest zakwestionowanie przez Xi Jinpinga reguł przekazywania władzy, które po Deng Xiaopingu zapewniały w miarę stabilne trwanie autorytarnego systemu. Słabością Chin jest ponadto niski poziom zaufania na arenie międzynarodowej, który obniżył się wyraźnie w trakcie pandemii Covid-19.

obserwatormiedzynarodowy.pl

Ponieważ Chiny stały się „patronem” Serbii w walce z pandemią, warto również przyjrzeć się jak współpraca z Pekinem była wykorzystywana w kampanii wyborczej, w większym stopniu służącej promocji osobistej pozycji Aleksandra Vučića, niż rządzonej przez niego partii SNS. Kalendarz wyborczy z udziałem przedstawicieli Państwa Środka był napięty. Od końca maja serbski prezydent w towarzystwie ambasador ChRL Chen Bo, odbył serię „gospodarskich wizyt” związanych z chińskimi inwestycjami; w kampanię wyborczą z Chinami w tle aktywnie włączyli się również przedstawiciele serbskiego rządu. 30 maja w ramach przedwyborczych inspekcji, serbski przywódca w towarzystwie wicepremier i minister infrastruktury Zorany Mihajlović oraz chińskiej ambasador, odwiedził plac budowy kolei Budapeszt-Belgrad (odcinek Belgrad-Stara Pazova, dł. 34,5 km; koszt 350,1 mln USD). Oprócz podziękowań dla chińskich partnerów i wyrazów uznania dla serbskich i chińskich robotników, prezydent przedstawił również harmonogram prac kolejnych odcinków po stronie serbskiej (ostatni etap Nowy Sad – Subotica może zostać ukończony w 2024 roku).

(...) Z kolei 9 czerwca wicepremier Mihajlović odbyła inspekcję budowy tunelu Straževica, za którego wykonanie odpowiedzialna jest China Power Construction Corporation (Powerchina). Oprócz minister Mihajlović, w inspekcji udział wzięli burmistrz Belgradu Zoran Radojičić oraz radca polityczny ambasady ChRL Tian Yishu. Dzień później w ramach „dyplomacji kolejowej” Mihajlović spotkała się również z głównym menedżerem China Railway International Company (CRIC) Xu Xiaoyunem (konsorcjum CRIC i CCCC odpowiada za realizację odcinka Belgrad-Stara Pazova); podkreśliła, że połączenie kolejowe Budapeszt-Belgrad jest niezmiernie ważne dla Serbii i Chin, jest osobiście wspierane przez  przywódców obu państw i stanowi symbol przyjaźni między oboma narodami.

W tym samym czasie premier Ana Brnabić (również członkini SNS) odbyła wizytę na budowie chińskiej fabryki w Niszu. Szefowa serbskiego rządu, w towarzystwie ambasador Chen Bo, odwiedziła teren inwestycji, na której powstaje fabryka chińskiego producenta reflektorów samochodowych Xingyu. Projekt o wartości 60 mln USD ma zostać ukończony do lutego 2021 r. i zapewnić pracę dla 1000 osób; produkcja ma być kierowana głównie na eksport do państw UE (m.in. Niemiec, Francji i Słowacji). Zdaniem Chen Bo, fabryka w Niszu świadczy, że Serbia staje się atrakcyjnym miejscem do inwestowania. W marcu br. rząd Serbii, w ramach pomocy państwowej dofinansował projekt sumą 16,4 mln EUR. Fabryka – jak podkreśliła premier – jest budowana przez serbską firmę „Konstruktor”, która stwarza lokalne miejsca pracy. To sytuacja odmienna niż przy okazji dużych inwestycji infrastrukturalnych realizowanych przez chińskie firmy w Serbii, przy których pracują chińscy robotnicy, co budzi zrozumiałe kontrowersje w państwie o stosunkowo wysokim poziomie bezrobocia (ponad 12%). „Konstruktor” odpowiada również za budowę fabryki chińskiego producenta części samochodowych Mint w Loznicy, który miał polecić Serbię koncernowi Xingyu.

(...)

Następnego dnia prezydent Vučić w towarzystwie ambasador Chen Bo odwiedził jeszcze budowę tunelu Laz (obok miasta Čačak) o długości 2850 m (najdłuższy w Serbii), powstającego na odcinku autostrady E763 Preljina-Požega. Serbski przywódca podziękował przy tej okazji „chińskim przyjaciołom za szybkość i jakość prac” i dodał, że chiński partner (CCCC) zobowiązał się ukończyć wszystkie prace budowlane do końca 2021 roku. Ambasador ChRL podkreśliła natomiast, że wieloletnia współpraca CCCC z Serbią jest bardzo owocna; wśród zrealizowanych projektów wymieniła most nad Dunajem w Belgradzie oraz ukończony przez czasem odcinek autostrady E763 Surčin-Obrenovac. 

(...)

Ostatnim akcentem w ramach „gospodarskich wizyt” przed wyborami było otwarcie przez serbskiego prezydenta budowy trasy Lajkovac-Iverak (długość 18,3 km) również w towarzystwie ambasador Chen Bo. Wartość kontraktu realizowanego przez Shandong Hi-Speed Group wynosi 158 mln EUR, prace mają zostać ukończone w 2022 roku; umowa przewiduje również regulację rzeki Kolubara.  W ceremonii udział wzięli chińscy robotnicy budowlani, stojący na tle dwujęzycznego banneru głoszącego „wieczną przyjaźń serbsko-chińską” (w wersji serbskiej) i „chińsko-serbską (w wersji chińskiej). Ambasador Chen Bo stwierdziła, że w ramach Pasa i Szlaku, budowa infrastruktury stała się kluczowym elementem współpracy obu państw i podziękowała serbskiemu rządowi za zaufanie i wsparcie dla chińskich firm. Finansowanie inwestycji, której wykonawcą jest chińska firma, zapewnia serbski rząd przez państwowe przedsiębiorstwo Drogi Serbii (Putevi Srbije). Budowa trasy Lajkovac-Iverak jest kolejnym przykładem kontraktu realizowanego przez chińską firmę, wybraną z pominięciem procedur przetargowych, w oparciu porozumienie o współpracy gospodarczej, technologicznej i infrastrukturalnej, zawartym przez Serbię i Chiny w 2009 roku.

obserwatormiedzynarodowy.pl

Joaquina Carmony nikt nie znał osobiście, ale on sprawiał wrażenie, jakby w lekkoatletyce znał wszystkich i wiedział wszystko, jakby bywał wszędzie, gdzie dzieje się coś ważnego. Relacjonował wielkie i małe mityngi, był jednym z największych popularyzatorów lekkoatletyki w świecie hiszpańskojęzycznym. Jego wpisy były przemyślane, precyzyjne, z dobrze dobranym zdjęciem lub filmem. Jego pracę doceniali sportowcy, dziennikarze, politycy odpowiadający za sport. – Mnóstwo się od niego nauczyłem. Informacje od Joaquina były kluczowe w przygotowaniach do relacjonowania igrzysk – mówi Juan Pablo Varsky, znany argentyński dziennikarz.  

Joaquin pisał dużo. I tym bardziej niepokojąca była cisza, która zapadła na jego koncie. @Jokin4318 przerwał nadawanie 15 marca. Nie dawał znaku życia przez kilkanaście tygodni, mimo pytań i próśb czytelników, mimo apeli sportowców, m.in. czołowego hiszpańskiego maratończyka Ivana Fernandeza. Hiszpania to jeden z krajów najmocniej dotkniętych przez koronawirusa, niemal każdy zna tu kogoś kto stracił w pandemii bliską osobę. Gdy ekspert przepadł bez śladu, oczywisty wydawał się ten najgorszy scenariusz. I trzeba było kilkunastu tygodni niepewności i obaw, zanim się okazało, że w tej historii nic nie jest takie, jakim się wydawało być. I że nawet w roku katastrofy mogą się dziać historie bajkowe: o człowieku, któremu koronawirus dał szansę na nowe życie i happy end. I że to wszystko zdarzyło się właśnie Joaquinowi Carmonie, który w rozmowie ze Sport.pl mówi o sobie: - Ogólnie mówiąc, to nigdy nie miałem w życiu szczęścia.  
 
Carmona nie tylko odnalazł się cały i zdrowy, ale dziś ma się dużo lepiej niż przed pandemią. W czerwcu Hiszpanie dowiedzieli się, że @Jokin4318 – chodząca encyklopedia, człowiek który był wszędzie gdzie działo się coś ważnego – to madrycki bezdomny. I że w roku 2020, w wielkiej stolicy europejskiego miasta, można przepaść bez wieści z takich powodów: brak gniazdka, do którego można wpiąć ładowarkę, i brak darmowego wifi.

Odnalazł go wspomniany już Alfredo Varona z dziennika "Sport". Ten, który Carmonę - znając go tylko z Twittera - uważał za wykładowcę akademickiego. A w odnalezieniu Joaquina pomógł właśnie naukowiec. Domingo Olivares, dziś pracownik uniwersytetu w Turynie, poznał Hiszpana w czasie studiów w Madrycie. Trafiali na siebie często w jednej z madryckich bibliotek. Olivares wiedział, że ten człowiek, o którym pracownicy biblioteki mówili, że ktoś widział go nocującego w pobliskim parku, ma jakiś związek z lekkoatletyką i sporą popularność na Twitterze. Gdy kolega z czasów studenckich podesłał mu artykuł „Sportu” o zaginięciu tajemniczego eksperta z Twittera, Olivares odezwał się do Varony, powiedział mu o parku, w którym widywano kiedyś Carmonę.

I Varona odnalazł tam Joaquina wraz z całym dobytkiem – materacem, plecakiem, trzema książkami o bieganiu, telefonem komórkowym i wysłużonym laptopem. Ten laptop naraził go swego czasu na problemy. Policjanci nie chcieli uwierzyć, że bezdomny ma własny komputer, i jeszcze tłumaczy, że potrzebuje go do pracy. Nie dawali się też przekonać, że w środku narodowej kwarantanny ktoś taki jak on naprawdę musi zejść do metra w poszukiwaniu gniazdka do naładowania laptopa czy telefonu. 

– Państwowe regulacje obmyślono dla ludzi mających dach nad głową. Nikt nie brał pod uwagę bezdomnych – opowiada Carmona. 47-latek z baskijskiego Zamudio, który, jak przekonuje, nigdy nie żył na ulicy. On tylko tam spał. W normalnych okolicznościach zawsze znajdował sobie zajęcie. Chodził na imprezy kulturalne, prezentacje książek, zajmował się lekkoatletyką, a gdy miał pracę (np. jako listonosz), to i do kina. W trakcie pandemii to życie kolejny raz wywróciło się do góry nogami. Gdy większość ludzi została zamknięta w mieszkaniach z telewizorami, Internetem, Netfliksami i innymi dobrodziejstwami techniki, on został na zewnątrz. Odcięty od wszystkiego. Po zamknięciu bibliotek, dworców czy kawiarni stracił dostęp do prądu i Internetu. Ostatniego twitta przed pandemiczną przerwą wysłał wieczorem 15 marca z madryckiego dworca Atocha. – Policja kazała mi wyjść, a potem nie miałem gdzie naładować baterii – mówi.  

sport.pl

Weźmy wspomnianego McConnella, który chwilowo cieszy się reputacją „odpowiedzialnego polityka”, bo nie poparł powyborczych gierek Trumpa.

Od 2015 roku McConnell pełnił funkcję lidera większości w Senacie. W czasie kadencji Baracka Obamy wykorzystywał ją głównie do torpedowania każdej inicjatywy Partii Demokratycznej.

Na przykład przez rok blokował kandydaturę Merricka Garlanda do Sądu Najwyższego, nie chciał nawet dopuścić do jego przesłuchania przed Senatem. Był to niespotykany ruch jak na standardy amerykańskiej polityki.

McConnell tłumaczył, że skoro prezydentura Obamy zbliża się do końca, decyzję na temat nominacji powinien podjąć jego następca. Nie miał takich skrupułów, gdy kilka miesięcy temu Trump w pośpiechu, tuż przed końcem swojej kadencji, forsował kandydaturę konserwatystki Amy Coney Barrett.

McConnell jeszcze w 2010 roku, kiedy był liderem mniejszości w Senacie, ogłosił, że jego głównym priorytetem jest uczynienie z Obamy prezydenta jednej kadencji. Sposobem na to była całkowita odmowa współpracy z ówczesnym prezydentem.

Nie chodzi tylko o to, że McConnell kierował się wyraźnie partyjnymi pobudkami. Nie on pierwszy i nie ostatni. McConnella wyróżnia to, że uczynił z partyjniactwa powód do chwały, wielokrotnie szczycąc się tym, że paraliżował możliwości rządzenia Obamy i Partii Demokratycznej.

Michael Grunwald z „Politico” już w 2016 roku pisał, że to właśnie strategia McConnella, żeby traktować prezydenta z Partii Demokratycznej jako wroga publicznego numer jeden, z którym nie chodzi się na żadne kompromisy, i którego traktuje się nie jak człowieka o innych poglądach, ale jak zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, utorowała drogę do władzy Trumpowi.

(...)

Agresywny styl uprawiania polityki to jedno, ale McConnella łączy z Trumpem jeszcze jedno: radykalne poglądy.

Niezależnie, czy mówimy o absurdalnym systemie opieki zdrowotnej, czy o polityce klimatycznej – McConnell szedł pod rękę z Trumpem. Każdą poważniejszą próbę uporania się z tymi problemami automatycznie etykietował jako „niszczycielskie socjalistyczne fantazje”.

Niestety, jest to cecha charakterystyczna całej Partii Republikańskiej – odmowa uznania, że Stany Zjednoczone zmagają się z serią systemowych zaniedbań. Republikanie próbują zagadać wszystkie te problemy przez ciągłe straszenie socjalizmem, Antifą i wszystkim, co ma kojarzyć się z radykalną lewicowością.

Było to widać nawet w trakcie niedawnej dogrywki wyborczej do Senatu w Georgii, gdzie republikańscy kandydaci próbowali odmalować swoich przeciwników z Partii Demokratycznej jako „marksistowskich ideologów”.

Trudno poważnie traktować ugrupowanie polityczne, dla którego wszystko – od publicznej opieki zdrowotnej, przez antyrasistowską politykę, po regulacje proklimatyczne – jest marksizmem.

oko.press

W połowie grudnia 2020 roku Komisja Europejska ogłosiła długo wyczekiwany pakiet ustaw o rynku cyfrowym (Digital Services Act oraz Digital Market Act) – przekrojową propozycję wprowadzającą ścisłe zasady odpowiedzialności (również finansowej) za wykorzystywanie dominującej pozycji na rynku czy publikowanie nielegalnych treści, standardy przejrzystości dotyczące algorytmów i publikowanych reklam, a także narzędzia koordynacji działań pomiędzy UE a rządami państw członkowskich.

O ile ostateczny kształt regulacji wykuje się w trybie wielomiesięcznych uzgodnień pomiędzy instytucjami unijnymi, to sama zapowiedź spotkała się już z bezprecedensową mobilizacją lobbystów, którzy podejmą próbę, by stępić jej zęby.

Z kolei, wskutek ostatnich wydarzeń na Kapitolu, po drugiej stronie oceanu nowych akolitów zyskuje tocząca się od wielu lat debata o reformie Sekcji 230 – podglebiu dzisiejszego kształtu internetu. Amerykańskie przywiązanie do pierwszej poprawki do Konstytucji, gwarantującej wyjątkowo szeroki zakres wolności ekspresji, nie gwarantuje powodzenia reformie. Ale proponowane przez UE zasady, w tym zwłaszcza wymóg transparentności algorytmów rekomendujących i zakaz monetyzowania treści niezgodnych z prawem, pomogą osiągnąć podobny efekt.

Tymczasem platformy będą nadal symulować samoregulację – na przykład tworząc umiarkowanie skuteczne ciała doradcze i odwoławcze, a jednocześnie uszczelniając własne zasady moderowania treści i banując co bardziej radykalne grupy. Doprowadzi to do powstawania nowych, mniejszych baniek informacyjnych i ognisk radykalizacji – zwiększając koncentrację niepożądanych postaw, ale hamując możliwość ich monitorowania i rozlewanie się do mainstreamu. Pod presją opinii publicznej i polityków, platformy będą stopniowo odsłaniać i jednocześnie modyfikować własne systemy rekomendujące, umożliwiając ograniczony audyt środowiskom naukowym. To styk akademii i ruchów pracowniczych gwarantuje presję na technologicznych gigantów od wewnątrz i od dołu – niedawny skandal po zwolnieniu z Google’a wpływowej badaczki dr Timnit Gebru wyraźnie pokazał, że problemy etyczne nie dotyczą jedynie technologii, a rosnące niezadowolenie ze strategicznych decyzji książąt Doliny Krzemowej (na przykład zbyt bliskie związki z kompleksem militarno-przemysłowym) skłania ich pracowników do masowego dołączania do związków zawodowych.

kulturaliberalna.pl

wtorek, 19 stycznia 2021


Izraelczycy zgodnie podkreślają, że jednym z podstawowych źródeł sukcesu jest ich system opieki zdrowotnej. Od lat regularnie jest on oceniany jako jeden z najlepszych na świecie. Według rankingu agencji Bloomberg, w 2019 roku był trzecim z najbardziej efektywnych (za Hongkongiem i Singapurem). W 2020 roku spadł na miejsce piąte, ale nadal jest to ścisła światowa czołówka.

Izraelski system to mieszanka publicznej i prywatnej ochrony zdrowia. Każdy obywatel musi należeć do jednej z czterech prywatnych kas chorych. Można sobie wybrać do jakiej, choć przepisywać można się tylko raz w roku. Każda z kas ma obowiązek świadczyć wszystkim swoim klientom pewien podstawowy poziom usług określanych przez państwo. W zamian otrzymują z budżetu pieniądze w zależności od liczby klientów, z uwzględnieniem ich wieku i szeregu innych czynników. Generalnie im starszy klient, tym więcej się za niego dostaje, niezależnie od tego, czy jest chory, czy nie. Stymuluje to firmy do dbania o profilaktykę.

Co istotne prawo zakazuje kasom chorych osiągania zysku. Nie są to więc normalne firmy. Mogą jednak oferować swoim klientom dodatkowe, odpłatne, pakiety opieki. Za równowartość kwoty od kilkudziesięciu złotych można uzyskać dodatkowe usługi. Większość Izraelczyków korzysta z tej możliwości. Według badań opinii publicznej zdecydowana większość (rzędu 90 procent) obywateli jest zadowolona z takiego systemu i jakości opieki zdrowotnej.

Dla obecnej sytuacji kluczowe ma być istnienie rozbudowanych systemów informatycznych i baz danych z informacjami na temat pacjentów oraz sieci lokalnych placówek i lekarzy pierwszego kontaktu. Izraelskie kasy chorych już od kilku lat stosują nowoczesne rozwiązania IT, do na przykład prognozowania stanu zdrowia swoich klientów, aby móc zapewnić im zawczasu odpowiednią profilaktykę i zredukować koszty późniejszego leczenia. Teraz, dzięki podobnym rozwiązaniom mają więc łatwo identyfikować osoby do szczepienia w pierwszej kolejności, kontaktować się z nimi i kontrolować cały proces.

gazeta.pl

Adam Chabiński: - Pamięta Pan 16 lipca 1963 roku?

prof. Zbigniew Rudkowski: Bardzo dokładnie. To było niezwykle gorące lato. Dosłownie i w przenośni. W dniu, kiedy ustalono, że wszyscy muszą być zaszczepieni, akurat wracałem z żoną i dziećmi z wakacji ze Świeradowa Zdroju. Przeżyłem niesamowite zdziwienie, kiedy na dworcu w Jeleniej Górze nie chciano nam sprzedać biletów. Podróż do Wrocławia mogliśmy kontynuować dopiero po zaszczepieniu się. Przypomnę, że szczepiony musiał być każdy, bez względu na to, czy otrzymał już kiedyś szczepionkę, czy nie. Moja rodzina była w o tyle dobrej sytuacji, że wcześniej wszyscy byliśmy szczepieni. Powtórne szczepienie znieśliśmy bardzo dobrze i jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do Wrocławia, gdzie na dworcu kolejowym sprawdzono nam świeże świadectwa szczepień.

(...)

- W lipcu 1963 roku pracował Pan w Klinice Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego Akademii Medycznej we Wrocławiu…

Klinika, w której pracowałem, była jak na ówczesne czasy bardzo nowoczesna i – rzecz jasna – odpowiadała ówczesnym wymogom sanitarnym. Przebywające w niej dzieci umieszczano w tzw. boksach, które dzięki przeszkleniom pozwalały personelowi medycznemu na stały dozór małych pacjentów. Klinika była wyposażona m.in. w instalację ostrzegawczą, która uniemożliwiała na przykład otwarcie kilku drzwi na raz. Tak więc zespół, jak i obiekt był przygotowany na przyjęcie pacjentów z różnymi ciężkimi zakażeniami – niejednokrotnie śmiertelnymi – powikłaniami krztuśca, odry i zakażeń jelitowych. Oczywiście nikt wtedy o ospie prawdziwej nawet nie myślał. Po prostu nie była w naszym „menu”.

(...)

- Przez długi czas całe wrocławskie środowisko medyczne nie miało pojęcia o zawleczeniu ospy prawdziwej do stolicy Dolnego Śląska…

Tak. Dopiero po pewnym czasie wyszło na jaw, że stał za tym wysoki rangą oficer Służby Bezpieczeństwa (SB), który wrócił z Indii i kilka dni później trafił do szpitala Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (przy ul. Ołbińskiej we Wrocławiu – przyp. red.) z niepokojącymi objawami. Początkowo skłaniano się ku rozpoznaniu malarii i duru brzusznego. Nawet nie przypuszczano, że to może być ospa i w efekcie tego pacjenta wypisano. Mniej więcej 2 tygodnie później zachorowały kolejne osoby, które miały z nim kontakt: lekarz, pielęgniarka i salowa.

- W początkowej fazie epidemii dominowały błędne diagnozy, domysły i dodatkowo skrywał ją nimb tajemnicy. Gdyby nie dr Arendzikowski, nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalej losy „wrocławskiej ospy”.

To prawda. U jednej z pierwszych osób, które zmarły z powodu ospy, błędnie rozpoznano białaczkę o gwałtownym przebiegu. Pamiętam, jakie prowadziliśmy wówczas dyskusje. Padały różne diagnozy, w tym posocznica i choroba krwotoczna nieznanego pochodzenia. Co ciekawe, do pewnego momentu wydarzenia te rzeczywiście były okryte tajemnicą. Przede wszystkim nie mówiono nic o oficerze SB, od którego wszystko się zaczęło. Poza tym przez półtora miesiąca, licząc od końca maja (1963 r. – przyp. red.), w ciągu którego odnotowano łącznie 6 zachorowań, de facto nie podjęto żadnej decyzji w sensie epidemiologicznym. Dopiero bystrość dr. Bogumiła Arendzikowskiego z miejskiej stacji sanitarno-epidemiologicznej nadała biegu sprawie. To on na podstawie analizy łańcucha epidemiologicznego i opisu objawów ospy z podręcznika jako pierwszy stwierdził, że objawy występujące u zakażonych świadczą o ospie prawdziwej. Przypomnijmy, że wydarzenie to miało miejsce dopiero 47 dni po pierwszym zachorowaniu. W efekcie 15 lipca 1963 roku we Wrocławiu ogłoszono alarm epidemiologiczny, który odwołano dopiero 19 września. Jak więc nie liczyć, mieliśmy 65 dni ostrego dyżuru. Reasumując, na początku epidemii nie ustalono żadnego rozpoznania. Jego brak można przypisywać niedostatecznej wiedzy lekarzy, w tym zakaźników.

(...)

- Jak były zorganizowane punkty szczepień, skoro w tak krótkim czasie udało się zaszczepić miliony osób w całym województwie? Ile ich było?

Organizacja punktów szczepień leżała w gestii sanepidu. Nie potrafię podać liczby tych punktów – było ich bardzo wiele i to nie tylko w województwie wrocławskim, lecz także opolskim, łódzkim i gdańskim. Zorganizowanie takich miejsc było łatwe i nie wymagało specjalnych warunków, przyrządów i sprzętu. Potrzebna była jedynie pielęgniarka, która dokonywała lekkiego nacięcia naskórka i w miejsce skaryfikacji wprowadzała osłabioną postać żywego wirusa szczepionkowego ospy krowiej.

- Jak wyglądał dostęp do badań wirusologicznych? Czy wykonywano je u każdej osoby z podejrzeniem ospy?

Podczas epidemii badań wirusologicznych prawie nie wykonywano. Nie było na to ani środków, ani czasu.

- Po przeczytaniu fabularyzowanego reportażu Jerzego Ambroziewicza wydaje się, że na początku epidemii panował chaos…

Faktycznie, po lekturze „Zarazy” można odnieść takie wrażenie, aczkolwiek bardziej wiarygodnymi dla mnie źródłami są „Ospa we Wrocławiu”, autorstwa dr. Michała Sobkowa, oraz „Epitafium dla ospy” napisane przez dr. Jerzego Bogdana Kosa. Obydwie książki powstały na bazie wspomnień lekarzy, którzy brali czyny udział w walce z epidemią. Moim zdaniem relacje z wydarzeń w formie mniej zbeletryzowanej, o których wspomniałem, świadczą o czymś zupełnie przeciwnym. Z mojej perspektywy cała akcja była świetnie zorganizowana, co w pewnym sensie było rehabilitacją za 47 dni opóźnienia w rozpoznaniu ospy prawdziwej.

Przebieg wydarzeń – z mojego punktu widzenia – nie był taki zły. Muszę przyznać, że ochrona ludności była bardzo dobrze zorganizowana. Już po rozpoznaniu Wydział Zdrowia Prezydium Rady Narodowej (PRN) i wojewódzki sanepid działały sprawnie. 16 lipca rozpoczęto przymusowe szczepienia przeciwko ospie, powołano Radę Przeciwepidemiczną dla Dolnego Śląska oraz kilkanaście zespołów: kierowniczy, ds. kontaktów zakaźnych, diagnostyki i konsultacji, kwarantanny, spraw gospodarczych i finansowych, izolatoriów, transportu i łączności, opieki nad rodzinami osób izolowanych, szczepień, szpitali chorych na ospę i dezynfekcji. Trzy dni później rozpoczął działalność Komitet Koordynacyjny pod przewodnictwem PRN miasta Wrocławia. Słowo „ospa” otwierało wszelkie drzwi i sprawiało, że rozmaite działania wykonywano na cito. Dziś może to się wydawać śmieszne, ale w 1963 roku telefonowanie nie było takie proste. Raz, że mało było aparatów, a dwa na połączenie realizowane przez telefonistki trzeba było czekać, natomiast na hasło „ospa” rozmowy były łączone błyskawicznie.

- Ale przecież zdarzały się trudne sytuacje…

Trudności organizacyjne występują zawsze tam, gdzie są ludzie, a tym bardziej podczas akcji o tak dużym zasięgu. Podczas tego pamiętnego lata zdarzały się kradzieże, próby ucieczki z izolatoriów i strajki osób izolowanych, które narzekały na złe warunki. Niejednokrotnie za mury szpitali izolacyjnych i izolatoriów obserwacyjnych przemycano również alkohol. Oprócz tego dochodziło do awarii transportu samochodowego czy sieci wodno-kanalizacyjnej. Niekiedy brakowało także sprzętu i bielizny. Z powodu zamknięcia wielu wrocławskich szpitali w pewnym momencie zabrakło miejsc dla pacjentów z zapaleniem wątroby.

- W połowie sierpnia ukazał się komunikat Wydziału Zdrowia Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej i Rady Narodowej miasta Wrocławia, w którym z dumą podano liczbę zaszczepionych osób. Można było się zaszczepić nawet na dworcu. Czy nie było problemu z dostawami szczepionek?

Akcja szczepień przebiegała bardzo sprawnie. Od 16 lipca do 10 sierpnia 1963 roku we Wrocławiu przeciwko ospie zaszczepiono 504.000 osób, a w całym województwie 3.727.000 osób, w tym 150.000 dzieci. Nie pamiętam, aby występowały poważniejsze problemy z dostawą szczepionek. Jeśli się pojawiały, to były przejściowe, gdyż w razie konieczności szczepionki sprowadzano na cito nawet zza granicy.

(...)

- Szczepiono wtedy wszystkich, bez wyjątku. Czy w środowisku medycznym pojawiały się związane z tym wątpliwości?

Mieliśmy moment refleksji. Ówczesne szczepienia przeprowadzano bez przygotowania. Natomiast gdyby były to szczepienia planowe, to nie szczepiono by dzieci z chorobami alergicznymi, na przykład atopowym zapaleniem skóry. Szczepieniu nie podlegałyby również dzieci z chorobami neurologicznymi i nerek. Obawy o reakcję poszczepienną towarzyszyły nam więc dość często. Przecież w 1963 roku w całej Polsce zaszczepiono około 8.200.000 osób i – niestety – odnotowano 9 zgonów wskutek niepożądanych odczynów poszczepiennych. Niektóre źródła podają nawet 16 przypadków śmierci. Rzeczywistej liczby zgonów z tego powodu już jednak nie poznamy, gdyż ze względów zakaźno-sanitarnych nie przeprowadzano sekcji zwłok po śmierci osób z rozpoznaniem ospy.

mp.pl

Średnia liczba śmierci w latach 2017-2019 w Polsce to ok. 410 tys. (ok. 405 tys. w 2017 r., 414 tys. w 2018 r. i 411 tys. w 2019 r.). W 2020 r. mieliśmy o 68,5 tys. osób zmarłych więcej. Można założyć, że do tego nadmiaru w kilku, a być może nawet ok. 10 tys. przypadków, mogła "przyłożyć" się po prostu demografia (wymiera powojenny wyż demograficzny). Jednak pandemii i wszystkim jej konsekwencjom (zachorowania i powikłania po chorobie, trudniejszy dostęp do opieki medycznej, strach przed wizytami w przychodniach czy szpitalach, załamanie w diagnostyce) swobodnie można przypisywać zapewne ok. 60 tys. dodatkowych śmierci.

gazeta.pl