czwartek, 30 lipca 2020


Problem z Pegasusem, pomijając psychologiczne oddziaływanie takich terminów jak służby specjalne, polega na tym, że nie jest narzędziem wykorzystywanym powszechnie. Uniemożliwia to jego dokładną analizę, a przez to wyeliminowanie wykorzystywanych luk. Przypomnijmy sobie teraz choćby trojan bankowy Emotet, który siał spustoszenie w pierwszej połowie br. Jako że trafił na ponad 1 mld komputerów, ekstrakcja i dodanie odpowiednich sygnatur do oprogramowania antywirusowego poszły jak po maśle. Został dość szybko rozbrojony. Dzisiaj nawet Gmail wycina załączniki służące do dystrybucji Emoteta. Słychać wprawdzie przebąkiwania o nowych wersjach, ale „na mieście” w tym temacie panuje raczej spokój.

Pegasus nie powstał jako broń masowego rażenia. Jest wykorzystywany wyłącznie przeciwko konkretnym osobom. Świadczy o tym dobitnie fakt, że choć stworzono go w roku 2013, na pierwsze wzmianki w mediach musieliśmy czekać aż trzy lata, a liczba udokumentowanych ataków wciąż jest maksymalnie dwucyfrowa. Przy czym porażająca skuteczność wynika z użycia tzw. luk zero-day, a więc błędów bezpieczeństwa nieznanych ani Google, ani Apple.

Teraz – związek przyczynowy. Gdyby Pegasus został wykorzystany w globalnej kampanii przeciwko milionom obywateli danego kraju, to jego sztuczki zostałyby szybko rozpracowane. Producenci wydaliby stosowne aktualizacje; luki zero-day przestały takowymi być, a sam trojan utraciłby efektywność. Tak właśnie stało się w latach 2016 i 2017, gdy ówczesna wersja Pegasusa wyciekła, a w konsekwencji wydane zostały iOS 9.3.5 oraz poprawka bezpieczeństwa Androida z kwietnia 2017 unieszkodliwiające izraelskiego szkodnika w tamtym momencie.

dobreprogramy.pl

Propaganda musi się odwoływać do podstawowych potrzeb psychologiczno-duchowych i społecznych, które we współczesnym świecie często są niezaspokojone z powodu coraz słabszego wpływu religii, rodziny i tradycyjnych ról kulturowych.

Podstawowe założenie jest takie, że współczesne dziecko mass mediów w wieku od 8 do 80 lat jest ciekawą hybrydą neurotycznej niepewności i solipsystycznej egomanii. Pozbawione korzeni, będące w większym stopniu usłużnym konsumentem niż stanowczym obywatelem, nie ma wrodzonej orientacji społecznej ani silnego poczucia tożsamości i przynależności czy osobistej władzy. Masowe społeczeństwo nie potrafi zaspokoić jego podstawowych potrzeb, dlatego dziecko mass mediów wciąż jest niezadowolone i zawsze czegoś pragnie. To szczególnie dotyczy młodych ludzi, którzy nie umieją wytyczyć sobie długofalowych celów i nie wiedzą, dokąd zmierzają. Wciąż są oszukiwani, karmieni substytutami i atakowani bodźcami z zewnątrz. To, co jest w zasięgu ich ręki, nie posiada zazwyczaj żadnego wymiaru duchowego. Media zasypują ich słodkościami, które mają im zastąpić solidny posiłek, ale oni tak naprawdę pragną mięsa. Współczesne popularne hasła mówiące o „odnajdywaniu samego siebie” czy „kryzysie tożsamości” prawdopodobnie brzmiałyby absurdalnie dla przedstawicieli tradycyjnych społeczeństw (i pewnie nadal tak brzmią dla imigrantów z mniej rozwiniętych miejsc na świecie i społecznych zaścianków Ameryki). Niektórzy ludzie wciąż wychowują dzieci osobiście: rozmawiają z nimi, opowiadają im historie, przekazują tradycję, uczą różnych umiejętności życiowych i zawodowych, a nie po prostu wpychają w tryby systemów edukacji publicznej i mediów, będących źródłem masowej instytucjonalnej indoktrynacji. Przedstawiciele tradycyjnych społeczeństw wiedzą, kim są, ponieważ ich społeczny kontekst w dużym stopniu ich definiuje, a przynajmniej stanowi solidny fundament ich tożsamości. W dawnych czasach, gdy mężczyzna był stolarzem, to uczył swojego fachu dzieci, a te uczyły swoje dzieci i tak dalej, przez wiele pokoleń. Jednak dziś jest zupełnie inaczej. Dzieci najpierw uczą się w publicznych szkołach do 18. roku życia (lub dłużej), a potem szukają pracy w pobliżu miejsca zamieszkania. Gdy mają już stałą pracę, dołączają do wielkiej, szarej masy podatników i zaczynają rozpaczliwie poszukiwać własnej tożsamości, wartości i swojego miejsca na Ziemi. Kiedy to im się nie uda, stają się klientami państwa — kończą w więzieniu, na zasiłku albo jako bezdomni (którzy również mogą liczyć na wsparcie ze strony państwa). Dryfują na falach życia. Są samotni w tłumie (to kolejny wyświechtany frazes opisujący sytuację dzisiejszego człowieka). (...)

Jest jednak pewien irytujący paradoks, który można zaobserwować w dzisiejszym masowym społeczeństwie. Mimo że człowiek jest tak naprawdę tylko małą kropką w wielkim tłumie, uczy się go, aby uważał się za kogoś wyjątkowego i nietykalnego. Jego głos w wyborach (a więc też jego opinia) ma duże znaczenie dla społeczeństwa, dlatego musi podlegać socjalizacji. Nie jest trudno go do tego przekonać, zwłaszcza jeśli pomogą w tym propagandyści, którzy skupiają się na zaganianiu ludzi do urn wyborczych. Nasz przykładowy człowiek ma opinię na każdy temat — co jest zadziwiające. Oddając swój głos albo wyrażając opinię, sprawia, że inni go słuchają i traktują jako kogoś ważnego (jest to przekonanie podobne do tego, że sam Bóg i wszyscy jego święci wysłuchują uważnie modlitw każdego człowieka). Zgodnie z tym, co mówią popularne poradniki (chętnie kupowane przez ludzi, którzy desperacko potrzebują pomocy i chcą, żeby ktoś pokazał im drogę), masowy indywidualista może być wszystkim, czym tylko zechce. Jednak czy to tak naprawdę nie oznacza, że w rzeczywistości nie jest on nikim szczególnym? Nauczono go myśleć o sobie jako świętej, szczególnej, wyjątkowej jednostce — i podobnie uczyniono z setkami milionów innych ludzi, mniej lub bardziej do niego podobnych. Na tym polega cały paradoks: osoba, która jest wszystkim i ma niezbywalne prawo do pogoni za szczęściem, będąca centrum wszechświata, jednocześnie nie jest niczym więcej jak pracą, którą wykonuje — a może nawet czymś jeszcze mniej.

Brian Anse Patrick — 10 przykazań propagandy

Jak do tego doszło? W dość prosty sposób. Do lat 80. XX w. rybacy łowili tyle ryb, ile chcieli. Jednak w części łowisk – w ślad za rosnącym popytem na rybie mięso – zaczęto łowić ich zbyt dużo, rabunkowo. Nawet w Europie, na Morzu Śródziemnym, np. w Grecji, dochodziło do tego, że rybacy wysadzali w wodzie dynamit, by w ten sposób ogłuszyć ryby i ułatwić sobie połów.

Innymi słowy w niektórych miejscach ryb łowiono tak dużo, że ławice nie były w stanie w pełni się odtwarzać i z tego powodu ryb zaczęło najpierw tam ubywać, a potem brakować. I to dlatego np. nad Morzem Śródziemnym ryby przestały być tanie.

Pod koniec lat 80. XX w. pojawił się postulat, by rybołówstwo uregulować, poddać kontroli i ograniczeniom ilość łowionych ryb. W takim stopniu, żeby w łowiskach ich nie ubywało.

W tym celu w 1995 r. państwa członkowskie FAO przyjęły dokument o nazwie Kodeks Postępowania na rzecz Odpowiedzialnego Rybołówstwa. Ów kodeks zawierał zasady i standardy wykorzystywania zasobów ryb i owoców morza – tak, aby te zasoby mogły się odnawiać, aby rybołówstwo uczynić sektorem zrównoważonym i proekologicznym.

Od tego czasu światowe rybołówstwo zaczęło się cywilizować i „ekologizować”, w wielu krajach i regionach wprowadzano limity połowów poszczególnych gatunków ryb. Po to, żeby ich populacje nie kurczyły się. W UE takie regulacje przyjmowano na poziomie unijnym i oznaczały one m.in. ograniczenie połowów dorsza na Morzu Bałtyckim. Bo dorszy w Bałtyku było coraz mniej, więc ograniczenia w ich połowach – mimo protestów rybaków – były koniecznością.

Niestety, tylko część krajów przyjęła takie regulacje i limity połowowe, a na dodatek w niektórych z tych państw owe przepisy były nieskuteczne. W rezultacie liczba „przełowionych” akwenów w ostatnich trzech dekadach nadal rosła, przybywało łowisk z malejącą ilością ryb.

Według danych FAO w 1990 r. odsetek łowisk na „zrównoważonym biologicznie poziomie” – czyli tych nie „przełowionych” – wynosił 90 proc., a w 2017 r. już 65,8 proc. Z drugiej strony aż 78,7 proc. złowionych ryb pochodzi z łowisk, gdzie można mówić o rybołówstwie zrównoważonym. Jednak batalia o to, by dzikich ryb nie ubywało, wciąż nie zakończyła się.

Najciekawsze jest to, że najbardziej „przełowione” na świecie akweny to dwa europejskie morza: Śródziemne i Czarne, gdzie liczba „przełowionych łowisk” sięga 62,6 proc., a także południowowschodni Pacyfik (54,5 proc.) i południowozachodni Atlantyk (53,3 proc.). Czyli te akweny, po których byśmy tego się nie spodziewali, może za wyjątkiem wyżej wspomnianej części Atlantyku.

Można by więc powiedzieć, że Europa „przełowiła” dwa ze swych mórz, przez co teraz jest skazana na import ryb z Azji czy Afryki, i to głównie tych hodowlanych.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 27 lipca 2020


- Jednym z nieodłącznych elementów rosyjskiego wpływu w Wielkiej Brytanii są kampanie dezinformacyjne. Jakie są główne narracje rosyjskich operacji informacyjno-psychologicznych?

Wielka Brytania jest jednym z głównych celów takich operacji. Rosjanie próbowali ingerować w referendum dot. niepodległości Szkocji, szerząc fałszywe teorie spiskowe, że było ono sfałszowane starając się w ten sposób wpłynąć na opinię publiczną w Szkocji. To jeden z wielu przypadków, ale z pewnością nie najpoważniejszy. Warto też zauważyć, że rosyjskie podmioty propagandowe takie jak RT i Sputnik nie mają dużego wpływu na sferę informacyjną Wielkiej Brytanii. Mamy bardzo silny system informacyjny i dlatego dezinformacja jest w dużej mierze nieefektywna i działa najwyżej na osoby, które bardzo mało czytają i generalnie nie interesują się tym co się dzieje.

Dezinformacja jest skuteczna w tych państwach, które mają słabe systemy medialne, a to z pewnością nie ma miejsca w Wielkiej Brytanii. Nie zaobserwowałem znaczących kampanii informacyjnych zakończonych powodzeniem, co oczywiście nie znaczy, że nie powinniśmy się im przyglądać i badać. Może Rosjanie stoją za ruchem antyszczepionkowym, teoriami spiskowymi o koronawirusie czy protestami przeciwko 5G? Jeżeli nie zbadamy tych spraw nigdy się nie przekonamy.

- Z tego co Pan powiedział, wynika, że Wielka Brytania jest dobrze przygotowana na walkę z dezinformacją. Czego Polska może nauczyć się z brytyjskich doświadczeń, aby lepiej przygotować się na walkę z dezinformacją?

Po pierwsze trzeba pamiętać, że operacje informacyjne nie dzieją się w próżni tylko wykorzystują pewne napięcia i podziały zaistniałe w społeczeństwie. Kreml uzyskuje przewagę zawsze tam, gdzie jest bardzo głęboka polaryzacja polityczna jak np. w przypadku Brexitu czy wyboru Trumpa na prezydenta. Polaryzacja powoduje, że zanika poczucie wspólnoty, zaufania do rządu i tym samym zmniejsza się odporność na działania informacyjne. Ludzie zaczynają uważać, że największym przeciwnikiem nie jest jakiś zagraniczny podmiot, ale przeciwnicy polityczni w kraju. Dlatego uważam, że w Polsce obie strony sporu politycznego powinny znaleźć jakaś nić porozumienia i platformę dialogu, która umożliwi zmniejszenie tej polaryzacji. Szczególnie ważne jest również przywrócenie mediów publicznych jako platformy dialogu oraz obiektywnego źródła pozwalającego zrozumieć wydarzenia, które mają miejsce w kraju i zagranicą. Rosnąca i pogłębiająca się polaryzacja powinna być traktowana jako wyzwanie dla bezpieczeństwa narodowego. 

cyberdefence24.pl

Od 2014 r. w Rosji nastąpił radykalny spadek liczby aktów terrorystycznych. Jak to można wytłumaczyć?

Tutaj mam dwie teorie. Na początku 2014 r. w Rosji w Soczi odbyły się Igrzyska Olimpijskie. Aby mogło do nich dojść, a przede wszystkim, żeby do kraju Władimira Putina przyjechali zagraniczni goście i kibice z całego świata, na terenie Federacji, a przede wszystkim Północnego Kaukazu, musiał być „spokój”. Jeżeli przyjmiemy tezę, o której piszę w swojej książce, że część zamachów mogła być inspirowana przez rosyjskie służby, to dość skokowe zahamowanie aktów terrorystycznych było logiczne. Oto Rosja pokazuje całemu światu, że rozprawiła się z bandytami i mordercami, i że goście będą bezpieczni. Problemu nie ma. Ustaje więc wsparcie dla radykałów, którzy nawet mogli nie mieć o tym pojęcia (tzn. że są częścią gry służb) i ostateczne rozprawienie się z grupami terrorystycznymi, nad którymi służby miały kontrolę.

Kreml grał zamachami?

Proszę mnie dobrze zrozumieć, mówię jedynie o możliwym częściowym kontrolowaniu terrorystów, bo trudno byłoby obronić tezę, że oto w jednym z europejskich krajów władza skazuje na śmierć tysiące niewinnych osób kolaborując przy tym ze zbrodniarzami. Większość zamachów była dziełem i pomysłem od początku do końca realizowanym przez złych ludzi, którzy na cel wzięli sobie państwo rosyjskie, a zdarzały się także zamachy, jak opisywany przeze mnie wybuch w Małgobeku w sierpniu 2012, będące po prostu klanowo – bandyckimi porachunkami.

A jaka jest pana druga teoria?

Druga teza – łącząca się z możliwą „ingerencją” służb, to kwestia Krymu. Plan zajęcia półwyspu zrodził się jeszcze w głowie Borysa Jelcyna i praktycznie od jego czasów był brany pod uwagę przez Kreml. Szerzej skupiłem się na tym wątku w mojej wcześniejszej książce - „Krym. Znikający Półwysep”. Sama organizacja tego „przedsięwzięcia” była związana z katalizatorem jakim okazało się odsunięcie od władzy Wiktora Janukowycza i wybuch zamieszek w Kijowie jeszcze w 2013 r. Rosja zdawała sobie sprawę, że aby być skutecznym w swoich krymskich działaniach, musiała ustabilizować mocno zaognioną sytuację na Kaukazie. Nie jest to kraj który może angażować swoje siły militarne w dwóch różnych miejscach w tym samym czasie, tym bardziej, że rosyjskie władze zakładały skuteczny, zbrojny opór zaatakowanych na półwyspie wojsk ukraińskich. Należało więc zamknąć wątek terroryzmu i dopiero rozpocząć przerzucanie sił na Krym. Także i w tym przypadku, niebagatelną rolę odegrać musiały siły specjalne. Powiedziałem o dwóch teoriach, ale dodam jeszcze na koniec mały wątek.

Słucham.

Może terrorystów po prostu wybito, a ci którzy się ostali uciekli do Syrii? Ale tę ostatnią kwestię potraktujmy jako mało prawdopodobną...

(...)

„Będziemy ścigać terrorystów wszędzie, w portach lotniczych, i nawet, proszę mi wybaczyć, w toalecie ich znajdziemy i w toalecie koniec końców utopimy” – grzmiał w 1999 r. Władimir Putin. I chyba rzeczywiście, FSB jest dla terrorystów bezlitosna.

Widziałem wystąpienie prezydenta Putina, gdy wypowiadał te słowa na konferencji prasowej w Astanie w 1999 roku. Ta wypowiedź brzmiała dobitniej, bo wprost użył niecenzuralnego określenia – kibel. Tak, to kolejny element charakterystyczny dla Rosji, a w szczególności ich służb specjalnych, które z terrorystami się nie patyczkują. Tylko że problemem jest tu fakt, że ten, kto w Rosji ma to nieszczęście stać się zakładnikiem terrorystów, najczęściej nie przeżywa akcji ratunkowej.

W Rosji lepiej nie być zakładnikiem. I to nie tylko ze względu na działania terrorystów.

Dla rosyjskich służb priorytetem jest likwidacja bandytów, a jeżeli wśród ofiar akcji odwetowej są niewinni cywile, którzy mieli pecha znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, to zrzuca się to na karb konieczności rozprawienia się z terrorystami. To głębszy problem, znów wchodzący w sferę psychologiczną – ja w swojej książce użyłem określenia „syndrom rosyjski”.

Co on oznacza?

To sytuacja w której potencjalny zakładnik traktowany jest na równi z terrorystą. Co zaskakujące – często osoby, którym udało się przeżyć akt terrorystyczny są porównywane do terrorystów, niejako obarczane winą za to, co się wydarzyło. Podsumowując – rosyjski zakładnik wzięty do niewoli przez terrorystów dajmy na to przed rokiem 1990 miał niemalże stuprocentową szansę na przeżycie, podczas gdy w roku 2004 - to rok tragedii w szkole w Biesłanie - owa pewność spadła do zera.

W książce wspomina pan o związkach terrorystów z rosyjskimi służbami specjalnymi. W tym kontekście wymienia pan moskiewskie zamachy na bloki mieszkalne w 1999 r. Co tam wtedy zaszło?

W roku 1999 głowę Władimira Putina zaprzątały myśli dotyczące sukcesji po Borysie Jelcynie. Potrzebował skutecznej i spektakularnej akcji, która miała okazać się sukcesem i umocnić pozycję tego polityka w gronie ludzi władzy. Putinowi chodziło także o to, aby pokazać rosyjskiemu społeczeństwu, iż po słabym, schorowanym i nieradzącym sobie z problemami alkoholowymi Jelcynie, naród nareszcie będzie miał silnego przywódcę, który poprowadzi kraj do sukcesów.

I tak w naszą rozmowę wplata się wątek czeczeński.

Tak. Chciano kolejnej wojny w Czeczenii i w efekcie ostatecznej rozprawy z niepokorną republiką. Przygotowano więc prowokację, o której według moich źródeł oprócz Putina wiedzieli także: Jelcyn, Basajew i pozostający jeszcze wtedy w dobrych stosunkach z przyszłym prezydentem Borys Bieriezowski.

Jak miała wyglądać owa prowokacja?

Podłożono ładunki wybuchowe pod blokami mieszkalnymi na obrzeżach Moskwy i wysadzono je w nocy wraz z mieszkańcami. O wszystko obwiniono terrorystów z Czeczenii i Putin mógł użyć wspomnianych już słów o utopieniu ich w „kiblu”.

Kim byli bezpośredni wykonawcy?

To byli faktycznie ludzie z Czeczenii, ale byli oni tylko i wyłącznie pionkami, których zwerbowano poprzez zmanipulowanych przez rosyjskie służby specjalne watażków – Chattaba i Abu Umara. Także ci przywódcy nie znali prawdziwych zleceniodawców zamachów, wiedzieli prawdopodobnie jedynie o Basajewie, ale jemu przecież bezgranicznie ufali, w końcu był ich towarzyszem broni.

Życiorys Basajewa był bardzo zawikłany.

Basajew od lat powiązany był z rosyjskim, a wcześniej radzieckim wywiadem wojskowym, o czym rzecz jasna ci drudzy nie mieli pojęcia. Jak później, także podczas przesłuchań twierdzili czeczeńscy wykonawcy – Goczijajew, Abajew, Sajtkakow, Krymszamchałow, Diekkuszew i bracia Batczajewowie – oni jedynie transportowali ładunek, który miał posłużyć według ich wiedzy do przeprowadzenia zamachu na koszary wojskowe lub posterunek policji. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła odmienna.

I skąd wiemy o możliwej inspiracji FSB?

Głównie dzięki niezależnym dziennikarzom rosyjskim, redakcjom pozostającym poza wpływami Kremla, np. rosyjskiemu oddziałowi BBC i analitykom z różnych krajów. W książce podaję na przykład nazwiska czeskich specjalistów, z którymi osobiście na ten temat rozmawiałem. Wszyscy oni są przekonani, że FSB przy cichym wsparciu otoczenia Władimira Putina, a prawdopodobnie i jego samego, maczała palce w przygotowaniu tych wydarzeń.

To, co jest niewiadomą, to jedynie skala tego zaangażowania, bo według jednych wiarygodnych źródeł zamach od A do Z został przygotowany przez służby specjalne, a według innych mieliśmy w tym przypadku do czynienia jedynie z inspiracją, a później jak to najczęściej bywa, sprawy potoczyły się już własnym tokiem.

onet.pl

sobota, 25 lipca 2020


Na Węgrzech proces przejęcia mediów był przez rząd Victora Orbana planowany przez lata. Zaczęło się od tego, że wpływowi biznesmeni rozpoczęli "inwestowanie" w sektor mediów, wykupując m.in. gazety czy stacje telewizyjne. Zagranicznym właścicielom utrudniano prowadzenie działalności, więc sami sprzedawali swoje aktywa. W 2016 roku zamknięto największą, opozycyjną gazetę - "Népszabadság". Przełom przyniósł rok 2018 - wówczas powstała prorządowa Środkowoeuropejska Fundacja Mediów i Prasy, która zaczęła masowo "wciągać" niezależne media (w jej władzach zasiedli współpracownicy Orbana). Jak informowała "Wyborcza", w ciągu roku wchłonięto wówczas 476 podmiotów medialnych - przejęte zostały m.in. stacje telewizyjne, gazety i serwisy internetowe, a także rozgłośnie radiowe. We wszystkich zaczął dominować rządowy przekaz. W tym samym roku zamknięto niezależną gazetę "Magyar Nemzet", po tym, gdy na jej łamach skrytykowano premiera. Tytuł istniał od 80 lat. Komisja Europejska nie zareagowała w zdecydowany sposób na zmiany na węgierskich rynku medialnym - poinformowała jedynie, że przygląda się sprawie.

Pod koniec 2019 roku Europejskie Centrum Wolności Prasy i Mediów opublikowało raport dotyczący wolności mediów na Węgrzech.

"Od 2010 r. rząd węgierski systematycznie rozbijał niezależność mediów, zakłócał rynek medialny i dzielił społeczność dziennikarską w tym kraju, uzyskując stopień kontroli mediów niespotykany w żadnym z państw członkowskich UE", "Dziennikarze pracujący dla niezależnych mediów są publicznie oczerniani. W mediach prorządowych są nazywani opozycjonistami, politykami, zagranicznymi agentami, zdrajcami, a nawet »węgierskimi hejterami« lub »nie-Węgrami«", "Budowa prorządowego imperium medialnego służy jako rozległa machina propagandowa dla rządu premiera Viktora Orbána, izolująca dużą część społeczeństwa od dostępu do najważniejszych wiadomości i informacji, aby utrzymać władzę partii Fidesz" - wskazano w raporcie. "Ostatnim bastionem wolności" nazwano stację RTL, która nie została dotychczas wykupiona.

gazeta.pl

Przypomnijmy: Cambridge Analytica masowo pozyskiwała dane na temat wyborców w kilkunastu, być może kilkudziesięciu krajach świata. W wielu z nich kupowała dane pozyskane z naruszeniem prawa – a przynajmniej dzięki lukom prawnym i dziurom w zabezpieczeniach systemów informatycznych obsługujących sieci społecznościowe. Takich jak testy osobowości, które dawały dostęp nie tylko do profilu jednej osoby, ale także danych jej znajomych – którzy nigdy na żadne udostępnienie się nie zgadzali.

Dane te posłużyły do dzielenia odbiorców na małe grupy o dużej, wewnętrznej spójności – tak zwanego mikrosegmentowania. Dzięki zaawansowanej matematyce oraz znanym z marketingu testom A/B (podsyłano jednej grupie dwie testowe wiadomości i patrzono, która wywołuje silniejszą reakcję) udało się skłonić wyborców do określonych zachowań przy urnach. Resztę znamy z mediów: brexit się wydarzył, a Trump jest prezydentem USA i walczy o drugą kadencję.

(...)

Podgrzewanie emocji materiałami, których prawdziwość była dyskusyjna albo żadna, przekazywanie prostych komunikatów, podsuwanie spreparowanych linków z jednoczesnym badaniem ich skuteczności – tak w dużym uproszczeniu funkcjonowała machina marketingu politycznego prawicy.

(...)

Pytanie, czy Cambridge Analytica robiła coś nielegalnego, pozostaje otwarte. Budowanie modeli predykcyjnych (tj. przewidujących pewne zachowania ludzkie) na podstawie zgromadzonych danych o ich wcześniejszych zachowaniach to elementarz marketingu w czasach cyfrowych.

Na poziomie ogólnym wszystko jest proste. Zbieramy dane na temat naszych konsumentów. Cenne są dane demograficzne (wiek, miejsce zamieszkania, status dochodowy, wykształcenie), ale jeszcze cenniejsze dane behawioralne (co kupuje, gdzie bywa, z kim się spotyka). Im więcej danych, tym analiza będzie trudniejsza, a jej koszt – wyższy, ale tym dokładniej będziemy w stanie przewidywać zachowania.

Zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia lubimy te melodie, które już słyszeliśmy; w codziennym życiu odtwarzamy pewne rytuały. Jeśli wolimy Pepsi niż Coca-Colę, to pewnie nadal będziemy ją pić; jeśli kawę pijamy rano, a herbatę wieczorem, to zapewne nadal będziemy to robić. Nasze zachowania da się zawrzeć w równaniach matematycznych – a równania nie są nielegalne.

(...)

Nielegalne mogą być natomiast dane. Mogą obejmować kategorie zbyt głęboko ingerujące w prywatność (np. rasa, orientacja seksualna, partner) albo pozyskane z naruszeniem prawa. Dlatego w Europie mamy coś takiego jak GDPR, zwane u nas RODO. Poza tym, że oznacza to irytujące okienka na stronach internetowych, ogranicza też prawa właścicieli platform do zbierania zbyt wielu informacji o naszych zachowaniach bez naszej zgody. A w szczególności – odsprzedawanie tych danych hurtownikom naszej prywatności (to ci, których znajdziemy w zakładce pod niepozorną nazwą „zaufani partnerzy”), od których odkupują je następnie komitety wyborcze i firmy działające na ich zlecenie.

krytykapolityczna.pl

Aby przekonać się o roli, jaką Hongkong odgrywa w globalnym systemie finansowym – mówi pewien lokalny przedsiębiorca – najlepiej porównać go do transformatora elektrycznego, który łączy dwa obwody o różnych napięciach. Jednym z nich jest globalny system finansowy ze swobodnym przepływem kapitału, swobodą przekazywania informacji/wypowiedzi i rządami prawa. Drugi obwód to rozległy i rozwijający się chiński system finansowy z kontrolą kapitału, cenzurą i arbitralnym przestrzeganiem umów.

W ciągu ostatnich dwóch dekad, gdy Chiny stały się drugą co do wielkości gospodarką świata, Hongkong umiejętnie ugruntował swoją pozycję, stając się trzecim najważniejszym międzynarodowym centrum finansowym po Nowym Jorku i Londynie. W okolicach Portu Wiktorii chińscy potentaci w dziedzinie technologii sprzedają akcje kalifornijskim funduszom hedgingowym, chińskie banki zarządzane przez państwo udzielają pożyczek na finansowanie projektów inwestycyjnych w ramach koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku (ang. Belt and Road), a władze utrzymują ścisłą kontrolę nad kursem wymiany walut. Duża część transakcji jest prowadzona w światowej walucie rezerwowej, dolarze. Działalność jest organizowana przez zachodnie firmy i nadzorowana przez niezależne sądy i organy regulacyjne, które mają więcej wspólnego ze swoimi odpowiednikami w bogatym świecie niż z sądami i organami władzy w Pekinie czy Szanghaju.

W niesprzyjających warunkach transformatory mogą stać się mniej wydajne lub nawet, w warunkach ekstremalnych, wybuchnąć. Rośnie zagrożenie pozycji Hongkongu jako centrum finansowego, ponieważ powstają napięcia związane z ingerencją Chin w jego rząd i system prawny, które w myśl zasady „jeden kraj, dwa systemy” mają być w dużej mierze autonomiczne przynajmniej do 2047 roku. 28 maja Chiny zleciły wprowadzenie ustawy o bezpieczeństwie narodowym w celu zapobiegania zamieszkom i terroryzmowi na tym terytorium. W odpowiedzi Biały Dom zaproponował usunięcie niektórych przywilejów prawnych, z których korzysta Hongkong, a które zapewniają mu płynność powiązań z gospodarką światową.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że instytucje Hongkongu czeka stopniowy rozpad i odejście od roli zglobalizowanego centrum finansowego w kierunku kontynentalnych Chin. Chiny miałyby większą kontrolę nad mniej efektywnym rynkiem kapitałowym, co zwiększyłoby koszt kapitału dla ich firm. Najgorszym, choć mało prawdopodobnym, ale nie niemożliwym do zrealizowania scenariuszem jest to, że błędna kalkulacja zdestabilizuje część konstrukcji transgranicznych roszczeń finansowych o wartości 10 bilionów dolarów, która ulokowana jest w Hongkongu, wywołując szok szerzący się w Chinach i Azji. Lokalna kadra kierownicza i urzędnicy często nazywają to efektem nuklearnym.

(...)

Osoby znajdujące się na szczycie świata finansów w Hongkongu twierdzą, że jego rola w systemie globalnym nie jest zagrożona przez niepokoje społeczne i geopolitykę. Chińskie przepisy o bezpieczeństwie, choć niezgrabne, będą zgodnie z ich oczekiwaniami tłumić protesty. Zarówno HSBC, jak i Standard Chartered, wyraziły swoje poparcie dla tej ustawy. Według pięciu źródeł w ciągu ostatnich dwóch tygodni nie ma żadnych oznak wyciągania pieniędzy z Hongkongu przez międzynarodowych deponentów bankowych. Coraz więcej chińskich firm, takich jak JD.com, szuka ofert w Hongkongu, przyciągając kapitał.

Groźba Białego Domu dotycząca odebrania Hongkongowi specjalnego statusu według tego poglądu jest przechwałką. Jego status odrębnej strefy celnej może zostać cofnięty, ale Hongkong nie produkuje już wiele. Fataliści przepowiadają koniec Hongkongu odkąd miasto zaczęło być budowane w XIX wieku.

Jednak przypuszczenie, że Hongkong może być odporny na pogarszające się stosunki chińsko-amerykańskie i rosnący autorytaryzm Chin, jest zbyt optymistyczne. Jeśli rząd tego terytorium stał się przedstawicielem Partii Komunistycznej, to obawa o to, jak długo jego niezależne instytucje, w tym sądy i bank centralny, mogą pozostać nienaruszone, wydaje się uzasadniona. HKEX, prężna giełda papierów wartościowych, od dawna ma w swoim zarządzie osoby mianowane przez rząd. Upadek wolności słowa w Hongkongu może utrudnić jego skuteczność jako rynku finansowego. Czy komunikat analityków zachęcający do spekulacji przeciwko chińskiemu kursowi walutowemu lub identyfikujący oszustwa w bankach może zostać uznany za podżeganie?

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 24 lipca 2020


Według danych opublikowanych przez EUROMAP (Europe’s Association for Plastics and Rubber Machinery Manufacturers) obejmującym 63 kraje, zużycie plastiku w przeliczeniu na jednego mieszkańca w Korei jest trzecim najwyższym, po Belgii i Tajwanie (2016). Według danych szacunkowych na 2015 rok konsumpcja plastiku (obejmująca tworzywa sztuczne min. PVC, PE, PP, PS, żywicy PET, ABS, SAN, PA i PC) na jednego mieszkańca w Korei wynosiła aż 132,7 kg. Dla porównania niżej znalazła się Ameryka (93,8), Polska (71,4 kg), Japonia (65,8 kg), Chiny (57,9 kg), Indie (10 kg), Kenia (8 kg) czy Etiopia (1,9 kg). Tajwan i Belgia, z zużyciem 141,9 kg i 170,9 kg, zajęły niechlubne pierwsze miejsca w rankingu.

(...)

Problemem nie jest wyłącznie wysokie zapotrzebowanie na plastik, ale również jego utylizacja. Jeszcze do niedawna Korea wysyłała większość swojego zużytego plastiku do Chin. Rocznie, bagatela, ok. 200 tysięcy ton. Jednak Państwo Środka przestało przyjmować śmieci od bogatych krajów (szokując tym nie tylko USA, ale również Koreę). Należy dodać, że Chiny rezygnowały ze skupu koreańskich materiałów stopniowo, w przypadku Korei od 2017 roku, aż do kwietniu tego roku kiedy wycofały się ostatecznie. Głównym powodem była toksyczność i niska jakość skupowanych śmieci. Teoretycznie wysyłany jest materiał, który ma nadawać się do recyklingu, jednak często jest on wysoce zanieczyszczony. W Korei niesegregowanie śmieci jest karane wysoką grzywną. Jednak wystarczy przejść się po koreańskich blokowiskach, by zobaczyć jak „swobodnie” wielu mieszkańców podchodzi do segregacji. W Chinach protestowały też społeczności lokalne, mające dosyć rosnącego zanieczyszczenia.

Obecna sytuacja powoduje dla Korei dalekie komplikacje. Choć część śmieci sprzedawana jest do biedniejszych krajów Azji Południowo-Wschodniej, przede wszystkim na Filipiny i do Tajlandii, to skupowane są również przez lokalnych utylizatorów. Zazwyczaj nielegalnie, po cenach niższych niż rynkowe. Najbardziej spektakularny efekt tych działań widać w Uiseong (w prowincji Gyeongsangbuk), gdzie wyrosły śmieciowe góry. W ciągu ostatnich pięciu lat, życie mieszkańców regionu stało się nie do zniesienia. Lokalny rząd rozpoczął przydział masek, które jednak nie chronią przed toksynami, a jedynie przed pyłem. Praktycznie całkowicie zniknęła zieleń. Według koreańskiego Ministerstwa Środowiska ilość nielegalnych odpadów w 2014 r. w Korei wynosiła ok. 70.000 ton, obecnie, ponad 1,2 miliona ton (Lee S., 2019b). Kryzys śmieciowy stał się faktem.

instytutboyma.org

poniedziałek, 20 lipca 2020


BiznesAlert.pl: Jak zmiany demograficzne wpływają na klimat?

Lidia Wojtal: Szeroka dyskusja o tym, jak rozwój człowieka będzie wpływał na klimat zaczęła się już prawie 50 lat temu, od raportu Klubu Rzymskiego z 1972 roku o granicach wzrostu. Zakładał on, że niekontrolowany wzrost populacji doprowadzi do większej konsumpcji i ostatecznie wyczerpania się zasobów: żywności, surowców, w tym energetycznych itd.. Kolejne 20 lat zajęło uznanie na poziomie międzynarodowym, że działalność człowieka i zwiększenie emisji gazów cieplarnianych wynikających w głównej mierze ze spalania paliw kopalnych zagraża, w dłuższej perspektywie czasowej, szeroko rozumianemu bezpieczeństwu ludzkości. Tymi badaniami zajął się specjalnie do tego powołany Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC).

To, co obecnie podnoszone jest w dyskusjach naukowych, to to, że przy obecnych trendach rozwojowych dalszy wzrost populacji ludzkiej będzie skutkował zwiększoną konsumpcją zasobów i zwiększoną emisją. Obecnie wiemy już, że to zwiększenie emisji doprowadzi do katastrofy klimatycznej, a wraz z nią humanitarnej i gospodarczej. Należy więc sobie odpowiedzieć na pytanie o to, jak i czy w ogóle wykorzystywać te zasoby, zwłaszcza paliwa kopalne. To temat dyskusji nie tylko w odniesieniu nie tylko do polityki klimatycznej, ale szerzej, polityki zrównoważonego rozwoju, której klimat jest integralną częścią. Taki przyjęty przez wszystkie państwa globalny plan dla zrównoważonego rozwoju sięga 2030 roku i zawiera się w 17 celach (SDGs). Jest tam klimat, ale i m.in. eliminacja ubóstwa, zdrowie, równość płci, walka z głodem i niedoborem wody, dostęp do czystej energii, godnego zatrudnienia, edukacji i opieki zdrowotnej. Te wszystkie elementy należy ze sobą zbilansować globalnie w taki sposób, by można było mówić o rozwoju, a nie zwoju ludzkości. Porozumienie paryskie wyraźnie mówi o osiąganiu neutralności klimatycznej zgodnie z zasadą sprawiedliwości i w kontekście zrównoważonego rozwoju i wysiłków mających na celu likwidację ubóstwa. Te zależności pomiędzy wzrostem populacji i klimatem więc istnieją, choć nie są łopatologiczne, a już na pewno nie chodzi o to, by wyludniać Ziemię w celu ochrony klimatu.

W Polsce pojawiają się głosy o tym, że powinniśmy zużywać jak najwięcej? Czy takie podejście może zwyciężyć?

W skrócie: nie może. Polska w 1992 roku, kiedy to przyjmowana była Konwencja klimatyczna była na granicy dwóch grup, czyli państw rozwiniętych jak Europa Zachodnia i rozwijających się. Mieliśmy status gospodarki w okresie transformacji. Dzięki temu uzyskaliśmy wiele znacznych korzyści, jak inny rok bazowy w Protokole z Kioto przyjętym w 1997 roku, co przełożyło się na znaczne środki ze sprzedaży jednostek redukcyjnych, które Polska zainwestowała w zielone projekty. Na poziomie UE uzyskaliśmy np. derogacje w EU ETS, czy dostęp do Funduszu Modernizacji. To, że nie jesteśmy jeszcze traktowani jako kraj w pełni rozwinięty widać także w środkach strukturalnych Unii Europejskiej, a w szczególności w polityce spójności, a ostatnio także w Funduszu Odbudowy. Tych ustępstw czy zwiększonych środków nie dostajemy tylko dlatego, że mamy ciekawe pomysły, ale dlatego, że – jak sami podkreślamy – nadal, jako państwo biedniejsze, potrzebujemy wsparcia.

To jest jednak europocentryczny punkt widzenia. Warto spojrzeć na poziom rozwoju wielu państw trzeciego świata, które mają o wiele więcej do nadrobienia. Oczywiście Chiny obecnie przodują w emisjach i nadal je zwiększają, ale zaczęły to robić dopiero po 2000 roku, czyli długo po tym jak zmiany klimatu zostały zdiagnozowane jako zagrożenie dla ludzkości. Za stworzenie tego zagrożenia odpowiadają prawnomiędzynarodowo państwa rozwinięte, w tym, zgodnie z Konwencją klimatyczną, także Polska. Z kolei poziom emisji na głowę w Indiach, trzeciego co do wielkości emitenta, jest kilkukrotnie mniejszy niż w UE, nawet w Polsce. O tym, że poziom życia większości obywateli tego kraju jest bardzo niski nie pamiętamy oczekując od nich większych ambicji. Z jednej strony więc trudno odmówić im prawa do poprawy swojego bytu, a z drugiej, przy obecnych wzorcach konsumpcyjnych, poniesienie poziomu życia każdego obywatela do poziomu zbliżonego UE skutkowałoby gwałtownym wzrostem emisji gazów cieplarnianych. Dylemat jest ogromny. Niech więc nie dziwi nas to, że także polskie emisje związane z energochłonnym rozwojem muszą być ograniczane przez mechanizmy międzynarodowej i unijnej polityki klimatycznej. Przez ostatnie 30 lat przeszliśmy długą i wyboistą drogę rozwoju gospodarczego, ale dzięki temu obecnie jesteśmy w dobrej sytuacji, by zastanowić się teraz nad tym jak rozwijać się dalej w sposób przemyślany i zrównoważony środowiskowo.

biznesalert.pl

Weźmy starą komiksową wersję historii Ameryki, która uspołeczniała Amerykanów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wyglądało to mniej więcej tak: Grupa białych mężczyzn przybywa do Plymouth Rock, a zachwyceni Indianie częstują ich kolacją z okazji Święta Dziękczynienia. Realizując Boskie Przeznaczenie, cywilizują dzikich ludzi, odrzucają władzę starego króla Jerzego i przynoszą wszystkim porządek, wolność i polityczną reprezentację. George Washington przekracza rzekę Delaware i ścina drzewo wiśniowe, dzięki czemu zostaje uwieczniony na banknocie jednodolarowym i staje się symbolem porządku i potęgi wolnego rynku. Davy Crockett, Daniel Boone i John Wayne podbijają Zachód i giną heroicznie pod Alamo. John Wayne zmartwychwstaje i pokonuje Indian, a także Japończyków, którzy podstępnie atakują Pearl Harbor, jak również przeprowadza lądowanie w Normandii. W rezultacie Amerykanie otrzymują bezpieczeństwo, koszykówkę, elektryczność i wolność na przedmieściach. Amerykański biznes kwitnie dopóty, dopóki Ameryka stawia opór komunizmowi. Z wyjątkiem kilku szczegółów ta krótka historia, którą można by przedstawić w formie komiksu, podsumowuje dzieje amerykańskich pokoleń. Książki historyczne opowiadają tylko o wyzysku, podbojach i osiągnięciach białych mężczyzn, takich jak Thomas Edison. Opowieści te są czasami okraszone gościnnymi występami ikony legend amerykańskiej rewolucji, Betsy Ross.

Około roku 1970 pojawił się nowy komiks historyczny. Oto, czego teraz zaczęto nauczać uczniów amerykańskich szkół: Etnocentryczni, biali, anglosascy mężczyźni protestanckiego wyznania przybyli do Nowego Świata, przynosząc niewolnictwo, choroby, śmierć i emigrację rdzennym mieszkańcom, którzy nie mogli się pochwalić tak dużym dorobkiem kulturalnym. Świadomi ekologicznie tubylcy nie pasowali do linearnej koncepcji postępu wyznawanej przez białego człowieka. Później wybuchła wojna secesyjna, dzięki której czarni niewolnicy odzyskali wolność, choć później cierpieli z powodu rasizmu, dopóki dr Martin Luther King Junior nie rozpoczął ruchu na rzecz praw obywatelskich. Mimo tej ogromnej opresji czarni mężczyźni i kobiety wynaleźli sygnalizację świetlną i odkryli osocze krwi oraz jazz. Rzeźbiarz George Washington ujarzmił potęgę orzeszka ziemnego, a Beethoven był czarny, podobnie jak faraonowie. Murzyni zbudowali piramidy, nie jako niewolnicy, lecz jako architekci i okupanci. Gdzieś między wojną secesyjną a ruchem na rzecz praw obywatelskich miała miejsce II wojna światowa, w której walczono z Holokaustem. Wygrali ją Amerykanie dzięki dokonaniom Czarnej Eskadry, a także staraniom kobiet, które porzuciły role gospodyń domowych, żeby pracować w fabrykach produkujących broń, gdzie często były wykorzystywane seksualne i dyskryminowane ze względu na rasę lub płeć. Wkład kobiet i rdzennych Amerykanów był systematycznie ignorowany przez białych Anglosasów wyznania protestanckiego, ale w końcu nastały czasy rządów różnorodności kulturowej. Zostanie ona na zawsze zinstytucjonalizowana w służbach społecznych i edukacyjnych, a także na niezliczonych miejskich bulwarach i w liceach, których patronami są dr King i Rosa Parks, znana z tego, że któregoś razu była zbyt zmęczona, żeby pójść na tył autobusu. Ten amalgamat to mieszanka historii ruchu kobiet i ruchu na rzecz studiów afroamerykańskich. W niektórych kręgach akademickich jakiekolwiek, nawet najsubtelniejsze kwestionowanie tych stwierdzeń było traktowane jako herezja. Delikatne aluzje do zróżnicowania kulturowego wystarczały, żeby cała rzesza administratorów miała ręce pełne roboty. Oni sami, oczywiście, nie byli w żaden sposób zróżnicowani (nawet teoretycznie), ale to nie przeszkadzało im pobierać wysokich pensji za powtarzanie utartych komunałów. Obecnie zarówno w Partii Demokratycznej, jak i w Partii Republikańskiej można znaleźć kilku ekstremistów, którzy z uporem forsują te dwie wersje historii.

Brian Anse Patrick — 10 przykazań propagandy