wtorek, 1 września 2020


Gdy wróciła na statek Apollo, zszokowały ją piekielne zmiany, które na nim zaszły. W styczniu 1974 roku Hubbard wydał rozporządzenie Flag Order 3434RB, w którym ustanowił specjalny program o nazwie „Siły Projektu Rehabilitacyjnego” (Rehabilitation Project Force, w skrócie RPF). Jego celem miała być rehabilitacja tych spośród członków Sea Org, którzy mieli słabe statystyki lub których podejrzewano o nieprzychylne myśli na temat Hubbarda lub jego technik. Ponieważ program ten dawał drugą szansę osobom, które w przeciwnym razie zostałyby zwolnione, Hubbard uważał, że stanowi on element jego oświeconych metod zarządzania ludźmi, którego jedynym celem jest „odkupienie win”. Gdy więc Hana Eltringham znalazła się na pokładzie, zastała kilkudziesięciu członków załogi zakwaterowanych w znajdującej się pod pokładem starej ładowni dla bydła oświetlonej pojedynczą żarówką. Jej mieszkańcy spali na poplamionych materacach na podłodze i ubierali się w czarne robocze kombinezony. Nie wolno im było rozmawiać z nikim spoza ich grupy. Jedli rękami z wiadra pełnego resztek ze stołu, wpychając sobie jedzenie do ust, jakby umierali z głodu.

Pomimo ciągłej niepewności i ostrych kar wielu spośród członków Sea Org wspomina okres spędzony na pokładzie statku Apollo jako czas niezrównanej przygody, przepełniony poczuciem misji oraz naznaczony szczególnym braterstwem, którego mogli już nigdy więcej nie doświadczyć. Choć Hubbard bywał dość przerażający i mało racjonalny, a do tego jeszcze komicznie napuszony, wciąż podążały za nim rzesze wiernych wielbicieli. Osoby znające go nieco bliżej widziały w nim wielkodusznego i troskliwego przywódcę, który dzięki potężnej osobowości potrafił utrzymać w ryzach nie tylko statek, ale i całą stworzoną przez siebie flotę, organizację i religię. Karen de la Carriere, pochodząca z Wielkiej Brytanii młoda audytorka, wspominała, że widziała kiedyś, jak Hubbard nawrzeszczał w swoim gabinecie na jednego członków załogi. Gdy skulonemu ze strachu nieszczęśnikowi w końcu pozwolił odejść, obrócił się na krześle i z rozbawieniem puścił oko do Karen. „Zrozumiałam wtedy, że on całkowicie nad sobą panuje – opowiadała. – To wszystko było wyreżyserowane, tak aby osiągnąć pożądany efekt”.

Lawrence Wright - Droga do wyzwolenia

Człowiek, którego Sidney Gottlieb zatrudnił do kierowania tą operacją, George Hunter White, wyróżniał się nawet na tle olśniewającego zespołu MK-ULTRA: nawiedzonych chemików, bezdusznych asów wywiadu, ponurych oprawców, hipnotyzerów, speców od elektrowstrząsów oraz nazistowskich lekarzy. White był ambitnym agentem Federalnego Biura ds. Narkotyków (Federal Bureau of Narcotics, FBN) i wiódł wystawne życie w mrocznym świecie zbrodni. Kiedy Gottlieb zaproponował mu pracę polegającą na prowadzeniu "bezpiecznego domu" CIA, w którym miałby aplikować LSD niczego nie podejrzewającym gościom, a następnie odnotowywać wyniki, skwapliwie skorzystał z okazji. Wyobrażał sobie, że będzie to jeszcze jeden szalony epizod w długiej serii jego sekretnych wyczynów. I nie zawiódł się, a nawet przeżył więcej, niż się spodziewał.

(...)

Ci dwaj mistrzowie zakulisowych działań nie mogli się chyba bardziej od siebie różnić - White był napędzanym adrenaliną libertynem o sadystycznych skłonnościach, który rzadko trzeźwiał i uwielbiał życie na marginesie społeczeństwa, gdzie królowała przemoc, podczas gdy Gottlieb był naukowcem i żywił się jogurtem. W tamtym momencie jednak świetnie do siebie pasowali. Szef programu MK-ULTRA szukał kogoś, kto potrafi sobie radzić w niebezpiecznych sytuacjach oraz naginać i łamać prawo, udając, że je egzekwuje, White zaś umiał i jedno, i drugie. I o wiele więcej.

Obracając się w podejrzanych kręgach, dysponował bogatym zasobem potencjalnych uczestników eksperymentów z narkotykami, był przyzwyczajony do brutalnego traktowania ludzi i można było na nim polegać, jeśli chodzi o dochowanie tajemnicy. A ponieważ nadal pracował w FBN, Agencja mogła się wyprzeć wszelkich powiązań z nim, gdyby coś poszło nie tak. Te zalety czyniły z niego idealnego współpracownika.

Gottlieb testował już LSD na ochotnikach i niczego nie podejrzewających ofiarach, a teraz przymierzał się do wprowadzenia tego narkotyku do szpitali i na uczelnie medyczne w celu prowadzenia kontrolowanych eksperymentów. Żeby zaś się przekonać, jak na ten specyfik zareagują zwykli ludzie, postanowił otworzyć "bezpieczny dom" na terenie Stanów Zjednoczonych, gdzie poddawałby testom tutejszych "zbędnych". Wielu z tych, których White sprowadzał do konspiracyjnego lokalu przy Bedford Street 81, było narkomanami, drobnymi przestępcami i innymi wyrzutkami, co do których można było z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać, że nie poskarżą się na to, co im się przytrafiło.

(…)

Kompleks mieszkalny przy Bedford Street miał się stać czymś wyjątkowym: "bezpiecznym domem" CIA w samym sercu Nowego Jorku, miejscem, do którego niczego nie podejrzewający obywatele będą zwabiani i ukradkiem odurzani narkotykami - a wszystko to w imię walki z komunizmem. Lokal konspiracyjny składał się z dwóch sąsiadujących ze sobą mieszkań, tak że sprzęt do inwigilacji umieszczony w jednym pozwalał obserwatorom rejestrować to, co działo się w drugim. Gottlieb miał już "bezpieczne domy" za granicą, gdzie mógł do woli podawać ludziom narkotyki, a teraz dysponował podobnym również w Nowym Jorku.

Tamtej jesieni White zaczął grasować po Greenwich Village w poszukiwaniu ludzi, z którymi się zaprzyjaźniał i którym następnie aplikował ukradkiem LSD lub inne narkotyki. Wymyślił sobie pseudonim - Morgan Hall - oraz dwa fałszywe życiorysy. "Udawał na zmianę marynarza ze statku handlowego lub członka artystycznej bohemy i zadawał się z najróżniejszymi postaciami z półświatka, z których wszystkie miały do czynienia z działalnością przestępczą, na przykład z narkotykami, prostytucją, hazardem i pornografią - napisano w pewnym sprawozdaniu dotyczącym kariery White'a. - To właśnie wcielając się w postać artysty, usidlił większość ofiar MK-ULTRA".

Stephen Kinzer - Doktor Śmierć

Wcześniej w Pradze – na festiwalu literatury, który odbywał się w osuszonym teatrze nad Wełtawą – rozmawialiśmy o Hrabalu i jego sławnej książce "Obsługiwałem angielskiego króla" z 1971 roku. Widziałem jej ekranizację, po czym i tak ją przeczytałem. Tym, co mnie uderzyło, była paralela z modelową stadniną w Hostau. Bohater Hrabalowego klasyka, Jan Dziecię, wraz z najazdem przez hitlerowskie oddziały zostaje wprowadzony przez Lizę, Niemkę sudecką, w tajniki czystości krwi. Dzięki Lizie on, słowiański chłopak („żółte jak słoma włosy i […] niebieskie oczy”), dochrapał się pozycji kelnera w idyllicznym hotelu górskim z ogrodem pełnym posągów teutońskich wojowników i innych rasowych Germanów o rogatych hełmach. „Liza z dumą rozwodziła się […], że jest to pierwszy europejski ośrodek hodowli uszlachetnionych ludzi”. Jan Dziecię serwuje puchary mleka potężnym pannicom chłopskiego pochodzenia, a wina reńskie i mozelskie pełnej krwi żołnierzom SS. Potem uświadamia sobie, że dziewczyny wchodzą do pokoi hotelowych z tego samego powodu, jak „kiedyśmy chodzili z krową do buhaja albo z kozą do rozpłodowego kozła”.

Nie była to groteskowa fantazja: groteską była rzeczywistość, którą stworzył Himmler. To on przyznał specjalne urlopy oficerom SS na rozmnażanie się w urokliwych hotelikach górskich. „Każda wojna to upuszczenie najlepszej krwi” – napisał Himmler w Październiku 1939 roku w swoim „rozkazie płodzenia”. Trzeba zrekompensować straty w ludziach, a najbardziej intensywny udział w stosunkach płciowych przypadał niemieckiej elicie rasowej – oddziałom SS.

Tę samą linię prezentowała „mała wojna” Hitlera przeciwko środkom antykoncepcyjnym i aborcji. „To my decydujemy o życiu seksualnym” – powiedział Führer. A także: „Naród nie wyginie z powodu utraty mężczyzn, lecz jeśli zabraknie kobiet – tak”.

Klacze były najważniejsze.

Oczywiście, że budziły śmiech wszystkie premie macierzyńskie i medale dla kobiet, które przekroczyły propagowaną docelową liczbę czworga dzieci na rodzinę: „Bądźcie dzietni jak Hitler” – szeptano. Ale Magda Goebbels ze swoim sześciorgiem dzieci spełniała jednak funkcję wzorowej supermatki. A w ramach esesmańskiego programu Lebensborn niezamężne matki, tak zwane narzeczone Führera, mogły w spokoju karmić piersią swoje niemowlęta i się nimi opiekować. Z powodu panującej obsesji na punkcie blondwłosych/ modrookich egzemplarzy to Skandynawia doświadczyła największego zagęszczenia tych esesmańskich porodówek; najsłynniejsze ze wszystkich dwunastu tysięcy dzieci Lebensbornu, które były „chrzczone” w rytuale przyłożenia sztyletu, to piosenkarka zespołu ABBA Anni-Frid.

Frank Westerman - Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

poniedziałek, 31 sierpnia 2020


Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur (znany również jako Turkiestan Wschodni) od dawna jest jedną z głównych linii podziału współczesnych Chin. Jego rozległe i zasobne terytorium znajduje się na strategicznym północno-zachodnim zakątku imperium chińskiego i łączy je ze światem wzdłuż starożytnego Jedwabnego Szlaku. Umożliwia to dostęp do strategicznych zasobów Azji Środkowej i Syberii. Dla coraz ambitniejszej Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL), pod kierownictwem sekretarza generalnego, Xi Jinpinga, Sinciang jest kluczowym regionem (hexinqu) w jednym z jej najważniejszych programów polityki zagranicznej – Inicjatywie Pasa i Szlaku (ang. Belt and Road Initiative – BRI), zapoczątkowanej w 2013 r.

Dalszy wzrost międzynarodowych wpływów ChRL poprzez Sinciang jest jednak utrudniony ze względu na przedłużający się etnopolityczny konflikt interesów między władzą centralną i większością etniczną Han z jednej strony, a z drugiej przez autochtoniczną populacją kilku narodowości muzułmańskich, głównie pochodzenia tureckiego. Spośród nich około 12 milionów Ujgurów (przedstawicieli muzułmańskiej grupy etnicznej pochodzenia tureckiego, mieszkających na północno-zachodnim pograniczu kraju) i ponad 2 miliony Kazachów najgłośniej wyrażają niezadowolenie z promowanego przez KPCh modelu unitarnego państwa zdominowanego przez ludność Han.

Od chwili przejęcia Sinciangu – pod koniec 1949 r. – rządząca Komunistyczna Partia Chin (KPCh) poddawała lokalne mniejszości narodowe kolejnym zmiennym falom mniej lub bardziej rygorystycznej polityki ograniczającej możliwość wyrażania tożsamości narodowej i autonomicznych aspiracji. Po wielu protestach, gwałtownych starciach i atakach terrorystycznych w latach 2008-2014 państwo partyjne zaczęło w 2016 r. jeszcze bardziej zaostrzać represyjną politykę. Wówczas to Xi Jinping mianował na stanowisko sekretarza partii w Sinciangu Chen Quanguo, który zasłużył się wcześniej wzmocnieniem rządów KPCh w Tybetańskim Regionie Autonomicznym (TRA). Zaostrzenie polityki w Sinciangu odzwierciedla również konsolidację władzy KPCh pod przywództwem Xi i aspiracje do jej projekcji za granicą.

Ostatnio prowadzona polityka KPCh w Sinciangu stanowi połączenie wskrzeszonego totalitarnego zarządzania w maoistowskim stylu z najnowszymi technologiami i ogromnymi zasobami finansowymi. Zdecydowanie najbardziej jaskrawym przykładem jest internowanie nawet miliona Ujgurów, Kazachów i innych mniejszości, osadzenie ich w rozbudowywanej od 2017 r. sieci obozów reedukacji politycznej. W sposób bardzo przypominający praktyki reedukacji z czasów maoizmu więźniowie są zmuszani do wyrzeczenia się swojej religii i tożsamości etnicznej. Są jednocześnie poddawani tzw. praniu mózgu za pomocą oficjalnej propagandy.

Chociaż według oficjalnej interpretacji propagandy KPCh kampania ma na celu jedynie deradykalizację (qujiduanhua) Ujgurów w ośrodkach szkolenia zawodowego (zhiye jineng jiaoyu peixun zhongxin), to w rzeczywistości większość więźniów jest do nich kierowana nie na skutek popełnienia przestępstwa, a ze względu na zwyczajne zachowania, takie jak pokojowe praktykowanie religii lub utrzymywanie więzi z zagranicą. Raporty wewnętrzne ujawniły skalę i systematyczny charakter systemu zatrzymań. Więźniowie są często przetrzymywani w potwornych warunkach, poddawani torturom, głodzeni i pozbawieni opieki zdrowotnej.

(...)

W represjach pomagają także nowe technologie. Narzędzia te umożliwiają jawne i tajne techniki inwigilacji i profilowania, dzięki czemu cały region i jego populacja funkcjonuje jak laboratorium totalitarnych technologii cyfrowych . Rząd nakazał ponad milionowej rzeszy członków KPCh narodowości Han, aby jako nieproszeni goście żyli w ujgurskich domach w celu wzmocnienia tzw. jedności etnicznej (minzu tuanjie), dokonującej się poprzez monitorowanie i indoktrynację swoich ujgurskich „młodszych braci i sióstr”. Pojawiają się doniesienia o wymuszonych małżeństwach ujgurskich kobiet z mężczyznami Han.

klubjagiellonski.pl

niedziela, 30 sierpnia 2020


Stanley cenił sobie ciszę i spokój, które w Nowym Jorku mógł znaleźć jedynie wtedy, kiedy odbił od brzegów wiecznie zatłoczonego miasta. Lubił je tym bardziej, że na co dzień był w nieustannym ruchu: rozmawiał z klientami, nalewał piwo, witał gości, sprawdzał, czy wszystko gra w sali. A kiedy już uznał, że wszystko jest pod kontrolą, szedł do drugiego lokalu, gdzie robił dokładnie to samo. Przy takim zaangażowaniu nie tylko nie miał czasu dla Joyce, ale także trudno mu było nawiązać jakąkolwiek głębszą relację. Jedynym pracownikiem, któremu poświęcał więcej czasu, niż musiał, był Mike – kucharz irlandzkiego pochodzenia z The Dom. W przeciwieństwie do większości kelnerów i barmanów szef kuchni był w wieku podobnym do Stanleya, co mogło być przyczyną tej zażyłości, wychodzącej poza standardowe stosunki pracownicze.

Z tego powodu niełatwa musiała być dla Stanleya decyzja o oddelegowaniu doświadczonego pracownika do trzeciego lokalu, który otworzył aż na Górnym Manhattanie. Klub, którego rozwój miał nadzorować Mike, nazywał się Gymnasium i był spełnieniem marzeń Stanleya Tolkina. Ronald Sukenick wspomina rozmowę, którą odbył z Polonusem w jego pierwszym lokalu na Lower East Side: „Jest tylko jeden kłopot, jeśli chodzi o to miejsce: nie należy ono do »eleganckiego świata«” – poskarżył mu się kiedyś w Stanley’s.

Na otwarciu klubu w eleganckiej dzielnicy miasta w marcu 1967 roku zjawiła się jednak nieokiełznana bitnikowska klientela z Dolnego Manhattanu. Chcąc nie chcąc, właściciel pociągnął ją za sobą. Sukenick wspomina, że ośmioro bywalców poczuło taki przypływ wolności, że rozebrało się do naga. Stanley był mocno skonsternowany takim rozwojem zdarzeń. Rzeczeni nudyści działali najpewniej pod wpływem dzikich piosenek The Velvet Underground, zaproszonego do grania na otwarciu lokalu. Samo Gymnasium stanowiło przestrzeń o niezwykłej historii. Mieściło się w byłej sali czechosłowackiego towarzystwa sportowego Sokół na Siedemdziesiątej Pierwszej Ulicy. Jak wspominają Victor Bockris i Gerard Malanga, Tolkin zostawił w środku wiele przyrządów z dawnej siłowni, z których goście mogli korzystać podczas wieczorów muzycznych. Pomysł był najwidoczniej zbyt awangardowy nawet jak na to środowisko, bo otwarte tylko w weekendy Gymnasium okazało się niewypałem i zniknęło już po kilku miesiącach. Po próbach podboju Górnego Manhattanu pozostało pirackie nagranie Psychedelic Sounds from the Gymnasium. Znajduje się na nim pierwsze znane wykonanie utworu Sister Ray – jednego z najambitniejszych dzieł w dorobku The Velvet Underground, które ukazało się na wydanej rok później płycie White Light / White Heat. Warto pamiętać, że ta mroczna suita o morderstwie podczas narkotycznej orgii transwestytów wybrzmiała po raz pierwszy w miejscu, którego celem było podnoszenie sprawności fizycznej i duchowej oraz rozbudzanie uczuć narodowych wśród Słowian. Wyszło, jak wyszło.

(...)

W Museum of Modern Art oczywiście roiło się od turystów. Miejscowi jechali na samą górę, żeby zobaczyć wystawy czasowe, podczas gdy turyści skupiali się na nowojorskich zbiorach galerii. Jedna z sal przypominała osiedlowy spożywczak – na ścianach wisiały kolejne puszki zup Campbella: szparagowa, jarzynowa, rosół i oczywiście pomidorówka. Flagowe dzieło pop-artu przyciągało tłumy i wygrywało nie tylko popularnością. Dziesiątki Azjatów fotografujących identyczne puszki identycznymi telefonami z identyczną obojętnością miały w sobie coś z Warholowskiego happeningu.

Patrzyłem na nich wszystkich z politowaniem, bo przecież kilka godzin wcześniej wytłumaczono mi dobitnie, że Andy Warhol nie był żadnym artystą. Był co najwyżej oszustem, i to zawstydzająco nieudolnym. Tak, mimo ostrzeżeń Danny’ego tego ranka zadzwoniłem do Paula Morrisseya – reżysera, menedżera i niezłego frustrata.

– Velvet Underground? Mieli problem, żeby opłacić rachunki, więc Andy chciał im dać jakąś pracę. Dlatego zatrudniłem ich na kilka koncertów. Nikt inny by tego nie zrobił, bo nie byli szczególnie dobrzy. Robili głównie hałas. Wynająłem salę od Stanleya i załatwiłem notkę w „The New York Times”. Dzięki zainteresowaniu prasy udało im się w końcu znaleźć wydawcę. Poprowadziłem ich karierę, ponieważ Warhol nie potrafiłby tego zrobić. Zorganizowałem też Exploding Plastic Inevitable, choć te słowa przecież nic nie znaczą. Dodałem do zespołu projekcję filmów, tancerzy, piękną Nico – wszystko, żeby jakoś odwrócić uwagę od tego hałasu.

– Exploding Plastic miało premierę w The Dom. Dlaczego akurat tam?
– Potrzebowaliśmy dużej sali, a Polski Dom Narodowy taką miał. I był blisko.
– Pamięta pan Stanleya?
– Tak, miły gość, ale jego zasługą było jedynie to, że wynajął mi tę przestrzeń. Poza tym pewnie i tak chcesz pisać o Warholu.
– Nie, prawdę mówiąc, Warhol niespecjalnie mnie interesuje.
– Słuchaj, to ja uczyniłem go sławnym! On wypromował swoje nazwisko na moich filmach, na moich kontaktach, na zdjęciach, których układ sam aranżowałem. Podczas spotkań z ważnymi osobistościami to ja odpowiadałem na wszystkie pytania. Warhol nie zrobił nic! Był autystyczną osobowością, miał zdiagnozowanego aspergera – nie czytał, nie pisał, nie potrafił rozmawiać. Był bardzo ograniczony. Jego prace są idiotyczne, a i tak to nie on za nie odpowiada!
– Obiecuję, że to nie będzie książka o Warholu.
– Warhol nic nie zrobił! Zadzwoń, jeśli będziesz miał jeszcze jakieś pytania.

Jakoś nie spieszyło mi się do dzwonienia. Nawet jeśli przepełnione żółcią wypowiedzi Morrisseya nie były całkiem bezpodstawne. Rzeczywiście, Warhol prawdopodobnie miał aspergera. Używam trybu przypuszczającego, ponieważ nie sposób zdiagnozować postaci historycznej. Profesor Michael Fitzgerald – psychiatra zajmujący się autyzmem – nie ma jednak ku temu najmniejszych wątpliwości. Jego zdaniem, świadczą o tym wyjątkowa powtarzalność czy seryjność prac Warhola, jego obsesja na punkcie wąskiej dziedziny sztuki, wysoki tembr głosu oraz problemy z komunikacją. O tym ostatnim słyszałem wielokrotnie. Ray Grist wspominał, że podczas jednego z koncertów The Velvet Underground postanowił zagadać do Warhola. Ten siedział jednak jak zaczarowany, nie reagując w ogóle na pytania barmana. Pracownik Stanleya wziął to do siebie i mocno się wkurzył. Nie on jeden. Ta nieumiejętność kontaktu z innymi postrzegana była jako przejaw skrajnej pychy rozchwytywanego twórcy i ostatecznie przyczyniła się do napaści na niego. Poszło o scenariusz, którego Warhol nie zdecydował się zrealizować, ale którego nie miał także zamiaru oddać autorce – Valerie Solanas. Artystka poczuła się tak mocno dotknięta jego postępowaniem, że zorganizowała zamach na niego i poważnie go postrzeliła. Być może zachowałaby się inaczej, gdyby wiedziała, że jednym z przejawów autyzmu bywa kompulsywne gromadzenie przedmiotów. W wywiadzie dla portalu BBC profesor Fitzgerald powiedział, że mania kolekcjonowania sprawiła, że dom słynnego twórcy przypominał… mauzoleum. Nie wiem, czy przejęzyczył się naukowiec, czy redaktor działu online, ale w tym przypadku jest to akurat porównanie nad wyraz trafne – w końcu obsesyjne zbieranie rzeczy niemal wpędziło Warhola do grobu.

(...)

Nico wyglądała dobrze w kultowym filmie Felliniego, interesowała się sztuką i potrafiła być czarująca, ale barmani mieli z nią jeden podstawowy problem – musieli słuchać jej śpiewu. A tu panowała zgoda: niezależnie od melodii, stylistyki czy akompaniamentu muza Andy’ego Warhola nie potrafiła zaśpiewać czysto.

– Nie wiem, kto ją przekonał, że powinna utrzymywać się ze śpiewania – zastanawia się Connerty – ale to był naprawdę interesujący pomysł.

Jan Błaszczak - The Dom

piątek, 28 sierpnia 2020


A w Białej Podlaskiej jest zupełnie inaczej. To było dla mnie coś wspaniałego. Każdy jakiś taki zadowolony, bez pośpiechu gdzieś idzie, nawet jak cię nie zna, to powie „Cześć!”, uśmiechnie się. Trochę jakby większa kultura. Nie doświadczyłem też tu żadnego rasizmu. A w Warszawie bywało z tym różnie. […] Nieraz musieliśmy się z kimś bić, bo ludzie przychodzili pijani, obrażali, wyzywali na pojedynek. To wychodziliśmy i się tłukliśmy. Nie było wyjścia. Raz nam facet, chyba naćpany, zabrał kasę fiskalną i wyrzucił ją przez zamknięte okno. Mówi: „Mogę wszystko!”. Możesz wszystko? Zobaczymy. Z dwoma kolegami złapaliśmy go, na ziemię i tak trzymaliśmy, aż przyjechała policja.

Jednak najgorsze dni w Warszawie to był zawsze 11 listopada i Marsz Niepodległości. […] Podczas jednego z marszów pracowałem w okienku z kebabem na Marszałkowskiej 83. Najpierw wrzucili nam do środka kilka wielkich petard – jakoś przetrwaliśmy. Ale jak do środka wleciał nam płonący śmietnik, to było już za dużo. Zamknęliśmy lokal byle szybciej, bo baliśmy się o swoje zdrowie i życie.

W Białej Podlaskiej nic choćby zbliżonego do tego nigdy nie miało miejsca. Raz tylko mieliśmy burdę w lokalu. Ludzie zaczęli się bić i rzucać w siebie kebabami. Nie w nas, tylko między sobą. Wezwałem policję, przyjechali, zgarnęli cześć, część została, akurat ich znałem, dałem do ręki szmatę i kazałem posprzątać syf, którego narobili. Umyli ściany, podłogi i grzecznie przeprosili. Nigdy więcej nie rozrabiali.

krytykapolityczna.pl

Podobnie jak w przypadku pornoli i fotografii ślubnej, jesteśmy świadkami godnej pożałowania dewaluacji w obszarze coachingu. Kiedyś doradztwo uprawiali tylko ludzie, którzy zdobyli jakiś rynek, coś wymyślili albo nakłonili większą grupę ludzi do samobójstwa. Zaczynało się od 100 tysięcy dolarów za godzinę, ale stopniowo cena szła w dół, aż doszliśmy do gratisowych e-booków Jak zostać coachem.

Co spowodowało, że knajpiane „dobre rady” zmieniły się w kursy on- i offline? Że coraz więcej ludzi znajdujących się na granicy poczytalności ma potrzebę wyrażać swoje zalecenia za pomocą wykresów?

Podobnie jak sedes w galerii staje się sztuką, tak demokratycznie udostępniane wokół knajpianego stołu pieprzenie o głupotach zmienia się w mądrości o cenie rynkowej tylko dlatego, że wysrywa je z siebie ktoś w wynajętej do tego willi. W połowie szkolenia rozdaje wszystkim ciasteczka, a na koniec certyfikat za to, że patrzyli, jak wyciska z siebie randomowe bzdety.

To, czym kołcze za drobną opłatą dzielą się ze swoją publicznością, to przede wszystkim własna desperacja i wiadomości zaczerpnięte z „wyższej szkoły życia”. Kołcz jest prawdziwą grubą rybą w stawie pełnym przegrywów. Bycie „jeszcze kilka lat temu na kompletnym dnie, zadłużonym na miliony oraz uzależnionym od metamfetaminy i alkoholu” to niepodważalne referencje kołcza, który doradza w kwestii sukcesu, siły i zrównoważenia psychicznego.

Przeżyć upadki, wyłysieć już w zawodówce i nigdy nie nauczyć się składni – to z kolei kwalifikacje do nauczania „Mistrzowskiej komunikacji” i „Myślenia jak milioner”. Swoim drajwem guru oczarował również sprzedawcę gruchotów, który na koniec przyklepał mu ryzykowny leasing na piętnastoletnie audi, żeby mógł się nim pochwalić w motywacyjnym wideo.

Magia coachingu właściwie polega na tym, że ci bardziej wygadani laureaci Nagrody Darwina pouczają tych bardziej zahukanych. To zarazem określa, kto komu na koniec płaci dwa patyki.

Intuicyjne „słuchaj kogoś, kto jest mniejszym durniem od ciebie” w coachingu jest odwrócone do góry nogami. Im ktoś mocniej uderzy się w głowę, tym większe zdobywa uznanie. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę współzałożyciel portalu oferującego kursy byle czego, dlatego chwali się gębą połamaną w trzech miejscach, której dorobił się, próbując przeskoczyć płot na oczach dziewczyn. Od tego czasu „kocha proste życie” oraz prowizję z pośrednictwa na portalu dla desperatów.

(...)

Wygadany desperat jest królem wśród bojaźliwych. Jełop po przeczytaniu jednej książki wśród tych, co nie przeczytali żadnej, staje się mędrcem. Moment „EUREKA!”, następujący po otwarciu jakiejś lektury, jest najczęstszym punktem startu kariery czeskiego kołcza.

Ale są tacy, którzy w swojej praktyce obejdą się bez książki. Na przykład Anička „rozpala nad głowami żarówki oświecenia, podaje klucze do niezbadanych perspektyw i kołczuje sercem”. Radka natomiast „od ponad 20 lat porusza się w obszarze prowadzenia małych firm”. Sercem kołczuje też Natalka, która dzięki niemu dokładnie wyliczyła w procentach, co i jak działa we wszechświecie.

Czy da się w ogóle zdefiniować coaching? Otóż podobnie jak np. „influencer”, czyli człowiek, który na fejsie czy insta miele gówno z wielką częstotliwością, „coach” również nie posiada swojego sedna, zatem nie ma na co szukać słów. Najbliżej do rozwodnionych dyrdymałów, jak w przybliżeniu rozumiemy coaching, ma „zwyrodniałe, idiotyczne, dyletanckie symulowanie psychoterapii”.

krytykapolityczna.pl

czwartek, 27 sierpnia 2020


Zaczęło się niewinnie w 1999 r. Nie mogło być inaczej, jeśli zacieśnianiem stosunków z Chinami zajął się niemiecki specjalista od szemranych porozumień – kanclerz Gerhard Schröder. To on zapoczątkował niemal coroczne pielgrzymki niemieckich szefów rządów do Państwa Środka. Sam w ciągu 7 lat urzędowania był tam 6 razy. Opłacało się. Wystarczyło popierać politykę jednych Chin, apelować o zniesienie embarga UE na eksport broni (nałożonego po masakrze na placu Tiananmen), a juany zaczęły zasilać krwiobieg niemieckiej gospodarki.

W mgnieniu oka chiński protekcjonizm jakby przestał obowiązywać przedsiębiorstwa znad Renu. Warunek był jeden – niemieckie koncerny miały wchodzić w spółki joint-venture z wybranymi chińskimi partnerami. No i oczywiście niepisanym elementem porozumienia była rezygnacja z apeli do chińskich władz o demokratyzację.

Zresztą Niemcy znalazły wygodną wymówkę. Przykry obowiązek upominania się o prawa człowieka zastąpił dialog z Chinami o praworządności. W końcu im więcej chińscy aparatczycy nasłuchają się wykładów o dobrodziejstwach płynących z demokracji, tym szybciej porzucą ideały komunistyczne.

(...)

Berlin i Pekin pasowały do siebie idealnie. Z jednej strony industrializujące się Chiny spragnione wszelkich środków, a z drugiej Niemcy – potęga przemysłowa mająca w swojej ofercie know-how i wszelkie urządzenia niezbędne do budowy nowoczesnych fabryk.

Co więcej, gdy Chiny dynamicznie rosły, skokowo erodowała potęga rynków zachodnich. Najpierw USA wpędziły świat w globalny kryzys finansowy, a wkrótce potem strefa euro znalazła się na skraju rozpadu. To wpłynęło na kalkulacje niemieckich polityków. W końcu czymś trzeba było napędzać niemiecki motor rozwoju gospodarczego, czyli wiecznie nienasyconą machinę eksportową. Zwłaszcza że Niemcy nie kwapiły się do pomocy strefie euro za wszelką cenę, lecz stawiały wygórowane warunki państwom Południa, co nie służyło ich szybkiemu powrotowi na ścieżkę dynamicznego wzrostu. Wybór był więc prosty – kurs na Chiny.

W 2010 r. Berlin zainicjował regularne konsultacje międzyrządowe z Pekinem, przeprowadzane są do dziś. Był nawet gotowy na więcej – w ramach tego dialogu zaczął się dzielić swoimi wizjami rozwoju gospodarki, jak np. doświadczeniami koncepcji Przemysłu 4.0. Chińczycy słuchali z najwyższą uwagą. Ich niepisanym celem było w przyszłości zdominowanie m.in. transportu, zielonych technologii, nowych materiałów i przemysłu medycznego, a więc sektorów, w których Niemcy należały do grona liderów.

Do 2016 r. Niemcy nawet jeśli dostrzegali niepokojące tendencje – jak np. systematyczne wspinanie się chińskich producentów na coraz wyższy poziom technologicznego zaawansowania – to zaklinali rzeczywistość. Może i Chińczycy są w stanie wyprzeć z rynków zagranicznych Włochów i Francuzów, ale my, Niemcy, ze względu na naszą sumienność, pracowitość i inżynierską precyzję zawsze będziemy nad nimi górować – takie oceny można było wyczytać między wierszami analiz niemieckiego biznesu.

Firmy znad Renu narzekały wprawdzie na problem kradzieży własności intelektualnej i tajemnic przemysłowych z fabryk w Chinach, jednak pocieszano się, że chodzi o technologie trzeciego sortu – w końcu najcenniejsze komponenty są produkowane wyłącznie w Niemczech. Taki był sposób myślenia niemieckich polityków, lecz niekoniecznie liderów gospodarki znad Renu. Niemieckie koncerny stawały się na tyle uzależnione od Chin, że zaczęły tam budować swoje centra badań i rozwoju. W końcu trudno tworzyć innowacje z dala od swoich najważniejszych fabryki i w oderwaniu od swoich kluczowych konsumentów.

Wreszcie nadszedł szok 2016 r., gdy chiński smok pokazał, na ile go stać i o co mu tak naprawdę chodzi. Niemcy po raz pierwszy poczuli, że sytuacja zaczyna im się wymykać spod kontroli. Perła w koronie niemieckiego przemysłu, jeden z czołowych producentów robotów przemysłowych świata – firma Kuka – została przejęta przez Chińczyków. W dodatku nie było to wrogie przejęcie. Przeciwnie, dokonało się za zgodą zarządu firmy, ale wbrew bezradnemu rządowi w Berlinie. Niemcy nie byli zachwyceni tym, że ich „partnerstwo” z Chinami staje się coraz bardziej jednostronne. Zwłaszcza że Pekin wykazywał coraz mniejszą gotowość do otwierania przed Niemcami kolejnych sektorów gospodarki.

W Berlinie szybko przypomniano sobie opublikowane w 2015 r. założenia strategii rządu w Pekinie Made in China 2025, w której wprost zapowiedziano użycie wszelkich dostępnych instrumentów w celu zdobycia do 2025 r. dominującej pozycji w najważniejszych sektorach przemysłowych, a więc właściwie zastąpienia Niemiec.

Nie trzeba było długo czekać na kolejne, coraz bardziej bezceremonialne działania Chin. W 2017 r. Pekin przyjął przepisy o cyberbezpieczeństwie, które dawały władzom dostęp do danych przedsiębiorstw aktywnych w Chinach, co Niemcy odczytali jako potencjalne usankcjonowanie szpiegostwa przemysłowego. Z kolei w 2018 r. chiński inwestor Geely, omijając przepisy niemieckiego prawa za pomocą złożonych schematów inżynierii finansowej, nabył 10% udziałów w Daimlerze i stał się największym akcjonariuszem firmy. Już wkrótce może dojść do sytuacji, w której Chińczycy przekroczą razem próg 20% akcji uprawniający ich do wetowania kluczowych decyzji w koncernie. Inna chińska firma BAIC posiada bowiem 5% akcji koncernu i chce zwiększyć swoje udziały.

klubjagiellonski.pl

wtorek, 25 sierpnia 2020


Trzeci Oddział rozrósł się w ogromną instytucję. Codziennie wpływało do niego dziesięć tysięcy, a niekiedy piętnaście tysięcy spraw. Były wśród nich donosy, petycje do cara, odwołania od wyroków sądowych, wnioski dotyczące zwolnień od podatków, podania o stypendia, prośby o porady prawne i wiele innych łask. Na jego adres wysyłano również plany i projekty związane z przedsięwzięciami o charakterze naukowym lub administracyjnym, propozycje usprawnień i informacje o nowych wynalazkach. Zdecydowana większość dotyczyła jednak spraw prywatnych, archiwa III Oddziału pęczniały więc od najbardziej intymnych szczegółów życia obywateli – były tam informacje o waśniach rodzinnych, lokalnych konfliktach, problemach małżeńskich, zmianach kochanek i trudnościach finansowych.

Pewien ziemianin z obwodu penzeńskiego, I.W. Sieliwanow, został ku swemu wielkiemu zaskoczeniu aresztowany przez żandarma (w bardzo grzeczny sposób), przewieziony do Petersburga i wprowadzony do gabinetu Dubelta. Na biurku leżał niedokończony list, który kilka miesięcy wcześniej wrzucił do kosza na śmieci w swoim wiejskim domu. Skarżył się w nim na kiepski urodzaj i stwierdzał, że tacy ziemianie jak on mają moralny obowiązek pomagać swoim pańszczyźnianym chłopom i umożliwiać im przetrwanie ciężkich czasów. Na marginesie widniało napisane ręką Dubelta słowo: „liberalizm”. Dubelt zadał aresztantowi szereg pytań związanych z instytucją pańszczyzny, a gdy nie uzyskiwał zadowalającej go odpowiedzi, podsuwał przesłuchiwanemu inną i starannie ją zapisywał. Ponieważ oskarżony zyskał dzięki temu status prawomyślnego poddanego, został skazany tylko na sześć miesięcy syberyjskiego zesłania.

Cudzoziemcy przybywający do Rosji doskonale zdawali sobie sprawę, że od momentu przekroczenia granicy krępuje ich sieć inwigilacji. Niemniej przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych James Buchanan, pełniący wówczas w imperium misję dyplomatyczną, był zdumiony tym, co dostrzegł po przybyciu, czyli w 1833 roku. „Rosyjska policja dawno wyzbyła się poczucia wstydu – napisał. – Jesteśmy nieustannie otoczeni przez szpiegów, reprezentujących najróżniejsze sfery społeczne. Trudno wynająć służącego, który nie byłby agentem tajnej policji”. Rosjanie przechwytywali jego pocztę w sposób tak jawny, że nie zadawali sobie nawet trudu zaklejania kopert lub pieczętowali je woskiem innego koloru. „Pewien Amerykanin, który przyjechał tu w interesach w 1843 roku, usłyszał od żandarmów, że odwiedził już raz Rosję jako turysta w 1820 roku. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu przedstawiono mu liczne szczegóły tej wizyty, choć upłynęły od niej dwadzieścia trzy lata. Cudzoziemiec czuje się w Rosji jak w szklanej klatce”.

Różne formacje policji, a szczególnie III Oddział, zatrudniały hordy szpiegów. Liczni spośród nich posługiwali się starą sztuczką, polegającą na kierowaniu rozmową w taki sposób, by doprowadziła ona do krytyki rządu, a potem składali donosy. Fryzjerzy, praczki i rzemieślnicy świadczący szpiclowskie usługi dostawali polecenie notowania wszystkiego, co wyda im się podejrzane. Od służby wymagano informacji dotyczących tego, co dzieje się w domu jej pracodawców, a członkowie rodzin byli zachęcani do szpiegowania współmałżonków, rodziców i dzieci.

„Tajna policja Rosji ma koneksje na wszystkich szczeblach drabiny społecznej – napisał jeden z ówczesnych obserwatorów. – Co więcej, liczne damy od dawna zajmują się szpiegowaniem, a mimo to są przyjmowane w towarzystwie i odwiedzane w domu, mężczyźni naznaczeni tym stygmatem zaś nie są z tego powodu gorzej traktowani i znoszą swą niesławę z wyniosłą godnością. Nie ma ani jednego pułku gwardii, w którym nie byłoby kilku szpiegów; w teatrach, szczególnie w tych, które grają francuskie sztuki, bywa więcej szpicli niż zwykłych widzów. Krótko mówiąc, jest ich tak wielu, że ludzie rozpoznają ich wszędzie i czują lęk, który znakomicie służy celom rządu”.

Adam Zamoyski - Urojone widmo rewolucji

Od czasu, kiedy w 2010 roku zdobył swoją pierwszą większość kwalifikowaną w węgierskim parlamencie, Fidesz podjął liczne kroki w kierunku monopolizacji mediów. Posunięcia te można podzielić na trzy kategorie.

Po pierwsze, partia bardzo konsekwentnie buduje własne imperium medialne. Nawet przed rokiem 2010, kiedy jeszcze była w opozycji, zawsze upewniała się, że są pieniądze na utrzymanie dobrze rozwiniętego ekosystemu mediów partyjnych.

Po powrocie do władzy Orbán wykorzystuje państwo do konsolidacji swojego imperium medialnego, obsypując je pieniędzmi podatników dzięki specjalnym kontraktom reklamowym. Rząd jest największym reklamodawcą na węgierskim rynku. W ostatnim dziesięcioleciu jego wydatki na reklamy wystrzeliły w kosmos: w 2011 roku przeznaczał na reklamę około 18 miliardów forintów (52 miliony euro), a do roku 2018 suma ta sięgnęła niemal 100 miliardów forintów (289,5 milionów euro). Większość z tych pieniędzy wpływa do prorządowych mediów, firm i agencji reklamowych.

Ponadto Fidesz zmonopolizował telewizję publiczną, która szybko stała się groteskową tubą propagandową partii.

Oprócz finansowania, Orbán posługuje się też swoją kontrolą nad instytucjami państwowymi, by torować drogę dla fuzji i przejęć z udziałem prorządowych mediów, jednocześnie uniemożliwiając inne podobne operacje, które pomogłyby w utrzymaniu mediów niezależnych.

Kontrolowane przez rząd biuro ochrony konkurencji zablokowało na przykład połączenie niemieckiej telewizji RTL Klub z firmą wydającą jeden z największych – a po upadku Indeksu największy – portal informacyjny 24.hu. To samo biuro nie miało nic przeciwko fuzji 476 prorządowych organizacji mediowych w jeden gigantyczny konglomerat.

W ramach drugiej metody rząd przyjął serię praw i przepisów, które mają utrudnić pracę niezależnym dziennikarzom. Od niesławnego prawa o mediach, które sprowokowało międzynarodową krytykę, do przepisów na temat „fałszywych wiadomości” o pandemii COVID-19, Fidesz zastawił niezliczone pułapki, których głównym celem jest wywołanie strachu w dziennikarzach i zmuszenie ich do autocenzury. Większości przepisów nie stosuje się nawet w praktyce, ale wiszą każdemu dziennikarzowi nad głową i przypominają o tym, że media i sami dziennikarze są na łasce rządu.

Trzecią metodę stanowi oczywiście po prostu niszczenie niezależnych organizacji medialnych. To okazało się zadaniem najtrudniejszym: nawet skonfrontowane z całą mocą państwa media udowodniły swoją wytrzymałość i innowacyjność, omijając wiele pułapek zastawionych przez władzę. To w tym momencie kapitał i wielki biznes stały się niezbędne do realizacji wrogich przejęć Fideszu.

Wszystkie najważniejsze bitwy Fideszu na wojnie z wolnością prasy wygrane zostały dzięki biznesmenom otwarcie lub potajemnie będącym na usługach Orbána. Demontaż największego konkurenta Indeksu, Origo, umożliwiło w 2015 roku bierne przyzwolenie jego właściciela – Deutsche Telekom. Niemiecki koncern poddał w końcu tę jedną z największych i najważniejszych węgierskich redakcji internetowych – prowadzącą na przykład śledztwa dziennikarskie wokół członków rządu. Dlaczego? Bo w zamian utrzymał pozycję na rynku i dostał warte o wiele więcej rządowe kontrakty na rozwój infrastruktury telekomunikacyjnej.

Największy liberalny dziennik Węgier „Népszabadság” został nagle zamknięty przez austriackiego biznesmena Heinricha Pecinę w 2014 roku. Reszta mediów będących w jego posiadaniu (na przykład większość gazet lokalnych i regionalnych) szybko przeszła w ręce oligarchy numer jeden na Węgrzech, a jednocześnie przyjaciela premiera Orbána z dzieciństwa, Lőrinca Mészárosa.

Index wreszcie należał po kolei do dwóch wysokich rangą prorządowych oligarchów (którzy w międzyczasie popadli w niełaskę premiera i zrzekli się większości swoich interesów), by wreszcie jego główne źródło finansowania, dom sprzedaży reklam, przejął ten sam człowiek, który odegrał najważniejsza rolę w przemianie Origo w tubę Fideszu pięć lat temu.

Proces ten umożliwiły brak transparencji i związki z partyjną oligarchią, które cechowały media węgierskie już od roku 1990. Bez nich Orbán nie mógłby praktycznie samodzielnie zamykać całych redakcji.

Wskutek wszystkich tych działań rynkowy udział prorządowych mediów w segmencie wiadomości i publicystyki szacuje się dziś na co najmniej 77 procent.

krytykapolityczna.pl

Chcieliśmy jeszcze zapytać o powyborczy spór. Zdaniem np. Patryka Jakiego z SP wybory dowiodły, że PiS osłabia brak twardości czy nawet radykalizmu. I że PiS schodzi niebezpiecznie do centrum.

W mojej ocenie nie można mówić o sporze. Każdy z kluczowych dla Zjednoczonej Prawicy polityków kieruje się wartościami takimi jak: rodzina, obrona tradycji i religii, patriotyzm. Owszem są różnie stawiane akcenty, ale wszystkie programy polityczne, od planu Dudy przez exposé premiera Morawieckiego po orędzie prezydenta po zaprzysiężeniu, podkreślały wagę tych samych wartości. Ponadto postrzeganie wyników wyborów jest narażone na pułapki poznawcze, a taką klasyczną jest wnioskowanie z zachowań uczestników wieców wyborczych. Na wiecach reakcje wzbudza bardziej radykalna retoryka. Profesjonalizacja polityki polegała na tym, że zrozumiano, iż chociaż wyborcy na wiecach to bardzo ważna grupa, trzeba ją doceniać, ale mają wyraziste poglądy, zaś współdecyduje o wynikach elekcji milcząca większość pozostająca w domu, stąd tak duża rola badań społecznych. Kilka tygodni dystansu pozwala na spokojną analizę, skąd się pojawiło 2 mln nowych wyborców prezydenta, którzy zagłosowali m.in. poza matecznikami obozu Zjednoczonej Prawicy. A wzięli się z powiatów ziemskich zachodnio-centralnego pasa Polski, czyli Wielkopolski, Opolszczyzny, Kujawsko-Pomorskiego i Dolnośląskiego. To pragmatycy ze wsi i małych miejscowości. Z punktu widzenia PiS ich właśnie warto pozyskać.

Radykalizm programowy ich nie skusi?

To nie są wyborcy radykalni. To wyborcy dobrze oceniający programy społeczne i sprawstwo rządu Mateusza Morawieckiego w sytuacji kryzysowej. Oni widzą, że mają pracę m.in. dzięki temu, że rząd sobie dobrze radzi. To są pragmatycy, ale także osoby kierujące się wartościami tradycyjnymi. Dla nich, dla ziobrystów i premiera Mateusza Morawieckiego podstawą są te same wartości: patriotyzm, obrona tradycji wartości chrześcijańskich i zwrócenie się ku wartościom rodzinnym.

Odwoływanie się do tych wartości działa na wyborców?

W kampanii dzień po dniu śledziłem notowania prezydenta. Kiedy do gry wszedł Rafał Trzaskowski, na początku był na fali, pozbierał anty-PiS, ale potem inicjatywę przejął prezydent, ogłaszając plan Dudy i odwołując się do wartości rodzinnych. Wówczas przewaga nad Rafałem Trzaskowskim znacząco się zwiększyła. Po tym jak zaostrzono linię, prezydent zaczął tracić, a zyskiwać zaczął Rafał Trzaskowski. Młodzi wyborcy z miast, którzy do tej pory nie deklarowali udziału w głosowaniu, zdecydowali się zagłosować na kandydata PO.

Czyli radykalizm nie tylko nie okazał się skuteczny w mobilizacji elektoratu Andrzeja Dudy, ale wprost przeciwnie, zmobilizował jego przeciwników. Radykalizacja nie odegrała też roli mobilizującej w matecznikach PiS, bo tam wyborcy byli zmobilizowani już w I turze, zanim zaostrzony został język kampanii. To pokazuje, że diagnozy powinny być bardziej wnikliwe. Jeśli PiS ma pozyskać szeroki elektorat Dudy, być partią z poparciem 10,5 mln Polaków, to radykalizacja, wizerunek ugrupowania zbierającego 10 proc. wyborców po prostu mu się nie opłaca. Badania pokazują, że Zjednoczona Prawica zyskuje, afirmując wartości, a traci, jeśli przekaz przybiera radykalne tony. Jeszcze jeden dowód? Wynik II tury w elektoracie Konfederacji – 60 proc. na Trzaskowskiego, 40 na Dudę, wskazuje, że radykalizacja nie odegrała swojej roli. Ponadto część młodych wyborców Konfederacji po radykalizacji opinii wsparła Trzaskowskiego, uważając zajmowanie się tematyką LGBT w czasie kryzysu jako nieodpowiednią. Co więcej, wyborcy Konfederacji, w odróżnieniu od politycznego centrum formacji, nie są aż tak wyraźnie podzielni na narodowców i libertarian. To osoby, dla których ważne są i niskie podatki, i wartości konserwatywne. Trudno będzie ich przekonywać do Zjednoczonej Prawicy, dla której nadal istotnym punktem programu będzie solidaryzm społeczny. Ale na pewno trzeba przeanalizować, czemu młodzi ludzie, pochodzący z małych miast i wsi, ze środowisk, które są propisowskie, zmieniają swoją identyfikację polityczną na Konfederację.

Patryk Jaki twierdził, że jeśli chodzi o przeciwny biegun ideowy, to uczelnie wyższe są rozsadnikiem ideologii i coś z tym trzeba zrobić.

Moim zdaniem trzeba głębiej szukać przyczyn. Młodzi ludzie, wychowujący się m.in. w matecznikach PiS, przeprowadzają się do dużych miast i tam zaczynają się identyfikować z Konfederacją. Źródłem tych identyfikacji nie jest uczelnia, ale grupa, podzielane przekonania młodych na temat Zjednoczonej Prawicy. I to dzieje się, mimo że rząd wiele dla młodych ludzi zrobił, zmniejszając np. do zera PIT. Na pewno dla Zjednoczonej Prawicy ważna będzie refleksja, co zrobić, by zachować tych młodych wyborców, ale istotna jest także refleksja strategiczna. Jeśli się zastanowić nad liczbami, to z punktu widzenia PiS łatwiej pogłębiać poparcie wśród elektoratu 40 plus, gdzie wyborców jest znaczenie więcej, niż przekonywać młode osoby, których jest znacznie mniej i których przekonanie jest trudniejsze. Zjednoczona Prawica powinna mieć program dla dużych miast, ale nie może zmieniać radykalnie swojej linii politycznej, gdyż dwie trzecie osób głosujących mieszka na wsi i w małych miastach do 50 tys. mieszkańców. Łatwiej tam pogłębiać poparcie, niż przekonywać wyborców negatywnie nastawionych do obozu, więc radykalne zmiany mogą prowadzić do tego, iż niewielu się zyska, więcej zaś straci.

dziennik.pl