wtorek, 18 sierpnia 2020


Wśród wielu Innych w Polsce są ledwo zauważalni. Łatwo się adaptują i asymilują. Szybko się uczą języka i z łatwością mimikrują autochtonów. Białorusini to „idealni migranci” w kontekście ideologii i języka polityki w Polsce. Są akceptowalnymi Innymi, bo ich tożsamość bezboleśnie przyjmuje zasady społeczne kraju, do którego się przeprowadzili. Niemniej jakakolwiek ocena antropologiczna emigracji Białorusinów do Polski pozostaje trudnym zadaniem, także ze względu na panujący w polskiej debacie publicznej dyskurs o Białorusi. Jest on obecny w dwóch wymiarach. Pierwszy to narracja medialna uwikłana w język stereotypowych obrazów Białorusi jako (post)sowieckiego rezerwatu, autorytarnej władzy i prorosyjskiego społeczeństwa. Drugi to historyczno-lingwistyczny wymiar dyskusji akademickiej na temat Białorusi ściśle związany z post(neo)kresowym podłożem owych rozważań (Białoruś jako byłe ziemie I i II RP, nostalgia za „utraconymi” polskimi Kresami). Są to raczej treści anachroniczne. Funkcjonują nie tylko na płaszczyźnie intelektualno-akademickiej, istnieje bowiem analityczne podejście do Białorusi, niewyróżniające się merytorycznie na tle dominującego języka używanego do opisu wschodniego sąsiada Polski.

Przypadek białoruski nie jest wyjątkowy, ponieważ każde społeczeństwo tworzy stereotypy i ma „własną” wiedzę na temat Innych, sąsiadów, przekazywaną mu medialnym językiem władz. Na jej podstawie kreuje we własnej imaginacji konkretne wizerunki Innych. Wystarczy z Podlasia, Terespola czy Białej Podlaskiej przejechać nieco na zachód Polski, by zapomnieć, że Białoruś to coś więcej niż rzadkie wzmianki w mediach. W efekcie gdy mówimy o nowym fenomenie obecności imigrantów z Białorusi w Polsce, nie zauważamy, że już dawno funkcjonują w społeczeństwie poza medialnymi algorytmami opowiadań i stereotypowych narracji. Pracują, studiują, zakładają rodziny, kupują mieszkania, rozwijają własne biznesy, przyjeżdżają na zakupy albo do pracy tymczasowej. Polska z kolei wzbudza coraz większe zainteresowanie jako kraj docelowy do osiedlenia się dla coraz większej grupy Białorusinów.

W przeciwieństwie do Ukrainy i Mołdawii, gdzie emigracja zarobkowa przybrała masową skalę tuż po rozpadzie ZSRR, na Białorusi jest ona zjawiskiem stosunkowo nowym. Co więcej, aż do połowy lat dwutysięcznych Białoruś była jedynym krajem postsowieckim z nieprzerwanie dodatnim bilansem migracyjnym. To efekt natychmiastowego zaniechania raczkujących reform rynkowych pod dojściu do władzy w 1994 roku Aleksandra Łukaszenki. Za ważniejsze od efektywności rynkowej uznano zachowanie stabilności politycznej, a co za tym idzie – niski poziom bezrobocia.

Założenia zrealizowano najprostszym możliwym sposobem. W państwowych gospodarstwach rolnych oraz w większości państwowych zakładów molochów nie przeprowadzono żadnej restrukturyzacji ani redukcji etatów. Wszystko nadal działało jak za dawnych czasów, w myśl sowieckiej zasady „wy udajecie, że nam płacicie, a my udajemy, że pracujemy”. Na Białorusi, tak jak w ZSRR, każdy musiał mieć pracę, a więc poziom bezrobocia nigdy nie przekroczył 4 procent.

Było to możliwe dzięki wynalezionej przez Łukaszenkę oportunistycznej formule relacji z Rosją: „ropa i gaz w zamian za pocałunki”. Przez długi czas działała ona bez zarzutu – rosyjskie dotacje szerokim strumieniem płynęły na Białoruś. W kraju kwitł len, szumiało zboże, z taśm produkcyjnych zjeżdżały traktory i lodówki, budowano pałace lodowe i osiedla mieszkaniowe. Łukaszenka cieszył się popularnością w całym byłym ZSRR. Z biegiem czasu formuła ta zaczęła jednak szwankować. Hojność Rosji malała, tymczasem białoruska gospodarka pozostawała niezmiennie nieefektywna.

new.org.pl

Niestandardowy sposób na „partyzancką” walkę z koronawirusem zaproponowany społeczeństwu przez białoruskie władze, jak również brak koordynacji w zarządzaniu kryzysowym oraz konsekwencji w przekazach komunikacyjnych rządu podczas pandemii doprowadziły do niespodziewanego zjawiska ogromnej samoorganizacji społeczeństwa. Uwidoczniła się ona na wielu płaszczyznach. W reakcji na brak epidemiologicznych wytycznych państwowych instytucji przedstawiciele biznesu, jak również pojedynczy obywatele zainicjowali tak zwaną kwarantannę obywatelską. W jej ramach firmy i pracownicy wykonywali pracę z domu, ludzie zaczęli ograniczać kontakty społeczne oraz podejmowano działania mające na celu podnoszenie świadomości społeczeństwa na temat wirusa. Wspierali ich w tych wysiłkach pracownicy służby zdrowia – publikowali amatorsko zrobione filmiki rozpowszechniane szerokiej publiczności w sieci. Szkoły wyższe i władze lokalne znalazły się w sytuacji, w której po raz pierwszy zostały zmuszone do podejmowania samodzielnych decyzji w kwestii działań mających na celu walkę z wirusem. W ramach chyba największej w historii Białorusi akcji charytatywnej – Bycovid – szpitale otrzymały niezbędny sprzęt zakupiony ze środków pozyskanych od osób prywatnych i firm. Łącznie dzięki ich darowiznom udało się zebrać 250 tysięcy dolarów na cele medyczne. Co jednak najważniejsze,  kampania ta zjednoczyła osoby prywatne, przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, pracowników Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a także przedstawicieli białoruskiej diaspory. Według szacunków Andreja Stryżaka w Bycovid19 zaangażowało się około 1,5 tysiąca osób.

Fala solidarności w pewnym sensie połączyła pandemię z sierpniowymi wyborami prezydenckimi. Dlatego lekarz, który stracił pracę po tym, jak na spotkaniu z jednym z niezależnych kandydatów na prezydenta skrytykował politykę białoruskiego państwa wobec pandemii, mógł otrzymać – dzięki zbiórce crowdfundingowej – odpowiednik swojego rocznego wynagrodzenia (około 5,4 tysiąca dolarów). W tym samym duchu udało się zebrać ponad sto tysięcy podpisów pod kandydaturą Swiatłany Cichanouskiej, gdy odmówiono rejestracji kandydatury jej męża, znanego blogera Siarhieja Cichanouskiego. Wiele osób podpisało się pod tą kandydaturą, nawet nie wiedząc, gdzie pracuje Cichanouska. Podpisywano się w imię solidarności i wierności zasadom, a zarazem w geście protestu przeciwko Alaksandrowi Łukaszence.

(...)

Ważną częścią działań solidarnościowych i oporu politycznego Białorusinów stał się humor. W odpowiedzi na mobbingujące i obrażające wypowiedzi prezydenta, w rodzaju: „Jak może żyć osoba ważąca sto trzydzieści pięć kilogramów?” lub „Dlaczego ktoś, kto jutro skończy osiemdziesiąt lat, chodzi jeszcze po ulicach?”, Białorusini zorganizowali akcję pod znamiennym tytułem Ostatnie słowo prezydenta. W jej ramach publikowali własne klepsydry z informacją, jakoby zmarli na COVID-19.

„Sasza 3%” to obecnie najpopularniejszy mem w białoruskim internecie. Powstał w reakcji na zakaz prowadzenia internetowych sondaży. Pokazywały poparcie dla urzędującego prezydenta oscylujące pomiędzy 3 a 6 procentami. Liczby te najprawdopodobniej nie odzwierciedlają rzeczywistości, gdyż według oficjalnych danych tylko w Mińsku poziom zaufania do Łukaszenki wynosił w kwietniu 24 procent, jednak samo ich pokazanie zdecydowanie obniża oczekiwany przez Łukaszenkę poziom legitymizacji jego władzy, a równocześnie ujawnia, że znaczna część białoruskiego społeczeństwa nie szanuje obecnie prezydenta. Innym przykładem desakralizacji i odczłowieczenia Łukaszenki jest stworzony przez Siarhieja Cichanouskiego slogan „Stop karaluch”. Porównanie Łukaszenki do wzbudzającego obrzydzenie robaka zostało wyjęte z emocjonalnego przemówienia starszej pani, która 31 marca wyraziła swoją złość na bezczelność białoruskich władz. Wideo z nagraniem tego wydarzenia obejrzało na YouTubie już ponad milion osób.

new.org.pl

poniedziałek, 17 sierpnia 2020


Przez kolejne półtora stulecia (mniej więcej od lat pięćdziesiątych XIX wieku do dziewięćdziesiątych XX wieku) metamorfozy i przyspieszenia nieustannie globalizującego się kapitalizmu dość powoli i tylko w pewnej mierze wpływały na życie społeczne i los jednostek. Nowoczesność, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie oznacza życia w całkowicie przekształconej rzeczywistości. Jest ona raczej, jak dowodzą niektórzy krytycy, hybrydowym, niespójnym doświadczeniem nieregularnego życia w zmodernizowanych przestrzeniach i ze zwiększoną prędkością przy jednoczesnym zamieszkiwaniu w resztkach przedkapitalistycznych światów-żyć, czy to społecznych, czy naturalnych. Obraz Wrighta of Derby to wczesny przejaw koegzystencji i sąsiadowania niezgodnych systemów nowoczesności. Produkcja fabryczna na przykład nie doprowadziła do gwałtownego zatarcia dawmych rytmów dobowych czy więzi społecznych obecnych w rolniczych wspólnotach. Najpierw nastąpił długi okres współistnienia, podczas którego życie wiejskie było stopniowo rozmontowywane bądź włączane w nowe procesy. Można wskazać niezliczone przykłady ciągłego trwania - choćby i zaburzonego czy wykoślawionego - dawnych form, wartości, technik i hierarchii w ramach procesu modernizacji kapitalistycznej. Fredric Jameson twierdzi, że jeszcze na początku XX wieku „zaledwde znikomy procent społecznej i fizycznej przestrzeni Zachodu można było uznać za w pełni nowoczesny pod względem techniki lub produkcji, bądź też rzeczywiście mieszczański pod względem kultury klasowej. Oba te bliźniacze fenomeny zadomowiły się w większości krajów europejskich dopiero pod koniec drugiej wojny światowej”.

Choć można dyskutować o rozprzestrzenianiu się nowoczesności w różnych momentach historii, periodyzacja Jamesona przypomina, że wiek XIX i spora część XX wieku stanowtły zlepek niepowiązanych z sobą przestrzeni i czasów, z których część była zracjonalizowana i ukształtowana przez nowe rynkowo wymogi, w części zaś uparcie trwały jeszcze przednowoczesne wzorce i przekonania. Znaczące wydaje się zwłaszcza doraźne uznanie roku 1945 za dziejowy punkt zwrotny. Na prozaicznym poziomie zdarzeń historycznych można tu na przykład przypomnieć, że podczas prowadzenia badań nad rakietami V-2 naziści opierali swój transport wojskowy na sile półtora miliona koni. To tyle, jeśli chodzi o obiegowy opinię na temat dwudziestowiecznej „wojny zmechanizowanej”. Co jednak ważniejsze, jak wykazali liczni pisarze, od Ernesta Mandela po Thomasa Pynchona, druga wojna światowa, tak niszczycielska i zmieniająca oblicze świata, ujednoliciła globalną rzeczywistość w niespotykany dotychczas sposób - sprawiła, że przestarzałe terytoria, tożsamości i fragmenty tkanki społecznej przestały istnieć. Tam, gdzie było to możliwe, nastąpił powrót do tabula rasa, która stała się punktem wyjścia ostatniej fazy globalizacji kapitalizmu. Druga wojna światowa była kuźnią, w której wykuto nowe paradygmaty komunikacji, informacji i kontroli, a także skonsolidowano powiązania między badaniami naukowymi, ponadnarodowymi korporacjami a siłą wojska.

Jonathan Crary - 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu

BiznesAlert.pl: Jakie działania podejmowała Rosja przez ostatnie lata, aby uniezależnić Krym od wody z Dniepru?

Rosjanie po zamknięciu Kanału Północnokrymskiego rozpoczęli realizacje federalnego programu celowego, który miał za zadanie znaleźć alternatywy do ukraińskich dostaw wody na Krym. Ramy czasowe tego programu przewidywały, że w okresie 2015 do 2020 roku na program ten zostanie wydane około 65,7 mld rubli (ok. 3,6 mld zł). W ramach tych funduszy na półwyspie miało powstać 69 obiektów hydrologicznych, takich jak zbiorniki retencyjne, wodociągi, kolektory czy studnie artezyjskie. Plan jednak nie przyniósł spodziewanych efektów. Pomimo wydania miliardów rubli problem z wodą cały czas postępuje. W tym roku zdecydowano się na zwiększenie finansowania programu do 87,5 mld rubli (ok 4,7 mld zł), przy jednoczesnym zapobiegliwym zmniejszeniu zakresu inwestycji do 21 obiektów oraz wydłużeniu czasu wykonania do końca 2022 roku.

W konsekwencji Rosjanie realizują najprostsze, najmniej kosztowne, ale i najmniej efektywne zadania, czyli budowę studni artezyjskich i napełnianie zbiorników wodą z nich pochodzącą. W krótkiej perspektywie czasu to działanie się sprawdza, ale w dłuższej przyniesie katastrofalne skutki dla całego ekosystemu Krymu. Masowe wiercenie studni artezyjskich doprowadza do obniżania poziomu wód gruntowych a przez to zasalanie gleby. W dłuższym okresie spowoduję to niezdatność do użytku tych ziem w celach rolniczych. Rosjanie też przez pięć lat nie zdołali określić podziemnych zapasów wody, którą mogliby wydobywać.

Różne pomysły i idee dotyczące wody na Krymie są kolportowane przez rosyjskie media z bardzo dużą częstotliwością. Co jakiś czas informuje się o znalezieniu złotego środka, który pozwoli na zaspokojenie potrzeb hydrologicznych półwyspu. Mówiło się już o instalacjach odsalania wody wzorem Izraela czy Arabii Saudyjskiej, o których mówił podczas swojej pierwszej wizyty na Krymie w 2014 roku premier Rosji Dimitrij Miedwiediew, mówiło się o budowie wodociągu przez cieśninę Kerczeńską z regionu Kubania, mówiło się nawet o podziemnym wodociągu czerpiącym wody z rzeki Don. Dodatkowo ostatnio mówi się o wykorzystaniu samolotów i „bombardowaniu” nieba jodkiem srebra w celu wywołania deszczy. O tym się ciągle mówi, ale na mówieniu z reguły się kończy. To jest spowodowane bardzo dużymi kosztami tych projektów oraz trudnościami logistycznymi. Dodatkowo, przesył wody z Kubania, który sam cierpi na deficyt wody też nie wydaje się najlepszym pomysłem.

BiznesAlert.pl: Jak do problemu wody na Krymie odnosi się Ukraina? Na początku roku pojawiały się informację, że rozważane jest przywrócenie dostaw wody na okupowany półwysep na zasadach komercyjnych. Czy to realny plan?

Tak, po mianowaniu nowego premiera Ukrainy Denisa Szmychala mówił on publicznie o takiej możliwości, podobnie jak przewodniczący partii Sługa Narodu Dawid Arachamia. Była to forma sondowania opinii publicznej i jej reakcji na taki scenariusz. Te plany wynikały z rosyjskich prób połączenia kwestii uregulowania sytuacji na Donbasie z dostawami wody na Krym. Warto podkreślić, że zaprowadzenia pokoju na Donbasie było jednym z sztandarowych postulatów prezydenta Zełeńskiego. Te działania były próbą podjęcia ryzyka i sprawdzenia jak zareaguje społeczeństwo. Reakcja jednak była przewidywalna. Rozpoczęły się liczne demonstracje pod budynkiem ukraińskiego parlamentu i siedzibą prezydenta Ukrainy. To doprowadziło, że Zełeński poniekąd zmuszony, publicznie zadeklarował, że dostawy wody na Krym zostaną przywrócone dopiero po powrocie okupowanego Krymu do Ukrainy. W międzyczasie pojawiły się też pomysły np. prywatyzacji Kanału Północnokrymskiego, która otworzyła by możliwość przesyłu wody na Krym przez podmiot prywatny, poza kuratela ukraińskiego państwa. Jednak temat ucichł i na razie nie jest wcielany w życie.

BiznesAlert.pl: Czy wojna o wodę na Krymie to realny scenariusz?

Przede wszystkim Rosja zintensyfikowała starania o zmianę podejścia Ukrainy dotyczącego dostaw wody poprzez fora organizacji międzynarodowych, głównie ONZ. Takim działaniem było m.in wystosowanie na początku czerwca listu do sekretarza Generalnego ONZ przez była prokurator Krymu, a obecnie deputowaną do Dumy Natalię Pokłońską. Pokłońska w liście tym zarzucała ukraińskim władzom celowe doprowadzanie do kryzysu humanitarnego na Krymie i nazywała jej działania bezprawnymi. Jako argument podkreślała, że Dniepr jest rzeką międzynarodową, która zaczyna swój bieg w Rosji. Ten argument nie jest jej autorstwa, bo kilka lat temu Władimir Żyrinowski, kontrowersyjny szef partii Ludowo Demokratycznej, wzywał do przekierowania koryta rzeki Dniepr po rosyjskiej stronie tak, aby woda trafiała do Donu.

Rosyjskie próby zdobycia poparcia międzynarodowego na razie jednak nie osiągają skutku. Zachód nie wywiera póki co presji na Ukrainę w tej sprawie.

biznesalert.pl

Pierwsze roszczenia Chin do większości Morza Południowochińskiego zostały wysunięte przez rząd RCh w formie „linii dziewięciu kresek” (Nine-Dash Line) na wydanych w 1947 r. oficjalnych mapach akwenu, kiedy prowadzący wojnę domową rząd próbował zyskać poparcie społeczeństwa. Linia wydziela wokół morza region, do którego Chiny miały zgłaszać nieokreślone dokładnie żądania terytorialne, a brak prawnomiędzynarodowego zdefiniowania tych pretensji znalazł swój wyraz w tym, że była ona przerywana. Nie stanowi ona ani granicy morskiej, ani nawet linii roszczeń, mimo że do dzisiaj media z ChRL i część tajwańskich przedstawiają ją w sposób sugerujący istnienie granicy lub jakiejś linii demarkacyjnej. Opanowanie akwenu oznaczałoby spełnienie części chińskich aspiracji terytorialnych (inne dotyczą m.in. regionu Aksai Chin i stanu Arunachal Pradesh, Morza Wschodniochińskiego oraz Tajwanu) sięgających jeszcze czasów cesarskich i jest elementem programu odzyskiwania chińskich terytoriów utraconych w XIX wieku. Program ten to jeden z filarów legitymizacji Komunistycznej Partii Chin (KPCh), która po zwycięstwie w wojnie domowej i ustanowieniu ChRL w 1949 r. podtrzymała roszczenia dotyczące Morza Południowochińskiego. Wydaje się, że obok aspektu strategicznego stanowi to główną motywację do wysuwania daleko idących żądań. Kwestie ekonomiczne są dla ChRL – w przeciwieństwie do pozostałych państw
regionu – drugorzędne, a przesadzone przez CNOOC szacunki dotyczące miejscowych zasobów węglowodorów służą tylko wzmocnieniu wewnętrznej narracji nacjonalistycznej.

W deklaracji z 1958 r. dotyczącej morza terytorialnego ChRL zgłosiła pretensje do części obszarów lądowych zwanych Nanhai Zhudao (ang. Nanhai Islands, dosł. „wyspy morza południowego”), lecz do lat siedemdziesiątych nie podejmowano aktywnych działań w regionie. Dopiero zakończenie amerykańskiego zaangażowania w wojnę wietnamską pozwoliło Chinom na zbrojne odebranie Republice Wietnamskiej (Wietnam Południowy) Wysp Paracelskich w 1974 r. Od 1987 r. prowadzi się na szeroką skalę prace polegające na odbieraniu morzu lądu i budowie sztucznych wysp. W 1988 r. w innym krótkim konflikcie zbrojnym ze zjednoczonym Wietnamem ChRL ustanowiła swoją kontrolę nad Północną i Południową Rafą Johnsona oraz rafą Fiery Cross. W 1994 r. Pekin zajął Rafę Mischiefa, znajdującą się de iure wewnątrz filipińskiej wyłącznej strefy ekonomicznej. Od połowy lat dziewięćdziesiątych utrzymuje się terytorialne status quo. W 2012 r. Pekin ogłosił powstanie prefektury Sansha w ramach prowincji Hajnan ze stolicą w mieście Sansha na Wyspie Woody (ang. Woody Island, chiń. Yongxing Dao, największa wysepka wśród Wysp Paracelskich). Równocześnie w oparciu o administrowane obszary lądowe w archipelagach Paracelskim i Spratly ChRL wytyczyła obszary morza terytorialnego, obszary strefy przyległej oraz wyłącznej strefy ekonomicznej. W kwietniu 2020 r. w ramach prefektury Sansha wydzielono dwie jednostki miejskie. W tym samym czasie chińska Komisja Nazw Geograficznych „zlokalizowała 80 wysp” w regionie. Stały się one automatycznie częścią roszczeń ChRL.

Na Wyspach Paracelskich Pekin wzniósł ok. 20 instalacji wojskowych, a na Spratly umieścił je na siedmiu sztucznych wyspach. Powstały tam bazy Marynarki Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, a na obszarach zabranych morzu wybudowano porty i pasy startowe dla lotnictwa wojskowego. Instalacje są wyposażone w systemy antydostępowe obejmujące znaczną część Morza Południowochińskiego. Znajdują się tam też elementy systemów radiolokacyjnych i systemów wojny elektronicznej. Do specyfiki chińskich działań – nie tylko na tym akwenie – należy także wykorzystanie tzw. morskiej milicji ludowej, czyli kutrów rybackich prowadzących skoordynowane i agresywne działania na morzu, asekurowane przez chińskie jednostki straży wybrzeża. Ważnym elementem egzekwowania przez Chiny swoich praw jest także blokowanie połowów przez obcych rybaków w jednostronnie wyznaczonych wyłącznych strefach ekonomicznych wokół sztucznych wysp.

(...)

ChRL nie jest jedynym państwem wysuwającym roszczenia do obszarów morskich i lądowych Morza Południowochińskiego. Od lat siedemdziesiątych XX wieku uznania praw do poszczególnych obszarów lądowych akwenu domagają się Wietnam, Malezja, Indonezja, Brunei i Filipiny. Po wejściu w życie UNCLOS w 1994 r. kolejne państwa regionu zgłosiły roszczenia do utworzenia własnych wyłącznych stref ekonomicznych i granic szelfu kontynentalnego, które nie tylko nakładają się na roszczenia Chin zakreślone przez „linię dziewięciu kresek”, lecz także często wykluczają się wzajemnie. Mimo że w przeciwieństwie do roszczeń chińskich ich żądania są oparte na rozwiązaniach prawnych wynikających z UNCLOS, to kraje te nie potrafiły do tej pory rozwiązać wzajemnych sporów. Sytuację na Morzu Południowochińskim zaogniają daleko idące żądania różnych państw, które w wypadku niektórych z nich wydają się podyktowane chęcią przyjęcia silnej pozycji negocjacyjnej, ale raz zgłoszone są trudne do wycofania ze względu na rozbudzone aspiracje opinii publicznej oraz duże znaczenie gospodarcze regionu. Także tutaj praktyka jednostronnej delimitacji wyłącznej strefy ekonomicznej utrudnia uregulowanie sporów na drodze negocjacji i wypracowanie wspólnego stanowiska wobec roszczeń Chin. Państwa regionu prezentują również różne formy odpowiedzi na żądania ChRL. Przykładem skrajnie odmiennego podejścia są Wietnam i Filipiny – Wietnam stawia na rozbudowę potencjału militarnego, a Filipiny najpierw wybrały drogę prawną, obecnie zaś próbują znaleźć porozumienie z Chinami dotyczące wspólnej eksploracji akwenu. Ponadto rozbudowa przez Pekin potencjału militarnego na Morzu Południowochińskim spotyka się z analogicznymi działaniami innych państw regionu. Powoduje to, że jest ono dzisiaj jednym z najbardziej zapalnych punktów stosunków międzynarodowych, a częste i mające konfrontacyjny charakter spotkania jednostek wszystkich stron sporu grożą szybką eskalacją i otwartym konfliktem. Na akwenie kwestie terytorialne przenikają się także z formalnymi i nieformalnymi sojuszami obronnymi, a dynamika sporu prowokuje redefinicję dotychczasowych relacji. Konflikt z ChRL doprowadził już do wyraźnego zbliżenia Wietnamu z USA. Także Indonezja i Malezja odpowiadają na działania ChRL zwiększeniem potencjału militarnego w regionie oraz regularnymi akcjami straży wybrzeża wymierzonymi w nielegalne połowy chińskich, ale także wietnamskich rybaków w ich wyłącznych strefach ekonomicznych. W tym samym czasie porażka drogi prawnej i poszukiwanie zbliżenia z Chinami doprowadziły do ochłodzenia relacji Filipin ze Stanami Zjednoczonymi i postawiły pod znakiem zapytania przyszłość układu o wzajemnej obronie tych państw.

OSW - Dziewięć kresek. Roszczenia Pekinu na Morzu Południowochińskim

Jak powszechnie wiadomo, Polska zmaga się z poważnym problemem gospodarowania śmieciami, a co za tym idzie – regularnymi podwyżkami cen za ich odbiór. Powstawanie, w ramach istniejących ciepłowni lub elektrociepłowni, jednostek RDF mogłoby w znaczącym stopniu rozwiązać trudności z tym związane. Instalacje RDF mogłyby zarówno eliminować kłopot związany z zagospodarowaniem odpadów komunalnych czy przemysłowych, jak i zapewnić stałą dostawę ciepła i prądu do odbiorców. Dla przykładu, w miejscowości Spittelau położonej nieopodal Wiednia od 1976 r. pracuje spalarnia odpadów. Tylko ta instalacja gwarantuje 25% ciepła rocznie zużywanego przez mieszkańców stolicy Austrii. Wzorem wiedeńczyków poszli Szwedzi. 1/6 energii zużywanej w Sztokholmie pochodzi ze spalania RDF-u.

Ilustracją polityki ukierunkowanej na wykorzystanie paliw alternatywnych w celu produkcji energii jest Szwajcaria. Helweci spalają 70% wszystkich gromadzonych odpadów komunalnych. Dzięki temu co roku do szwajcarskich gospodarstw domowych i przedsiębiorstw płynie prąd o sumarycznej mocy sięgającej 1050 GWh. Co ciekawe, Szwajcaria nie planuje odwrotu od spalania odpadów, wręcz przeciwnie. Pomimo, że w kraju działa 30 bloków, to z powodu coraz wyższego poziomu produkcji śmieci, władze zamierzają uruchamiać kolejne. W świecie pracuje obecnie 2450 jednostek tego typu, z czego prawie 50% w samej Japonii.

Badania przeprowadzone przez Fortum Power and Heat nakreślają potencjał jaki Polska posiada, gdyby zamieniła źródła energii w postaci węgla kamiennego na równowartość odbieranych aktualnie w kraju odpadów komunalnych. Zakłady termicznego przekształcania mogłyby dostarczyć nawet 6% rocznego zapotrzebowania na energię.

energetyka24.com

piątek, 14 sierpnia 2020


Na zdjęciach z obecnie trwających na Białorusi protestów widać ludzi, którzy wchodzą na ławki, żeby lepiej widzieć, co się dzieje. Stoją w skarpetkach, a obok leżą złożone buty. Protest to jeszcze nie jest powód, żeby deptać mienie publiczne.

Na czwartkowym mityngu przed Domem Rządu w samym centrum Mińska było kilka tysięcy osób. Ludzie siedzieli i stali na Placu Niepodległości naprzeciwko żołnierzy ustawionych wzdłuż budynku.

Żołnierze nie byli rozmowni i nie chcieli odpowiadać ani na pytania dziennikarzy, ani zwykłych ludzi, którzy wylewali przed nimi swój żal na brutalność i przemoc struktur siłowych w czasie rozpędzania protestów. Jedynym zdaniem, które dowódca chciał powiedzieć głośno i wyraźnie, było wezwanie do posprzątania po sobie po zakończeniu manifestacji. Wykrzyczał je kilkukrotnie do megafonu.

Ludzie byli szczerze oburzeni. Jak to! Ja zawsze po sobie sprzątam. Po co on się w ogóle odzywa! - powiedziała pani w średnim wieku, którą widać w pierwszym rzędzie niemal każdego protestu. Posprzątamy, posprzątamy, spokojnie – uspokajali inni.

I rzeczywiście. Gdy tylko wybiła 21, zebrani zaczęli się rozchodzić, sprawnie zabierając ze sobą wszystko, co było na placu.

onet.pl

niedziela, 2 sierpnia 2020


Nadzór za pomocą kamer nasila się, co jedni oceniają jako metodę poprawy bezpieczeństwa i wydajności w społeczeństwie, ale inni jako zagrożenie dla prawa do prywatności lub swobody przemieszczania się – napisano w raporcie Comparitech.

Na podstawie danych ze sprawozdań rządowych, stron internetowych policji i artykułów w mediach, autorzy opracowania oszacowali liczbę kamer monitoringu w 150 dużych miastach na świecie, skupiając się głównie na kamerach używanych przez władze do nadzoru miejsc publicznych.

Pierwsze miejsce w zestawieniu najpilniej nadzorowanych miast świata zajęło chińskie Taiyuan, gdzie pracuje ponad 465 tys. kamer (prawie 120 na każdy tysiąc mieszkańców). Drugie jest miasto Wuxi, również w ChRL, z 300 tys. kamer (ponad 92 na tysiąc mieszkańców).

Najwięcej kamer działa natomiast w Pekinie (miejsce 5.) i Szanghaju (miejsce 12.), gdzie jest ich odpowiednio 1,15 mln i 1 mln, a więc ponad 56 i prawie 40 na każdy tysiąc mieszkańców. Listę zamyka miasto Tiencin z 350 tys. kamer (prawie 26 na tysiąc mieszkańców).

Firma IHS Markit oceniała w grudniu, że na świecie jest już około 770 mln kamer monitoringu, z czego 54 proc. działa w Chinach. Do 2021 roku liczba kamer na świecie przekroczy miliard – prognozowała firma.

Na opracowanej przez Comparitech liście 20 miast z największą liczbą kamer na mieszkańca tylko dwa znajdują się poza Chinami. W Londynie (miejsce 3.) autorzy doliczyli się prawie 628 tys. kamer (ponad 67 na tysiąc mieszkańców), a w indyjskim Hajdarabadzie (miejsce 16.) - 300 tys. kamer (prawie 30 na tysiąc mieszkańców).

„Głównym argumentem za monitoringiem wizyjnym (CCTV) jest lepsze egzekwowanie prawa i zapobieganie przestępstwom” - ocenili autorzy, zaznaczając jednak, że „większa liczba kamer raczej nie koreluje z niższymi wskaźnikami przestępczości”. „Mówiąc ogólnie, więcej kamer niekoniecznie obniża przestępczość” - dodali.

Podobną opinię wyraziła cytowana przez „SCMP” badaczka z Uniwersytetu Chińskiego w Hongkongu Severine Arsene. Zwróciła też uwagę, że chińskie władze mogą w przyszłości zainstalować więcej systemów automatycznego rozpoznawania twarzy i używać ich w sposób pozbawiony kontroli społeczeństwa, nie tylko do łapania przestępców, ale również do nadzoru nad dysydentami, a nawet mniejszościami etnicznymi.

„Kluczowe jest, aby ten, kto zawiaduje systemem nadzoru wizyjnego, był solidnie kontrolowany, a dokładnie tego brakuje w reżimie, takim jak Chiny (…) Musimy brać pod uwagę możliwości nadużyć, takich jak prześladowanie, szantaż, usuwanie dowodów, jak również stopniowe poszerzanie zakresu nadzoru poza pierwotne cele” - oceniła Arsene.

cyberdefence24.pl

W przeciągu ostatnich dwóch dekad Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej w tym zwłaszcza państwa NMS81, dokonały transformacji od gospodarki centralnie planowanej do gospodarki rynkowej i zintegrowały się w system gospodarki światowej. Z czasem początkowe, specyficzne dla szoku transformacyjnego cechy charakterystyczne ich gospodarek ustępowały na znaczeniu prawidłowościom i procesom makroekonomicznym typowym dla państw rozwiniętych. W szczególności, zmiany na rynkach pracy krajów regionu, początkowo odzwierciedlające dostosowania struktury gospodarczej do wymagań rynkowych, stopniowo w coraz większym stopniu determinowane były przez zaburzenia makroekonomiczne oraz konwergencję obudowy instytucjonalnej rynków pracy do rozwiązań obserwowanych w krajach Europy Zachodniej. Od roku 1996, gdy pierwotny szok transformacyjny spadku produktu i zatrudnienia w krajach NMS8 został zaabsorbowany, doświadczyły one oscylacji dynamiki tempa wzrostu gospodarczego oraz wahań poziomów zatrudnienia i bezrobocia. Przy tym, choć oscylacje te były w znacznej mierze skoordynowane pomiędzy rozważanymi krajami, w poszczególnych z nich następowały wokół nieco innych przeciętnych wielkości średniookresowych, a ponadto miały zróżnicowaną głębokość.

Instytut Badań Strukturalnych - Adaptacyjność gospodarki polskiej do szoków makroekonomicznych

W czerwcu Tomasz Sakiewicz wypowiadał się dla "Wiadomości" 15 razy, a jego wypowiedzi trwały łącznie 173 sekundy. Pod względem czasu o 4 sekundy wyprzedził go Adrian Stankowski, który miał 13 wystąpień. Tyle samo miał ich Miłosz Manasterski, podpisywany jako szef Agencji Informacyjnej, jego wypowiedzi trwały w sumie 145 sekund. O sekundę wyprzedził politologa z Uczelni Łazarskiego Artura Wróblewskiego (komentował 11 materiałów). Łeb w łeb szli bracia Karnowscy – Michał, członek zarządu wydawnictwa Fratria, publicysta "Sieci", wypowiadał się osiem razy - w sumie przez 100 sekund. Jacek, redaktor naczelny "Sieci", miał co prawda o jedno wystąpienie mniej, ale za to mówił przez 109 sekund.

Na dalszych pozycjach znaleźli się: socjolog Henryk Domański (osiem wystąpień, 87 sekund), historyk Mieczysław Ryba (siedem wystąpień, 88 sekund), publicysta Dorzeczy.pl Karol Gac (siedem wystąpień, 87 sekund), były dowódca GROM gen. Roman Polko (siedem wypowiedzi, 71 sekund), rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz (sześć wystąpień, 76 sekund) i dziennikarz "Sieci" i Wpolityce.pl Jakub Maciejewski (sześć wystąpień, 70 sekund). "Słynny" Christian Paul pojawił się na 10 sekund w jednym materiale w czerwcu.

(...)

– Nikt już nic nie udaje, komentatorzy tak samo – mówi w rozmowie z Press.pl Seweryn Blumsztajn, prezes Towarzystwa Dziennikarskiego, które regularnie monitoruje "Wiadomości". – Od dwóch, trzech lat nie pojawia się tam nikt poza takimi komentatorami. To twór propagandowy, ma mówić jednym głosem. Często to ludzie znikąd, mówią straszne rzeczy – dodaje.

Michał Szułdrzyński, zastępca redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej", zauważa, że prawa strona polskiej sceny mediowej przed 2015 rokiem czuła się bardzo niedoreprezentowana. – Prawicowi dziennikarze uważali, że w ogóle nie są zapraszani, w związku z tym teraz biorą zemstę za tamtą sytuację. W tej chwili mamy w telewizji publicznej odcienie dziennikarzy skrajnie prawicowych i bardzo prawicowych, bo nawet już centrowych się nie zaprasza – mówi dla Press.pl Szułdrzyński. Dodaje jednak, że zarówno media rządowe, jak i te, które rząd krytykują, zamykają się w swoich bańkach.

onet.pl

Bardzo mnie zaskoczyło to, co pan mówi o niemieckiej innowacyjności, bo to całkowicie sprzeczne z tym, co mamy w głowach. "Niemcy mają kłopoty z innowacyjnością". "Niemieckie samochody są przestarzałe". Świat się kończy.

Niemcy rzeczywiście w ostatnich latach spadały w rankingach innowacyjności. W niektórych były jeszcze w czołówce, w innych w okolicach dziesiątego miejsca, a w jeszcze innych nawet poza pierwszą dziesiątką. Natomiast trzeba wiedzieć, że oni produkują po prostu inne innowacje niż Amerykanie czy nawet Chińczycy, inne niż Izrael czy Australia.

Czyli jakie?

Zwykle rozróżnia się dwa typy innowacji: radykalne i stopniowe. Te radykalne polegają na tworzeniu zupełnie nowych produktów, czyli jeżeli coś już słabo działa, jakiś produkt staje się przestarzały - jak ten wspomniany wcześniej parowóz - to zamyka się fabrykę, zwalnia ludzi, uwalnia kapitał i przesuwa się pieniądze do kompletnie innych nowych pomysłów i zastosowań. Bardzo sprawne w tworzeniu tego typu innowacji są takie gospodarki jak amerykańska, która ma mało regulacji i szeroko otwarte rynki. Ceną jest oczywiście nierówność społeczna, nierówność dochodowa i nieustanne ryzyko, bo społeczeństwo musi się mierzyć cały czas ze zmianami. Natomiast druga kategoria to innowacje stopniowe, które polegają na tym, że szlifuje się produkt, wciąż poprawia jego jakość. I tutaj mistrzami są Niemcy i Japończycy. Do tworzenia tego typu innowacji trzeba zatrudniać pracowników na czas nieokreślony, dać im etaty, dać gwarancję zatrudnienia po to, żeby podjęli ryzyko specjalizowania się w bardzo wąskiej dziedzinie.

Żeby wiedzieli, że ich fabryka za 10 lat nadal będzie produkować, i że jest sens, żeby ten inżynier czy robotnik w doszlifowywanie jakiejś technologii inwestował wszystkie swoje umiejętności?

Tak. Ponieważ większą część ryzyka bierze na siebie pracodawca i państwo. I na tym był oparty przez dekady niemiecki system, który pokazał, że można - nie produkując superinnowacji – stać się bardzo bogatym krajem. Spójrzmy na samochody: przecież to jednak dość tradycyjny produkt. Tylko że Niemcy do perfekcji opanowali łączenie w tych mercedesach i BMW dojrzałej technologii z najnowszymi wynalazkami, które pochodzą często z innych krajów. Wszystkie elementy są fenomenalnie pospinane i zintegrowane, ale do osiągnięcia tej perfekcji trzeba pracowników, którzy mają bardzo wąską i specjalistyczną wiedzę o produkcie. Za nią się dobrze płaci i w zamian za nią trzeba też zaoferować bezpieczeństwo zatrudnienia. Dlatego teraz w kryzysie Niemcy stają na głowie, żeby przemysł nie zwalniał ludzi, bo jak oni odejdą na bezrobocie, to dość szybko stracą latami wypracowane umiejętności. W niemieckim systemie firmy zawsze mogły liczyć na wsparcie państwa, więc nie musiały sięgać po metodę "szybko zatrudnij i szybko zwolnij", żeby ciąć koszty. I właśnie w ten sposób Niemcy przez lata produkowali swoje stopniowe innowacje. One nie zawsze są widoczne i oczywiste, nie zawsze łapią się do tych wszystkich międzynarodowych statystyk, natomiast przekładają się na stabilność zatrudnienia i wysokie dochody.

Czyli jeżeli ogniwa wodorowe okażą się strzałem w dziesiątkę, to Niemcy będą je cyzelować przez najbliższe dekady?

I wtedy mają przed sobą kilka dekad ulubionego produktu, który będą nieustannie poprawiać i integrować najpierw w samochodach, potem w autobusach, w pociągach, w maszynach, potem w budownictwie itd. W tym systemie innowacji stopniowych niemiecka obsesja na punkcie oszczędności budżetowych i niskiej inflacji ma pewien sens. Bo na czym polega polityka płacowa w firmach, które są skupione na innowacjach stopniowych? W Niemczech były to negocjacje w najważniejszych branżach między silnymi związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców. Pracownicy mówili: chcemy 1,5 procent podwyżki w przyszłym roku, a w kolejnych pięciu latach po jednym procencie. Pracodawcy na to: ale wasza produktywność nie wzrasta tak szybko, bo tylko o 0,7 procenta, no to możemy wam dać trochę więcej - na przykład 0,9 procenta podwyżki. Czyli cyzelowanie bardzo niewielkich różnic. Jeżeli oni zawierają jakieś porozumienie płacowe, to ono jest bardzo precyzyjne i staje się punktem odniesienia dla wielu innych branż. I teraz wyobraźmy sobie, że mieliby bank centralny, który prowadzi bardzo swawolną politykę pieniężną, a rząd zadłuża się wedle uznania. W takim systemie inflacja byłaby nieprzewidywalna, a większość tych porozumień płacowych wzięłaby w łeb. Zarówno pracodawcy, jak i związki zawodowe oczekują więc od niemieckiego banku centralnego, że zagwarantuje im niską inflację i będzie tego poziomu bronił, bo inaczej całe ich długoterminowe planowanie jest niewiele warte. Więc, zarzucając Niemcom obsesję na punkcie inflacji i oszczędności budżetowych, warto pamiętać, jak działają ich firmy.

gazeta.pl