poniedziałek, 9 listopada 2020


28 sierpnia drugi sekretarz Komitetu Centralnego KPZR Michaił Susłow, minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko, szef KGB Jurij Andropow, minister obrony Dmitrij Ustinow i sekretarz KC Konstantin Czernienko przesłali do Komitetu Centralnego notę sprawozdawczą i projekt uchwały o sytuacji w Polsce. Dokument głosił, że „ruch strajkowy nabiera charakteru narodowego”, w związku z czym Ministerstwo Obrony wydaje rozkaz postawienia w pełnej gotowości bojowej na godz. 18.00 w dniu 29 sierpnia trzech dywizji pancernych i jednej zmechanizowanej – „w razie potrzeby okazania PRL pomocy wojskowej”.

"– W przypadku dalszego pogarszania się sytuacji w Polsce, konieczne będzie podwyższenie stanu dywizji w Bałtyckim, Białoruskim i Karpackim Okręgu Wojskowym do gotowości bojowej, a jeśli główne siły Wojska Polskiego przejdą na stronę sił kontrrewolucyjnych, koniecznym będzie zwiększenie zgrupowania naszych wojsk o 5-7 kolejnych dywizji. W takim przypadku, konieczne będzie powołanie do wojska ogółem 108 tysięcy osób oraz 15 tysięcy pojazdów cywilnych przedsiębiorstw."

(...)

6 września Edwarda Gierka na stanowisku pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego PZPR zastąpił Stanisław Kania, ale on też nie do końca odpowiadał Moskwie. 2 kwietnia 1981 r. na posiedzeniu biura politycznego głos zabrał sekretarz generalny Komitetu Centralnego KPZR Leonid Breżniew:

"– Najgorsze jest to, że nasi przyjaciele słuchają, zgadzają się z naszymi zaleceniami, ale nie robią praktycznie nic. A kontrrewolucja nadchodzi ze wszystkich stron. Towarzysz Kania przyznał, że działają spokojnie, a to należało robić zdecydowanie. Powiedziałem mu: „Ile razy przekonywaliśmy cię do podjęcia zdecydowanych działań? Nie możesz poddać się <<Solidarności>>. Ciągle mówisz o pokojowej drodze, nie rozumiejąc ani nie chcąc zrozumieć, że ta pokojowa droga, którą podążasz, może doprowadzić cię do rozlewu krwi."

Na tym samym spotkaniu sowieckiego Biura Politycznego dyskutowano o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce i o konieczności przekonania do niego polskich przywódców – premiera Wojciecha Jaruzelskiego, który „zupełnie skisł”, oraz przewodniczącego partii Kanię, który „zaczął ostatnio coraz więcej pić”. 23 kwietnia Politbiuro zdecydowało:

"– Biorąc pod uwagę niezwykle trudną sytuację gospodarczą w Polsce, należy w dalszym ciągu udzielać wszelkiej możliwej pomocy, jednocześnie tak bardzo, jak to możliwe, intensyfikując propagandę na ten temat, aby każdy Polak wiedział, jak bardzo kraj jest uzależniony od pomocy i wsparcia ze strony Związku Radzieckiego."

Postanowiło również wymienić się partyjnymi pracownikami i działaczami różnych organizacji partyjnych, takich jak Komitet Kobiet Radzieckich, czy też wysłać do Polski grupę pracowników państwowej Telewizji i Radia ZSRR „na konsultacje w sprawie radzieckiej radiofonii i telewizji w Polsce”. Redakcjom gazet „Prawda”, „Izwiestia” i „Trud” nakazano wydelegować do Polski grupy publicystów na okres do 10 dni, „w celu przygotowania materiałów, w tym ujawnienia działalności sił antysocjalistycznych”.

18 października na czele PZPR stanął generał Jaruzelski. Następnego dnia w rozmowie telefonicznej z „szanownym i drogim Leonidem Iljiczem” złożył raport ze swoich planów i podziękował Breżniewowi za zaufanie, obiecując, że poprosi go o radę i poinformuje o podjętych decyzjach. Powiedział: „Podejmiemy szerokie działania włączenia wojska do wszystkich dziedzin życia w kraju”. 12 grudnia wprowadził w Polsce stan wojenny, a przywódców „Solidarności” rozkazał aresztować i umieścić w ośrodkach internowania. Stan wojenny trwał do 22 lipca 1983 roku, a całemu temu okresowi towarzyszyły demonstracje i aresztowania działaczy „Solidarności”. Zginęło ponad sto osób. Opozycyjny związek zawodowy nie został jednak całkowicie pokonany i przeniósł się do podziemia.

belsat.eu

niedziela, 8 listopada 2020


Michał Litorowicz, Gazeta.pl: - Choć zawieszenie broni między Armenią i Azerbejdżanem podpisano w 1994 r., to konflikt o Górski Karabach nie ustał. Dlaczego akurat teraz eskalacja urosła do takich rozmiarów, największych od 2016 r.?  

Wojciech Górecki, OSW: Według Baku działania zbrojne, które obserwujemy w ostatnich dniach, to azerbejdżańska odpowiedź na ormiańskie prowokacje. Erywań mówi o ataku na pozycje Ormian. Należy pamiętać, że w rejonie konfliktu dochodziło ostatnio do 20-30 incydentów na dobę z obu stron. W tego typu konfliktach rzadko jest tak, że mamy do czynienia z jedną przyczyną zaostrzenia sytuacji. Zwykle musi pojawić się kilka czynników, decydujących o tym, że zamiast kolejnej strzelaniny dochodzi do eskalacji na większą skalę.

Bardzo napięta sytuacja utrzymywała się od lipca 2020 r., gdy doszło do kilkudniowych, intensywnych walk, jednak nie wokół samego Karabachu, a wzdłuż granicy Armenii i Azerbejdżanu. Zginęło kilku azerbejdżańskich żołnierzy, w tym jeden z generałów. Wtedy też w Baku odbyły się duże prowojenne manifestacje, w których mogło uczestniczyć nawet 30 tys. osób. Z jednej strony głoszone hasła walki o Karabach odpowiadały linii władz. Z drugiej jednak, w pewnym momencie manifestanci podjęli próbę dostania się do parlamentu. Ostatecznie zostali odparci, ale władze zorientowały się, że mogą nad tym spontanicznym ruchem nie zapanować. Trzeba go więc było jakoś wziąć pod kontrolę. Innymi słowy, rządzący - podobnie zresztą jak w Armenii - stali się zakładnikiem oczekiwań społecznych w kwestii karabaskiej.

Nie zapominajmy też o innych aktorach tego układu, a więc o Rosji, uaktywniającej się Turcji oraz nieco mniej widocznym Zachodzie, który jednak też interesuje się tą częścią świata. W tym wszystkim jest gdzieś Gruzja, jednoznacznie ukierunkowana na Zachód, ale utrzymująca dobre relacje zarówno z Azerbejdżanem, jak i Armenią. Widać więc, jak wielopłaszczyznowy jest konflikt o Górski Karabach.

- Co więc próbują ugrać ci wielcy?

Turcja, która jednoznacznie wspiera Azerbejdżan, chciałaby być mocniej obecna na Kaukazie Południowym, uznawanym powszechnie za strefę wpływów rosyjskich. Rywalizację turecko-rosyjską obserwujemy już na kilku teatrach, np. w Syrii i Libii. Teraz doszedł do nich Kaukaz. Być może jest to dalekie echo marzeń panturkistycznych z okresu tuż po rozpadzie Związku Radzieckiego. Wówczas Ankara wyobrażała sobie, że stanie się liderem grupy tureckojęzycznych państw poradzieckich. Życie i historia zweryfikowały jednak te zamierzenia. Obecnie największym sukcesem tamtej polityki są wpływy, jakie Turcja posiada w Azerbejdżanie. Mówimy tu nie tylko o gospodarce czy polityce, ale również o miękkiej sile, soft power, bo masowa kultura turecka powoli wypiera czy już wyparła tę rosyjską.

- A Rosja? 

Chce utrzymać Kaukaz w swoim zasięgu. Jej sojuszniczką jest Armenia, gdzie istnieje rosyjska baza wojskowa. Armenia należy też do struktur integracyjnych kierowanych przez Rosję, takich jak Euroazjatycka Unia Gospodarcza czy Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Co ciekawe, państwo rządzone przez Władimira Putina utrzymuje też bardzo dobre relacje z Azerbejdżanem. Według oficjalnej rosyjskiej nomenklatury Armenia jest strategiczną sojuszniczką Rosji, a Azerbejdżan jej strategicznym partnerem. Rosja sprzedaje broń obu stronom konfliktu, twierdząc, że w ten sposób dba o równowagę sił.

- W jaką stronę może więc pójść obecna odsłona sporu o Górski Karabach? Czy komukolwiek, w tym Rosji i Turcji zależy na otwartym konflikcie między Armenią i Azerbejdżanem i bezpośrednich działaniach zbrojnych?

Otwarty konflikt zbrojny nie jest w interesie ani Azerbejdżanu, ani Armenii. Nie chcą do niego dopuścić również Rosja i Turcja. Pomimo tego, cały czas istnieje groźba nowej wojny. Jeśli w ciągu kilku dni jakaś siła - najpewniej Rosja - nie posadzi za stół negocjacyjny władz Azerbejdżanu i Armenii, to groźba, że obecne walki w Górskim Karabachu przerodzą się w coś większego, znacząco się zwiększy. A to może z kolei doprowadzić do destabilizacji całego regionu, przez który przebiegają ważne ropociągi i gazociągi. Na razie taki czarny scenariusz wydaje się dość mało prawdopodobny, ale nie nierealny. Pamiętajmy, że w konflikcie nie są zaangażowane żadne siły rozjemcze. Pozycje azerbejdżańskie i ormiańskie znajdują się naprzeciwko siebie, przez nikogo nierozdzielone, a to sprzyja różnego rodzaju prowokacjom.

Rosja nie może pozwolić na totalną klęskę Armenii, bo straciłaby twarz, gdyby okazało się, że nie umiała obronić sojusznika. Nie może też doprowadzić do większego upokorzenia Azerbejdżanu. Musi więc umiejętnie rozgrywać te interesy, pamiętając zarazem o rosnącym zaangażowaniu Turcji w regionie.

gazeta.pl

TYGODNIK TVP: - W mediach pojawia się stwierdzenie, że wojna w Górskim Karabachu to proxy war, wojna zastępcza Rosji i Turcji. Też się pan z tym zgadza?

WOJCIECH GÓRECKI: Zgodziłbym się z tym częściowo. Widać tu elementy wojny przez zastępstwo, bardziej jednak po stronie Turcji, w której imieniu – trzymając się tego porównania – walczy Azerbejdżan. Bardziej skomplikowaną sytuację mamy z Rosją, która, z jednej strony, jest sojuszniczką Armenii, ale z drugiej – pośredniczy w rozmowach pomiędzy Erywaniem a Baku. I trzeba przyznać, że przez ostatnie kilkanaście lat dość zgrabnie obie te funkcje łączy, starając się nie wychodzić z jednej i drugiej roli.

(...)

- Rola Rosji w tym konflikcie jest mocno dwuznaczna. Pomimo sojuszu z Armenią, nie przestaje sprzedawać broni Azerbejdżanom.

To właśnie miałem na myśli. Rosja jest faktycznie głównym rozgrywającym w gronie trójki współprzewodniczących Mińskiej Grupy OBWE, powołanej jeszcze w 1992 r. i odpowiadającej za karabaski proces pokojowy (pozostałymi współprzewodniczącymi są Francja i Stany Zjednoczone). W rosyjskiej terminologii Armenia określana jest mianem „strategicznego sojusznika”, z kolei Azerbejdżan to „strategiczny partner”. Moskwa rzeczywiście sprzedaje broń do obydwu krajów. Erywaniowi, co nie dziwi, po rosyjskich cenach wewnętrznych, oferując wygodne kredyty. W przypadku Azerbejdżanu w grę wchodzą transakcje czysto komercyjne, ale też nie są to małe ilości. W ostatnich latach wartość broni sprzedanej przez Rosję do tego kraju szacuje się na ponad 5 mld dolarów. Wartość kupowanego przez obydwa państwa sprzętu wojskowego jest w ogóle ogromna, a przecież mówimy o nie tak dużych rynkach. Zarówno Armenia, jak Azerbejdżan przeznaczają na obronność po około 4,5 procent swoich PKB.

(...)

- Czyli sympatia Ormian do Rosji się zmniejsza?

Armenia jest z Rosją mocno związana. Historycznie bardzo wiele jej zawdzięcza. Sentymenty prorosyjskie są wciąż duże, chociaż badania opinii publicznej pokazują, że coraz więcej młodych ludzi wolałaby bliżej związać się z Zachodem. Niemniej nie oznacza to, że wszyscy niecierpliwie na to oczekują. Nowa elita jest bardzo prozachodnia, widzi, że Moskwa traktuje Armenię instrumentalnie, ale kiedy spojrzymy na całe społeczeństwo, to te sympatie rozkładają się pół na pół.

- A zgodzi się pan ze sformułowaniem „karabachizacja” polityki armeńskiej?

Od początku swojej niepodległości Armenia była rządzona przez polityków pochodzących z Karabachu lub takich, którzy wyrośli na tym konflikcie. Pierwszym prezydentem (1991-1998) był Lewon Ter-Petrosjan, urodzony akurat w rodzinie syryjskich Ormian, który przewodził Komitetowi Karabach. Był to ruch, który powstał w środowisku erywańskiej inteligencji w latach 80. XX wieku i domagał się przyłączenia Górskiego Karabachu do sowieckiej, jeszcze wtedy, republiki armeńskiej. Od 1997 r. jako premier, a od 1998 r. jako prezydent Armenią rządził Robert Koczarian, a od 2008 r. do 2018 r. Serż Sarkisjan. Obaj ci politycy wywodzili się z Karabachu.

W samym pojęciu „karabachizacja” chodzi jednak nie tylko o to, że Armenią rządzą ludzie stamtąd, ale o sytuację, kiedy, mówiąc obrazowo, „ogon zaczyna machać psem”. Biorąc pod uwagę różnicę potencjałów – Armenię zamieszkuje około 3 mln ludzi, a separatystyczną Republikę Górskiego Karabachu około 150 tys. – oraz fakt, że Armenia jest patronem Karabachu może dziwić, że jej wewnątrzpolityczna agenda jest w tak wielu aspektach uzależniona od mniejszego partnera. W tym sensie, w pewnym stopniu Karabach „przejął” Armenię. Tak zwany klan karabaski, czyli elita polityczna, która rządziła Armenią do 2018 r., nadal rządzi Górskim Karabachem. Grupa ta ma w samej Armenii liczne powiązanie, posiada znaczące aktywa finansowe czy media.

- Chyba mało osób zdaje sobie sprawę z tak złożonych zależności pomiędzy Armenią a Górskim Karabachem.

Mieszkańcy Górskiego Karabachu posiadają armeńskie paszporty i armeńskie tablice rejestracyjne, a poborowi z Armenii mogą zostać wysłani do Karabachu do wojska. Stopień zrośnięcia jest więc bardzo duży. Ponadto Erywań reprezentuje Karabach w procesie pokojowym, którego stronami są Armenia i Azerbejdżan.

Kiedy jednak przyjrzymy się tym relacjom bliżej, sprawy zaczynają się komplikować. Okazuje się na przykład, że sąd w Erywaniu zwalnia z aresztu byłego prezydenta Koczariana, na którym ciążą bardzo poważne zarzuty. Zadowala się przy tym poręczeniem majątkowym w skromnej, nawet jak na tamte warunki, wysokości 2 tys. dolarów. Dla sądu liczyło się jednak, że kwotę tę wpłacili obecny i były prezydenci separatystycznego Karabachu, którzy osobiście pofatygowali się do stolicy Armenii. Sprawa ta rozwścieczyła lidera kraju, Paszyniana (po zmianach konstytucyjnych to premier jest centralną postacią armeńskiego systemu politycznego).

- Układanki w polityce międzynarodowej rzadko kiedy są zupełnie jednoznaczne.

To prawda. Postpolityka, którą obserwujemy obecnie, bardzo różni się od klasycznej, XIX-wiecznej polityki. Przykładem jest Rosja i Turcja. Dawniej dwa państwa mogły być ze sobą w konflikcie albo utrzymywać dobre relacje. Teraz mogą na jednym poziomie ze sobą walczyć, na drugim – handlować, a na trzecim – układać się między sobą przeciwko innemu państwu. Oczywiście, nie dotyczy to relacji pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem, bo takich relacji, poza spotkaniami liderów w ramach procesu pokojowego, nie ma. Chociaż w czasie wojny karabaskiej, azerbejdżańska ropa płynęła do Armenii poprzez terytorium Gruzji – teraz podobnej sytuacji sobie nie wyobrażam. Kiedy jednak mówimy o takich krajach, jak Turcja i Rosja, obraz jest dużo bardziej skomplikowany.

(...)

- A co z nastrojami w samej Armenii i Azerbejdżanie? Walki miały miejsce już w lipcu tego roku, a na ulicach Baku organizowano wtedy prowojenne manifestacje.

Karabach stał się, zwłaszcza w Azerbejdżanie, ale także w Armenii, zwornikiem ideologii narodowej. W jednym i drugim kraju jest to ważny czynnik państwo- i narodowotwórczy. W przypadku Azerbejdżanu dochodzi jeszcze kult armii i przekonanie, że „wydajemy na armię tyle, ile wynosi cały budżet Armenii”. Ludzie w Azerbejdżanie zaczęli zadawać więc sobie pytanie, dlaczego nie możemy po prostu odebrać Karabachu, skoro jesteśmy tacy silni, a proces pokojowy nie przyniósł żadnych rezultatów. Władze w Baku czują na sobie tę presję. Są one – podobnie zresztą jak władze w Erywaniu – zakładnikami konfliktu.

- Czyli w Azerbejdżanie walki pod koniec września wielu powitało z ulgą?

Kiedy 27 września rozpoczęła się ofensywa i przyszły informacje o pierwszych sukcesach, nastąpiło oczywiście uniesienie, patriotyczny entuzjazm, tak jak to miało miejsce w maju 2016 r. podczas tzw. wojny czterodniowej, gdy to po raz pierwszy od 1994 r. dokonano korekty linii kontaktowej, przesuwając nieco azerbejdżańskie posterunki w głąb terenów zajmowanych przez Ormian. Jednak kiedy w kolejnych dniach okazało się, że nie będzie to blitzkrieg, zaczął dominować niepokój. Tym bardziej że spowolnił internet, a młodzi ludzie zaczęli dostawać wezwania do komisji poborowych. Po kolejnych sukcesach, w niedzielę 4 października, po sieciach społecznościowych znów zaczęły jednak krążyć patriotyczne memy i filmiki. Na ile, oczywiście, kiepsko działający internet pozwalał.

- To celowe spowolnienie internetu?

Tak, celowe. Ma to związek z blokadą informacyjną i wojną propagandową. Rozmawiałem z ludźmi z Kaukazu, którzy mieszkają w Polsce i opowiadali, że informacji dociera teraz bardzo mało i bardzo trudno je zweryfikować.

Z kolei w Armenii panuje ogólna mobilizacja pod hasłem, że „to na nas napadli”, dlatego społeczeństwo się wspiera, konsoliduje, działa na rzecz armii. To patriotyczne wzmożenie obejmuje też Ormian z diaspory. Sam słyszałem o przypadku Ormianina z Polski, znajomego znajomych, który na wieść o eskalacji spakował się i pojechał walczyć.

tygodnik.tvp.pl


Istotą wojny o Górski Karabach jest zderzenie prawa do samostanowienia ludności Górskiego Karabachu z azerbejdżańskim nacjonalizmem i związaną z nim panturecką ideologią, która jest jednak też kluczem do opanowania przez Turcję szlaków handlowych na Południowym Kaukazie, w basenie Morza Kaspijskiego i w Azji Środkowej. Na taką motywację strony azersko-tureckiej wskazują wyraźnie wypowiedzi przywódców obu tych państw, jak również fakt tak silnego zaangażowania się Turcji w ten konflikt. Panturkizm nie jest przy tym marginalną ideologią, lecz bardzo ważnym czynnikiem wpływającym od zarania Republiki Tureckiej na jej politykę zagraniczną. Po I wojnie światowej panturkizm determinował współpracę azerbejdżańskiej partii Musawat z tureckim Komitetem Jedności i Postępu (odpowiedzialnym za ludobójstwo Ormian w 1915 r.), których wspólnym celem była likwidacja armeńskiej państwowości i połączenie Azerbejdżanu z Turcją (lub przynajmniej uzyskanie wspólnej granicy).

Gdy to drugie okazało się niemożliwe Turcja postanowiła dogadać się z Sowietami by kontrolowany przez nich Azerbejdżan graniczył z Turcją i obejmował ziemie południowej Armenii (Nachiczewań, Zangezor, Górski Karabach). Powiodło się to tylko połowicznie, lecz dążenie Turcji do uzyskania połączenia z Morzem Kaspijskim i znajdującymi się po drugiej stronie tego akwenu tureckojęzycznymi republikami jest stałym elementem panturkizmu, a w ramach ekspansjonistycznej polityki Erdogana te tendencje się nasiliły.

Elementem pantureckiego ekspansjonizmu Turcji nie jest tylko wsparcie dla Azerbejdżanu i jego roszczeń wobec Górskiego Karabachu. Obejmuje on również współpracę w ramach Rady Turkijskiej powstałej w 2009 r., w skład której oprócz Turcji i Azerbejdżanu wchodzi też Kazachstan, Kirgizja i Uzbekistan. Warto przy tym wspomnieć, że mimo, iż dwóch członków tej organizacji tj. Kazachstan i Kirgizja są jednocześnie członkami Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, to 28 września wydała ona oświadczenie wspierające Azerbejdżan w tej najnowszej, zainicjowanej przez Baku, odsłonie karabachskiego konfliktu.

Nie ulega przy tym wątpliwości, że obecna eskalacja rozpoczęta została przez Azerbejdżan i w dodatku nie była ona spontaniczna, zainicjowana incydentem, lecz planowana przez wiele tygodni. To powoduje, że nacisk na deeskalację powinien być kierowany do Turcji i Azerbejdżanu.  Warto też dodać, że rozpoczęcie wojny ma odwrócić uwagę społeczeństw Turcji i Azerbejdżanu od problemów wewnętrznych i niepowodzeń w polityce zagranicznej. W przypadku Turcji jest to pogarszająca się sytuacja ekonomiczna, spadek wartości waluty, a także zrobienie kroku w tył w sporze toczącym się we wschodniej części Morza Śródziemnego i w północnej Afryce. By nie musieć się z tego tłumaczyć przed swoim elektoratem Erdogan postanowił skierować uwagę tureckiej opinii publicznej w kierunku jednego z dyżurnych wrogów tj. Ormian.

defence24.pl

czwartek, 24 września 2020


Partia Republikańska, która obecnie dominuje w Senacie i tworzy administrację prezydenta Donalda Trumpa, przez lata stanowiła /typ/ tradycyjnego zwolennika zacieśniania relacji z Państwem Środka. Takie podejście, jakkolwiek zawsze obwarowane pewnymi warunkami, motywowane było w dużym stopniu republikańskim pryncypialnym podejściem do wolnego handlu, połączonym z powszechną tak w Ameryce, jak i ogólnie na Zachodzie wiarą, że liberalizacja ekonomiczna Chin, a co za nią idzie wzbogacenie się chińskiego społeczeństwa pociągną za sobą liberalizację polityczną. Dalsze zbliżenie z Chinami, pomimo upadku wspólnego rywala w postaci Związku Radzieckiego, było więc podyktowane chęcią stworzenia klimatu sprzyjającego demokratyzacji systemu, wciąż działającego w oparciu o model stanowiący mieszankę marksizmu-leninizmu, maoizmu i dengizmu. Wyraz opisywanego sprzyjania stanowiła w latach 90. polityka Georga H.W. Busha, który obejmując urząd na kilka miesięcy przed siłowym stłumieniem protestów na placu Tian’anmen w czerwcu 1989 roku, jako prezydent uprawiał politykę łagodzenia podejścia do władz w Pekinie – mimo odmiennych oczekiwań dominujących w ówczesnym krajobrazie politycznym. W warstwie werbalnej opisywany stosunek odzwierciedlała np. przemowa z 2000 roku w Kongresie, pełniącego do dziś funkcję senatora, republikanina Chucka Grassley’a, w której gorąco przekonywał o potrzebie przyjęcia Chin do Światowej Organizacji Handlu, jako że „historia pokazuje, iż gdy państwa handlują ze sobą na niedyskryminacyjnych warunkach, każdy wygrywa”.

(...)

O ile co do istoty podejście polityków demokratycznych wobec Państwa Środka w latach 90 i później było podobne, akcentowali oni w większym stopniu od republikanów kwestie ideowe. Bill Clinton, konkurent polityczny Busha seniora w wyborach prezydenckich, krytykował jego kurs wobec ChRL, oczekując silniejszej odpowiedzi na działania “rzeźników Pekinu” (mimo tego iż sam kontynuował wspieranie rozwoju relacji gospodarczych w następnych latach). Świadomość poparcia społecznego dla takiej retoryki, zachęciła demokratów do uczynienia z ochrony praw człowieka w Chinach osi krytyki Georga H.W. Busha wobec wg. nich niewystarczająco zdecydowanego podejścia w tej sprawie, co pozwoliłoby im uzyskać przewagę polityczną. Wielu demokratów podnosiło również argument, że wraz z upadkiem ZSRR znikła potrzeba grania “chińską kartą”, uznając że specjalne stosunki z tym krajem nie mają już racji bytu. Zasadniczo jednak zachodziła zgoda co do istniejącego wówczas kursu, o czym świadczy brak podejmowanych tak zdecydowanych w porównaniu z ostatnimi latami, działań zmierzających ku jego zmianie.

W drugiej dekadzie XXI wieku, gdy pojawiały się kolejne problemy w relacjach obu krajów, rósł rozdźwięk pomiędzy coraz bardziej krytycznymi wobec azjatyckiego konkurenta republikanami, a polityką Baracka Obamy, który pomimo prób balansowania rosnącego potencjału Chin, co do istoty kontynuował, a nawet wzmacniał konsensualny kurs, którym podążali jego poprzednicy. Krytykowana jako nieskuteczna, próba stabilnego dostosowywania relacji do zmieniających się uwarunkowań, została zastąpiona przez Donalda Trumpa dużo ostrzejszym, konfrontacyjnym podejściem. Ta rewolucyjna zmiana stała się następnie osią sporu obu środowisk, gdyż demokraci usiłowali zdyskredytować politykę nowego prezydenta, opartą na unilateralizmie i polityczno-ekonomicznym szantażu (stosowanym również wobec własnych sojuszników), uznając ją za sprzeczną z amerykańskimi interesami i osłabiającą pozycję państwa na arenie międzynarodowej.

Obecnie w ramach partii demokratycznej ponownie zacierają się różnice z republikanami w tej materii. Pomimo zaostrzenia się konfliktu politycznego w USA i wzrostu polaryzacji społecznej, kwestia postrzegania Chin jako zagrożenia wydaje się stopniowo urastać do miana kompromisowej. 

instytutboyma.org

W swoim dokumencie Samsung przedstawia trendy, które będą miały kluczowy wpływ na formę sieci szóstej generacji. Pierwszym z nich jest rosnąca rola przedmiotów i maszyn jako użytkowników sieci internetowej. Możemy w nim przeczytać, że wraz z rozwojem urządzeń wykorzystujących rzeczywistość wirtualną (VR, AR), a także z rosnącą liczbą połączonych z siecią samochodów, robotów, dronów czy też urządzeń domowych, to właśnie one, a nie ludzie, staną się jej najliczniejszymi użytkownikami. Dla zobrazowania tej tezy, przywołano w tym miejscu prognozę amerykańskiej firmy technologicznej CISCO, według której w 2030 roku w ramach IoT (Internet of Things) do sieci podłączonych będzie aż 500 mld urządzeń elektronicznych. Wśród kolejnych trendów wymieniono rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, coraz łatwiejszą komunikację mobilną oraz jej wzrastający wpływ na osiąganie istotnych celów społecznych, jak np. redukcję emisji gazów cieplarnianych czy równy dostęp do edukacji dzięki postępującej digitalizacji i dostępowi do szybkiego Internetu.

W jaki sposób kolejna generacja sieci mobilnej zmieni nasze życie? Koncepcja Samsunga przedstawia trzy najważniejsze efekty wprowadzenia 6G, a są to szerokie zastosowanie prawdziwie immersyjnej rzeczywistości rozszerzonej (VR, AR, MR), mobilnych hologramów o wysokiej wierności obrazu oraz replik cyfrowych. Dzięki szybkości internetu sięgającej 1 TB/s (1000 GB/s), elektroniczne urządzenia obsługujące wyżej wymienione technologie będą mogły skuteczniej wykorzystywać infrastrukturę chmurową, a to znacząco podniesie ich moc obliczeniową. W ten sposób nawet małe przedmioty, takie jak okulary czy smartfony będą mogły tworzyć hologramy i inne wizualizacje, które będą niezwykle wiernie oddawać rzeczywistość. Z kolei w przypadku repliki cyfrowej mowa jest o wizualizacjach, które nie tylko w niezwykle wysokim stopniu oddawać będą elementy i przestrzeń realną, ale będą też pozwalać na na interakcje pomiędzy nimi (światem wirtualnym i realnym). Oznacza to, że w przypadku interakcji człowieka z wirtualną repliką, urządzenia bądź roboty mogłyby dokonywać zmian w rzeczywistości, np. lekarz będzie mógł wykonywać operację na zdigitalizowanej replice, natomiast jego działania będą bezpośrednio oddziaływać na ciało prawdziwego pacjenta.

instytutboyma.org

Polityka ChRL wobec republik Azji Centralnej od wielu lat ukierunkowana jest na budowanie pozytywnych relacji, rozszerzanie współpracy w wielu obszarach i dbałość władz Państwa Środka o unikanie poczucia chińskiej dominacji wśród mieszkańców regionu. Tym bardziej zaskakujące było stwierdzenie, że tadżycka część Pamiru jest historycznym terytorium Chin i powinna do Chin wrócić, która znalazła się w artykule chińskiego historyka narodowego. Choć oficjalnie kierownictwo Komunistycznej Partii Chin i przywódcy Państwa Środka nie wypowiedzieli się w tym temacie, to treść ta wywołała zrozumiałe poruszenie wśród władz Tadżykistanu. Trzeba tu nadmienić, że rzeczywista władza Duszanbe nad tym górzystym regionem jest dość iluzoryczna, więc jakiekolwiek dodatkowe jej kwestionowanie jest wchodzeniem ze świecą do składu prochu.

Publikacja artykułu, również w tłumaczeniu na język tadżycki, spowodowała wezwanie chińskiego ambasadora w Duszanbe, Liu Bina, do siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tadżycki wiceminister przekazał przedstawicielowi ChRL oficjalna skargę Tadżykistanu i zaznaczył, że Chiny powinny dołożyć większej staranności w cenzurowaniu treści o charakterze historycznym, aby były one tak dostosowane (biased), by nie budzić kontrowersji.

Sytuacja ta jest zarówno niepokojąca, jak i kuriozalna. Trudno posądzać władze chińskie o ukrytą intencję przypomnienia władzom tadżyckim, że sprawa przebiegającej przez Pamir granicy jest wciąż nieuregulowana, bowiem w 2011 r. tadżycki parlament ratyfikował porozumienie z 1999 r. o przekazaniu Pekinowi 1000 km2 spornego obszaru. Ten ruch w zasadzie powinien oznaczać ostateczne wyczerpanie tematu granic, jednak zwrócony obszar stanowił zaledwie 5.5% chińskich żądań. Niemniej strona chińska uznała, że decyzja Duszanbe całkowicie zaspokaja ich roszczenia. W tym świetle, niefortunną dla relacji dwustronnych uwagę chińskiego historyka, wypadałoby uznać za akademickie rozważania, gdyby nie to, że działalność Pekinu w kwestii terytoriów spornych jest coraz bardziej asertywna, czego przykładem jest choćby napięta sytuacja na Morzach Wschodnio- i Południowochińskim.

/W Chinach nie ma czegoś takiego jak "przypadkowa publikacja naukowa", jeśli coś opublikowano, to znaczy że tak miało być - red./

(...)

Nie po raz pierwszy bowiem strona chińska pokazuje, że przestała się liczyć z dużo słabszymi sąsiadami. Przykładem jest choćby projekt wykorzystania rzek Ili i Irtyszu dla rozwoju ekonomicznego Ujgurskiego Okręgu Autonomicznego, którego nie tylko nie konsultowano z Kazachstanem, ale nawet o nich nie poinformowano władz w Nur-Sułtan. Ta sytuacja wzbudziła zrozumiały niepokój o skutki realizacji tych zamierzeń dla kazachskiego środowiska naturalnego, jak również dla gospodarki wodnej, bowiem wody Ili stanowią 30% zaopatrzenia Jeziora Bałchasz, będącego jednym z najważniejszych zbiorników wody pitnej w republice. Innym przykładem nieliczenia się z sąsiadami jest wykorzystywanie lodowców do produkcji wody butelkowanej i ich topienia w celu nawadniania obszarów deficytowych w wodę, co w krótkim czasie może mieć negatywne konsekwencje dla gospodarki wodnej Tadżykistanu, którego 6% terytorium pokrywają lodowce, a ich okresowe topnienie zapewnia stały poziom wód w rzekach Amu-darii (Tadżykistan) i Syr-darii (Kirgistan, Kazachstan).

instytutboyma.org

środa, 23 września 2020


"Badania pokazały, że koncerny używają dobrowolnych inicjatyw, np. zobowiązania do recyklingu czy oczyszczania oceanów, jako taktyk mających odwrócić uwagę konsumentów i rządów od problemu, podczas gdy za kulisami energicznie lobbują za opóźnieniem i rozmyciem ambitnych przepisów" ograniczających zanieczyszczenie - czytamy w prezentacji raportu.

Przygotowany przez organizację pozarządową z siedzibą w Holandii i opublikowany w zeszłym tygodniu dokument bada firmy w 15 krajach świata. Krytykuje m.in. dobrowolne inicjatywy konkretnych firm i stowarzyszeń branżowych zmierzające do ograniczenia stosowania plastikowych opakowań, ich przetwarzania czy wprowadzanie alternatywnych materiałów. Zdaniem autorów publikacji te zobowiązania są w większości nieadekwatne do skali zagrożenia, nieprzejrzyste, a często kończą się na samych zapowiedziach i nie są realizowane.

I tak np. wielkie koncerny naftowe i chemiczne przeznaczyły na rzecz "Sojuszu na rzecz wyeliminowania odpadów plastikowych" 1,5 mld dolarów. Badanie przypomina jednak, że w latach 2010-2017 firmy te wydały na nowe instalacje petrochemiczne 186 mld dolarów i nadal inwestują znaczne sumy w rozbudowywanie możliwości produkcji plastiku.

Według raportu liczne inicjatywy tego typu pomagają koncernom w budowie wizerunku firm odpowiedzialnych za środowisko, ale nie zmniejszają fali zanieczyszczającego świat plastiku.

Autorzy dokumentu zaznaczyli, że z drugiej strony mało znane, nienagłaśniające swoich działań organizacje lobbingowe przeprowadzają akcje mające opóźnić i osłabić wprowadzenie w życie już uchwalonych praw związanych z ochroną środowiska oraz zapobiec powstawaniu nowych.

(...)

Badanie zwraca uwagę, że takim działaniom towarzyszą kampanie mające odwrócić uwagę od producentów tworzyw sztucznych, którzy zdaniem autorów opracowania ponoszą największą odpowiedzialność za kryzys związany z zanieczyszczeniem plastikiem. Poprzez fałszywe organizacje ekologiczne prowadzone są akcje mające przerzucić odpowiedzialność na konsumentów - czytamy w raporcie.

Najwięcej plastikowych opakowań na świecie w 2020 r. zużyje Coca-Cola - 2,9 mln ton, na potrzeby Pepsico wyprodukuje się ich 2,3 mln ton, a Nestle - 1,7 mln ton - wylicza analiza. Pośród koncernów najbardziej przyczyniających się do produkcji plastiku znajdują się jeszcze: Danone, Procter&Gamble, Unilever, Colgate-Palmolive i Mars.

forsal.pl

Swoją przygodę z energią jądrową konglomerat państw socjalistycznych rozpoczyna od elektrowni w Obnińsku – tzw. „mieście nauki” zlokalizowanym ok. 100 km od Moskwy. To tam 26 czerwca 1954 r. włączony został do systemu pierwszy (feralny technologicznie jak się finalnie okazało) lekkowodny, wrzący reaktor RBMK. I choć kolejny blok powstał dopiero 10 lat po pierwszym, to od połowy lat 60. było już z górki. W latach 1967-1986 na terenie ZSRR powstało 25 nowych reaktorów. Tak rozkręcała się ta machina, a naukowcy z Instytutu Kurczatowa – którego imię pochodziło od twórcy reaktora RBMK, czołowego sowieckiego fizyka jądrowego, Igora Kurczatowa – już pracowali nad kolejnymi nowinkami technologicznymi.

Peany na cześć radzieckiej myśli technicznej regularnie wypisywała w swoich biuletynach IAEA. W artykule opublikowanym w 1982 r. mogliśmy np. przeczytać, że „zarówno osiągnięte wyniki, jak i plany dla dalszego rozwoju energetyki jądrowej w ZSRR (…) są imponujące”. Na początku lat 80. sowieci rysowali ambitne zamiary rozwoju w tej dziedzinie. Do końca dekady łączna zainstalowana moc we wszystkich republikach miała sięgać 100 GW – ponad 60 GW więcej niż 10 lat wcześniej. W 1985 r. atom odpowiadał za 10% rosyjskiego zapotrzebowania. I przypuszczalnie dążenia te udałoby się zrealizować, gdyby nie pewien słynny wypadek… 

(...)

Po katastrofie, rosyjska energetyka atomowa zdecydowanie wyhamowała. Od tej chwili system, który opierał się w przeważającej mierze na tym zasilaniu wygasił cztery reaktory, a z dwudziestu planowanych zrezygnowano. Przez kolejną dekadę przyłączył tylko jeden blok, w elektrowni smoleńskiej. Przyczyną takie obrotu spraw był zdecydowany sprzeciw społeczny, którym na przełomie lat 80. i 90. politycy rosyjscy zaczęli się przejmować. Dodatkowym utrudnieniem dla przemysłu atomowego stała się pierestrojka. W rezultacie przemian ustrojowych obcięto wszelkie fundusze na badania naukowe nad energią jądrową oraz programy rozwoju tej dziedziny. Przyszłość atomu, w osłabionej rozpadem Związku Radzieckiego Rosji, nie rysowała się w kolorowych barwach. Do czasu aż władzę w kraju objął Władimir Putin.

W okresie istnienia ZSRR organem odpowiedzialnym za politykę w zakresie energetyki jądrowej było Ministerstwo Budowy Średnich Maszyn. Po upadku bloku socjalistycznego przechodziło różne zmiany instytucjonalne, a finalnie od listopada 2007 r. instytucja została przekształcona w rosyjski koncern państwowy Rosatom. Władimir Putin jako ówczesny prezydent Rosji, chcąc realizować własną wizję polityki energetycznej podporządkował sobie tego kolosa (360 spółek zależnych) i nadal ma zasadniczy wpływ na kierunki działania tej organizacji. Służąc mu jako narzędzie do budowy pozycji Rosji na arenie międzynarodowej napompował Rosatom do niespotykanych wcześniej rozmiarów wyposażając spółkę w różne instrumenty i zaufanych ludzi, takich jak wieloletni prezes koncernu i były premier Rosji, Siergiej Kirijenko.

(...)

Coraz częściej pojawiające się sygnały o możliwości porzucenia realizacji sztandarowego projektu Gazpromu Nord Stream 2, spadające ceny coraz bardziej dostępnego w świecie gazu czy spadki na rynku ropy naftowej uderzające bezpośrednio w budżet państwa powodują, że Rosjanie muszą na poważnie rozważyć poszukiwanie dodatkowych źródeł dochodów w innych segmentach przemysłu energetycznego.

Rozwiązaniem może być przemysł atomowy. W ostatnich latach Rosatom wyeksportował za granicę ponad 30 elektrowni zlokalizowanych w 12 różnych krajach. Rosja wykorzystuje je jako sposób zacieśniania więzi z innymi rynkami wschodzącymi bez tradycji w dziedzinie pokojowego atomu oraz z krajami BRICS. Reaktory, które zostały zaprojektowane i zbudowane przez inżynierów spółki powstały w Indiach, Iranie i Chinach. Obecnie poza Azją Rosatom podpisał umowy na budowę reaktorów na Białorusi, na Węgrzech – po dwa w każdym kraju, w Egipcie, Turcji – po cztery i jeden Finlandii. W Chinach spółka weźmie udział w budowie czterech reaktorów, ale niewielka kwota kontraktu wskazuje, że rosyjska korporacja państwowa odgrywa tam jedynie skromną rolę.

energetyka24.com

wtorek, 22 września 2020


– W Chinach udział dochodów gospodarstw domowych w PKB, a w efekcie także udział konsumpcji, jest najniższy w historii. Chińczycy po prostu nie mogą skonsumować tyle, co wyprodukowali, dlatego muszą wyeksportować nadwyżkę oszczędności [nad inwestycjami - red.] – zauważa Pettis.

A to odbija się na dochodach zwykłych Amerykanów. – Dochód amerykańskiej klasy robotniczej, drobnych przedsiębiorców, a także gospodarstw domowych klasy średniej pozostał na podobnym poziomie, pomimo że USA w ciągu 40 lat odnotowały gwałtowny wzrost. Bardzo dobrze poradził sobie jednak system finansowy oraz właściciele majątku ruchomego i biznesowe elity, podobnie jak zresztą w przypadku systemu finansowego i elit biznesowych w Chinach – zaznacza.

Jak rozwiązać problem globalnych nierówności? Zdaniem współautora książki "Trade Wars are Class Wars" najlepiej byłoby stworzyć nowy system handlu międzynarodowego i przepływów kapitałowych. – Myślę jednak, że to będzie bardzo trudne (...). Drugą najlepszą opcją, przy czym podkreślam, że nie jest to dobra opcja, byłoby jednostronne wystąpienie USA z obecnego systemu i ograniczenie napływu nadwyżek finansowych do Stanów Zjednoczonych – przekonuje.

A co mogą zrobić sami Chińczycy, by zrównoważyć własną gospodarkę? – Jeśli chcemy, aby krajowa konsumpcja była źródłem wzrostu, musimy zwiększyć udział gospodarstw domowych zwykłych Chińczyków w PKB. Jak to osiągnąć gospodarczo? Można wyeliminować ograniczenia dotyczące osiedlania się, podnieść wynagrodzenia, wzmocnić system zabezpieczeń społecznych, zmniejszyć degradację środowiska, wprowadzić darmowy transport publiczny. Problem jest jednak taki, że ten dochód musi być przeniesiony od kogoś innego, a tym kimś innym będzie albo biznes, albo rząd – wyjaśnia Pettis.

/Można, i są to pobożne życzenia Zachodu - Partia nie ma zamiaru oddawać władzy i kontroli, eksport zostanie kołem zamachowym gospodarki, nie konsumpcja wewnętrzna - red./

bankier.pl

Sebastian Horn z Uniwersytetu w Monachium, Carmen Reinhart z Uniwersytetu Harvarda i Christoph Trebesch z Instytutu Gospodarki Światowej w Kilonii zebrali dane dotyczące chińskich pożyczek obejmujące 152 krajów. Rząd Chin ma wierzytelności dłużne wobec reszty świata o wartości ponad 5 bilionów dolarów (6 proc. światowego PKB), a na początku XXI wieku miał mniej niż 500 mld (1 proc. światowego PKB). Jeśli dodamy do tego zagraniczne inwestycje kapitałowe oraz bezpośrednie, to całkowite roszczenia finansowe Chin za granicą wyniosły w 2017 roku ponad 8 proc. światowego PKB.

Taki wzrost chińskich, oficjalnych pożyczek, a także inwestycji, jest niemal bezprecedensowy w historii i porównywalny jedynie ze wzrostem akcji kredytowej w USA w następstwie I oraz II wojny światowej.

Większość wierzytelności została nabyta przez Ludowy Bank Chin, czyli bank centralny, na międzynarodowych rynkach obligacji. Ponadto rząd udzielał coraz większych, bezpośrednich pożyczek, zwłaszcza krajom rozwijającym się i wschodzącym. W przypadku krajów o wysokim i średnim poziomie rozwoju najczęstszą formą kredytowania są inwestycje portfelowe, zwykle poprzez zakup obligacji skarbowych przez Ludowy Bank Chin. W rezultacie wiele krajów rozwiniętych jest bardzo zadłużonych wobec chińskiego rządu.

(...)

Znacząco wzrosły również inne rodzaje finansowania napędzanego przez państwo: oficjalnie gwarantowane kredyty handlowe, przepływy kapitału i BIZ do krajów rozwiniętych. Chiny zbudowały globalną sieć stałych linii kredytowych w Ludowym Banku Chin, których suma przekracza 500 mld dolarów. Na chińskie państwo przypada jedna czwarta wszystkich kredytów bankowych udzielanych rynkom wschodzącym. W przypadku 50 największych odbiorców chińskich pożyczek – głównie mniejszych lub biedniejszych krajów – zadłużenie w Chinach wzrosło z około 1 proc. PKB w 2005 r. do ponad 15 proc. w 2016 r. Pożyczki są prawie w całości sterowane przez instytucje państwowe – rząd, bank centralny i państwowe banki komercyjne.

W przypadku krajów biedniejszych dług wobec Chin stanowi obecnie średnio blisko 40 proc. całkowitego, oficjalnie zgłaszanego zadłużenia zewnętrznego. Chińskie pożyczki państwowe zwykle wiążą się ze stosunkowo wysokimi stopami procentowymi i krótkimi terminami zapadalności, w przeciwieństwie do pożyczek udzielanych przez MFW i Bank Światowy, które na ogół mają preferencyjne warunki.

Dynamika chińskich pożyczek dla krajów o niskich dochodach przypomina sytuację z lat 70. XX wieku, kiedy kraje bogate w surowce otrzymały duże kwoty konsorcjalnych kredytów bankowych. Banki miały nadzieję na odzyskanie pożyczonych pieniędzy, bo ceny surowców rosły. W końcu lat 70. zaczęły jednak spadać i państwa bankrutowały, co doprowadziło do „straconej dekady” w Ameryce Łacińskiej oraz innych regionach. Od 2011 roku dłużnicy coraz częściej zwracają się do Chin o restrukturyzację długu, co oznacza narastanie problemów dla dłużników i dla wierzyciela.

Badacze stwierdzili, że 50 proc. pożyczek udzielanych przez Chiny krajom rozwijającym się nie jest zgłaszane ani do MFW, ani do Banku Światowego. Moody’s i Standard and Poor’s, podobnie jak inne agencje ratingowe, monitorują pożyczki od prywatnych wierzycieli (banków, obligatariuszy lub innych). Pożyczki udzielane przez jedno państwo drugiemu nie są stałym elementem ich działalności.

Klub Paryski śledzi pożyczki państwowe od oficjalnych wierzycieli dwustronnych (tj. innych państw), więc teoretycznie powinien obejmować większość chińskich pożyczek zagranicznych. Jednak Chiny nie są członkiem Klubu Paryskiego i nie podlegają standardowym wymogom ujawniania informacji. Ponadto nie są członkiem Grupy ds. Kredytów Eksportowych OECD, która dostarcza dane dotyczące długo- i krótkoterminowych przepływów kredytów handlowych. W związku z tym dokumentacja dotycząca międzynarodowych pożyczek Chin jest niejawna lub niepełna. Ludowy Bank nie publikuje informacji o zakupach aktywów ani o strukturze swojego portfela.

Chiny zaczęły składać raporty do Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS) w 2015 r., ale rząd nie zgodził się na publiczne ujawnienie dwustronnych umów pożyczkowych. Dostępne są tylko dane zagregowane. Wielkość „ukrytych” pożyczek wyniosła w 2016 roku ponad 200 mld dolarów. Problem jest szczególnie dotkliwy w dwudziestu krajach rozwijających się. Nie sposób ocenić, jakie mają rzeczywiste koszty obsługi długu.

(...)

Chiny nie przedstawiają szczegółowych informacji na temat bezpośredniej działalności pożyczkowej w ramach inicjatywy „Pasa i drogi”. Znane są tylko wyrywkowe informacje, np. komercyjny Bank of China informował, że od 2015 r. udzielił kredytów w wysokości 100 mld dolarów krajom, w których realizowane są inwestycje związane z nowym Jedwabnych Szlakiem. Według MFW udzielane przez Chiny pożyczki na te inwestycje są często bardzo ryzykowne i prowadzą do nadmiernego zadłużenia krajów zaangażowanych w inicjatywę.

Przykładem jest Dżibuti, gdzie Chiny mają jedyną zagraniczną bazę wojskową. Udzieliły pożyczek w wysokości prawie 1,4 mld dolarów, co odpowiada 75 proc. PKB tego kraju. Niektóre były oprocentowane poniżej stopy rynkowej, ale kredyt na zbudowanie linii kolejowej Addis Abeba-Dżibuti był udzielony na warunkach komercyjnych. Dług publiczny wzrósł z 50 do 85 proc. PKB i jest najwyższy ze wszystkich krajów o niskich dochodach. Kredyty są udzielane głównie przez China Exim Bank i gwarantowane przez rząd chiński.

Na Malediwach Chiny są zaangażowane w trzy projekty: modernizację międzynarodowego portu lotniczego, która kosztuje około 830 mln dolarów; budowę dzielnicy mieszkaniowej i mostu w pobliżu lotniska, które kosztują około 400 mln dolarów; oraz przeniesienie głównego portu (brak szacunków kosztów). PKB Malediwów to niecałe 6 mld dolarów.

Laosowi China Exim Bank udzielił pożyczki w wysokości 465 mln dolarów na budowę i eksploatację linii kolejowej. Rząd Laosu podpisał również umowę pożyczki 600 mln dolarów na projekt hydroenergetyczny. W Czarnogórze, której dług publiczny przekracza 70 proc. PKB, ten sam bank finansuje 85 proc. kosztów autostrady łączącej nadmorskie miasto Bar z Serbią. Szacowany koszt inwestycji to 1,1 mld dolarów.

W 2017 r. bank podpisał umowę z rządem Mongolii na sfinansowanie budowy elektrowni wodnej i autostrady z lotniska do stolicy. Łączny koszt ok. 1 mld dolarów. Projekt hydroenergetyczny utknął w martwym punkcie i pożyczka jest przeznaczana na inne cele.

W Tadżykistanie Chiny finansują budowę gazociągu, a w Kirgistanie linię kolejową i autostrady. China Exim Bank jest największym, pojedynczym wierzycielem, którego zaangażowanie w Kirgistanie wynosi 1,5 mld dolarów, czyli około 40 proc. całkowitego zadłużenia zagranicznego tego kraju.

W Pakistanie realizowany jest sztandarowy projekt inicjatywy „Pasa i Drogi” – Chińsko-Pakistański Gospodarczy Korytarz (CPEC). Łączną wartość projektów CPEC szacuje się na ponad 60 mld dolarów. Co najmniej 33 mld będzie zainwestowane w projekty energetyczne. Chiny sfinansują około 80 proc. kosztów.

obserwatorfinansowy.pl