czwartek, 27 sierpnia 2020


Zaczęło się niewinnie w 1999 r. Nie mogło być inaczej, jeśli zacieśnianiem stosunków z Chinami zajął się niemiecki specjalista od szemranych porozumień – kanclerz Gerhard Schröder. To on zapoczątkował niemal coroczne pielgrzymki niemieckich szefów rządów do Państwa Środka. Sam w ciągu 7 lat urzędowania był tam 6 razy. Opłacało się. Wystarczyło popierać politykę jednych Chin, apelować o zniesienie embarga UE na eksport broni (nałożonego po masakrze na placu Tiananmen), a juany zaczęły zasilać krwiobieg niemieckiej gospodarki.

W mgnieniu oka chiński protekcjonizm jakby przestał obowiązywać przedsiębiorstwa znad Renu. Warunek był jeden – niemieckie koncerny miały wchodzić w spółki joint-venture z wybranymi chińskimi partnerami. No i oczywiście niepisanym elementem porozumienia była rezygnacja z apeli do chińskich władz o demokratyzację.

Zresztą Niemcy znalazły wygodną wymówkę. Przykry obowiązek upominania się o prawa człowieka zastąpił dialog z Chinami o praworządności. W końcu im więcej chińscy aparatczycy nasłuchają się wykładów o dobrodziejstwach płynących z demokracji, tym szybciej porzucą ideały komunistyczne.

(...)

Berlin i Pekin pasowały do siebie idealnie. Z jednej strony industrializujące się Chiny spragnione wszelkich środków, a z drugiej Niemcy – potęga przemysłowa mająca w swojej ofercie know-how i wszelkie urządzenia niezbędne do budowy nowoczesnych fabryk.

Co więcej, gdy Chiny dynamicznie rosły, skokowo erodowała potęga rynków zachodnich. Najpierw USA wpędziły świat w globalny kryzys finansowy, a wkrótce potem strefa euro znalazła się na skraju rozpadu. To wpłynęło na kalkulacje niemieckich polityków. W końcu czymś trzeba było napędzać niemiecki motor rozwoju gospodarczego, czyli wiecznie nienasyconą machinę eksportową. Zwłaszcza że Niemcy nie kwapiły się do pomocy strefie euro za wszelką cenę, lecz stawiały wygórowane warunki państwom Południa, co nie służyło ich szybkiemu powrotowi na ścieżkę dynamicznego wzrostu. Wybór był więc prosty – kurs na Chiny.

W 2010 r. Berlin zainicjował regularne konsultacje międzyrządowe z Pekinem, przeprowadzane są do dziś. Był nawet gotowy na więcej – w ramach tego dialogu zaczął się dzielić swoimi wizjami rozwoju gospodarki, jak np. doświadczeniami koncepcji Przemysłu 4.0. Chińczycy słuchali z najwyższą uwagą. Ich niepisanym celem było w przyszłości zdominowanie m.in. transportu, zielonych technologii, nowych materiałów i przemysłu medycznego, a więc sektorów, w których Niemcy należały do grona liderów.

Do 2016 r. Niemcy nawet jeśli dostrzegali niepokojące tendencje – jak np. systematyczne wspinanie się chińskich producentów na coraz wyższy poziom technologicznego zaawansowania – to zaklinali rzeczywistość. Może i Chińczycy są w stanie wyprzeć z rynków zagranicznych Włochów i Francuzów, ale my, Niemcy, ze względu na naszą sumienność, pracowitość i inżynierską precyzję zawsze będziemy nad nimi górować – takie oceny można było wyczytać między wierszami analiz niemieckiego biznesu.

Firmy znad Renu narzekały wprawdzie na problem kradzieży własności intelektualnej i tajemnic przemysłowych z fabryk w Chinach, jednak pocieszano się, że chodzi o technologie trzeciego sortu – w końcu najcenniejsze komponenty są produkowane wyłącznie w Niemczech. Taki był sposób myślenia niemieckich polityków, lecz niekoniecznie liderów gospodarki znad Renu. Niemieckie koncerny stawały się na tyle uzależnione od Chin, że zaczęły tam budować swoje centra badań i rozwoju. W końcu trudno tworzyć innowacje z dala od swoich najważniejszych fabryki i w oderwaniu od swoich kluczowych konsumentów.

Wreszcie nadszedł szok 2016 r., gdy chiński smok pokazał, na ile go stać i o co mu tak naprawdę chodzi. Niemcy po raz pierwszy poczuli, że sytuacja zaczyna im się wymykać spod kontroli. Perła w koronie niemieckiego przemysłu, jeden z czołowych producentów robotów przemysłowych świata – firma Kuka – została przejęta przez Chińczyków. W dodatku nie było to wrogie przejęcie. Przeciwnie, dokonało się za zgodą zarządu firmy, ale wbrew bezradnemu rządowi w Berlinie. Niemcy nie byli zachwyceni tym, że ich „partnerstwo” z Chinami staje się coraz bardziej jednostronne. Zwłaszcza że Pekin wykazywał coraz mniejszą gotowość do otwierania przed Niemcami kolejnych sektorów gospodarki.

W Berlinie szybko przypomniano sobie opublikowane w 2015 r. założenia strategii rządu w Pekinie Made in China 2025, w której wprost zapowiedziano użycie wszelkich dostępnych instrumentów w celu zdobycia do 2025 r. dominującej pozycji w najważniejszych sektorach przemysłowych, a więc właściwie zastąpienia Niemiec.

Nie trzeba było długo czekać na kolejne, coraz bardziej bezceremonialne działania Chin. W 2017 r. Pekin przyjął przepisy o cyberbezpieczeństwie, które dawały władzom dostęp do danych przedsiębiorstw aktywnych w Chinach, co Niemcy odczytali jako potencjalne usankcjonowanie szpiegostwa przemysłowego. Z kolei w 2018 r. chiński inwestor Geely, omijając przepisy niemieckiego prawa za pomocą złożonych schematów inżynierii finansowej, nabył 10% udziałów w Daimlerze i stał się największym akcjonariuszem firmy. Już wkrótce może dojść do sytuacji, w której Chińczycy przekroczą razem próg 20% akcji uprawniający ich do wetowania kluczowych decyzji w koncernie. Inna chińska firma BAIC posiada bowiem 5% akcji koncernu i chce zwiększyć swoje udziały.

klubjagiellonski.pl

wtorek, 25 sierpnia 2020


Trzeci Oddział rozrósł się w ogromną instytucję. Codziennie wpływało do niego dziesięć tysięcy, a niekiedy piętnaście tysięcy spraw. Były wśród nich donosy, petycje do cara, odwołania od wyroków sądowych, wnioski dotyczące zwolnień od podatków, podania o stypendia, prośby o porady prawne i wiele innych łask. Na jego adres wysyłano również plany i projekty związane z przedsięwzięciami o charakterze naukowym lub administracyjnym, propozycje usprawnień i informacje o nowych wynalazkach. Zdecydowana większość dotyczyła jednak spraw prywatnych, archiwa III Oddziału pęczniały więc od najbardziej intymnych szczegółów życia obywateli – były tam informacje o waśniach rodzinnych, lokalnych konfliktach, problemach małżeńskich, zmianach kochanek i trudnościach finansowych.

Pewien ziemianin z obwodu penzeńskiego, I.W. Sieliwanow, został ku swemu wielkiemu zaskoczeniu aresztowany przez żandarma (w bardzo grzeczny sposób), przewieziony do Petersburga i wprowadzony do gabinetu Dubelta. Na biurku leżał niedokończony list, który kilka miesięcy wcześniej wrzucił do kosza na śmieci w swoim wiejskim domu. Skarżył się w nim na kiepski urodzaj i stwierdzał, że tacy ziemianie jak on mają moralny obowiązek pomagać swoim pańszczyźnianym chłopom i umożliwiać im przetrwanie ciężkich czasów. Na marginesie widniało napisane ręką Dubelta słowo: „liberalizm”. Dubelt zadał aresztantowi szereg pytań związanych z instytucją pańszczyzny, a gdy nie uzyskiwał zadowalającej go odpowiedzi, podsuwał przesłuchiwanemu inną i starannie ją zapisywał. Ponieważ oskarżony zyskał dzięki temu status prawomyślnego poddanego, został skazany tylko na sześć miesięcy syberyjskiego zesłania.

Cudzoziemcy przybywający do Rosji doskonale zdawali sobie sprawę, że od momentu przekroczenia granicy krępuje ich sieć inwigilacji. Niemniej przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych James Buchanan, pełniący wówczas w imperium misję dyplomatyczną, był zdumiony tym, co dostrzegł po przybyciu, czyli w 1833 roku. „Rosyjska policja dawno wyzbyła się poczucia wstydu – napisał. – Jesteśmy nieustannie otoczeni przez szpiegów, reprezentujących najróżniejsze sfery społeczne. Trudno wynająć służącego, który nie byłby agentem tajnej policji”. Rosjanie przechwytywali jego pocztę w sposób tak jawny, że nie zadawali sobie nawet trudu zaklejania kopert lub pieczętowali je woskiem innego koloru. „Pewien Amerykanin, który przyjechał tu w interesach w 1843 roku, usłyszał od żandarmów, że odwiedził już raz Rosję jako turysta w 1820 roku. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu przedstawiono mu liczne szczegóły tej wizyty, choć upłynęły od niej dwadzieścia trzy lata. Cudzoziemiec czuje się w Rosji jak w szklanej klatce”.

Różne formacje policji, a szczególnie III Oddział, zatrudniały hordy szpiegów. Liczni spośród nich posługiwali się starą sztuczką, polegającą na kierowaniu rozmową w taki sposób, by doprowadziła ona do krytyki rządu, a potem składali donosy. Fryzjerzy, praczki i rzemieślnicy świadczący szpiclowskie usługi dostawali polecenie notowania wszystkiego, co wyda im się podejrzane. Od służby wymagano informacji dotyczących tego, co dzieje się w domu jej pracodawców, a członkowie rodzin byli zachęcani do szpiegowania współmałżonków, rodziców i dzieci.

„Tajna policja Rosji ma koneksje na wszystkich szczeblach drabiny społecznej – napisał jeden z ówczesnych obserwatorów. – Co więcej, liczne damy od dawna zajmują się szpiegowaniem, a mimo to są przyjmowane w towarzystwie i odwiedzane w domu, mężczyźni naznaczeni tym stygmatem zaś nie są z tego powodu gorzej traktowani i znoszą swą niesławę z wyniosłą godnością. Nie ma ani jednego pułku gwardii, w którym nie byłoby kilku szpiegów; w teatrach, szczególnie w tych, które grają francuskie sztuki, bywa więcej szpicli niż zwykłych widzów. Krótko mówiąc, jest ich tak wielu, że ludzie rozpoznają ich wszędzie i czują lęk, który znakomicie służy celom rządu”.

Adam Zamoyski - Urojone widmo rewolucji

Od czasu, kiedy w 2010 roku zdobył swoją pierwszą większość kwalifikowaną w węgierskim parlamencie, Fidesz podjął liczne kroki w kierunku monopolizacji mediów. Posunięcia te można podzielić na trzy kategorie.

Po pierwsze, partia bardzo konsekwentnie buduje własne imperium medialne. Nawet przed rokiem 2010, kiedy jeszcze była w opozycji, zawsze upewniała się, że są pieniądze na utrzymanie dobrze rozwiniętego ekosystemu mediów partyjnych.

Po powrocie do władzy Orbán wykorzystuje państwo do konsolidacji swojego imperium medialnego, obsypując je pieniędzmi podatników dzięki specjalnym kontraktom reklamowym. Rząd jest największym reklamodawcą na węgierskim rynku. W ostatnim dziesięcioleciu jego wydatki na reklamy wystrzeliły w kosmos: w 2011 roku przeznaczał na reklamę około 18 miliardów forintów (52 miliony euro), a do roku 2018 suma ta sięgnęła niemal 100 miliardów forintów (289,5 milionów euro). Większość z tych pieniędzy wpływa do prorządowych mediów, firm i agencji reklamowych.

Ponadto Fidesz zmonopolizował telewizję publiczną, która szybko stała się groteskową tubą propagandową partii.

Oprócz finansowania, Orbán posługuje się też swoją kontrolą nad instytucjami państwowymi, by torować drogę dla fuzji i przejęć z udziałem prorządowych mediów, jednocześnie uniemożliwiając inne podobne operacje, które pomogłyby w utrzymaniu mediów niezależnych.

Kontrolowane przez rząd biuro ochrony konkurencji zablokowało na przykład połączenie niemieckiej telewizji RTL Klub z firmą wydającą jeden z największych – a po upadku Indeksu największy – portal informacyjny 24.hu. To samo biuro nie miało nic przeciwko fuzji 476 prorządowych organizacji mediowych w jeden gigantyczny konglomerat.

W ramach drugiej metody rząd przyjął serię praw i przepisów, które mają utrudnić pracę niezależnym dziennikarzom. Od niesławnego prawa o mediach, które sprowokowało międzynarodową krytykę, do przepisów na temat „fałszywych wiadomości” o pandemii COVID-19, Fidesz zastawił niezliczone pułapki, których głównym celem jest wywołanie strachu w dziennikarzach i zmuszenie ich do autocenzury. Większości przepisów nie stosuje się nawet w praktyce, ale wiszą każdemu dziennikarzowi nad głową i przypominają o tym, że media i sami dziennikarze są na łasce rządu.

Trzecią metodę stanowi oczywiście po prostu niszczenie niezależnych organizacji medialnych. To okazało się zadaniem najtrudniejszym: nawet skonfrontowane z całą mocą państwa media udowodniły swoją wytrzymałość i innowacyjność, omijając wiele pułapek zastawionych przez władzę. To w tym momencie kapitał i wielki biznes stały się niezbędne do realizacji wrogich przejęć Fideszu.

Wszystkie najważniejsze bitwy Fideszu na wojnie z wolnością prasy wygrane zostały dzięki biznesmenom otwarcie lub potajemnie będącym na usługach Orbána. Demontaż największego konkurenta Indeksu, Origo, umożliwiło w 2015 roku bierne przyzwolenie jego właściciela – Deutsche Telekom. Niemiecki koncern poddał w końcu tę jedną z największych i najważniejszych węgierskich redakcji internetowych – prowadzącą na przykład śledztwa dziennikarskie wokół członków rządu. Dlaczego? Bo w zamian utrzymał pozycję na rynku i dostał warte o wiele więcej rządowe kontrakty na rozwój infrastruktury telekomunikacyjnej.

Największy liberalny dziennik Węgier „Népszabadság” został nagle zamknięty przez austriackiego biznesmena Heinricha Pecinę w 2014 roku. Reszta mediów będących w jego posiadaniu (na przykład większość gazet lokalnych i regionalnych) szybko przeszła w ręce oligarchy numer jeden na Węgrzech, a jednocześnie przyjaciela premiera Orbána z dzieciństwa, Lőrinca Mészárosa.

Index wreszcie należał po kolei do dwóch wysokich rangą prorządowych oligarchów (którzy w międzyczasie popadli w niełaskę premiera i zrzekli się większości swoich interesów), by wreszcie jego główne źródło finansowania, dom sprzedaży reklam, przejął ten sam człowiek, który odegrał najważniejsza rolę w przemianie Origo w tubę Fideszu pięć lat temu.

Proces ten umożliwiły brak transparencji i związki z partyjną oligarchią, które cechowały media węgierskie już od roku 1990. Bez nich Orbán nie mógłby praktycznie samodzielnie zamykać całych redakcji.

Wskutek wszystkich tych działań rynkowy udział prorządowych mediów w segmencie wiadomości i publicystyki szacuje się dziś na co najmniej 77 procent.

krytykapolityczna.pl

Chcieliśmy jeszcze zapytać o powyborczy spór. Zdaniem np. Patryka Jakiego z SP wybory dowiodły, że PiS osłabia brak twardości czy nawet radykalizmu. I że PiS schodzi niebezpiecznie do centrum.

W mojej ocenie nie można mówić o sporze. Każdy z kluczowych dla Zjednoczonej Prawicy polityków kieruje się wartościami takimi jak: rodzina, obrona tradycji i religii, patriotyzm. Owszem są różnie stawiane akcenty, ale wszystkie programy polityczne, od planu Dudy przez exposé premiera Morawieckiego po orędzie prezydenta po zaprzysiężeniu, podkreślały wagę tych samych wartości. Ponadto postrzeganie wyników wyborów jest narażone na pułapki poznawcze, a taką klasyczną jest wnioskowanie z zachowań uczestników wieców wyborczych. Na wiecach reakcje wzbudza bardziej radykalna retoryka. Profesjonalizacja polityki polegała na tym, że zrozumiano, iż chociaż wyborcy na wiecach to bardzo ważna grupa, trzeba ją doceniać, ale mają wyraziste poglądy, zaś współdecyduje o wynikach elekcji milcząca większość pozostająca w domu, stąd tak duża rola badań społecznych. Kilka tygodni dystansu pozwala na spokojną analizę, skąd się pojawiło 2 mln nowych wyborców prezydenta, którzy zagłosowali m.in. poza matecznikami obozu Zjednoczonej Prawicy. A wzięli się z powiatów ziemskich zachodnio-centralnego pasa Polski, czyli Wielkopolski, Opolszczyzny, Kujawsko-Pomorskiego i Dolnośląskiego. To pragmatycy ze wsi i małych miejscowości. Z punktu widzenia PiS ich właśnie warto pozyskać.

Radykalizm programowy ich nie skusi?

To nie są wyborcy radykalni. To wyborcy dobrze oceniający programy społeczne i sprawstwo rządu Mateusza Morawieckiego w sytuacji kryzysowej. Oni widzą, że mają pracę m.in. dzięki temu, że rząd sobie dobrze radzi. To są pragmatycy, ale także osoby kierujące się wartościami tradycyjnymi. Dla nich, dla ziobrystów i premiera Mateusza Morawieckiego podstawą są te same wartości: patriotyzm, obrona tradycji wartości chrześcijańskich i zwrócenie się ku wartościom rodzinnym.

Odwoływanie się do tych wartości działa na wyborców?

W kampanii dzień po dniu śledziłem notowania prezydenta. Kiedy do gry wszedł Rafał Trzaskowski, na początku był na fali, pozbierał anty-PiS, ale potem inicjatywę przejął prezydent, ogłaszając plan Dudy i odwołując się do wartości rodzinnych. Wówczas przewaga nad Rafałem Trzaskowskim znacząco się zwiększyła. Po tym jak zaostrzono linię, prezydent zaczął tracić, a zyskiwać zaczął Rafał Trzaskowski. Młodzi wyborcy z miast, którzy do tej pory nie deklarowali udziału w głosowaniu, zdecydowali się zagłosować na kandydata PO.

Czyli radykalizm nie tylko nie okazał się skuteczny w mobilizacji elektoratu Andrzeja Dudy, ale wprost przeciwnie, zmobilizował jego przeciwników. Radykalizacja nie odegrała też roli mobilizującej w matecznikach PiS, bo tam wyborcy byli zmobilizowani już w I turze, zanim zaostrzony został język kampanii. To pokazuje, że diagnozy powinny być bardziej wnikliwe. Jeśli PiS ma pozyskać szeroki elektorat Dudy, być partią z poparciem 10,5 mln Polaków, to radykalizacja, wizerunek ugrupowania zbierającego 10 proc. wyborców po prostu mu się nie opłaca. Badania pokazują, że Zjednoczona Prawica zyskuje, afirmując wartości, a traci, jeśli przekaz przybiera radykalne tony. Jeszcze jeden dowód? Wynik II tury w elektoracie Konfederacji – 60 proc. na Trzaskowskiego, 40 na Dudę, wskazuje, że radykalizacja nie odegrała swojej roli. Ponadto część młodych wyborców Konfederacji po radykalizacji opinii wsparła Trzaskowskiego, uważając zajmowanie się tematyką LGBT w czasie kryzysu jako nieodpowiednią. Co więcej, wyborcy Konfederacji, w odróżnieniu od politycznego centrum formacji, nie są aż tak wyraźnie podzielni na narodowców i libertarian. To osoby, dla których ważne są i niskie podatki, i wartości konserwatywne. Trudno będzie ich przekonywać do Zjednoczonej Prawicy, dla której nadal istotnym punktem programu będzie solidaryzm społeczny. Ale na pewno trzeba przeanalizować, czemu młodzi ludzie, pochodzący z małych miast i wsi, ze środowisk, które są propisowskie, zmieniają swoją identyfikację polityczną na Konfederację.

Patryk Jaki twierdził, że jeśli chodzi o przeciwny biegun ideowy, to uczelnie wyższe są rozsadnikiem ideologii i coś z tym trzeba zrobić.

Moim zdaniem trzeba głębiej szukać przyczyn. Młodzi ludzie, wychowujący się m.in. w matecznikach PiS, przeprowadzają się do dużych miast i tam zaczynają się identyfikować z Konfederacją. Źródłem tych identyfikacji nie jest uczelnia, ale grupa, podzielane przekonania młodych na temat Zjednoczonej Prawicy. I to dzieje się, mimo że rząd wiele dla młodych ludzi zrobił, zmniejszając np. do zera PIT. Na pewno dla Zjednoczonej Prawicy ważna będzie refleksja, co zrobić, by zachować tych młodych wyborców, ale istotna jest także refleksja strategiczna. Jeśli się zastanowić nad liczbami, to z punktu widzenia PiS łatwiej pogłębiać poparcie wśród elektoratu 40 plus, gdzie wyborców jest znaczenie więcej, niż przekonywać młode osoby, których jest znacznie mniej i których przekonanie jest trudniejsze. Zjednoczona Prawica powinna mieć program dla dużych miast, ale nie może zmieniać radykalnie swojej linii politycznej, gdyż dwie trzecie osób głosujących mieszka na wsi i w małych miastach do 50 tys. mieszkańców. Łatwiej tam pogłębiać poparcie, niż przekonywać wyborców negatywnie nastawionych do obozu, więc radykalne zmiany mogą prowadzić do tego, iż niewielu się zyska, więcej zaś straci.

dziennik.pl

niedziela, 23 sierpnia 2020


Musimy opuścić mieszkanie na Lermontowa, dlatego szukałem dziś na Sajsarach kwatery do wynajęcia. Ciasnymi uliczkami pośród setek drewnianych chałup nie łatwo się poruszać, bo między płotami stoją bajora pełne śmieci. Tu i ówdzie dryfuje przez nie psi trup. Trzeba przemykać wzdłuż płotów, po płotach i szukać dróg naokoło. W kilku miejscach przechodnie poukładali z okolicznych parkanów kładki, ale wody przybywa i wczoraj położonych mostków już dziś rano nie widać.

Przed blokiem wskazanym w ogłoszeniu wznosiła się imponująca kupa śmieci. Sięgała okna na pierwszym piętrze, zasłaniając numer domu. Długo stałem, kombinując, czy przygotował ją do załadunku jakiś buldożer, czy usypali mieszkańcy bloku, przez zimę wyrzucając śmieci „na skróty”. Wokół piramidy ganiały dwa chude psy, złe i groźne jak sprzedawczynie z naszego sklepu. Jakaś staruszka stała bezradnie po drugiej stronie ogromnej kałuży, w sumie już stawu, który rozlał się na ulicy. Za parkanem mężczyzna w sile wieku grzmocił szczotką młodą dziewczynę, a dwie kobiety usiłowały go powstrzymać. Kiedy kij szczotki pękł na grzbiecie nastolatki, pomyślałem, że brakuje tu tylko pijanego bomżyka. Zjawił się po chwili, jakby czytał w moich myślach, tyle że trzeźwy. Wychynął zza drzwi pobliskiego wychodka, przeciągając się, jakby właśnie wstał. Przed chwilą tam zaglądałem i przysiągłbym, że się nie da wejść, bo podłoga była wyłożona kupami jak terakotą. Skąd się tam wziął?

– Nie wdepnął pan w gówno? – zapytałem uprzejmie.
– Nieee. Tutaj jeszcze nie odmarzło. Cień.
– A jak pan tam spał?
– Nie spałem. Skorzystałem.

Michał Książek - Jakuck. Słownik miejsca

„Gdy Turcja jednoznacznie poparła Azerbejdżan po ostatnich starciach, wielu Ormian zaczęło pytać gdzie jest Rosja, dlaczego nie udziela nam tak samo wyraźnego poparcia?” – powiedział mi jeden z pracowników administracji rządowej Arcachu. Relacje pogorszyły się jeszcze za poprzedniego prezydenta Serża Sarkisjana, po tym jak w 2016 r. Azerbejdżan zaatakował Górski Karabach i zajął ponad 1000 hektarów ziemi. Na Ormian spadały wówczas rosyjskie rakiety zakupione przez Azerów. „Niedługo potem Sarkisjan był z wizytą w Niemczech i zapytano go tam o to kto jest najbliższym sojusznikiem Armenii. Sarkisjan odpowiedział, że Armenia ma tylko jednego sojusznika i wszyscy myśleli, że chodzi mu o Rosję, a on stwierdził, że tym jedynym sojusznikiem jest 18-letni żołnierz strzegący granic” – opowiada mi jeden z byłych oficerów armeńskiej armii.

O ile jednak poprzedni prezydenci Robert Koczarian i Serż Sarkisjan prowadzili politykę wyraźnie prorosyjską (a nawet jak twierdzą niektórzy „rosyjską”) to obecny premier Nikol Paszynian, który doszedł do władzy w wyniku antykorupcyjnej rewolucji 2018 r., postanowił zrównoważyć te relacje. „Obecna polityka Armenii nie jest ani prorosyjska ani prozachodnia, jest po prostu armeńska” – powiedział mi mój rozmówca z administracji Arcachu. Dodając, że budzi to niezadowolenie Rosji i ataki ze strony rosyjskiej propagandy.

Status Republiki Arcachu (od 2017 r. oficjalna nazwa Górskiego Karabachu) jest dość specyficzny. Republika jest oczywiście nie uznawana przez żadne państwo (w tym Armenię), ale nie oznacza to, że nie ma żadnych relacji międzynarodowych. Aż 9 stanów USA, w tym Kalifornia, uznały Arcach. Podobnie postąpiły niektóre podmioty federalne w Europie, np. Kraj Basków. Funkcjonuje też partnerstwo miast, a także współpraca na szczeblu edukacyjnym i kulturalnym.

defence24.pl

I jeszcze jedno pytanie, panie profesorze, jak pan ocenia działania polskich władz wobec tej sytuacji i fakt, że Polska nie pełni w sprawie Białorusi roli lidera, a kiedyś w sprawach wschodnich pełniła. Tutaj to Litwa przejęła tę rolę. Jak pan to ocenia?

- Polska nie odgrywa tej roli, jaką odgrywała na przykład w sprawach Ukrainy. Wtedy odgrywała rolę nie tylko dlatego, że Ukraińcy zwracali się do nas, oni zwracali się do nas, gdyż uważali, iż nasz prestiż i pozycja Polski budzą zaufanie na świecie. W związku z tym padła wówczas propozycja prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, aby zwołać w trybie pilnym - to było 26 listopada 2004 roku - taki Okrągły Stół z udziałem najważniejszych nie tylko państw i stron konfliktu, udział w nim brały Rosja, reprezentowana przez szefa parlamentu rosyjskiego oraz byłego premiera, ówczesnego ambasadora Wiktora Czernomyrdina, a po stronie UE był Javier Solana i ówczesny przewodniczący Rady Europejskiej. Polska odegrała nie tylko rolę inicjatora, ale w znacznym stopniu przygotowała taki dosyć prosty program, który można było w ciągu godzin omówić i wcielić w życie.

A dzisiaj nas nie ma. 

- Dzisiaj tego nie ma. I nie ma tego z kilku powodów. Ja bym powiedział, że Polska w tej konkretnej sprawie nie popełniła do tej pory istotnych błędów. Znaczy Polska jest nieobecna. Białorusini zwrócili się do Litwy, i to nie jest przypadek. Po pierwsze, Białoruś była centrum Wielkiego Księstwa Litewskiego. Pamięć o tym jest bardzo silna dla tożsamości białoruskiej i tożsamości litewskiej, ale jest to na tyle odległe, że to nie wywołuje żadnych kontrowersji między Litwinami a Białorusinami. Drugim elementem jest to, że Litwa jest krajem na tyle małym, ludność jest trzykrotnie mniejsza od ludności Białorusi, że nikt nie będzie podejrzewał Litwy o ekspansjonizm. Oczywiście w rosyjskiej propagandzie, tak jak początkowo próbował robić to Łukaszenka, przedstawia się tę transformację na Białorusi jako kolejną kolorową rewolucję, tak jak to było kilkanaście lat temu w różnych krajach Europy. Oczywiście zaprogramowaną i realizowaną przez wszystkie służby specjalne świata, w głównej mierze przez CIA, a w przypadku Białorusi przez CIA we współpracy z polskimi służbami i że Polska odgrywa tutaj istotną rolę. Po pewnym czasie wyciszono ten polski udział, ponieważ jego nie ma. I twierdzenie, że to jest wynik polskiego działania, jest tak absurdalne, że nikt, ani na Białorusi, ani w świecie, nie przyjmowałby tego argumentu poważnie. Natomiast Polska odegrała, moim zdaniem, istotną rolę w takim strukturalnym, długofalowym sensie. Kiedy powoływano do życia tę stację telewizyjną z panią Romaszewską jako dyrektorem i zaproszono do tego wybitnych białoruskich dziennikarzy i intelektualistów, to niewątpliwie był to istotny wkład. Ale to nie była żadna działalność dywersyjna, to nie była żadna działalność służb, to po prostu było oddziaływanie w taki sposób, jaki w dzisiejszym świecie wszyscy uważają za rzecz normalną. Pod tym względem byliśmy i jesteśmy obecni. Ale instytucjonalnie, jeżeli chodzi o politykę państwa, to jeżeli ona istnieje, ja nie byłem w stanie jej dostrzec.

wyborcza.pl

czwartek, 20 sierpnia 2020


Wiosną 1947 roku naukowcy w Edgewood Arsenal zaczęli przeprowadzać eksperymenty na ludziach z użyciem tabunu. Wszyscy żołnierze wykorzystywani do tych eksperymentów byli tak zwanymi ochotnikami, ale nie poinformowano ich, że zostaną potraktowani gazem bojowym w niewielkim stężeniu. Część testów przeprowadzono w Utah, na poligonie Dugway. Pozostałe w znajdującej się w Edgewood „komorze gazowej do testów na ludziach”, pomieszczeniu o wymiarach 3 na 3 metry ze szczelnymi metalowymi drzwiami. Jedną z osób obserwujących testy z tabunem był dr L. Wilson Greene, dyrektor laboratoriów chemicznych i radiologicznych w Centrum Wojsk Chemicznych w Edgewood i bliski współpracownik Fritza Hoffmanna. Greene był niski, miał kwadratową szczękę i świetny wzrok. Obserwując zachowanie żołnierzy podczas eksperymentów z tabunem, dokonał odkrycia.

Greene zauważył, że żołnierze zamknięci w „komorze gazowej” stawali się „częściowo upośledzeni na okres od jednego do trzech tygodni – byli znużeni, zmęczeni, apatyczni, wykazywali całkowity brak inicjatywy i zainteresowania”. Najbardziej uderzało Greene,a to, że ludzie ci byli całkowicie obezwładnieni na pewien czas, ale nie trwale. Potem sami dochodzili do siebie; antidotum był czas. Doktor L. Wilson Greene dostrzegł w tym fakcie szansę na prowadzenie zupełnie nowego rodzaju walki. I zasiadł do tworzenia idei przyszłej wojny, którą zawarł w dziele znanym pod tytułem Psychochemical Warfare: A New Concept of War (Nowa koncepcja wojny: wojna psychochemiczna). Napisał tam: „Trend każdego dużego konfliktu, charakteryzujący się wysoką śmiertelnością, ludzką niedolą i zniszczeniami materialnymi, może zostać odwrócony”. Jego nowatorski pomysł wojny psychochemicznej – to on wymyślił ten termin – polegał na unieszkodliwianiu przeciwnika, a nie zabijaniu go. Greene uważał, że dzięki temu oblicze wojny zmieni się z barbarzyńskiego w bardziej ludzkie. Środki obezwładniające były „łagodną” bronią – obezwładniały, ale nie okaleczały w sposób trwały. Ameryka mogła pokonać przeciwników „bez masowego zabijania ludzi i niszczenia mienia”.

Greene nie proponował stosowania rozrzedzonego tabunu na polu walki. Miał na myśli inne środki obezwładniające, które mogły czasowo paraliżować człowieka, „środki halucynogenne lub psychomimetyczne… wywołujące reakcje przypominające obłęd lub psychozę”. „Nie ma wątpliwości, że zdolność do stawiania oporu zostanie w znacznym stopniu osłabiona lub całkowicie zniesiona dzięki masowemu atakowi histerii lub paniki”.

Greene postulował natychmiastowe rozpoczęcie „badań nad stabilnym związkiem chemicznym, który wywoływałby zaburzenia umysłowe o znaczeniu militarnym”. Sam poszukiwał środków, które powodowałyby nieracjonalne zachowania u ludzi. W swojej monografii zamieścił listę „61 środków wywołujących choroby umysłowe”. Tych sześćdziesiąt jeden składników należało, jego zdaniem, skrupulatnie przebadać i znaleźć jeden, najlepszy do celów wojskowych. Greene wystąpił o budżet w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów – mniej więcej pół miliona dolarów w 2013 roku – i go otrzymał. Rozpoczęły się prace badawcze. Zadanie zbadania toksyn mogących mieć zastosowanie militarne Greene powierzył swojemu przyjacielowi Fritzowi Hoffmannowi.

Fritz Hoffmann był uważany w Edgewood za jednego z najbardziej utalentowanych chemików organicznych w wojskach chemicznych. Jeśli ktoś miał znaleźć i opracować idealny środek obezwładniający, to właśnie Hoffmann. Rozpoczął badania na szeroką skalę – poczynając od powszechnie znanych narkotyków po rzadkie toksyny z Trzeciego Świata. Zajmował się meskaliną, otrzymywaną z kaktusa i używaną przez Indian, wywołującą halucynacje lub znużenie. Badał muchomora czerwonego, występującego na skalistych zboczach gór w Mongolii i według wierzeń ułatwiającego kontakt ze światem duchów, a także piruri, trujące liście używane przez Aborygenów, zmniejszające pragnienie. Badał yaxee i epenę z Wenezueli, Kolumbii i Brazylii, środki sprawiające, że ludzie widzą rzeczy, których w rzeczywistości nie ma.

Badał też środki wykorzystywane od stuleci „dzięki swoim właściwościom halucynogennym przez prymitywne plemiona do ucieczki przed trudami codziennego życia”. Wkrótce Hoffmann zaczął podróżować po świecie w poszukiwaniu środków obezwładniających dla wojsk chemicznych.

Annie Jacobsen - Operacja Paperclip

wtorek, 18 sierpnia 2020


Sławomir Sierakowski: Ty poznałeś i Putina, i Łukaszenkę. Co to jest za polityk?

Adam Michnik: Tak. Poznałem go. Wiesz, bardzo trudno jest mówić coś o człowieku, z którym się rozmawiało 2,5–3 godziny. To jest taki kołchozowy wiejski chytrus, który jednocześnie jest chuliganem. Żulik taki. I on w związku z tym skrupułów nie ma. Opowiadano mi w Kijowie – nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale jako anegdota to jest dobre – rozmowę Łukaszenki z Poroszenką, przed wyborami: „Petro, masz jakieś kłopoty z wyborami? Przyślij do mnie na dwa tygodnie przewodniczącego komisji wyborczej. To ja mu powiem, jak to się robi”.

Problem nie jest w tym, że on to powiedział, ale że się potem nawet przez sekundę nie zaczerwienił ze wstydu. On uważa, że to jest najzupełniej normalna praktyka, a wszystko to, co się w świecie opowiada o jakichś państwach prawa, wartościach europejskich, prawach człowieka, że to jest wszystko jakiś pic na wodę, mydlenie oczu. Że prawdziwa polityka to jest ta, którą on uprawia. To jest człowiek, który miał ambicję być carem Wszechrosji i dla niego najsmutniejszy dzień to był dzień, kiedy Jelcyn ogłosił, że na jego miejsce przychodzi Putin. I od tamtego czasu oni z Putinem mają stosunek, najłagodniej mówić, chropowaty. Wielokrotnie w rosyjskich rządowych mediach oglądałem i czytałem brutalne ataki na Łukaszenkę, kpili z jego prymitywizmu i tak dalej. Ale też u niego samego słyszałem, że Putin traktuje Białorusinów gorzej niż Hitler kiedyś. To stosunki są więc raczej ostre. Łukaszenka dla Putina jest kimś takim jak był Enver Hodża dla Breżniewa czy Chruszczowa jeszcze wcześniej. To jest taki mały bąk, co bzyka nie tym bzykiem, który się podoba gospodarzowi, ale gospodarz z powodów politycznych, klimatycznych i dyplomatycznych nie może go ubić. I tak to wygląda. Mnie się wydaje, że Łukaszenka jest człowiekiem niezdolnym do dialogu, podobnie jak wszyscy tego typu liderzy, jak Kaczyński, jak Orbán, jak Putin. On się może zdobyć na dialog dopiero wtedy, gdy się topi i mu woda podejdzie pod nos, już mu się zacznie wlewać. Ale wiadomo, że wtedy na dialog będzie za późno i jedynym tematem będą wtedy warunki kapitulacji.

A kto jest lepszym graczem: on czy Putin?

Ja bym Łukaszence dał palmę pierwszeństwa. On był pierwszy. To jego zaczął naśladować Putin. W tym sensie możemy mówić, że Putin to jest uczeń Łukaszenki. Ale w ich relacjach jest tak, że to ogon macha psem. On jest bardziej prymitywny niż Putin, podobnie bez zasad, podobnie nie wierzy w siłę argumentu, wierzy tylko w argument siły. Przy czym on dość dobrze wyczuwał – nie wiem, jak teraz, to się mogło skończyć – ducha konserwatywnej, postsowieckiej, białoruskiej prowincji. I w gruncie rzeczy ona go popierała, bo uważała, że on jest nasz, on jest swój. Tożsamościowo był im bardzo bliski i w tym sensie można go oczywiście porównywać, ale jest inny niż Kaczyński, choć oczywiście są też podobieństwa. Jest inny niż Orbán. Inny niż Putin.

Jeśli jest niezdolny do dialogu, może skończyć jak Ceausescu?

No nie, Ceausescu to był tyran, zbiorowy zabójca. Jednak z Ceausescu bym go nie porównywał. Ceausescu był jeszcze ciągle uwięziony w tym języku marksizmu-leninizmu, w doktrynie. Natomiast Łukaszenka jest od tego zupełnie wolny. Żadne marksizmy go nie obchodzą.

(...)

A co Zachód powinien zrobić w sprawie Białorusi i protestów tłumionych brutalnie przez władzę?

To jest bardzo trudne pytanie. To jest pytanie, które sobie Zachód stawia od 1955 roku, spoglądając na Wschód. Jednej odpowiedzi nie było nigdy. Oczywiście w jakimś sensie wspieranie tych ruchów demokratycznych KOR-u, Solidarności – to miało znaczenie, ale to wymaga polityki elastycznej, rozumnej, a przede wszystkim cierpliwości. To się nie stanie z dnia na dzień. Sankcje raeganowskie zaczęły działać po pięciu latach. One zadziałały, pomogły opozycji, ale nie od razu. Po drugie, wspierać w mądry sposób rozmaite inicjatywy obywatelskie i demokratyczne. Rzeczywiście konieczne jest uruchomienie dla tych krajów, w których zwyciężają tendencje autorytarne, kolejnych mediów, żeby obywatele tych krajów mieli dostęp do informacji. Ważne jest wspieranie inicjatyw demokratycznych i intelektualnych, wszystkich tych tendencji, które dziś wydają się słabe i marginalne. Ale my wszyscy, i Wałęsa, Havel, i Sacharow, byliśmy słabi i marginalni, ale bez tych słabych i marginalnych perspektywa demokratyczna w ogóle by nie zaistniała. Więc dzięki tej Rewolucji Godności w Białorusi ta perspektywa istnieje dziś i ona powinna być wspierana, szanowana i pielęgnowana, opisywana. Bo tak jak Praska Wiosna, niezależnie od interwencji sowieckiej, zmieniła i Czechosłowację, i świat, jak rok ’80 i Solidarność niezależnie od stanu wojennego zmieniły Polskę i świat, jak pieriestrojka i Majdan, tak dzisiaj świat zmienia Rewolucja Godności w Białorusi.

Dlaczego 1955 rok uważasz za przełomowy?

W 1955 roku, kiedy się skończył stalinizm i się zaczęło tzw. odprężenie, na Zachodzie zaczęli sobie stawiać pytanie, jak my możemy pozytywnie wpływać na ewolucję w Europie Wschodniej i Środkowej. Jedni odpowiadali – zaostrzać kurs, a drudzy mówili – spróbujmy ich zmiękczać. Jak się patrzy z dzisiejszej perspektywy, to widać, że obie strony miały rację. Potrzebny jest i kij, i marchewka. Potrzebna była i konferencja w Helsinkach, i polityka Cartera Human Rights jako ta ideologia amerykańska, którą mu wymyślił Brzeziński.

krytykapolityczna.pl

Wśród wielu Innych w Polsce są ledwo zauważalni. Łatwo się adaptują i asymilują. Szybko się uczą języka i z łatwością mimikrują autochtonów. Białorusini to „idealni migranci” w kontekście ideologii i języka polityki w Polsce. Są akceptowalnymi Innymi, bo ich tożsamość bezboleśnie przyjmuje zasady społeczne kraju, do którego się przeprowadzili. Niemniej jakakolwiek ocena antropologiczna emigracji Białorusinów do Polski pozostaje trudnym zadaniem, także ze względu na panujący w polskiej debacie publicznej dyskurs o Białorusi. Jest on obecny w dwóch wymiarach. Pierwszy to narracja medialna uwikłana w język stereotypowych obrazów Białorusi jako (post)sowieckiego rezerwatu, autorytarnej władzy i prorosyjskiego społeczeństwa. Drugi to historyczno-lingwistyczny wymiar dyskusji akademickiej na temat Białorusi ściśle związany z post(neo)kresowym podłożem owych rozważań (Białoruś jako byłe ziemie I i II RP, nostalgia za „utraconymi” polskimi Kresami). Są to raczej treści anachroniczne. Funkcjonują nie tylko na płaszczyźnie intelektualno-akademickiej, istnieje bowiem analityczne podejście do Białorusi, niewyróżniające się merytorycznie na tle dominującego języka używanego do opisu wschodniego sąsiada Polski.

Przypadek białoruski nie jest wyjątkowy, ponieważ każde społeczeństwo tworzy stereotypy i ma „własną” wiedzę na temat Innych, sąsiadów, przekazywaną mu medialnym językiem władz. Na jej podstawie kreuje we własnej imaginacji konkretne wizerunki Innych. Wystarczy z Podlasia, Terespola czy Białej Podlaskiej przejechać nieco na zachód Polski, by zapomnieć, że Białoruś to coś więcej niż rzadkie wzmianki w mediach. W efekcie gdy mówimy o nowym fenomenie obecności imigrantów z Białorusi w Polsce, nie zauważamy, że już dawno funkcjonują w społeczeństwie poza medialnymi algorytmami opowiadań i stereotypowych narracji. Pracują, studiują, zakładają rodziny, kupują mieszkania, rozwijają własne biznesy, przyjeżdżają na zakupy albo do pracy tymczasowej. Polska z kolei wzbudza coraz większe zainteresowanie jako kraj docelowy do osiedlenia się dla coraz większej grupy Białorusinów.

W przeciwieństwie do Ukrainy i Mołdawii, gdzie emigracja zarobkowa przybrała masową skalę tuż po rozpadzie ZSRR, na Białorusi jest ona zjawiskiem stosunkowo nowym. Co więcej, aż do połowy lat dwutysięcznych Białoruś była jedynym krajem postsowieckim z nieprzerwanie dodatnim bilansem migracyjnym. To efekt natychmiastowego zaniechania raczkujących reform rynkowych pod dojściu do władzy w 1994 roku Aleksandra Łukaszenki. Za ważniejsze od efektywności rynkowej uznano zachowanie stabilności politycznej, a co za tym idzie – niski poziom bezrobocia.

Założenia zrealizowano najprostszym możliwym sposobem. W państwowych gospodarstwach rolnych oraz w większości państwowych zakładów molochów nie przeprowadzono żadnej restrukturyzacji ani redukcji etatów. Wszystko nadal działało jak za dawnych czasów, w myśl sowieckiej zasady „wy udajecie, że nam płacicie, a my udajemy, że pracujemy”. Na Białorusi, tak jak w ZSRR, każdy musiał mieć pracę, a więc poziom bezrobocia nigdy nie przekroczył 4 procent.

Było to możliwe dzięki wynalezionej przez Łukaszenkę oportunistycznej formule relacji z Rosją: „ropa i gaz w zamian za pocałunki”. Przez długi czas działała ona bez zarzutu – rosyjskie dotacje szerokim strumieniem płynęły na Białoruś. W kraju kwitł len, szumiało zboże, z taśm produkcyjnych zjeżdżały traktory i lodówki, budowano pałace lodowe i osiedla mieszkaniowe. Łukaszenka cieszył się popularnością w całym byłym ZSRR. Z biegiem czasu formuła ta zaczęła jednak szwankować. Hojność Rosji malała, tymczasem białoruska gospodarka pozostawała niezmiennie nieefektywna.

new.org.pl

Niestandardowy sposób na „partyzancką” walkę z koronawirusem zaproponowany społeczeństwu przez białoruskie władze, jak również brak koordynacji w zarządzaniu kryzysowym oraz konsekwencji w przekazach komunikacyjnych rządu podczas pandemii doprowadziły do niespodziewanego zjawiska ogromnej samoorganizacji społeczeństwa. Uwidoczniła się ona na wielu płaszczyznach. W reakcji na brak epidemiologicznych wytycznych państwowych instytucji przedstawiciele biznesu, jak również pojedynczy obywatele zainicjowali tak zwaną kwarantannę obywatelską. W jej ramach firmy i pracownicy wykonywali pracę z domu, ludzie zaczęli ograniczać kontakty społeczne oraz podejmowano działania mające na celu podnoszenie świadomości społeczeństwa na temat wirusa. Wspierali ich w tych wysiłkach pracownicy służby zdrowia – publikowali amatorsko zrobione filmiki rozpowszechniane szerokiej publiczności w sieci. Szkoły wyższe i władze lokalne znalazły się w sytuacji, w której po raz pierwszy zostały zmuszone do podejmowania samodzielnych decyzji w kwestii działań mających na celu walkę z wirusem. W ramach chyba największej w historii Białorusi akcji charytatywnej – Bycovid – szpitale otrzymały niezbędny sprzęt zakupiony ze środków pozyskanych od osób prywatnych i firm. Łącznie dzięki ich darowiznom udało się zebrać 250 tysięcy dolarów na cele medyczne. Co jednak najważniejsze,  kampania ta zjednoczyła osoby prywatne, przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, pracowników Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a także przedstawicieli białoruskiej diaspory. Według szacunków Andreja Stryżaka w Bycovid19 zaangażowało się około 1,5 tysiąca osób.

Fala solidarności w pewnym sensie połączyła pandemię z sierpniowymi wyborami prezydenckimi. Dlatego lekarz, który stracił pracę po tym, jak na spotkaniu z jednym z niezależnych kandydatów na prezydenta skrytykował politykę białoruskiego państwa wobec pandemii, mógł otrzymać – dzięki zbiórce crowdfundingowej – odpowiednik swojego rocznego wynagrodzenia (około 5,4 tysiąca dolarów). W tym samym duchu udało się zebrać ponad sto tysięcy podpisów pod kandydaturą Swiatłany Cichanouskiej, gdy odmówiono rejestracji kandydatury jej męża, znanego blogera Siarhieja Cichanouskiego. Wiele osób podpisało się pod tą kandydaturą, nawet nie wiedząc, gdzie pracuje Cichanouska. Podpisywano się w imię solidarności i wierności zasadom, a zarazem w geście protestu przeciwko Alaksandrowi Łukaszence.

(...)

Ważną częścią działań solidarnościowych i oporu politycznego Białorusinów stał się humor. W odpowiedzi na mobbingujące i obrażające wypowiedzi prezydenta, w rodzaju: „Jak może żyć osoba ważąca sto trzydzieści pięć kilogramów?” lub „Dlaczego ktoś, kto jutro skończy osiemdziesiąt lat, chodzi jeszcze po ulicach?”, Białorusini zorganizowali akcję pod znamiennym tytułem Ostatnie słowo prezydenta. W jej ramach publikowali własne klepsydry z informacją, jakoby zmarli na COVID-19.

„Sasza 3%” to obecnie najpopularniejszy mem w białoruskim internecie. Powstał w reakcji na zakaz prowadzenia internetowych sondaży. Pokazywały poparcie dla urzędującego prezydenta oscylujące pomiędzy 3 a 6 procentami. Liczby te najprawdopodobniej nie odzwierciedlają rzeczywistości, gdyż według oficjalnych danych tylko w Mińsku poziom zaufania do Łukaszenki wynosił w kwietniu 24 procent, jednak samo ich pokazanie zdecydowanie obniża oczekiwany przez Łukaszenkę poziom legitymizacji jego władzy, a równocześnie ujawnia, że znaczna część białoruskiego społeczeństwa nie szanuje obecnie prezydenta. Innym przykładem desakralizacji i odczłowieczenia Łukaszenki jest stworzony przez Siarhieja Cichanouskiego slogan „Stop karaluch”. Porównanie Łukaszenki do wzbudzającego obrzydzenie robaka zostało wyjęte z emocjonalnego przemówienia starszej pani, która 31 marca wyraziła swoją złość na bezczelność białoruskich władz. Wideo z nagraniem tego wydarzenia obejrzało na YouTubie już ponad milion osób.

new.org.pl