niedziela, 23 sierpnia 2020
Musimy opuścić mieszkanie na Lermontowa, dlatego szukałem dziś na Sajsarach kwatery do wynajęcia. Ciasnymi uliczkami pośród setek drewnianych chałup nie łatwo się poruszać, bo między płotami stoją bajora pełne śmieci. Tu i ówdzie dryfuje przez nie psi trup. Trzeba przemykać wzdłuż płotów, po płotach i szukać dróg naokoło. W kilku miejscach przechodnie poukładali z okolicznych parkanów kładki, ale wody przybywa i wczoraj położonych mostków już dziś rano nie widać.
Przed blokiem wskazanym w ogłoszeniu wznosiła się imponująca kupa śmieci. Sięgała okna na pierwszym piętrze, zasłaniając numer domu. Długo stałem, kombinując, czy przygotował ją do załadunku jakiś buldożer, czy usypali mieszkańcy bloku, przez zimę wyrzucając śmieci „na skróty”. Wokół piramidy ganiały dwa chude psy, złe i groźne jak sprzedawczynie z naszego sklepu. Jakaś staruszka stała bezradnie po drugiej stronie ogromnej kałuży, w sumie już stawu, który rozlał się na ulicy. Za parkanem mężczyzna w sile wieku grzmocił szczotką młodą dziewczynę, a dwie kobiety usiłowały go powstrzymać. Kiedy kij szczotki pękł na grzbiecie nastolatki, pomyślałem, że brakuje tu tylko pijanego bomżyka. Zjawił się po chwili, jakby czytał w moich myślach, tyle że trzeźwy. Wychynął zza drzwi pobliskiego wychodka, przeciągając się, jakby właśnie wstał. Przed chwilą tam zaglądałem i przysiągłbym, że się nie da wejść, bo podłoga była wyłożona kupami jak terakotą. Skąd się tam wziął?
– Nie wdepnął pan w gówno? – zapytałem uprzejmie.
– Nieee. Tutaj jeszcze nie odmarzło. Cień.
– A jak pan tam spał?
– Nie spałem. Skorzystałem.
Michał Książek - Jakuck. Słownik miejsca
„Gdy Turcja jednoznacznie poparła Azerbejdżan po ostatnich starciach, wielu Ormian zaczęło pytać gdzie jest Rosja, dlaczego nie udziela nam tak samo wyraźnego poparcia?” – powiedział mi jeden z pracowników administracji rządowej Arcachu. Relacje pogorszyły się jeszcze za poprzedniego prezydenta Serża Sarkisjana, po tym jak w 2016 r. Azerbejdżan zaatakował Górski Karabach i zajął ponad 1000 hektarów ziemi. Na Ormian spadały wówczas rosyjskie rakiety zakupione przez Azerów. „Niedługo potem Sarkisjan był z wizytą w Niemczech i zapytano go tam o to kto jest najbliższym sojusznikiem Armenii. Sarkisjan odpowiedział, że Armenia ma tylko jednego sojusznika i wszyscy myśleli, że chodzi mu o Rosję, a on stwierdził, że tym jedynym sojusznikiem jest 18-letni żołnierz strzegący granic” – opowiada mi jeden z byłych oficerów armeńskiej armii.
O ile jednak poprzedni prezydenci Robert Koczarian i Serż Sarkisjan prowadzili politykę wyraźnie prorosyjską (a nawet jak twierdzą niektórzy „rosyjską”) to obecny premier Nikol Paszynian, który doszedł do władzy w wyniku antykorupcyjnej rewolucji 2018 r., postanowił zrównoważyć te relacje. „Obecna polityka Armenii nie jest ani prorosyjska ani prozachodnia, jest po prostu armeńska” – powiedział mi mój rozmówca z administracji Arcachu. Dodając, że budzi to niezadowolenie Rosji i ataki ze strony rosyjskiej propagandy.
Status Republiki Arcachu (od 2017 r. oficjalna nazwa Górskiego Karabachu) jest dość specyficzny. Republika jest oczywiście nie uznawana przez żadne państwo (w tym Armenię), ale nie oznacza to, że nie ma żadnych relacji międzynarodowych. Aż 9 stanów USA, w tym Kalifornia, uznały Arcach. Podobnie postąpiły niektóre podmioty federalne w Europie, np. Kraj Basków. Funkcjonuje też partnerstwo miast, a także współpraca na szczeblu edukacyjnym i kulturalnym.
defence24.pl
I jeszcze jedno pytanie, panie profesorze, jak pan ocenia działania polskich władz wobec tej sytuacji i fakt, że Polska nie pełni w sprawie Białorusi roli lidera, a kiedyś w sprawach wschodnich pełniła. Tutaj to Litwa przejęła tę rolę. Jak pan to ocenia?
- Polska nie odgrywa tej roli, jaką odgrywała na przykład w sprawach Ukrainy. Wtedy odgrywała rolę nie tylko dlatego, że Ukraińcy zwracali się do nas, oni zwracali się do nas, gdyż uważali, iż nasz prestiż i pozycja Polski budzą zaufanie na świecie. W związku z tym padła wówczas propozycja prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, aby zwołać w trybie pilnym - to było 26 listopada 2004 roku - taki Okrągły Stół z udziałem najważniejszych nie tylko państw i stron konfliktu, udział w nim brały Rosja, reprezentowana przez szefa parlamentu rosyjskiego oraz byłego premiera, ówczesnego ambasadora Wiktora Czernomyrdina, a po stronie UE był Javier Solana i ówczesny przewodniczący Rady Europejskiej. Polska odegrała nie tylko rolę inicjatora, ale w znacznym stopniu przygotowała taki dosyć prosty program, który można było w ciągu godzin omówić i wcielić w życie.
A dzisiaj nas nie ma.
- Dzisiaj tego nie ma. I nie ma tego z kilku powodów. Ja bym powiedział, że Polska w tej konkretnej sprawie nie popełniła do tej pory istotnych błędów. Znaczy Polska jest nieobecna. Białorusini zwrócili się do Litwy, i to nie jest przypadek. Po pierwsze, Białoruś była centrum Wielkiego Księstwa Litewskiego. Pamięć o tym jest bardzo silna dla tożsamości białoruskiej i tożsamości litewskiej, ale jest to na tyle odległe, że to nie wywołuje żadnych kontrowersji między Litwinami a Białorusinami. Drugim elementem jest to, że Litwa jest krajem na tyle małym, ludność jest trzykrotnie mniejsza od ludności Białorusi, że nikt nie będzie podejrzewał Litwy o ekspansjonizm. Oczywiście w rosyjskiej propagandzie, tak jak początkowo próbował robić to Łukaszenka, przedstawia się tę transformację na Białorusi jako kolejną kolorową rewolucję, tak jak to było kilkanaście lat temu w różnych krajach Europy. Oczywiście zaprogramowaną i realizowaną przez wszystkie służby specjalne świata, w głównej mierze przez CIA, a w przypadku Białorusi przez CIA we współpracy z polskimi służbami i że Polska odgrywa tutaj istotną rolę. Po pewnym czasie wyciszono ten polski udział, ponieważ jego nie ma. I twierdzenie, że to jest wynik polskiego działania, jest tak absurdalne, że nikt, ani na Białorusi, ani w świecie, nie przyjmowałby tego argumentu poważnie. Natomiast Polska odegrała, moim zdaniem, istotną rolę w takim strukturalnym, długofalowym sensie. Kiedy powoływano do życia tę stację telewizyjną z panią Romaszewską jako dyrektorem i zaproszono do tego wybitnych białoruskich dziennikarzy i intelektualistów, to niewątpliwie był to istotny wkład. Ale to nie była żadna działalność dywersyjna, to nie była żadna działalność służb, to po prostu było oddziaływanie w taki sposób, jaki w dzisiejszym świecie wszyscy uważają za rzecz normalną. Pod tym względem byliśmy i jesteśmy obecni. Ale instytucjonalnie, jeżeli chodzi o politykę państwa, to jeżeli ona istnieje, ja nie byłem w stanie jej dostrzec.
wyborcza.pl
czwartek, 20 sierpnia 2020
Wiosną 1947 roku naukowcy w Edgewood Arsenal zaczęli przeprowadzać eksperymenty na ludziach z użyciem tabunu. Wszyscy żołnierze wykorzystywani do tych eksperymentów byli tak zwanymi ochotnikami, ale nie poinformowano ich, że zostaną potraktowani gazem bojowym w niewielkim stężeniu. Część testów przeprowadzono w Utah, na poligonie Dugway. Pozostałe w znajdującej się w Edgewood „komorze gazowej do testów na ludziach”, pomieszczeniu o wymiarach 3 na 3 metry ze szczelnymi metalowymi drzwiami. Jedną z osób obserwujących testy z tabunem był dr L. Wilson Greene, dyrektor laboratoriów chemicznych i radiologicznych w Centrum Wojsk Chemicznych w Edgewood i bliski współpracownik Fritza Hoffmanna. Greene był niski, miał kwadratową szczękę i świetny wzrok. Obserwując zachowanie żołnierzy podczas eksperymentów z tabunem, dokonał odkrycia.
Greene zauważył, że żołnierze zamknięci w „komorze gazowej” stawali się „częściowo upośledzeni na okres od jednego do trzech tygodni – byli znużeni, zmęczeni, apatyczni, wykazywali całkowity brak inicjatywy i zainteresowania”. Najbardziej uderzało Greene,a to, że ludzie ci byli całkowicie obezwładnieni na pewien czas, ale nie trwale. Potem sami dochodzili do siebie; antidotum był czas. Doktor L. Wilson Greene dostrzegł w tym fakcie szansę na prowadzenie zupełnie nowego rodzaju walki. I zasiadł do tworzenia idei przyszłej wojny, którą zawarł w dziele znanym pod tytułem Psychochemical Warfare: A New Concept of War (Nowa koncepcja wojny: wojna psychochemiczna). Napisał tam: „Trend każdego dużego konfliktu, charakteryzujący się wysoką śmiertelnością, ludzką niedolą i zniszczeniami materialnymi, może zostać odwrócony”. Jego nowatorski pomysł wojny psychochemicznej – to on wymyślił ten termin – polegał na unieszkodliwianiu przeciwnika, a nie zabijaniu go. Greene uważał, że dzięki temu oblicze wojny zmieni się z barbarzyńskiego w bardziej ludzkie. Środki obezwładniające były „łagodną” bronią – obezwładniały, ale nie okaleczały w sposób trwały. Ameryka mogła pokonać przeciwników „bez masowego zabijania ludzi i niszczenia mienia”.
Greene nie proponował stosowania rozrzedzonego tabunu na polu walki. Miał na myśli inne środki obezwładniające, które mogły czasowo paraliżować człowieka, „środki halucynogenne lub psychomimetyczne… wywołujące reakcje przypominające obłęd lub psychozę”. „Nie ma wątpliwości, że zdolność do stawiania oporu zostanie w znacznym stopniu osłabiona lub całkowicie zniesiona dzięki masowemu atakowi histerii lub paniki”.
Greene postulował natychmiastowe rozpoczęcie „badań nad stabilnym związkiem chemicznym, który wywoływałby zaburzenia umysłowe o znaczeniu militarnym”. Sam poszukiwał środków, które powodowałyby nieracjonalne zachowania u ludzi. W swojej monografii zamieścił listę „61 środków wywołujących choroby umysłowe”. Tych sześćdziesiąt jeden składników należało, jego zdaniem, skrupulatnie przebadać i znaleźć jeden, najlepszy do celów wojskowych. Greene wystąpił o budżet w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów – mniej więcej pół miliona dolarów w 2013 roku – i go otrzymał. Rozpoczęły się prace badawcze. Zadanie zbadania toksyn mogących mieć zastosowanie militarne Greene powierzył swojemu przyjacielowi Fritzowi Hoffmannowi.
Fritz Hoffmann był uważany w Edgewood za jednego z najbardziej utalentowanych chemików organicznych w wojskach chemicznych. Jeśli ktoś miał znaleźć i opracować idealny środek obezwładniający, to właśnie Hoffmann. Rozpoczął badania na szeroką skalę – poczynając od powszechnie znanych narkotyków po rzadkie toksyny z Trzeciego Świata. Zajmował się meskaliną, otrzymywaną z kaktusa i używaną przez Indian, wywołującą halucynacje lub znużenie. Badał muchomora czerwonego, występującego na skalistych zboczach gór w Mongolii i według wierzeń ułatwiającego kontakt ze światem duchów, a także piruri, trujące liście używane przez Aborygenów, zmniejszające pragnienie. Badał yaxee i epenę z Wenezueli, Kolumbii i Brazylii, środki sprawiające, że ludzie widzą rzeczy, których w rzeczywistości nie ma.
Badał też środki wykorzystywane od stuleci „dzięki swoim właściwościom halucynogennym przez prymitywne plemiona do ucieczki przed trudami codziennego życia”. Wkrótce Hoffmann zaczął podróżować po świecie w poszukiwaniu środków obezwładniających dla wojsk chemicznych.
Annie Jacobsen - Operacja Paperclip
wtorek, 18 sierpnia 2020
Sławomir Sierakowski: Ty poznałeś i Putina, i Łukaszenkę. Co to jest za polityk?
Adam Michnik: Tak. Poznałem go. Wiesz, bardzo trudno jest mówić coś o człowieku, z którym się rozmawiało 2,5–3 godziny. To jest taki kołchozowy wiejski chytrus, który jednocześnie jest chuliganem. Żulik taki. I on w związku z tym skrupułów nie ma. Opowiadano mi w Kijowie – nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale jako anegdota to jest dobre – rozmowę Łukaszenki z Poroszenką, przed wyborami: „Petro, masz jakieś kłopoty z wyborami? Przyślij do mnie na dwa tygodnie przewodniczącego komisji wyborczej. To ja mu powiem, jak to się robi”.
Problem nie jest w tym, że on to powiedział, ale że się potem nawet przez sekundę nie zaczerwienił ze wstydu. On uważa, że to jest najzupełniej normalna praktyka, a wszystko to, co się w świecie opowiada o jakichś państwach prawa, wartościach europejskich, prawach człowieka, że to jest wszystko jakiś pic na wodę, mydlenie oczu. Że prawdziwa polityka to jest ta, którą on uprawia. To jest człowiek, który miał ambicję być carem Wszechrosji i dla niego najsmutniejszy dzień to był dzień, kiedy Jelcyn ogłosił, że na jego miejsce przychodzi Putin. I od tamtego czasu oni z Putinem mają stosunek, najłagodniej mówić, chropowaty. Wielokrotnie w rosyjskich rządowych mediach oglądałem i czytałem brutalne ataki na Łukaszenkę, kpili z jego prymitywizmu i tak dalej. Ale też u niego samego słyszałem, że Putin traktuje Białorusinów gorzej niż Hitler kiedyś. To stosunki są więc raczej ostre. Łukaszenka dla Putina jest kimś takim jak był Enver Hodża dla Breżniewa czy Chruszczowa jeszcze wcześniej. To jest taki mały bąk, co bzyka nie tym bzykiem, który się podoba gospodarzowi, ale gospodarz z powodów politycznych, klimatycznych i dyplomatycznych nie może go ubić. I tak to wygląda. Mnie się wydaje, że Łukaszenka jest człowiekiem niezdolnym do dialogu, podobnie jak wszyscy tego typu liderzy, jak Kaczyński, jak Orbán, jak Putin. On się może zdobyć na dialog dopiero wtedy, gdy się topi i mu woda podejdzie pod nos, już mu się zacznie wlewać. Ale wiadomo, że wtedy na dialog będzie za późno i jedynym tematem będą wtedy warunki kapitulacji.
A kto jest lepszym graczem: on czy Putin?
Ja bym Łukaszence dał palmę pierwszeństwa. On był pierwszy. To jego zaczął naśladować Putin. W tym sensie możemy mówić, że Putin to jest uczeń Łukaszenki. Ale w ich relacjach jest tak, że to ogon macha psem. On jest bardziej prymitywny niż Putin, podobnie bez zasad, podobnie nie wierzy w siłę argumentu, wierzy tylko w argument siły. Przy czym on dość dobrze wyczuwał – nie wiem, jak teraz, to się mogło skończyć – ducha konserwatywnej, postsowieckiej, białoruskiej prowincji. I w gruncie rzeczy ona go popierała, bo uważała, że on jest nasz, on jest swój. Tożsamościowo był im bardzo bliski i w tym sensie można go oczywiście porównywać, ale jest inny niż Kaczyński, choć oczywiście są też podobieństwa. Jest inny niż Orbán. Inny niż Putin.
Jeśli jest niezdolny do dialogu, może skończyć jak Ceausescu?
No nie, Ceausescu to był tyran, zbiorowy zabójca. Jednak z Ceausescu bym go nie porównywał. Ceausescu był jeszcze ciągle uwięziony w tym języku marksizmu-leninizmu, w doktrynie. Natomiast Łukaszenka jest od tego zupełnie wolny. Żadne marksizmy go nie obchodzą.
(...)
A co Zachód powinien zrobić w sprawie Białorusi i protestów tłumionych brutalnie przez władzę?
To jest bardzo trudne pytanie. To jest pytanie, które sobie Zachód stawia od 1955 roku, spoglądając na Wschód. Jednej odpowiedzi nie było nigdy. Oczywiście w jakimś sensie wspieranie tych ruchów demokratycznych KOR-u, Solidarności – to miało znaczenie, ale to wymaga polityki elastycznej, rozumnej, a przede wszystkim cierpliwości. To się nie stanie z dnia na dzień. Sankcje raeganowskie zaczęły działać po pięciu latach. One zadziałały, pomogły opozycji, ale nie od razu. Po drugie, wspierać w mądry sposób rozmaite inicjatywy obywatelskie i demokratyczne. Rzeczywiście konieczne jest uruchomienie dla tych krajów, w których zwyciężają tendencje autorytarne, kolejnych mediów, żeby obywatele tych krajów mieli dostęp do informacji. Ważne jest wspieranie inicjatyw demokratycznych i intelektualnych, wszystkich tych tendencji, które dziś wydają się słabe i marginalne. Ale my wszyscy, i Wałęsa, Havel, i Sacharow, byliśmy słabi i marginalni, ale bez tych słabych i marginalnych perspektywa demokratyczna w ogóle by nie zaistniała. Więc dzięki tej Rewolucji Godności w Białorusi ta perspektywa istnieje dziś i ona powinna być wspierana, szanowana i pielęgnowana, opisywana. Bo tak jak Praska Wiosna, niezależnie od interwencji sowieckiej, zmieniła i Czechosłowację, i świat, jak rok ’80 i Solidarność niezależnie od stanu wojennego zmieniły Polskę i świat, jak pieriestrojka i Majdan, tak dzisiaj świat zmienia Rewolucja Godności w Białorusi.
Dlaczego 1955 rok uważasz za przełomowy?
W 1955 roku, kiedy się skończył stalinizm i się zaczęło tzw. odprężenie, na Zachodzie zaczęli sobie stawiać pytanie, jak my możemy pozytywnie wpływać na ewolucję w Europie Wschodniej i Środkowej. Jedni odpowiadali – zaostrzać kurs, a drudzy mówili – spróbujmy ich zmiękczać. Jak się patrzy z dzisiejszej perspektywy, to widać, że obie strony miały rację. Potrzebny jest i kij, i marchewka. Potrzebna była i konferencja w Helsinkach, i polityka Cartera Human Rights jako ta ideologia amerykańska, którą mu wymyślił Brzeziński.
krytykapolityczna.pl
Wśród wielu Innych w Polsce są ledwo zauważalni. Łatwo się adaptują i asymilują. Szybko się uczą języka i z łatwością mimikrują autochtonów. Białorusini to „idealni migranci” w kontekście ideologii i języka polityki w Polsce. Są akceptowalnymi Innymi, bo ich tożsamość bezboleśnie przyjmuje zasady społeczne kraju, do którego się przeprowadzili. Niemniej jakakolwiek ocena antropologiczna emigracji Białorusinów do Polski pozostaje trudnym zadaniem, także ze względu na panujący w polskiej debacie publicznej dyskurs o Białorusi. Jest on obecny w dwóch wymiarach. Pierwszy to narracja medialna uwikłana w język stereotypowych obrazów Białorusi jako (post)sowieckiego rezerwatu, autorytarnej władzy i prorosyjskiego społeczeństwa. Drugi to historyczno-lingwistyczny wymiar dyskusji akademickiej na temat Białorusi ściśle związany z post(neo)kresowym podłożem owych rozważań (Białoruś jako byłe ziemie I i II RP, nostalgia za „utraconymi” polskimi Kresami). Są to raczej treści anachroniczne. Funkcjonują nie tylko na płaszczyźnie intelektualno-akademickiej, istnieje bowiem analityczne podejście do Białorusi, niewyróżniające się merytorycznie na tle dominującego języka używanego do opisu wschodniego sąsiada Polski.
Przypadek białoruski nie jest wyjątkowy, ponieważ każde społeczeństwo tworzy stereotypy i ma „własną” wiedzę na temat Innych, sąsiadów, przekazywaną mu medialnym językiem władz. Na jej podstawie kreuje we własnej imaginacji konkretne wizerunki Innych. Wystarczy z Podlasia, Terespola czy Białej Podlaskiej przejechać nieco na zachód Polski, by zapomnieć, że Białoruś to coś więcej niż rzadkie wzmianki w mediach. W efekcie gdy mówimy o nowym fenomenie obecności imigrantów z Białorusi w Polsce, nie zauważamy, że już dawno funkcjonują w społeczeństwie poza medialnymi algorytmami opowiadań i stereotypowych narracji. Pracują, studiują, zakładają rodziny, kupują mieszkania, rozwijają własne biznesy, przyjeżdżają na zakupy albo do pracy tymczasowej. Polska z kolei wzbudza coraz większe zainteresowanie jako kraj docelowy do osiedlenia się dla coraz większej grupy Białorusinów.
W przeciwieństwie do Ukrainy i Mołdawii, gdzie emigracja zarobkowa przybrała masową skalę tuż po rozpadzie ZSRR, na Białorusi jest ona zjawiskiem stosunkowo nowym. Co więcej, aż do połowy lat dwutysięcznych Białoruś była jedynym krajem postsowieckim z nieprzerwanie dodatnim bilansem migracyjnym. To efekt natychmiastowego zaniechania raczkujących reform rynkowych pod dojściu do władzy w 1994 roku Aleksandra Łukaszenki. Za ważniejsze od efektywności rynkowej uznano zachowanie stabilności politycznej, a co za tym idzie – niski poziom bezrobocia.
Założenia zrealizowano najprostszym możliwym sposobem. W państwowych gospodarstwach rolnych oraz w większości państwowych zakładów molochów nie przeprowadzono żadnej restrukturyzacji ani redukcji etatów. Wszystko nadal działało jak za dawnych czasów, w myśl sowieckiej zasady „wy udajecie, że nam płacicie, a my udajemy, że pracujemy”. Na Białorusi, tak jak w ZSRR, każdy musiał mieć pracę, a więc poziom bezrobocia nigdy nie przekroczył 4 procent.
Było to możliwe dzięki wynalezionej przez Łukaszenkę oportunistycznej formule relacji z Rosją: „ropa i gaz w zamian za pocałunki”. Przez długi czas działała ona bez zarzutu – rosyjskie dotacje szerokim strumieniem płynęły na Białoruś. W kraju kwitł len, szumiało zboże, z taśm produkcyjnych zjeżdżały traktory i lodówki, budowano pałace lodowe i osiedla mieszkaniowe. Łukaszenka cieszył się popularnością w całym byłym ZSRR. Z biegiem czasu formuła ta zaczęła jednak szwankować. Hojność Rosji malała, tymczasem białoruska gospodarka pozostawała niezmiennie nieefektywna.
new.org.pl
Niestandardowy sposób na „partyzancką” walkę z koronawirusem zaproponowany społeczeństwu przez białoruskie władze, jak również brak koordynacji w zarządzaniu kryzysowym oraz konsekwencji w przekazach komunikacyjnych rządu podczas pandemii doprowadziły do niespodziewanego zjawiska ogromnej samoorganizacji społeczeństwa. Uwidoczniła się ona na wielu płaszczyznach. W reakcji na brak epidemiologicznych wytycznych państwowych instytucji przedstawiciele biznesu, jak również pojedynczy obywatele zainicjowali tak zwaną kwarantannę obywatelską. W jej ramach firmy i pracownicy wykonywali pracę z domu, ludzie zaczęli ograniczać kontakty społeczne oraz podejmowano działania mające na celu podnoszenie świadomości społeczeństwa na temat wirusa. Wspierali ich w tych wysiłkach pracownicy służby zdrowia – publikowali amatorsko zrobione filmiki rozpowszechniane szerokiej publiczności w sieci. Szkoły wyższe i władze lokalne znalazły się w sytuacji, w której po raz pierwszy zostały zmuszone do podejmowania samodzielnych decyzji w kwestii działań mających na celu walkę z wirusem. W ramach chyba największej w historii Białorusi akcji charytatywnej – Bycovid – szpitale otrzymały niezbędny sprzęt zakupiony ze środków pozyskanych od osób prywatnych i firm. Łącznie dzięki ich darowiznom udało się zebrać 250 tysięcy dolarów na cele medyczne. Co jednak najważniejsze, kampania ta zjednoczyła osoby prywatne, przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, pracowników Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a także przedstawicieli białoruskiej diaspory. Według szacunków Andreja Stryżaka w Bycovid19 zaangażowało się około 1,5 tysiąca osób.
Fala solidarności w pewnym sensie połączyła pandemię z sierpniowymi wyborami prezydenckimi. Dlatego lekarz, który stracił pracę po tym, jak na spotkaniu z jednym z niezależnych kandydatów na prezydenta skrytykował politykę białoruskiego państwa wobec pandemii, mógł otrzymać – dzięki zbiórce crowdfundingowej – odpowiednik swojego rocznego wynagrodzenia (około 5,4 tysiąca dolarów). W tym samym duchu udało się zebrać ponad sto tysięcy podpisów pod kandydaturą Swiatłany Cichanouskiej, gdy odmówiono rejestracji kandydatury jej męża, znanego blogera Siarhieja Cichanouskiego. Wiele osób podpisało się pod tą kandydaturą, nawet nie wiedząc, gdzie pracuje Cichanouska. Podpisywano się w imię solidarności i wierności zasadom, a zarazem w geście protestu przeciwko Alaksandrowi Łukaszence.
(...)
Ważną częścią działań solidarnościowych i oporu politycznego Białorusinów stał się humor. W odpowiedzi na mobbingujące i obrażające wypowiedzi prezydenta, w rodzaju: „Jak może żyć osoba ważąca sto trzydzieści pięć kilogramów?” lub „Dlaczego ktoś, kto jutro skończy osiemdziesiąt lat, chodzi jeszcze po ulicach?”, Białorusini zorganizowali akcję pod znamiennym tytułem Ostatnie słowo prezydenta. W jej ramach publikowali własne klepsydry z informacją, jakoby zmarli na COVID-19.
„Sasza 3%” to obecnie najpopularniejszy mem w białoruskim internecie. Powstał w reakcji na zakaz prowadzenia internetowych sondaży. Pokazywały poparcie dla urzędującego prezydenta oscylujące pomiędzy 3 a 6 procentami. Liczby te najprawdopodobniej nie odzwierciedlają rzeczywistości, gdyż według oficjalnych danych tylko w Mińsku poziom zaufania do Łukaszenki wynosił w kwietniu 24 procent, jednak samo ich pokazanie zdecydowanie obniża oczekiwany przez Łukaszenkę poziom legitymizacji jego władzy, a równocześnie ujawnia, że znaczna część białoruskiego społeczeństwa nie szanuje obecnie prezydenta. Innym przykładem desakralizacji i odczłowieczenia Łukaszenki jest stworzony przez Siarhieja Cichanouskiego slogan „Stop karaluch”. Porównanie Łukaszenki do wzbudzającego obrzydzenie robaka zostało wyjęte z emocjonalnego przemówienia starszej pani, która 31 marca wyraziła swoją złość na bezczelność białoruskich władz. Wideo z nagraniem tego wydarzenia obejrzało na YouTubie już ponad milion osób.
new.org.pl
poniedziałek, 17 sierpnia 2020
Przez kolejne półtora stulecia (mniej więcej od lat pięćdziesiątych XIX wieku do dziewięćdziesiątych XX wieku) metamorfozy i przyspieszenia nieustannie globalizującego się kapitalizmu dość powoli i tylko w pewnej mierze wpływały na życie społeczne i los jednostek. Nowoczesność, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie oznacza życia w całkowicie przekształconej rzeczywistości. Jest ona raczej, jak dowodzą niektórzy krytycy, hybrydowym, niespójnym doświadczeniem nieregularnego życia w zmodernizowanych przestrzeniach i ze zwiększoną prędkością przy jednoczesnym zamieszkiwaniu w resztkach przedkapitalistycznych światów-żyć, czy to społecznych, czy naturalnych. Obraz Wrighta of Derby to wczesny przejaw koegzystencji i sąsiadowania niezgodnych systemów nowoczesności. Produkcja fabryczna na przykład nie doprowadziła do gwałtownego zatarcia dawmych rytmów dobowych czy więzi społecznych obecnych w rolniczych wspólnotach. Najpierw nastąpił długi okres współistnienia, podczas którego życie wiejskie było stopniowo rozmontowywane bądź włączane w nowe procesy. Można wskazać niezliczone przykłady ciągłego trwania - choćby i zaburzonego czy wykoślawionego - dawnych form, wartości, technik i hierarchii w ramach procesu modernizacji kapitalistycznej. Fredric Jameson twierdzi, że jeszcze na początku XX wieku „zaledwde znikomy procent społecznej i fizycznej przestrzeni Zachodu można było uznać za w pełni nowoczesny pod względem techniki lub produkcji, bądź też rzeczywiście mieszczański pod względem kultury klasowej. Oba te bliźniacze fenomeny zadomowiły się w większości krajów europejskich dopiero pod koniec drugiej wojny światowej”.
Choć można dyskutować o rozprzestrzenianiu się nowoczesności w różnych momentach historii, periodyzacja Jamesona przypomina, że wiek XIX i spora część XX wieku stanowtły zlepek niepowiązanych z sobą przestrzeni i czasów, z których część była zracjonalizowana i ukształtowana przez nowe rynkowo wymogi, w części zaś uparcie trwały jeszcze przednowoczesne wzorce i przekonania. Znaczące wydaje się zwłaszcza doraźne uznanie roku 1945 za dziejowy punkt zwrotny. Na prozaicznym poziomie zdarzeń historycznych można tu na przykład przypomnieć, że podczas prowadzenia badań nad rakietami V-2 naziści opierali swój transport wojskowy na sile półtora miliona koni. To tyle, jeśli chodzi o obiegowy opinię na temat dwudziestowiecznej „wojny zmechanizowanej”. Co jednak ważniejsze, jak wykazali liczni pisarze, od Ernesta Mandela po Thomasa Pynchona, druga wojna światowa, tak niszczycielska i zmieniająca oblicze świata, ujednoliciła globalną rzeczywistość w niespotykany dotychczas sposób - sprawiła, że przestarzałe terytoria, tożsamości i fragmenty tkanki społecznej przestały istnieć. Tam, gdzie było to możliwe, nastąpił powrót do tabula rasa, która stała się punktem wyjścia ostatniej fazy globalizacji kapitalizmu. Druga wojna światowa była kuźnią, w której wykuto nowe paradygmaty komunikacji, informacji i kontroli, a także skonsolidowano powiązania między badaniami naukowymi, ponadnarodowymi korporacjami a siłą wojska.
Jonathan Crary - 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu
BiznesAlert.pl: Jakie działania podejmowała Rosja przez ostatnie lata, aby uniezależnić Krym od wody z Dniepru?
Rosjanie po zamknięciu Kanału Północnokrymskiego rozpoczęli realizacje federalnego programu celowego, który miał za zadanie znaleźć alternatywy do ukraińskich dostaw wody na Krym. Ramy czasowe tego programu przewidywały, że w okresie 2015 do 2020 roku na program ten zostanie wydane około 65,7 mld rubli (ok. 3,6 mld zł). W ramach tych funduszy na półwyspie miało powstać 69 obiektów hydrologicznych, takich jak zbiorniki retencyjne, wodociągi, kolektory czy studnie artezyjskie. Plan jednak nie przyniósł spodziewanych efektów. Pomimo wydania miliardów rubli problem z wodą cały czas postępuje. W tym roku zdecydowano się na zwiększenie finansowania programu do 87,5 mld rubli (ok 4,7 mld zł), przy jednoczesnym zapobiegliwym zmniejszeniu zakresu inwestycji do 21 obiektów oraz wydłużeniu czasu wykonania do końca 2022 roku.
W konsekwencji Rosjanie realizują najprostsze, najmniej kosztowne, ale i najmniej efektywne zadania, czyli budowę studni artezyjskich i napełnianie zbiorników wodą z nich pochodzącą. W krótkiej perspektywie czasu to działanie się sprawdza, ale w dłuższej przyniesie katastrofalne skutki dla całego ekosystemu Krymu. Masowe wiercenie studni artezyjskich doprowadza do obniżania poziomu wód gruntowych a przez to zasalanie gleby. W dłuższym okresie spowoduję to niezdatność do użytku tych ziem w celach rolniczych. Rosjanie też przez pięć lat nie zdołali określić podziemnych zapasów wody, którą mogliby wydobywać.
Różne pomysły i idee dotyczące wody na Krymie są kolportowane przez rosyjskie media z bardzo dużą częstotliwością. Co jakiś czas informuje się o znalezieniu złotego środka, który pozwoli na zaspokojenie potrzeb hydrologicznych półwyspu. Mówiło się już o instalacjach odsalania wody wzorem Izraela czy Arabii Saudyjskiej, o których mówił podczas swojej pierwszej wizyty na Krymie w 2014 roku premier Rosji Dimitrij Miedwiediew, mówiło się o budowie wodociągu przez cieśninę Kerczeńską z regionu Kubania, mówiło się nawet o podziemnym wodociągu czerpiącym wody z rzeki Don. Dodatkowo ostatnio mówi się o wykorzystaniu samolotów i „bombardowaniu” nieba jodkiem srebra w celu wywołania deszczy. O tym się ciągle mówi, ale na mówieniu z reguły się kończy. To jest spowodowane bardzo dużymi kosztami tych projektów oraz trudnościami logistycznymi. Dodatkowo, przesył wody z Kubania, który sam cierpi na deficyt wody też nie wydaje się najlepszym pomysłem.
BiznesAlert.pl: Jak do problemu wody na Krymie odnosi się Ukraina? Na początku roku pojawiały się informację, że rozważane jest przywrócenie dostaw wody na okupowany półwysep na zasadach komercyjnych. Czy to realny plan?
Tak, po mianowaniu nowego premiera Ukrainy Denisa Szmychala mówił on publicznie o takiej możliwości, podobnie jak przewodniczący partii Sługa Narodu Dawid Arachamia. Była to forma sondowania opinii publicznej i jej reakcji na taki scenariusz. Te plany wynikały z rosyjskich prób połączenia kwestii uregulowania sytuacji na Donbasie z dostawami wody na Krym. Warto podkreślić, że zaprowadzenia pokoju na Donbasie było jednym z sztandarowych postulatów prezydenta Zełeńskiego. Te działania były próbą podjęcia ryzyka i sprawdzenia jak zareaguje społeczeństwo. Reakcja jednak była przewidywalna. Rozpoczęły się liczne demonstracje pod budynkiem ukraińskiego parlamentu i siedzibą prezydenta Ukrainy. To doprowadziło, że Zełeński poniekąd zmuszony, publicznie zadeklarował, że dostawy wody na Krym zostaną przywrócone dopiero po powrocie okupowanego Krymu do Ukrainy. W międzyczasie pojawiły się też pomysły np. prywatyzacji Kanału Północnokrymskiego, która otworzyła by możliwość przesyłu wody na Krym przez podmiot prywatny, poza kuratela ukraińskiego państwa. Jednak temat ucichł i na razie nie jest wcielany w życie.
BiznesAlert.pl: Czy wojna o wodę na Krymie to realny scenariusz?
Przede wszystkim Rosja zintensyfikowała starania o zmianę podejścia Ukrainy dotyczącego dostaw wody poprzez fora organizacji międzynarodowych, głównie ONZ. Takim działaniem było m.in wystosowanie na początku czerwca listu do sekretarza Generalnego ONZ przez była prokurator Krymu, a obecnie deputowaną do Dumy Natalię Pokłońską. Pokłońska w liście tym zarzucała ukraińskim władzom celowe doprowadzanie do kryzysu humanitarnego na Krymie i nazywała jej działania bezprawnymi. Jako argument podkreślała, że Dniepr jest rzeką międzynarodową, która zaczyna swój bieg w Rosji. Ten argument nie jest jej autorstwa, bo kilka lat temu Władimir Żyrinowski, kontrowersyjny szef partii Ludowo Demokratycznej, wzywał do przekierowania koryta rzeki Dniepr po rosyjskiej stronie tak, aby woda trafiała do Donu.
Rosyjskie próby zdobycia poparcia międzynarodowego na razie jednak nie osiągają skutku. Zachód nie wywiera póki co presji na Ukrainę w tej sprawie.
biznesalert.pl
Pierwsze roszczenia Chin do większości Morza Południowochińskiego zostały wysunięte przez rząd RCh w formie „linii dziewięciu kresek” (Nine-Dash Line) na wydanych w 1947 r. oficjalnych mapach akwenu, kiedy prowadzący wojnę domową rząd próbował zyskać poparcie społeczeństwa. Linia wydziela wokół morza region, do którego Chiny miały zgłaszać nieokreślone dokładnie żądania terytorialne, a brak prawnomiędzynarodowego zdefiniowania tych pretensji znalazł swój wyraz w tym, że była ona przerywana. Nie stanowi ona ani granicy morskiej, ani nawet linii roszczeń, mimo że do dzisiaj media z ChRL i część tajwańskich przedstawiają ją w sposób sugerujący istnienie granicy lub jakiejś linii demarkacyjnej. Opanowanie akwenu oznaczałoby spełnienie części chińskich aspiracji terytorialnych (inne dotyczą m.in. regionu Aksai Chin i stanu Arunachal Pradesh, Morza Wschodniochińskiego oraz Tajwanu) sięgających jeszcze czasów cesarskich i jest elementem programu odzyskiwania chińskich terytoriów utraconych w XIX wieku. Program ten to jeden z filarów legitymizacji Komunistycznej Partii Chin (KPCh), która po zwycięstwie w wojnie domowej i ustanowieniu ChRL w 1949 r. podtrzymała roszczenia dotyczące Morza Południowochińskiego. Wydaje się, że obok aspektu strategicznego stanowi to główną motywację do wysuwania daleko idących żądań. Kwestie ekonomiczne są dla ChRL – w przeciwieństwie do pozostałych państw
regionu – drugorzędne, a przesadzone przez CNOOC szacunki dotyczące miejscowych zasobów węglowodorów służą tylko wzmocnieniu wewnętrznej narracji nacjonalistycznej.
W deklaracji z 1958 r. dotyczącej morza terytorialnego ChRL zgłosiła pretensje do części obszarów lądowych zwanych Nanhai Zhudao (ang. Nanhai Islands, dosł. „wyspy morza południowego”), lecz do lat siedemdziesiątych nie podejmowano aktywnych działań w regionie. Dopiero zakończenie amerykańskiego zaangażowania w wojnę wietnamską pozwoliło Chinom na zbrojne odebranie Republice Wietnamskiej (Wietnam Południowy) Wysp Paracelskich w 1974 r. Od 1987 r. prowadzi się na szeroką skalę prace polegające na odbieraniu morzu lądu i budowie sztucznych wysp. W 1988 r. w innym krótkim konflikcie zbrojnym ze zjednoczonym Wietnamem ChRL ustanowiła swoją kontrolę nad Północną i Południową Rafą Johnsona oraz rafą Fiery Cross. W 1994 r. Pekin zajął Rafę Mischiefa, znajdującą się de iure wewnątrz filipińskiej wyłącznej strefy ekonomicznej. Od połowy lat dziewięćdziesiątych utrzymuje się terytorialne status quo. W 2012 r. Pekin ogłosił powstanie prefektury Sansha w ramach prowincji Hajnan ze stolicą w mieście Sansha na Wyspie Woody (ang. Woody Island, chiń. Yongxing Dao, największa wysepka wśród Wysp Paracelskich). Równocześnie w oparciu o administrowane obszary lądowe w archipelagach Paracelskim i Spratly ChRL wytyczyła obszary morza terytorialnego, obszary strefy przyległej oraz wyłącznej strefy ekonomicznej. W kwietniu 2020 r. w ramach prefektury Sansha wydzielono dwie jednostki miejskie. W tym samym czasie chińska Komisja Nazw Geograficznych „zlokalizowała 80 wysp” w regionie. Stały się one automatycznie częścią roszczeń ChRL.
Na Wyspach Paracelskich Pekin wzniósł ok. 20 instalacji wojskowych, a na Spratly umieścił je na siedmiu sztucznych wyspach. Powstały tam bazy Marynarki Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, a na obszarach zabranych morzu wybudowano porty i pasy startowe dla lotnictwa wojskowego. Instalacje są wyposażone w systemy antydostępowe obejmujące znaczną część Morza Południowochińskiego. Znajdują się tam też elementy systemów radiolokacyjnych i systemów wojny elektronicznej. Do specyfiki chińskich działań – nie tylko na tym akwenie – należy także wykorzystanie tzw. morskiej milicji ludowej, czyli kutrów rybackich prowadzących skoordynowane i agresywne działania na morzu, asekurowane przez chińskie jednostki straży wybrzeża. Ważnym elementem egzekwowania przez Chiny swoich praw jest także blokowanie połowów przez obcych rybaków w jednostronnie wyznaczonych wyłącznych strefach ekonomicznych wokół sztucznych wysp.
(...)
ChRL nie jest jedynym państwem wysuwającym roszczenia do obszarów morskich i lądowych Morza Południowochińskiego. Od lat siedemdziesiątych XX wieku uznania praw do poszczególnych obszarów lądowych akwenu domagają się Wietnam, Malezja, Indonezja, Brunei i Filipiny. Po wejściu w życie UNCLOS w 1994 r. kolejne państwa regionu zgłosiły roszczenia do utworzenia własnych wyłącznych stref ekonomicznych i granic szelfu kontynentalnego, które nie tylko nakładają się na roszczenia Chin zakreślone przez „linię dziewięciu kresek”, lecz także często wykluczają się wzajemnie. Mimo że w przeciwieństwie do roszczeń chińskich ich żądania są oparte na rozwiązaniach prawnych wynikających z UNCLOS, to kraje te nie potrafiły do tej pory rozwiązać wzajemnych sporów. Sytuację na Morzu Południowochińskim zaogniają daleko idące żądania różnych państw, które w wypadku niektórych z nich wydają się podyktowane chęcią przyjęcia silnej pozycji negocjacyjnej, ale raz zgłoszone są trudne do wycofania ze względu na rozbudzone aspiracje opinii publicznej oraz duże znaczenie gospodarcze regionu. Także tutaj praktyka jednostronnej delimitacji wyłącznej strefy ekonomicznej utrudnia uregulowanie sporów na drodze negocjacji i wypracowanie wspólnego stanowiska wobec roszczeń Chin. Państwa regionu prezentują również różne formy odpowiedzi na żądania ChRL. Przykładem skrajnie odmiennego podejścia są Wietnam i Filipiny – Wietnam stawia na rozbudowę potencjału militarnego, a Filipiny najpierw wybrały drogę prawną, obecnie zaś próbują znaleźć porozumienie z Chinami dotyczące wspólnej eksploracji akwenu. Ponadto rozbudowa przez Pekin potencjału militarnego na Morzu Południowochińskim spotyka się z analogicznymi działaniami innych państw regionu. Powoduje to, że jest ono dzisiaj jednym z najbardziej zapalnych punktów stosunków międzynarodowych, a częste i mające konfrontacyjny charakter spotkania jednostek wszystkich stron sporu grożą szybką eskalacją i otwartym konfliktem. Na akwenie kwestie terytorialne przenikają się także z formalnymi i nieformalnymi sojuszami obronnymi, a dynamika sporu prowokuje redefinicję dotychczasowych relacji. Konflikt z ChRL doprowadził już do wyraźnego zbliżenia Wietnamu z USA. Także Indonezja i Malezja odpowiadają na działania ChRL zwiększeniem potencjału militarnego w regionie oraz regularnymi akcjami straży wybrzeża wymierzonymi w nielegalne połowy chińskich, ale także wietnamskich rybaków w ich wyłącznych strefach ekonomicznych. W tym samym czasie porażka drogi prawnej i poszukiwanie zbliżenia z Chinami doprowadziły do ochłodzenia relacji Filipin ze Stanami Zjednoczonymi i postawiły pod znakiem zapytania przyszłość układu o wzajemnej obronie tych państw.
OSW - Dziewięć kresek. Roszczenia Pekinu na Morzu Południowochińskim
Jak powszechnie wiadomo, Polska zmaga się z poważnym problemem gospodarowania śmieciami, a co za tym idzie – regularnymi podwyżkami cen za ich odbiór. Powstawanie, w ramach istniejących ciepłowni lub elektrociepłowni, jednostek RDF mogłoby w znaczącym stopniu rozwiązać trudności z tym związane. Instalacje RDF mogłyby zarówno eliminować kłopot związany z zagospodarowaniem odpadów komunalnych czy przemysłowych, jak i zapewnić stałą dostawę ciepła i prądu do odbiorców. Dla przykładu, w miejscowości Spittelau położonej nieopodal Wiednia od 1976 r. pracuje spalarnia odpadów. Tylko ta instalacja gwarantuje 25% ciepła rocznie zużywanego przez mieszkańców stolicy Austrii. Wzorem wiedeńczyków poszli Szwedzi. 1/6 energii zużywanej w Sztokholmie pochodzi ze spalania RDF-u.
Ilustracją polityki ukierunkowanej na wykorzystanie paliw alternatywnych w celu produkcji energii jest Szwajcaria. Helweci spalają 70% wszystkich gromadzonych odpadów komunalnych. Dzięki temu co roku do szwajcarskich gospodarstw domowych i przedsiębiorstw płynie prąd o sumarycznej mocy sięgającej 1050 GWh. Co ciekawe, Szwajcaria nie planuje odwrotu od spalania odpadów, wręcz przeciwnie. Pomimo, że w kraju działa 30 bloków, to z powodu coraz wyższego poziomu produkcji śmieci, władze zamierzają uruchamiać kolejne. W świecie pracuje obecnie 2450 jednostek tego typu, z czego prawie 50% w samej Japonii.
Badania przeprowadzone przez Fortum Power and Heat nakreślają potencjał jaki Polska posiada, gdyby zamieniła źródła energii w postaci węgla kamiennego na równowartość odbieranych aktualnie w kraju odpadów komunalnych. Zakłady termicznego przekształcania mogłyby dostarczyć nawet 6% rocznego zapotrzebowania na energię.
energetyka24.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)