sobota, 27 czerwca 2020


Jednocześnie w Niemczech wprowadzono w życie decyzje dotyczące mobilizacji zapasów wojskowo–gospodarczych, przestawiania potencjału produkcyjnego, zapasów surowców, paliwa, energii — wszystko na potrzeby przemysłu zbrojeniowego. Ograniczano zakres prac całych cywilnych gałęzi gospodarki. Hitler zdecydował się w końcu częściowo przestawić gospodarkę na tryb wojenny (wiele zakładów w dalszym ciągu produkowało artykuły codziennego użytku i realizowało zamówienia na eksport, który praktycznie nie zmniejszył się). Trudno uwierzyć, ale w 1942 roku wartość produkcji wojskowej stanowiła 26% całej produkcji przemysłowej i dopiero w 1943 — w rezultacie wysiłków ministra uzbrojenia Alberta Speera — udział ten zwiększył się do 38%, co oznacza, że stopień militaryzacji gospodarki Niemiec w szczytowym okresie drugiej wojny światowej dorównał wydatkom na cele wojskowe Związku Sowieckiego z lat „socjalistycznego budownictwa”: w 1940 roku stopień wydatków ZSRR na potrzeby wojenne stanowił 52% budżetu, na wzmocnienie obrony szło 26% produkcji przemysłowej.

Mobilizacji towarzyszyła głośna kampania propagandowa pod hasłem: „Powstań narodzie, niech rozpęta się burza!” Zamykano modne sklepy, kluby nocne, sklepy jubilerskie, instytucje kultury. Przestały ukazywać się pisma kobiece. Zabroniono organizowania imprez sportowych i wszelkich „rozkoszy życia”. Z Bramy Brandenburskiej uroczyście zdjęto i wysłano na przetopienie miedziane płaskorzeźby.

„Życie i pracę poświęcamy zwycięstwu — krzyczał doktor Goebbels. — Führer oczekuje od nas takich sukcesów, które przyćmią wszystko, co było do tej pory. Chcemy stanąć na wysokości jego żądań. Jesteśmy dumni z niego, a on musi być dumny z nas. Tylko w chwili kryzysu i wielkich wstrząsów narodowych okazuje się, kto jest prawdziwym mężczyzną (…) Naród gotów jest na wszystko. Führer dał rozkaz, my pójdziemy za nim. W tej godzinie jedności narodowej i wewnętrznego zapału jeszcze bardziej nieugięcie będziemy wierzyć w zwycięstwo”. Ale ogólnie rzecz biorąc, ciężar „wojny totalnej” w niemieckim wydaniu nie robił na sowieckim człowieku żadnego wrażenia. Czym dla Niemca była „wojna totalna”, dla sowieckiego człowieka było dniem powszechnym i „pracą z oddaniem”.

Wladimir Bieszanow - 1943. Rok przełomu

czwartek, 25 czerwca 2020


Nikolaos Gavalakis: W książce "The System: Who Rigged It, How We Fix It" twierdzi pan, że ustrój polityczno-gospodarczy w Stanach Zjednoczonych jest zamknięty w błędnym kole bogactwa i władzy. Czy może pan rozwinąć tę tezę?

Robert B. Reich: Coraz większa część dochodu narodowego Stanów Zjednoczonych znajduje się dziś w rękach bardzo bogatych Amerykanów. Razem dysponują ogromną pulą pieniędzy. Część z tych pieniędzy wykorzystują, by wpływać na politykę. W USA niemal nie istnieją ograniczenia sum, jakie można przeznaczyć na rywalizację polityczną, w tym reklamy, marketing w mediach społecznościowych czy inne działania pomagające konkretnym kandydatom.

Tryby ustroju politycznego Stanów Zjednoczonych są dziś nasmarowane pieniędzmi bogatych. Z tego powodu dokonano szeregu zmian w regułach obowiązujących amerykański kapitalizm od mniej skwapliwego egzekwowania praw antymonopolowych po utrudnianie organizacji pracownikom. Zwykłym ludziom utrudniono, a wielkim koncernom ułatwiono ogłoszenie upadłości. Rozszerzono prawa własności intelektualnej, przez co korporacjom farmaceutycznym czy technologicznym jest dziś łatwiej zdobywać patenty i prawa autorskie.

Utrudniono też wnoszenie pozwów zbiorowych. Zgodne z prawem jest dziś wykorzystywanie do wykonywania transakcji na giełdzie informacji niejawnych dotyczących przedsiębiorstw. Zgodnie z prawem można też odkupować akcje i sztucznie pompować ich cenę. Ograniczenia wprowadzone w latach 30. w celu kontrolowania Wall Street niemal zupełnie zniesiono przed kryzysem finansowym 2008 roku. Po tym kryzysie narzucono nowe ograniczenia, które jednak po pewnym czasie też zredukowano.

Podatki dla osób o wysokim dochodzie drastycznie obniżono. Na tym właśnie polega błędne koło: dzięki swoim pieniądzom bogaci modyfikują „wolny rynek”, stosując wymienione przeze mnie, ale i inne niezliczone sposoby, a wtedy w ich ręce przechodzi jeszcze więcej bogactwa, co pozwala im na następną rundę zmian w gospodarce, działających oczywiście wciąż na ich korzyść.

Nie wspomniałem jeszcze o bailoutach i subsydiach. Widzi pan, że nawet podczas pandemii pomoc finansową otrzymują wielkie koncerny, bogaci dostają ulgi podatkowe, a zwykli ludzie prawie nic.

To sprawia, że są podatni na manipulacje demagogów takich jak Trump?

Im więcej ludzi czuje, że nie może się wybić, niezależnie od tego, jak ciężko pracują, im bardziej tracą nadzieję na poprawienie sytuacji swojej i swoich dzieci, tym większy jest poziom gniewu i frustracji. To podatny grunt dla demagoga, który wykorzystuje ten gniew i frustrację dla własnych celów: żeby zbudować elektorat i skierować gniew na kozły ofiarne, takie jak imigranci, biedni, elity kulturowe czy tzw. głębokie państwo. Coś podobnego robił Hitler w latach 30. Demagodzy nagminnie żerują na gniewie i frustracji klasy pracującej. To ich częsta strategia.

Dlaczego nie widzimy większego oburzenia społecznego i znaczniejszych protestów?

Przeciwnie, sprzeciw jest ogromny. Dwojgiem poważnych kandydatów w prawyborach Partii Demokratycznej byli Bernie Sanders i Elizabeth Warren. Ich sukces świadczy o istnieniu bardzo licznego ruchu progresywnego wśród demokratów. Jeśli chodzi o Partię Republikańską, to Donaldowi Trumpowi wciąż jeszcze udaje się ogłupiać wielu ludzi pracujących, by wierzyli, że jest ich bohaterem, zbawcą, ale oni też zaczynają się orientować. Widzą, że porządnie obciął podatki bogatym i korporacjom i że poluzował przepisy BHP. W czasie pandemii jest to moim zdaniem jeszcze lepiej widoczne.

W Stanach Zjednoczonych kilka mitów, które snują oligarchowie, wreszcie rozwiewa się w konfrontacji z rzeczywistością. Jeden z tych mitów głosi, że tradycyjny podział na prawicę i lewicę istnieje do dziś. Tak naprawdę mamy do czynienia z podziałem na demokrację i oligarchię. Oligarchowie chcą, żeby ludzie byli poróżnieni, bo to najprostszy sposób odwrócenia uwagi od tego, ile władzy i bogactwa skoncentrowali w swych rękach nieliczni. Ludzie jednak zaczynają to dostrzegać.

Drugi mit opowiada o istnieniu wolnego rynku, dla którego rząd jest intruzem, ale on także zaczyna rozchodzić się w szwach, tym szybciej w czasie pandemii.

Jeszcze inna opowiastka jest o tym, że korporacje są społecznie odpowiedzialne i można na nich polegać, że odpowiadają przed swoimi pracownikami i ich społecznościami. To fikcja. Korporacje odpowiadają tylko przed akcjonariuszami i dyrektorami, którzy otrzymują wynagrodzenia w zależności od sukcesu firmy.

Do tego dochodzi wreszcie mit merytokracji: że płacą ci tyle, ile jesteś wart. Ludzie zaczynają dostrzegać, że system został zniekształcony przez władzę i pieniądze. Jeszcze kilka lat temu problematyka władzy była rzadko poruszana przez ekonomistów, a nawet przez politologów, ale dziś zaczyna zyskiwać poczesne miejsce w dyskusjach. We wszystkich tych aspektach ludzie robią się coraz bardziej świadomi i czynni politycznie. Chcą odzyskać dla siebie politykę i gospodarkę, zagarnięte przez oligarchów.

W wyborach parlamentarnych w połowie kadencji prezydenta Trumpa w 2018 roku mocno i z powodzeniem dały o sobie znać nastroje postępowe. Izbę Reprezentantów przejęli demokraci, i to bynajmniej nie korporacyjni demokraci z Wall Street. To młodzi postępowcy, tacy jak Alexandria Ocasio-Cortez, i wiele innych kobiet i osób o różnorodnych kolorach skóry. Czasy się zmieniają.

W przeszłości krytykował pan demokratów jako partię podtrzymującą status quo. Jakie pańskim zdaniem popełnili błędy? Co musi zrobić Joe Biden, żeby wygrać nadchodzące wybory?

Partia Demokratyczna porzuciła klasę pracującą. To był jej największy błąd. Pracownicy stanowili bardzo ważną część koalicji Partii Demokratycznej w latach 30., za Franklina D. Roosevelta. Jednak w ciągu ostatnich czterdziestu lat Partia Demokratyczna chciała się usytuować w tzw. centrum. Demokratom się wydawało, że nowe centrum mieści się na przedmieściach zamieszkałych przez klasę średnią wyższą, czyli tzw. podmiejskich wyborców niezdecydowanych. Moim zdaniem to nie był dobry pomysł.

Ogromną amerykańską klasę robotniczą pozostawiono samą sobie. Demokraci prawie zapomnieli o związkach zawodowych. Pozwolili na to, żeby udział w związkach spadł z 35 procent siły roboczej w sektorze prywatnym do 6,4 procent. A brak zdrowych i silnych związków poważnie osłabił Partię Demokratyczną.

krytykapolityczna.pl

We współczesnym świecie nie jest trudno wytworzyć produkt. Trudno jest go sprzedać. Konsumenci wybierają nie jakość, tylko mit, historię leżącą u podstaw tej czy innej marki. Czym byłaby Tesla bez legendy Elona Muska?

Emocje stały się w czasach społeczeństwa postindustrialnego głównym motorem napędowym i produktem gospodarki. To z kolei wpływa na relacje personalne: obok romantyzacji towaru występuje utowarowienie romansu. Rozmowa o emocjach toczy się w kategoriach rynku – wzrost, inwestycje, rentowność. Izraelska socjolożka Eva Illouz nazywa to „kapitalizmem emocjonalnym”.

W dobie kapitalizmu emocjonalnego życie jest projektem emocjonalnym, w którym każdy krok podyktowany jest przymusem optymalnego spędzania czasu. Należy ciągle zadawać sobie pytania: „czy wykorzystuję całość swojego potencjału?”, „czy moje wybory przynoszą mi radość?”. Właśnie w ten sposób japońska ekspertka Netfliksa od porządkowania Marie Kondo decyduje, na jakie rzeczy powinno znaleźć się miejsce w zabałaganionych mieszkaniach. Analogicznie idealnym partnerem jest ten, który zaspokoi twoje potrzeby. Jeżeli przestał zaspokajać – nadszedł czas, by go wymienić na lepszy model. Swap left, swap right – Tinder jest uosobieniem emocjonalnego kapitalizmu, polowania na krótkie radości tu i teraz.

Jednorazowe spotkania na Tinderze, jednorazowe wycieczki Uberem, jednorazowe noclegi na Airbnb, przykryte opowieścią o otwartości, dzieleniu się, gościnności ostatnio zaczęły wpływać na świat polityki.

Kto dzisiaj szuka ojca narodu na miarę Charles’a de Gaulle’a lub Franklina Roosevelta? Wiadomo – jeden partner nie zaspokoi wszystkich naszych potrzeb, więc skąd myśl, że jeden polityk miałby być dobry we wszystkim? Ci, którzy udają, że tak jest, kłamią. Nowy lider może mieć słabości, lecz musi być szczery i otwarty. Bo tych właśnie emocji szuka nowoczesny wyborca, który niespecjalnie chce chodzić na wiece, ale czuje potrzebę, by uczynić świat bardziej sprawiedliwym (bo właśnie te historie sprzedają jego ulubione marki).

Pięć lat temu powstanie przeciwko elitom prowadzili wkurzeni boomersi na kształt Kukiza i Trumpa. Walka toczyła się na Fejsie i Twitterze, gdzie pod ostrymi wpisami liderów użytkownicy podrzynali sobie nawzajem gardła. Nowi niszczyciele starego porządku są młodsi, nie potrzebują już ślepej wściekłości. Gardzą nią, bo ta przeczy idei optymalnego spędzania czasu. Za pośrednictwem YouTube’a i Instagrama oferują bezpośrednią rozmowę w formacie live. To już bardziej intymna komunikacja, widzów transmisji często wymienia się z nazwiska, chwali za trafne pytania. Wszystko w duchu sesji coachingu: ja jestem wspaniały, ty jesteś wspaniały, on/ona jest wspaniały/a, musimy się tylko dogadać.

Rozmowa z takim politykiem przypomina rozmowę z Siri: nie tyle czekasz na konkretną odpowiedź, ile uspokaja cię to, że na pewno zostaniesz zauważony. W czasie lajwów rzadko padają konkrety, ale panuje ogólne odczucie, że jest fajnie. Dlaczego cała polityka nie może być taka?

krytykapolityczna.pl

Jak podało w środę amerykańskie radio publiczne NPR, badacze z Carnegie Mellon stwierdzili, że prawie połowa z ponad 200 mln tweetów na temat Covid-19 od stycznia pochodziła z kont "zachowujących się bardziej jak skomputeryzowane roboty niż ludzie". Badacze doszli do takich wniosków na podstawie np. podejrzanie wysokiej liczby tweetów generowanych przez te konta i ich rzekomej lokalizacji.

Według autorów analizy, choć definitywne ustalenie, kto stoi za botami jest trudne, treść wpisów sugeruje, że są one częścią "machiny propagandowej", nastawionej na zwiększanie podziałów w społeczeństwie i rozsiewanie dezinformacji na temat pandemii. Wiemy, że wygląda to jak machina propagandowa i z pewnością wpisuje się w rosyjskie i chińskie strategie - stwierdziła autorka badania Kathleen Carley. Zaznaczyła jednocześnie, że udowodnienie tego wymagałoby zaangażowania "ogromnych środków".

Diagnozy badaczy są zbieżne z wnioskami, do których doszli także hiszpańscy analitycy z firmy Cyrity zajmującej się cyberbezpieczeństwem. Według najnowszego raportu firmy, do którego miał dostęp dziennik "El Mundo", Rosja i Chiny "prowadzą w sposób bezpośredni (...), a także pośredni, poprzez firmy i struktury pozarządowe w innych krajach, kampanie fałszywych informacji, dezinformacji i ingerencji zagranicznej”.

Działania obu reżimów "skierowane są na doprowadzenie do podziałów opinii publicznej i wprowadzenie zamieszania w gospodarkach zachodnich, głównie Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych” - stwierdzili autorzy raportu.

Według przedstawiciela Cyrity, Joaquina Castillejo, Rosja i Chiny mają różne interesy. "W przypadku Rosji dezinformacja należy do jej strategii wojskowej, a celem jest tworzenie podziałów i napięć w krajach przynależnych do kręgu jej interesów, czego nawet często nie ukrywa. (...) Tak było w przypadku brexitu czy niepodległości Katalonii, a strategia Rosji była bardzo agresywna" - powiedział Castillejo. Chiny zainteresowane są bardziej poprawą swojego wizerunku i obroną interesów gospodarczych, gdyż teraz mają dużą szansę na poszerzenie swoich wpływów - wyjaśnił.

dziennik.pl

wtorek, 23 czerwca 2020


Przygasił światło i na dużym ściennym ekranie zaczął wyświetlać prezentację PowerPointa.

– W świecie, w którym będą żyły nasze dzieci, nie będzie już czegoś takiego jak reklama uniwersalna – zaczął, operując pilotem. Miał na myśli komunikaty skierowane do szerokiego grona odbiorców i rozpowszechniane w jednym, wielkim pakiecie. – Reklama uniwersalna jest zbyt nieprecyzyjna.

Wyświetlił slajd zatytułowany „Tradycyjna reklama kreuje marki i buduje zaufanie społeczne, ale nie zmienia zachowań”. Po lewej stronie widniała reklama domu towarowego Harrods, z wypisanym dużymi literami hasłem „Wyprzedaż 50%”. Po prawej znajdowały się znaki firmowe McDonalda i Burger Kinga, z charakterystycznymi złotymi łukami.

Tego rodzaju reklamy pełniły jego zdaniem prostą funkcję informacyjną lub – jeśli w ogóle działały – zaledwie umacniały lojalność dotychczasowych klientów wobec marki. To podejście było przestarzałe.

– SCL Group oferuje narzędzia komunikacyjne skrojone na miarę dwudziestego pierwszego wieku – powiedział Alexander. – Tradycyjny marketing, bazujący na reklamach takich jak te, stał się nieskuteczny.

Tłumaczył, że jeśli zleceniodawca chce pozyskać nowych klientów, samo dotarcie do nich nie wystarczy; trzeba ich nawrócić.

– Jak McDonald’s może skłonić do zjedzenia burgera kogoś, kto nigdy go nie próbował? – zapytał.

Wzruszył ramionami i kliknął, by wyświetlić kolejny slajd, zatytułowany „Komunikacja behawioralna”.

– Świętym Graalem komunikacji jest możliwość wpływania na zachowanie – ciągnął.

Po lewej stronie ekranu znajdowało się zdjęcie fragmentu nabrzeża z kwadratową, białą tabliczką, głoszącą: „Koniec plaży publicznej”. Obok zobaczyliśmy przypominający ostrzeżenie przed przejazdem kolejowym, jaskrawożółty trójkątny znak z napisem: „Uwaga, rekiny!”.

Który przekaz był skuteczniejszy? Różnica była wręcz zabawna.

– Wiedząc o strachu większości ludzi przed atakiem rekina, zdajesz sobie sprawę, że to ten drugi znak powstrzyma ich przed pływaniem w twoim akwenie – podsumował Alexander. „Twoim akwenie?” – pomyślałam. Pewnie przywykł do reklamowania swoich usług ludziom, których stać na własny.

Nie czekając na naszą reakcję, wyjaśnił, że SCL nie jest agencją reklamową. Należało ją raczej nazwać agencją sterowania zachowaniami.

Organizatorzy kampanii wyborczych tracą miliardy dolarów na komunikaty przypominające informację o końcu plaży publicznej, czyli takie, które w rzeczywistości nie działają.

Kolejna część prezentacji zawierała materiały promocyjne z akcji przedwyborczej – film i zdjęcie. Film składał się z kilku fotografii twarzy Mitta Romneya oraz ujęć publiczności nagradzającej owacjami wypowiedzi tego polityka. Kończył się hasłem: „Nowe, silne przywództwo”. Zdjęcie zaś ukazywało spalony słońcem trawnik z powtykanymi tabliczkami, na których widniały nazwiska kandydatów: Romney, Santorum, Gingrich… – właściwie nieważne było, o kim mówią. Oczywista banalność tych tabliczek sprawiała, że łatwo je było zignorować.

Alexander zaśmiał się cicho.

– Sami widzicie, że żaden z tych napisów nikogo nie przekona – powiedział i rozłożył ręce. – Jeśli jesteś demokratą i zobaczysz na czyjejś posesji plakat Romneya, to nie nawrócisz się niczym Święty Paweł w drodze do Damaszku i nie zmienisz swojej orientacji politycznej.

Roześmialiśmy się.

Byłam zafascynowana. Parałam się komunikacją od lat, lecz nie przyszło mi do głowy, by przeanalizować kwestię przekazu z tej perspektywy. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by ktoś w ten sposób mówił o miałkości współczesnej reklamy. I aż do tej chwili uważałam New Media – kampanię Obamy z 2008 roku, w której brałam udział jako oddana stażystka – za finezyjną i sprytną.

Była to pierwsza kampania, w której do komunikacji z wyborcami użyto mediów społecznościowych. Promowaliśmy Obamę na Myspace, YouTubie, Pintereście i Flickrze. Stworzyłam nawet stronę facebookową dla – wtedy jeszcze senatora – Obamy i ciepło wspominałam dzień, w którym zjawił się w chicagowskim biurze, wskazał palcem swoje zdjęcie profilowe na ekranie mojego komputera i wykrzyknął: „Hej, to przecież ja!”.

Zrozumiałam, że choć nasze ówczesne metody działania były bardzo nowoczesne, to z perspektywy Alexandra epatowaliśmy nadmiarem informacji, byliśmy powtarzalni i… mało istotni. Tak naprawdę nikogo nie nawróciliśmy. W gronie naszych odbiorców przeważali zwolennicy Obamy. Wysyłali nam swoje dane sami bądź zbieraliśmy je za ich pozwoleniem, gdy zamieszczali wpisy na naszych stronach. To nie my do nich dotarliśmy, to oni dotarli do nas.

Alexander wyjaśnił, że nasze reklamy bazowały na tak zwanym społecznym dowodzie słuszności i jedynie umacniały istniejącą już lojalność wobec marki. Publikowaliśmy w mediach społecznościowych niekończący się strumień treści na temat Obamy – materiałów, które przypominały znak na plaży, monotonny film z Romneyem, nudne tabliczki na trawniku i nie przyczyniały się do zmiany zachowania. Były przesycone informacjami i dostarczały jedynie społecznego dowodu słuszności: nasi odbiorcy kochali Baracka Obamę. A gdy już zwróciliśmy na siebie uwagę jego zwolenników, wysyłaliśmy im kolejne, obszerne komunikaty. Nawet jeśli celem było podtrzymywanie ich zainteresowania czy zadbanie, by zagłosowali, to zgodnie z koncepcją Alexandra tylko zasypywaliśmy ich nadmiarem niepotrzebnych informacji.

(...)

Alexander przeszedł do slajdu z wykresami i grafikami, które dowodziły, że jego firma podejmowała działania znacznie wykraczające poza skuteczną komunikację. Chodziło o to, by przekaz trafiał do właściwych ludzi, wybieranych przy użyciu metod naukowych. Jeszcze przed rozpoczęciem kampanii SCL przeprowadzała rekonesans i zatrudniała specjalistów, którzy analizowali dane i precyzyjnie wskazywali docelowe grupy odbiorców zleceniodawcy. Główny nacisk, rzecz jasna, kładziono na heterogeniczność tych grup.

Byłam wyjątkowo dumna z tego, że kampania Obamy zasłynęła ze skuteczności pod względem segmentacji odbiorców – podzieliliśmy ich według najistotniejszych dla ludzi spraw, miejsc zamieszkania oraz płci. Ale od tamtej pory minęło siedem lat, a firma Alexandra wyszła daleko poza ramy tradycyjnej demografii.

Na ekranie ukazał się kolejny slajd, z napisem „Ukierunkowany przekaz powoduje zmiany”. Po lewej stronie było zdjęcie aktora Jona Hamma w roli Dona Drapera, szefa reklamy z Madison Avenue z lat 60., jednego z bohaterów serialu telewizji AMC pod tytułem Mad Men.

– Stara szkoła reklamy z lat sześćdziesiątych – rzekł Alexander – bazowała na sprytnych ludziach, takich jak my, siedzących wokół stołu i wymyślających hasła w rodzaju „Coca-Cola to jest to” albo „Beanz Meanz Heinz” (celowy zabieg ze zmianą ostatniej litery dwóch pierwszych słów sloganu „Beans means Heinz”, czyli fasola znaczy Heinz, mający ujednolicić wizualnie jego pisownię – przyp. tłum.). Wydawali wszystkie pieniądze klientów na publikowanie tych komunikatów z nadzieją, że okażą się skuteczne.

Ale o ile przekaz w latach 60. płynął z góry na dół, to reklama w roku 2014 miała odwrotny kierunek. Dzięki postępowi, jaki dokonał się w dziedzinie danych i analizie predykcyjnej, możliwości gromadzenia informacji o ludziach przechodziły najśmielsze wyobrażenia, a firma Alexandra przyglądała się odbiorcom pod kątem tego, co powinni usłyszeć, aby dało się było na nich wpłynąć w pożądany przez ciebie (klienta) sposób.

Następny slajd był zatytułowany „Analiza danych, nauki społeczne, behawioryzm i psychologia”.

Cambridge Analytica wyrosła na gruncie SCL Group, która z kolei wyewoluowała z czegoś o nazwie Behavioural Dynamics Institute (BDI) – konsorcjum zrzeszającego mniej więcej sześćdziesiąt instytucji akademickich i setki psychologów. Firma zatrudniała własnych psychologów, którzy – zamiast ankieterów – opracowywali sondaże polityczne i wykorzystywali ich rezultaty do grupowania odbiorców. Posługiwali się psychografią do zgłębiania skomplikowanych osobowości i wymyślania sposobów sterowania zachowaniami.

Następnie, dzięki procesom modelowania danych, eksperci od przetwarzania informacji tworzyli algorytmy, które potrafiły trafnie przewidzieć, jak postąpią ludzie po wysłaniu im określonego komunikatu, pieczołowicie skrojonego na ich miarę.

– Jaki przekaz chciałaby usłyszeć Brittany? – spytał mnie Alexander, po raz kolejny zmieniając obraz na ekranie. – Musimy stworzyć reklamę specjalnie dla niej – powiedział, znów na mnie zerknął i się uśmiechnął. – Dotyczącą spraw, na jakich jej zależy i żadnych innych.

Kończąc prezentację, wyświetlił zdjęcie Nelsona Mandeli.

Mandela znajdował się w moim panteonie superbohaterów. Współpracowałam z jednym z jego najserdeczniejszych przyjaciół w Republice Południowej Afryki; człowiekiem, który był wraz z nim więziony na Robben Island. Pomagałam nawet wieloletniej partnerce Mandeli, Winnie, zorganizować w RPA uroczystości z okazji Dnia Kobiet, ale nigdy nie dane mi było uścisnąć dłoni samego przywódcy. Teraz patrzył na mnie z ekranu.

Alexander rzekł, że dzięki współpracy SCL z Mandelą i Afrykańskim Kongresem Narodowym w 1994 roku, udało się powstrzymać przemoc w lokalach wyborczych. To zaś wpłynęło na wyniki jednego z najważniejszych plebiscytów w historii RPA. Na ekranie widniały żarliwe podziękowania od samego Mandeli.

Jak mogłam nie być pod wrażeniem?

Brittany Kaiser - Dyktatura danych

niedziela, 21 czerwca 2020


Jeżeli uznamy za pewnik, że celem każdej wojny jest uzyskanie lepszej sytuacji niż przed wojną, musimy zauważyć, że pierwszą wojnę światową (1914–1918) przegrali wszyscy jej główni europejscy uczestnicy.

Państwom ententy, które formalnie „wygrały” ów światowy konflikt, zwycięstwo przyniosło jedynie pogorszenie ich sytuacji. Na przykład Wielka Brytania wydała na wojnę 8 miliardów funtów, czyli kilkadziesiąt razy więcej niż warta była cała jej marynarka wojenna. W ostatecznym rozrachunku zapłaciła za zwycięstwo w wojnie cenę, która w niewyobrażalny sposób przewyższała wszelkie rzeczywiste lub rzekome straty spowodowane przez niemiecką konkurencję przemysłowo–handlową. W czasie czterech lat wojny operacje finansowo–kredytowe, które do tej pory przeprowadzały banki londyńskiego City, przeniosły się w większości na Wall Street. Spowodowało to szybki przepływ angielskich zasobów kapitałowych za ocean. Wielka Brytania, która przystępowała do wojny jako wszechświatowy wierzyciel, kończyła ją jako kraj–dłużnik.

Belgia i północna Francja leżały w gruzach. Francuzi zyskali tylko moralną satysfakcję, ponieważ wyrównali rachunki z odwiecznym wrogiem, no i pod względem wojskowym stali się najsilniejszym państwem w Europie. Ale bez względu na to, jak różnorodne były konsekwencje wojny, dominowało jedno uczucie — rozczarowanie. Wszyscy postrzegali konflikt z 1914 roku jako nieodwracalną katastrofę, która doprowadziła do psychologicznego załamania cywilizacji europejskiej i zniszczenia wielkich ideałów. „Naszemu pokoleniu zabrakło wielkich słów” — zwracał się do swoich współczesnych pisarz D. H. Lawrence. W świadomości milionów ludzi bieg historii rozpadł się na dwa niezależne nurty — „przed” wojną i „po” wojnie. „Przed wojną” — ogólnoeuropejska przestrzeń prawna i gospodarcza, ciągły rozwój nauki, techniki i gospodarki, stopniowe, lecz stałe rozszerzanie sfery swobód obywatelskich.

„Po wojnie” — rozpad Europy, przekształcenie dużej jej części w konglomerat drobnych państw, często o policyjnym systemie rządów i kierujących się prymitywną nacjonalistyczną ideologią, nieustanny kryzys gospodarczy, powrót do totalnej kontroli jednostki.

Na europejskiej wojnie skorzystały jedynie Stany Zjednoczone i Japonia, które wreszcie oficjalnie uzyskały status „mocarstw”.

Europa zaś podzieliła się na „zwycięzców” i „zwyciężonych”. Tych ostatnich zmuszono, by zapłacili za wszystko. Wersalski traktat pokojowy z 1919 roku nie był aktem ustanowienia pokoju lepszego niż przed wojną, ale narzędziem ukarania pokonanych, przede wszystkim Niemiec, i zainicjował wszystkie kryzysy i konflikty następnego dwudziestolecia. Stało się tak nie dlatego, że jego postanowienia były nazbyt surowe, ale ponieważ naruszał warunki zawieszenia broni z 11 listopada 1918 roku.

Władimir Bieszanow - Pogrom pancerny 1941 roku

Kluczowym elementem modelu korporacjonistycznego są tzw. keiretsu – konglomeraty, łączące przemysł, handel i, co ciekawe, banki – wywodzące się z rodzinnych karteli przemysłowych zaibatsu, z których najstarsze Mitsubishi, Mitsu, Sumitomo i Yasuda sięgały epoki szogunatu Tokugawa.

Dzięki poziomym (międzybranżowym) i pionowym (w ramach jednego łańcucha wartości) aliansom poszczególne firmy mogły niezwykle skutecznie walczyć z konkurencją, głównie zagraniczną, ale również wewnętrzną.

Keiretsu, które same funkcjonowały w ramach stabilnych i uporządkowanych bloków, stworzyły ekstremalnie konkurencyjne otoczenie biznesowe, szczególnie w sektorach ukierunkowanych na rynki międzynarodowe.

Rząd bacznie się im przyglądał i obdzielał przywilejami finansowymi. Firmy starały się nadążyć jedna za drugą, kopiując projekty nowych produktów i innowacyjne techniki produkcji. Kto pozostałby w tyle, ryzykowałby utratę reputacji.

W praktyce ta wewnątrzkrajowa konkurencja oznaczała, że nowe pomysły i technologie były absorbowane z niezwykłą szybkością.

Każdy z pierwotnie 8 keiretsu był obsługiwany przez jeden bank, który udzielał kredytów zrzeszonym spółkom i posiadał w nich udziały. Dzięki opiece roztaczanej przez banki, praktycznie nie istniało zjawisko wrogich przejęć.

Sytuacja skomplikowała się po kryzysie z początku lat 90., który pozostawił banki z masą nieściągalnych długów. Rząd sztucznie utrzymywał przy życiu te tzw. banki zombie, wiedziony tym samym instynktem, który lata później ujawnią Amerykanie i Europejczycy (por. „too big to fail”).

(...)

Fundamentem japońskiej organizacji pracy jest filozofia Kaizen (dosłownie: zmiana na lepsze), która polega na zaangażowaniu wszystkich członków organizacji, niezależnie od szczebla, w stałe poszukiwanie pomysłów udoskonalenia wszystkich obszarów organizacji.

Co charakterystyczne, Kaizen nie jest tylko koncepcją zarządzania, lecz częścią kultury japońskiej, odnoszącą się do nieprzerwanego dążenia do doskonałości w życiu osobistym, rodzinnym, jak i zawodowym.

(...)

Fascynacja efektywnością japońskiego modelu zarządzania /spowodowała, że/ firmy w Europie i USA próbowały go naśladować, jednak efekty były dalekie od oczekiwanych. Zachodnie przedsiębiorstwa zorientowane na krótkoterminowe projekty poprawy, generowanie zysku dla akcjonariuszy, oceniające swoich pracowników na podstawie osiągnięć w krótkich okresach, nie były w stanie sprostać filozofii mozolnego, długotrwałego doskonalenia organizacji w każdym aspekcie jej działalności.

Sami Japończycy przypisują swój sukces staranności, oszczędności i harmonijnej współpracy. Jednak za piękną fasadą harmonii kryje się niepokojące pytanie, na ile jest ona zasługą starannie pielęgnowanej atmosfery zaufania i wspólnego przedsięwzięcia, a na ile – restrykcyjnego systemu kontroli wewnętrznej.

Nawet jeśli duszące ograniczenia stanowią tylko połowę obrazu, to w kulturze Zachodu są nie do zaakceptowania. Najlepszą bodaj egzemplifikacją zachodniego indywidualizmu jest kultura Doliny Krzemowej, która – ze swoim hasłem przewodnim „move fast and break things” – przedkłada dynamizm i to, co menedżerowie bez względu na narodowość zgodnie określają angielskim „disruption”, nad statyczną stabilność i niezawodność.

obserwatorfinansowy.pl

Przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech w 2014 roku rachunki za energię obniżono o jedną trzecią, a rząd oczywiście nie omieszkał pochwalić się przed obywatelami, że jest to zasługą polityki prowadzonej przez Fidesz. Wiele zagranicznych firm energetycznych zdecydowało się wtedy sprzedać rządowi swoje aktywa na Węgrzech. Fidesz wygrał wybory parlamentarne z przygniatającą przewagą.

– Tania energia to był wątek przewodni już od pierwszej kadencji Orbána – powiedział Ákos Hadházy, były członek Fideszu, a obecnie niezależny parlamentarzysta. – To spowodowało wielkie straty dla dostawców energii, ale oczywiście było bardzo popularne w społeczeństwie.

(...)

Utrzymanie tego systemu wymaga konkurencyjnych cen importowych i pomoc Rosji jest w tym przypadku kluczowa.

Rosja jest dla Węgier największym dostawcą, zarówno jeżeli chodzi o gaz jak i energię nuklearną – łącznie przypada na nią obecnie połowa dostaw w całym energetycznym miksie, a według rządowej strategii energetycznej do 2030 roku odsetek ten ma wzrosnąć do ok. 60 proc.

– Logika jest taka, że Rosja dostarcza tanią energię, a Orbán w zamian za to stwarza problemy w UE i NATO – powiedział Tamás Pletser, analityk w budapesztańskim oddziale Erste Bank, tłumacząc dlaczego Rosja może być zainteresowana w zacieśnianiu relacji z krajem, który często pozostaje w kontrze do innych państw członkowskich UE.

Rosja dostarcza niemal całość z ośmiu do 10 mln metrów sześciennych gazu, jakie zużywają rocznie węgierscy konsumenci.

W 2015 roku Gazprom obniżył ceny gazu dla Węgier o około 25 procent, powiedział Attila Holoda, który w 2012 roku był zastępcą sekretarza stanu ds. energetyki, a obecnie kieruje firmą konsultingową Aurora Energy.

To nie jedyny gest ze strony Rosji. Kiedy w 2013 roku kończył się długoterminowy kontrakt na dostawy gazu dla Węgier, Gazprom zrezygnował z klauzuli obowiązkowego wykupu przez klienta określonych ilości surowca, bez względu na to, czy może on je wykorzystać, czy nie.

Taki dyktat Gazpromu budził liczne kontrowersje wśród innych odbiorców w regionie, a rezygnacja z niego umożliwiła rosyjskiemu gigantowi energetycznemu kontynuację dostaw gazu na Węgry w niezmniejszonych ilościach do 2018 roku.

(...)

Tani gaz z Rosji pozwala również Fideszowi finansować jego kampanie polityczne. W 2015 roku zysk netto państwowego koncernu energetycznego MVM wyniósł 14,7 mld forintów (42 mln euro). Kiedy w kolejnym roku rosyjska obniżka cen weszła w życie, zysk skoczył do 48,4 mld forintów.

Przed wyborami w 2018 roku MVM zasiliło sumą 500 mln forintów Forum Jedności Obywatelskiej, powiązaną z rządem organizację, która atakuje polityków opozycji i UE.

Kreml jest również zaangażowany w nuklearną działalność MVM. Państwowa rosyjska agencja atomistyki, Rosatom jest najważniejszym dostawcą w wartym 12 mld euro projekcie rozbudowy elektrowni atomowej Paks. Moskwa finansuje 80 procent tej inwestycji.

onet.pl

sobota, 13 czerwca 2020


Rosyjscy ideolodzy eurazjatyzmu twierdzili, że Stany Zjednoczone planują grabież zasobów Rosji. Na przykład Antiufiejew przedstawił rosyjską wojnę na Ukrainie jako kampanię obronną mającą zapobiec kradzieży rosyjskiego gazu ziemnego i słodkiej wody przez USA. Świadczyło to raczej o bujnej wyobraźni niż o znajomości amerykańskiego sektora energetycznego. Koncentracja na zasobach wydawała się w istocie tematem zastępczym. Gazu ziemnego i słodkiej wody w rzeczywistości brakowało sąsiadującym z Rosją Chinom, a nie Stanom Zjednoczonym. Twierdząc, że prawo międzynarodowe nie chroni granic państwowych, Moskwa stworzyła Pekinowi możliwość wysunięcia w dogodnej chwili podobnego argumentu na temat granicy chińsko-rosyjskiej. W wojnie rosyjsko-ukraińskiej przegrali niemal wszyscy: Rosja, Ukraina, UE i Stany Zjednoczone. Jedynym zwycięzcą były Chiny.

29 sierpnia 2014 roku, gdy Ławrow porównał toczoną przez Rosję wojnę z Ukrainą do gry komputerowej, na zagarniętym terytorium zgromadzili się rosyjscy i europejscy faszyści oraz politycy skrajnej prawicy, aby zaprzeczyć trwającej inwazji, a jednocześnie ją uczcić.

Międzynarodową konferencję zorganizowaną w Jałcie pod hasłem „antyfaszyzmu” otworzył Siergiej Głazjew. Zgodnie z programem mieli mu towarzyszyć inni rosyjscy faszyści – Aleksandr Dugin i Aleksandr Prochanow. Goście byli liderami europejskiej skrajnej prawicy: znaleźli się wśród nich Roberto Fiore z Włoch, Frank Creyelman z Belgii, Luc Michel z Belgii, Paweł Czernew z Bułgarii, Márton Gyöngyösi z Węgier i Nick Griffin z Wielkiej Brytanii. Faszyści rosyjscy i europejscy rozważyli ustanowienie „Rady Antyfaszystowskiej”. Zaprzeczyli rosyjskiej inwazji na Ukrainę, choć spotykali się w mieście zaanektowanym przez Rosję; twierdzili też, że Rosja nie prowadzi żadnych działań wojskowych na wschodzie kraju, chociaż wśród gości znaleźli się rosyjscy dowódcy, którzy przybyli prosto z pola bitwy.

Timothy D. Snyder - Droga do niewolności

- W PRL wiele szkół budowano tak, aby w razie kolejnej wojny można je było szybko przekształcić w szpitale. Czy wkrótce nowe budynki będą projektowane podobnie?

Przez ostatnie 70 lat myślenie o przyszłości paradoksalnie było prawie nieobecne w planowaniu i architekturze miast. Powojenny modernizm skupiał się na ekstrapolacji tego, co jest tu i teraz – np. skoro dziś po ulicach jeździ 1 tys. samochodów, to zakładamy, że za 10 lat będzie ich 10 tys.; jeśli dziś mamy 1 mln mieszkańców, to za 20 lat populacja zwiększy się o 500 tys. I tak w zależności od trendów projektowano przestrzeń miejską. Mniej więcej od lat 80. XX w. zaczęła się postmodernistyczna reakcja, która odrzuciła wiarę w postęp i przejawiała niechęć do planowania miast jako całości. Jednocześnie koncentrowała się na tym, jak utrzymać i zarządzać zasobami, które mamy. O ile modernistyczne planowanie można podsumować jako „tak samo, tylko bardziej”, o tyle postmodernizm oznaczał „tak samo jak dawniej”. Z kolei w ostatnich latach planowanie, podporządkowane ekonomicznej doktrynie austerity, to było „tak samo, ale mniej”. A sytuacja pokazała, że przyszłość istnieje, tylko nie wiemy jaka. Powoli pojawiają się głosy, że w planowaniu miast trzeba się z tym nieznanym zmierzyć.

dziennik.pl

Namalowanie słynnej Straży Nocnej zajęło Rembrandtowi aż trzy lata, choć z powodów „technologicznych” nie była to praca non-stop. Mistrz dostał za ten wspaniały obraz 1600 guldenów, których dzisiejsza siła nabywcza wynosiłaby od ok. 20.000 do 96.000 dolarów, zależy kto i jak liczy.

W 1639 r., a więc na trzy lata przed ukończeniem Straży, Rembrandt kupił duży dom, właściwie rezydencję, w samym centrum Amsterdamu za 13.000 guldenów. Dom ten wart był zatem wtedy osiem „Straży Nocnych” plus jakiś portrecik ołówkiem. Gdyby mistrz nie uparł się był umrzeć i doczekał do dziś, mógłby mieć za to dzieło jakiś całkiem okazały wieżowiec na Manhattanie.

Wiek XVII był złotym stuleciem sztuki holenderskiej. Ekonomista i historyk sztuki John Montias z Yale (publikował także prace nt. gospodarki PRL i komunistycznej Rumunii) twierdził, że plonem artystycznym tego czasu było od 5 do 10 milionów najróżniejszych prac.

W mieście Delft aż w 3/4 domów wisiał na ścianie przynajmniej jeden obraz. Podróżnicy wspominali w swoich sprawozdaniach, że nierzadko dało się obejrzeć w jednym, niezbyt obszernym domostwie nawet 30-40 malowideł. Z tego wielomilionowego dorobku zachował się do dziś zaledwie 1 proc., ale nawet przy tak wielkiej skali zatracenia, pozostało co najmniej ok. 50.000 prac, a w tym wiele dzieł wiekopomnych.

Uczeni nie mają wątpliwości, że rozkwit sztuki w Niderlandach w okresie poprzedzającym kapitalizm był konsekwencją pomyślności ekonomicznej sprawiającej, że tamtejszym gospodarstwom domowym starczało na dużo więcej niż na potrzeby codzienne i sezonowe.

(...)

W naszych rejonach pieniędzy też w bród bywało, ale pomyślunku starczało jedynie na import sztuki lub szastanie złotem. Jerzy Ossoliński czerpiący z pańszczyzny nie mógł sobie w 1633 roku kupić śmigłowca i smartfonów dla świty, więc podkuć miał ponoć konie na luźno, żeby gubiły w paradnym wjeździe do Rzymu swe podkowy z kruszcu. Inwestycje najwyraźniej go mierziły, więc wydawał jak umiał – na nowobogackie „sztuki” w złocie dla gawiedzi.

Polska magnateria sprowadzała malarzy i wszelkich innych artystów z zagranicy, na kształcenie rodzimych nie miała ochoty.

Polska szlachta była głównie biedna, o losie chłopstwa lepiej zmilczeć, bo czytają nas także niewinne dzieciny, handlu tylko trochę, zamorskiego wcale, a rzemiosło nie było w stanie okrzepnąć z braku liczniejszej klienteli.

Jedyna sztuka własna, która rozwinęła się jako tako w tych warunkach to, nomen – omen, portreciarstwo trumienne, lecz i ono zazwyczaj niskich lotów. Jeśli coś innego istotnego pozostało z tamtych czasów z wytworów i dzieł sztuki, to sprowadzone zostało nad Wisłę, Niemen i Dniestr z dalekich krain na zachodzie i południu. Nie było w Polsce szerokich kręgów majętnych konsumentów, więc nie było ani wielkiej, ani powszechnej sztuki.

obserwatorfinansowy.pl