niedziela, 7 czerwca 2020
Historia obecnych zamieszek w amerykańskich miastach zaczyna się w 1619 r., gdy pierwszy piracki statek „Biały Lew” przywozi do brytyjskiej kolonii w Jamestown w Wirginii pierwszych 20 niewolników z Afryki. Angielscy piraci odbili ten ładunek piratom portugalskim. Nie wiemy, kim byli porwani.
Nie wiemy też, ile osób zostało porwanych w Afryce i przewiezionych do Ameryki Północnej później. Historycy oceniają, że tylko w XVIII w. było to 6-7 mln zdrowych, młodych i silnych osób, bo tylko takie brali porywacze. Starsi i małe dzieci byli zabijani na miejscu, nie mieli bowiem żadnej wartości.
Niewolnicy byli traktowani jako przedmioty. Rodziny były rozbijane, gdy właścicielowi opłacało się sprzedać ich członków oddzielnie. Niewolnicy mogli być bezkarnie torturowani i mordowani. Nie byli edukowani, chyba, że wymagało tego ich stanowisko pracy. Mieli dokładnie tyle samo praw i byli traktowani dokładnie tak samo, jak młotek czy żelazko - narzędzia pracy, przy pomocy których pracowali.
W pierwszej konstytucji USA, dla celów podatkowych i do obliczania reprezentacji danego stanu w Kongresie, czarnoskóra osoba została zapisana jako 3/5 białej osoby. Oznacza to, że amerykańskie prawo stwierdzało, że 10 białych osób było wartych tyle, co 17 czarnych osób.
Jest prawdą, że przez kolejne 300 lat Amerykanie stopniowo rezygnowali z oficjalnego rasizmu. Na początku XIX w. zdelegalizowany został w USA handel niewolnikami z Afryki, ale nadal kwitł handel nimi wewnątrz kraju. Zaledwie 160 lat temu, przed wybuchem wojny secesyjnej, w USA mieszkały 4 mln niewolników. Połowa z nich pracowała przy uprawie bawełny na plantacjach na Południu.
(...)
Każdy starszy czarnoskóry Amerykanin pamięta czasy, gdy w wielu stanach USA nie wolno mu było usiąść w autobusie obok białego, zjeść z nim lunch w restauracji, ani skorzystać z tej samej toalety.
(...)
Wojna secesyjna, po której niewolnictwo zostało w USA ostatecznie zdelegalizowane, nie zakończyła bowiem wcale systemowego rasizmu. Wiele stanów USA nadal rozdzielało czarnych i białych.
Tzw. prawa Jima Crowa wprowadzane przez wiele hrabstw, miast i stanów na Południu USA faktycznie przedłużały system prawnego rasizmu. Utrzymywane tam były oddzielne pomieszczenia dla różnych ras. Razem z czarnymi osobami traktowani byli tak także Indianie, lepiej mieli się tylko biali. Czarni byli zniechęcani do brania udziału w wyborach. Wiele stanów wprowadziło np. niewielki podatek od głosowania, który skutecznie ograniczał udział bardzo biednych czarnych. W innych miejscach wprowadzono np. obowiązek sprawdzenia umiejętności czytania, który był nie do przejścia dla byłych niewolników i ich potomków, którzy nie mieli możliwości ukończenia żadnej szkoły.
(...)
Według historyków pomiędzy rokiem 1882 i 1967 w USA wykonano co najmniej 4743 lincze. Zginęło w nich 3,4 tys. czarnych i 1,2 tys. białych. Mamy dużo materiału historycznego na ten temat, bowiem wiele linczów odbywało się publicznie, brały w nich udział całe rodziny, wykonywano fotografie sprzedawane potem jako pocztówki, a przebieg egzekucji był opisywany w lokalnych gazetach.
Po wielkiej rewolucji społecznej lat 60. lincze w USA w zasadzie się zakończyły. W zasadzie, bo co pewien czas wciąż o nich słyszymy. W 1981 r. dwóch członków KKK zamordowało przypadkowo spotkanego czarnego nastolatka w Alabamie. Zostali złapani i skazani, a proces cywilny doprowadził do bankructwa lokalny oddział KKK.
W 1998 r. członkowie organizacji białych rasistów zamordowali przypadkowego czarnego przechodnia w w Teksasie. 49-letni ojciec trójki dzieci został przywiązany liną do pick-upa i był ciągnięty za autem tak długo, aż zmarł.
(...)
Według statystyk „The Washington Post” w ciągu ostatnich 20 lat z ręki policjantów zostało zastrzelonych 1252 czarnoskórych i 2385 białych Amerykanów. Afro-Amerykanie stanowią jednak zaledwie 13 proc. populacji USA. Oznacza to, że od policyjnej kuli ginie 30 Afro-Amerykanów i 12 białych na milion obywateli. A dane te obejmują jedynie użycie broni przez policję, a więc nie będzie tu uwzględniona śmierć George’a Floyda. To nie jest przypadek ani wypadek przy pracy, to systemowy problem.
onet.pl
Władze utrzymują, że w efekcie bezprecedensowej ścisłej kwarantanny połowy populacji Chin i kosztem ogromnych strat gospodarczych epidemia w kraju jest pod kontrolą. Mimo wykrywania kolejnych ognisk zakażenia wskazują one, że potrafią je w miarę szybko izolować. Chociaż ze względu na właściwości SARS-CoV-2 nie da się uniknąć kolejnych zakażeń, jak do tej pory władze skutecznie zapobiegają niekontrolowanemu wzrostowi liczby zachorowań. Niemniej, mimo że sytuacja epidemiczna wydaje się na tle wielu innych państw opanowana, szereg wątpliwości budzą oficjalne informacje o liczbie zakażeń. Niezależnie od nieprecyzyjnego charakteru ujawnionych danych z bazy NUTO /12 maja amerykański portal Foreign Policy ujawnił bazę danych chińskiego Narodowego Uniwersytetu Technologii Obronnych (NUTO), w której zarejestrowano 640 tysięcy przypadków COVID-19 z 230 miast ChRL (obecnie jest ona niedostępna)/ wskazują one, że skala kryzysu wciąż jest większa, niż przyznają to władze. Kwestia wiarygodności danych jest też elementem międzynarodowej krytyki pod adresem ChRL, zwłaszcza ze strony Stanów Zjednoczonych. Alarmująca jest decyzja o przebadaniu wszystkich mieszkańców Wuhan, która zapadła po wykryciu oficjalnie tylko kilku nowych przypadków. W północno-wschodnich prowincjach radykalne działania wiążą się także z rosnącymi obawami, że nowe ogniska zachorowań mają związek z przypadkami przywleczenia koronawirusa z Rosji i Korei Północnej, której władze twierdzą, że nie odnotowały ani jednego przypadku COVID-19. Niezależnie od zamknięcia granicy istnieje niebezpieczeństwo, że utrzymujący się od lat proceder przemytu ludzi i towarów między historyczną Mandżurią a Rosją i KRLD pozwala na niekontrolowany powrót obywateli ChRL. Dlatego wydaje się, że Pekin dąży do utworzenia z północno-wschodnich prowincji bufora chroniącego resztę kraju. Lokalne władze podjęły działania w celu zwiększenia kontroli społecznej, m.in. wyznaczyły nagrody finansowe za wskazanie osób, które nielegalnie przedostały się do Chin.
Niezależnie od obiektywnych kosztów gospodarczych i społecznych, jakie generuje pandemia, kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) stało się zakładnikiem ogłoszonej w lutym „wojny ludowej“ przeciwko COVID-19. Władze założyły, że przebieg epidemii nowego koronawirusa będzie podobny do epidemii SARS w 2003 r. i podjęły działania, które sprawdziły się 17 lat wcześniej. Trzeba podkreślić, że było to założenie racjonalne, wynikające w dużej mierze z braku informacji o charakterze nowego wirusa – dopiero z czasem okazało się, że SARS-CoV-2 ma inną charakterystykę epidemiczną niż SARS-CoV odpowiedzialny za epidemię SARS. Wraz z błędami z początków kryzysu w styczniu br. przyczyniło się to do globalnego rozprzestrzenienia się SARS-CoV-2, a jego eliminacja w Chinach, mimo poniesionych kosztów ekonomicznych i wyrzeczeń ludności, jest coraz mniej pewna. Podważa to autorytet i legitymizację KPCh, która wpadła w pułapkę własnej narracji z początków epidemii. Odpowiedzią władz jest wzmożenie kampanii propagandowej, która ma za zadanie przekonać obywateli, że pod przywództwem KPCh uda się szybko i całkowicie wyeliminować zagrożenie, tak jak to miało miejsce w przypadku SARS. Stąd też spektakularne akcje masowego testowania mieszkańców Wuhan – ich celem jest pokazanie społeczeństwu, ale też międzynarodowej opinii publicznej, determinacji władz w zwalczaniu pandemii. Ponadto podejmowane są działania mające stymulować dyscyplinę i jedność społeczną, m.in. poprzez akcentowanie zewnętrznego charakteru zagrożeń epidemiologicznych czy mobilizację społeczeństwa w aktywnej ich eliminacji – wspomniane już masowe testy czy akcja pomocy władzom w wyłapywaniu nielegalnych reimigrantów.
Wycofanie się KPCh z przyjętej polityki całkowitej eliminacji koronawirusa i adaptacja strategii wielu innych państw, które zakładają konieczność powrotu do w miarę normalnego funkcjonowania społeczno-gospodarczego bez pełnego usunięcia SARS-CoV-2 do czasu opracowania i dystrybucji skutecznej szczepionki, wydają się w tej chwili niemożliwe. Podważyłoby to wizerunek i legitymizację KPCh, nadszarpnięte już przez błędy w początkowym etapie kryzysu oraz narastającą krytykę międzynarodową, której nie powstrzymała propagandowa kampanii pomocy dla zagranicy. Mobilizacja społeczna wokół przywództwa partii jest najważniejszym i bezalternatywnym wymiarem polityki społecznej w ChRL, obecnie istotnie wzmocnionym przez pandemię. Od utrzymania tego kierunku uzależniona jest pozycja władz, a w perspektywie stabilność państwa. Stąd kontynuacja dotychczasowej narracji propagandowej, której będą towarzyszyć pokazowe i drastyczne działania przeciwepidemiczne. Poważnym oraz narastającym problemem pozostaje ochrona i odbudowa wizerunku państwa na arenie międzynarodowej. Dodatkowy wymiar nadają kryzysowi rosnące napięcia w stosunkach z wieloma partnerami, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Wydaje się, że to dlatego Pekin zdecydował się na pozorne ustępstwo, jakim jest zgoda na dochodzenie w ramach WHO, mimo że przed sesją WHA zgłaszał względem niego stanowczy sprzeciw. Xi Jinping w swoim wystąpieniu stwierdził jednak, iż ChRL zgadza się na międzynarodowe „obiektywne i bezstronne” dochodzenie, ale dopiero po wygaśnięciu pandemii. Jego zdaniem ma to być „kompleksowy przegląd” światowej reakcji na COVID-19, który „zsumuje wszystkie doświadczenia i błędy”. Wydaje się, że Pekin zakłada, iż dochodzenie niekoncentrujące się na działaniach chińskich władz wskaże także na szereg zaniedbań i błędów innych państw, co osłabi odpowiedzialność ChRL. WHO z zasady unika zresztą krytykowania konkretnych państw członkowskich w obawie, że w przyszłości te nie będą współpracować. W samej organizacji Pekin ma wciąż wpływy dzięki poparciu bloku państw rozwijających się, a WHO może również rozciągnąć dochodzenie na kilka lat. W międzyczasie zgodę na dochodzenie można przedstawiać jako dowód transparentności, a fakt jego prowadzenia przez WHO będzie blokował inne inicjatywy niezależnego śledztwa.
osw.waw.pl
piątek, 5 czerwca 2020
W tzw. keynesowskim modelu funkcjonowania gospodarki bezrobocie i inflacja są jak dzieci na huśtawce: gdy jedno opada, drugie idzie w górę. W telegraficznym skrócie, gdy brakuje pracy, tym mniejszy nacisk na płace i ceny, a gdy spada bezrobocie, tym wyższe szanse na wzrost płac, a z nimi cen.
Pół wieku temu ekonomiści pochyleni w uznaniu dla geniuszu Keynesa zastygli jednak w zdumieniu, ponieważ w USA huśtawka stanęła w miejscu. Inflacja rosła solidarnie z bezrobociem, co nazwano stagflacją. Profesor Arthur Okun – za prezydenta Johnsona szef bardzo wpływowej Rady Doradców Ekonomicznych prezydenta (CEA) – spróbował pomóc kolegom w ich poznawczym nieszczęściu. Uznał, że jeśli czynniki przestały się huśtać naprzemiennie, to czemu ich nie połączyć? Stworzył w ten sposób indeks dyskomfortu ekonomistów zadziwionych, że coś oczywistego przestało nagle działać.
Później, dla zachowania powagi, lecz także dla lepszego oddania istoty rzeczy ukuto nową nazwę i dziś jest to wskaźnik niedoli (misery index) tworzony z prostej sumy wartości wskaźnika inflacji i wskaźnika bezrobocia. Oba zjawiska są zmorą ludzi, więc im jego wartość wyższa, tym dla nas gorzej.
Wskaźnik ma oczywiste walory poznawcze, a ze względu na swą prostotę został ulubionym narzędziem amerykańskich polityków. Gdy za prezydentury Geralda Forda jego wartość podskoczyła do 12,66, w zwarciach kampanijnych posługiwał się nim pretendent do prezydentury – Jimmy Carter. Potem korzystał z niego Ronald Reagan wytykający Carterowi, że za kadencji tego drugiego amerykański indeks niedoli doszedł do niemal 20 punktów.
obserwatorfinansowy.pl
W chińskich realiach jest to zupełnie naturalne - oficjalny wskaźnik tempa wzrostu PKB nie tyle jest miarą ekonomiczną, co pełni funkcje polityczno-propagandowe. Nie jest daną "wyjściową", lecz "wejściową". To podmioty gospodarcze (i zapewne statystycy) dostosowują wynik do celu postawionego przez władzę, często działając z pominięciem ekonomicznej motywacji, co w dłuższej perspektywie musi odbić się czkawką. Wynik 6,1 proc. jest przyczyną a nie konsekwencją działalności gospodarczej. W przypadku Chin wyjątkowo dobrze widać, że PKB jest miarą ilościową a nie jakościową - to że PKB jest wyższy wcale nie musi zawsze oznaczać, że jest lepiej.
Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę, jak ten cel się osiąga. Najprostszym sposobem jest naturalnie pompowanie w gospodarkę długu. Tyle że władze czy firmy nierzadko zadłużają się, by sfinansować nieracjonalne inwestycje, np. dalszą rozbudowę (i tak niewykorzystywanych) mocy produkcyjnych. Na koniec 2019 r. skala zobowiązań z tytułu total social financing - najszerszej miary finansowania gospodarki publikowanej przez Ludowy Bank Chin - wzrosła do 251,3 bln juanów, czyli 254 proc. PKB, o 7 p.proc. więcej niż rok wcześniej. Z kolei szersze dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych (BIS) wskazują, że w połowie roku zadłużenie Państwa Środka sięgnęło 261,5 proc. PKB, a z szacunków Institute of International Finance wynika, że może nawet przekraczać 300 proc. PKB.
bankier.pl
Dwadzieścia lat jak Putin rządzi na Kremlu.
Adam Eberhardt: I do roku 2024 bez ciemnych chmur na horyzoncie.
A potem?
W Rosji w ciągu 100 lat może nie zmienić się nic tylko po to, by następnie w ciągu roku zmieniło się wszystko.
Teraz się właśnie zmienia. Szast, prast i jest nowy premier oraz zapowiedź zmian w konstytucji.
Czyli zmienia się bardzo dużo, żeby wszystko zostało po staremu.
Miedwiediew musiał odejść, bo był nielojalny?
Wręcz przeciwnie, był niesłychanie lojalny, rzez osiem lat jako premier, także przez cztery lata jako prezydent.
Który nawet nie próbował kandydować na drugą kadencję, tylko oddał fotel Putinowi.
Były takie mechanizmy kontroli, że gdyby Miedwiediewowi przez myśl przeszło zdradzenie Putina, to słono by za to zapłacił i on, i jego rodzina. Ale mu przez myśl nie przeszło, co zostało docenione.
Jak to, właśnie został zmuszony do dymisji.
Niechęć do Miedwiediewa w społeczeństwie rosła z roku na rok i w normalnych okolicznościach zostałby zdymisjonowany dużo wcześniej. Przetrwał tyle lat właśnie dlatego, że Putin doceniał jego lojalność i utrzymując go na stanowisku okazywał wdzięczność. Teraz zresztą też nie zostawia go samego, tylko mianuje wiceszefem Rady Bezpieczeństwa.
To tylko ciało doradcze.
Nic nie jest tylko ciałem doradczym, jeśli na jego czele stoi Władimir Putin.
A nowy premier, pan ze skarbówki?
Michaił Miszustin został wyciągnięty z kapelusza. On rzeczywiście przez dziesięć lat był szefem Federalnej Służby Podatkowej, ale to urzędnik właściwie dotąd w Rosji nieznany, niemedialny i pozbawiony charyzmy. Wiemy o nim tyle, że w prasie da się znaleźć sporo informacji o jego udziale w oszustwach VAT. Ta nominacja to potwierdzenie, kto realnie rządzi Rosją i jaskrawe przeciwieństwo społecznych oczekiwań na zmiany.
W każdym kraju zmiana premiera jest poważnym wydarzeniem.
A w Rosji jest głównie pożywką dla kremlinologów, którzy na tej podstawie będą zapewne kreślić nowe scenariusze sukcesji, ale w najmniejszym stopniu nie zmienia ona systemu władzy.
A propos sukcesji…
To wszystkie rozważania są przedwczesne. Od 20 lat co chwila pojawiały się nazwiska Sobianina, Naryszkina, Jakunina czy Iwanowa jako następców Putina i znikały równie szybko, jak się pojawiały. To Putin sam wskaże swojego następcę, to on go wykreuje i namaści w zamian za bezpieczeństwo swoje i najbliższych oligarchów.
dziennik.pl
wtorek, 26 maja 2020
Kto wie czy w samo sedno nie trafiają dwaj eksperci z Hong Kongu, Andrew Sheng i Xiao Geng, którzy twierdzą, iż grozi może nam nie tyle nowa „zimna wojna”, ile wojna „chłodna”, podjazdowa, o nie do końca jasnych regułach gry, za to jej efektem może być zjawisko naprawdę groźne nie tylko dla dwóch zwaśnionych stron, czyli Chin i USA, lecz całego świata.
Dojdzie bowiem do realizacji scenariusza wręcz niebezpiecznego: pojawią się dwa niezależne od siebie systemy innowacyjne, a podział będzie nie tylko gospodarczy lecz technologiczny. A zamiast wojny czysto handlowej i celnej, może dojść do wojny technologicznej, której znamiona już mamy (ZTE, Huawei, 5G) oraz cyberataków na wielką skalę.
Zagrożenia są poważne, a stawka ogromna, bo nikt już nie wątpi, że w tym starciu chodzi także o prestiż i prymat. Chińczycy, mający jeszcze przed sobą niezwykle ambitne zadania na scenie wewnętrznej, w tym tak poważne, jak – dokonująca się właśnie – zmiana modelu rozwojowego z opartego na eksporcie na osadzony na silnym rynku wewnętrznym i kwitnącej klasie średniej, czy przejście od ilości do jakości.
/W 2025 roku nie ma żadnej transformacji, nadal dominuje eksport, a próby ożywienia popytu wewnętrznego są niemrawe jak na Chiny, są też motywowane politycznie, bogaty konsument jest niebezpieczny politycznie - red./
Jeśli marzą o „renesansie chińskiego narodu”, o czym mówią otwarcie, to tym samym chcą być ponownie – jak przed wiekami – wielką cywilizacją, a nie tylko gospodarką czy mocarstwem handlowym. A taka nie może opierać się na kradzieży, podróbkach czy składaniu części sprowadzonych z zewnątrz. Sama musi być przykładem.
obserwatorfinansowy.pl
Jeśli marzą o „renesansie chińskiego narodu”, o czym mówią otwarcie, to tym samym chcą być ponownie – jak przed wiekami – wielką cywilizacją, a nie tylko gospodarką czy mocarstwem handlowym. A taka nie może opierać się na kradzieży, podróbkach czy składaniu części sprowadzonych z zewnątrz. Sama musi być przykładem.
obserwatorfinansowy.pl
Od czasu listopadowych protestów irański reżim coraz wyraźniej obawia się o swoją zdolność do przetrwania. Pod koniec grudnia Chamenei opublikował na Twitterze surrealistyczne publiczne rozważania na temat tego, dlaczego Iranu nie czeka taki sam los jak Związku Radzieckiego.
Według Chameneiego, największa różnica między ZSRR a Iranem polega na tym, że Moskwa nie miała poparcia społecznego. "Ich przywódcy nigdy nie mogli liczyć na ludność", podsumował i najwyraźniej nie było w tym najmniejszej ironii wobec brutalnej rozprawy, którą właśnie rozpoczął z własnym narodem.
W narracji o protestach narzuconej przez państwową propagandę, Chamenei jest skłonny przyznać, że ludzie mają "słuszne" żądania ekonomiczne, ale podkreśla, że musiał wysłać wojsko, ponieważ protesty zostały przejęte przez zewnętrznych wrogów Iranu, którzy zaplanowali "niebezpieczny spisek".
Niewiele osób kupuje argument, że to zewnętrzni wrogowie popchnęli Irańczyków do złamania jednego z największych tabu w kraju, czyli skandowania na ulicach "śmierć Chameneiemu".
Nawet w jego własnym obozie duchownych jest wielu takich, którzy obawiają się, że Chamenei nie zdaje sobie sprawy, że cały gmach jego państwa może się rozpaść. BBC Persian doniosło w czwartek, że 100 konserwatywnych działaczy podjęło niezwykle rzadki krok, pisząc do Chameneiego, aby zażądać poważnych reform strukturalnych w celu uniknięcia szerszych demonstracji, "upadku reżimu" i obalenia "rządów religijnych".
Pod wieloma względami zmurszały Iran przypomina coraz bardziej upadający Związek Radziecki, zarówno jeśli chodzi o wyniszczającą kraj oligarchię, jak i rosnące niepokoje etniczne. Ale Chamenei nie ma ochoty się do tego przyznać.
onet.pl
Izrael od dawna polował w Syrii na wysokich rangą szyickich dowódców. W grudniu 2015 r. na przedmieściach Damaszku siły powietrzne zbombardowały dom, w którym swoje kwatery mieli irańscy oficerowie – Mohammad Reza Fahemi i Mir Ahmad Ahmadi oraz ważny dowódca libańskiego Hezbollahu Samir Kuntar. W tym samym roku CaHaL (siły zbrojne Izraela) wyeliminował co najmniej 15 dowódców podobnej rangi.
Wcześniej, w 2011 r. – w prowadzonej przez izraelski wywiad operacji – w bazie Korpusu Strażników Rewolucji (w skład tej formacji wchodzi brygada al-Kuds, którą dowodził Solejmani) pod Teheranem zabito generała Hasana Tehraniego Moghaddamiego i jego 16 ludzi. Wszyscy odpowiadali za rozwój pocisków balistycznych, które w przyszłości miałyby przenosić irańskie głowice nuklearne. Rok później w Sudanie zbombardowano składy dostarczonej z Iranu broni, głównie zaawansowanych pocisków przeciwlotniczych i przeciwczołgowych, które miały trafić do działającego w Strefie Gazy Hamasu. W ataku zginęła niemal cała irańska obsługa tych składów.
Wszystkie te akcje, prowadzone w ramach – określanego eufemistycznie – programu selektywnej eliminacji dotyczyły grubych ryb. Nikt jednak nie zdecydował się na ludzi tej szarży co Solejmani i Muhandis. I to nie dlatego, że brakowało informacji na ich temat. Obaj mieli status celebrytów. Dawali się fotografować. Korzystali z telefonów, a nie łączności kurierskiej. Brali udział w uroczystościach, podczas których mogły na nich spaść z drona pociski hellfire. "Inżynier" oficjalnie odwiedzał przyjaciół w bagdadzkiej Zielonej Strefie, gdzie zlokalizowana jest ambasada Stanów Zjednoczonych. I to mimo tego, że od końca lat 80. znajdował się na amerykańskiej liście poszukiwanych terrorystów (za zamachy w Kuwejcie na lotnisko, placówki dyplomatyczne USA i Francji oraz pracowników amerykańskiego koncernu Raytheon, produkującego między innymi zestawy Patriot, które odegrały kluczową rolę podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej).
dziennik.pl
W trzy dekady po upadku berlińskiego muru można odnieść wrażenie, że zachodni i wschodni Niemcy wciąż jeszcze są sobie obcy. Wschód Niemiec bardzo dobrze nadrobił zaległości gospodarcze. Tak napisano w najnowszym raporcie niemieckiego rządu na temat stanu niemieckiego zjednoczenia. W scalaniu się kraju i wyrównywaniu poziomu życia nastąpiły duże postępy. Za to pod względem politycznym i emocjonalnym podział Niemiec zdaje się być coraz głębszy. Jak wynika z ankiety, 57 proc. wschodnich Niemców czuję się „obywatelami drugiej kategorii”, bez mała połowa z nich jest niezadowolona z tego, jak w Niemczech funkcjonuje demokracja. Także oceny zjednoczenia kraju bardzo różnią się na wschodzie i zachodzie kraju.
Wschodnioniemiecki psychoterapeuta Hans-Joachim Maaz uważa, że wschodni Niemcy przez swoje doświadczenia z NRD mają zdystansowany stosunek do państwa. Ludzie na wschodzie są generalnie bardziej krytyczni wobec kapitalizmu, władz, mediów. Stąd wziął się ruch protestujący przeciwko polityce zdominowanej przez zachodnie Niemcy.
Zachodnioniemiecka psycholożka społeczna Beate Kuepper uważa natomiast, że ze względu na wieloletni podział kraju wcale nie trzeba wychodzić z założenia, że wschodni i zachodni Niemcy powinni być do siebie podobni. Problematyczne są nie tylko same różnice, ale także poczucie kolektywnej krzywdy, jaka została im wyrządzona. Chodzi o poczucie braku uznania, szacunku, możliwości udziału i współdecydowania.
Różnice te są ewidentne w wynikach, jakie w wyborach osiąga prawicowa populistyczna partia AfD. W wyborach do parlamentów krajowych w zachodnich landach głosuje na nią około 10 proc. wyborców, na wschodzie prawie 25 proc. – tak jak ostatnio w Brandenburgii, Saksonii i Turyngii. Zastanawiające jest, że na wschodzie akurat Alternatywa dla Niemiec, będąca zachodnioniemieckim importem, przejęła rolę partii protestu po partii Lewica, która jako następczyni byłej przywódczej partii enerdowskiej SED była jakby stworzona do wyrażania wschodnioniemieckiej nostalgii.
„Dokończmy zwrot” („Vollende die Wende”) – pod takim hasłem AfD mobilizowała wschodnioniemiecki elektorat, odnosząc bezsprzeczny sukces.
Psychoterapeuta Maaz uważa, że ogromnym błędem jest, by wszystkim wyborcom AfD przypinać prawicową łatkę. Kiedy tylko się ich wyzywa i dyskryminuje, jest to najskuteczniejszym środkiem do dalszego wzmocnienia tej partii.
dw.com
sobota, 23 maja 2020
Naukowiec zwraca uwagę, że dla starszych pokoleń zapraszanie się do domów było czymś oczywistym. "Imieniny, święta, uroczystości rodzinne, odwiedziny w dni wolne od pracy... To wszystko były imprezy domowe" - wymienia.
Przypomina, że czasy PRL były czasami kultury niedoboru, stąd dom był wtedy niezwykle istotnym miejscem. "Knajp było wtedy znacznie mniej, a alkohol mógł się tam skończyć w każdej chwili. Tymczasem w domu, kiedy zapraszało się gości - był wszystkiego nadmiar, nie mogło niczego zabraknąć. Siedziało się do oporu, jadło i piło, nie oglądając się na zewnętrzny przaśny świat" - opowiada. Dodaje, że nie było też wtedy tak sporych różnic w tym, jak wyglądały mieszkania: umeblowanie nie zaskakiwało, wystrój wnętrz czy liczba sprzętów były przewidywalne, a dostępnych rozrywek było mniej. "Dospołeczność, otwarcie się na innych było wtedy oczywiste" - opowiada. I dodaje: "Tego świata już nie ma".
Jego zdaniem pokolenie milenialsów (to osoby urodzone w latach 80. i 90. XX wieku), które nie pamięta już tych czasów niedoboru, wyszło z domu. Te osoby chętniej niż ich rodzice spotykają się w knajpach, kawiarniach czy przestrzeni miast. "A dom to ich +macica+. To przestrzeń, do której niechętnie się zaprasza. To świat intymny, zazdrośnie strzeżony" - mówi.
Według naukowca w przestrzeni miejskiej pokolenie to czuje się o tyle dobrze, że "każdy może czuć się jak u siebie, a jednocześnie jest zwolniony z konieczności, aby się przejmować, czy wszystko dobrze wypadnie".
"Pokolenie milenialsów jest bardzo zróżnicowane, w większości jednak dysponuje małymi mieszkaniami. A jak ktoś ma kawalerkę czy pokój, to niekoniecznie jest to przestrzeń, którą chce się wypełniać jeszcze gośćmi" - mówi. Jak ocenia, to podejście może się zmieniać u osób, które dorobią się większych mieszkań, z których będą dumne. "Nie wykluczam, że wtedy wśród milenialsów modne stanie się prezentowanie swojego mieszkania, domu, pokazywanie swojego awansu społecznego. Tak dzieje się w społeczeństwach burżuazyjnych takich jak francuskie czy amerykańskie, gdzie dom jest istotnym wyznacznikiem statusu" - mówi.
Tymczasem przestrzeń miasta, kluby, parki czy bulwary, gdzie ludzie z młodszych pokoleń się spotykają, to miejsca gdzie każdy ma równy status. "Wszyscy czują się jednakowo - nie są do niczego zobligowani, niczego nie muszą pokazywać, niczego nie muszą się wstydzić" - opowiada.
bankier.pl
Wtedy często mówiono: „Fabryka Samochodów Omawianych”, nic nie umiecie robić, tylko o licencjach rozmawiacie. Nasz Ośrodek Badawczo-Rozwojowy wyprodukował kilkanaście prototypów, bardzo ciekawych. Ale żaden nie mógł wejść do produkcji, bo nikt nie miał pieniędzy, a dokładnie dolarów. Ja poleciłem temu ośrodkowi: „Panowie, macie jak najszybciej wytonować nowy prototyp samochodu średniolitrażowego”. I został wykonany samochód ze wszystkimi częściami, oryginalnymi, chyba ze trzy sztuki, do dzisiaj w muzeum motoryzacji można go oglądać. Mimo że takich prototypów się nie pokazywało, to ja go zawiozłem specjalnie pod Stadion Dziesięciolecia na wystawę motoryzacyjną. Dziennikarze pytali, dlaczego nie można go wyprodukować. A ja mówię, że tylko licencjodawca może dać kredyt w dolarach, pół miliarda. Podjąłem przegląd szesnastu firm, z każdą były rozmowy, ale trochę było też niechęci, bo wtedy myśmy nie rejestrowali „Solidarności” i niektórzy mówili: „My tym Polakom nie damy kredytu”. Takie polityczne problemy.
Na końcu stanęło na tym, że zamiast produkować własny samochód, wybieraliśmy między Japończykami z Daihatsu i Włochami, czyli Fiatem. Rząd popierał Fiata, a Jaruzelski koncepcję japońską, bo premier Japonii powiedział, że jak FSO podpisze z nimi kiedyś jakiś kontrakt, to będzie to łącznik Polski z Japonią, przyjdą do Polski nowe technologie. Była kiedyś wielka narada rządu z premierem Messnerem i jego zastępcami, i oczywiście generałem Jaruzelskim. Trwała od dziewiątej wieczorem do pierwszej w nocy. Ja opowiadałem się za koncepcją japońską. Wygrałem to i zaraz mi polecono, żebym wziął ministra i pojechał do Japonii, aby to sfinalizować. Jednak sprawa znowu zaczęła się wlec, ponieważ Klub Paryski postanowił uchwalić, żeby Polsce nie dawać żadnych kredytów w związku z nierejestrowaniem „Solidarności”. Jak byłem w Japonii, rozmawiałem z szefem Mitsui, to nie była firma od samochodów, ale od finansowania. Mówię: „Panie prezesie, dlaczego pan, który ma eksport na pewno większy niż cała Polska, robi problem z pół miliardem dolarów?”. Na to on odpowiedział: „Proszę pana, pan ma rację, nas jest na to stać, ale Klub Paryski zabronił”. „Ale wy nie jesteście w Klubie Paryskim”. „Tak, nie jesteśmy, jakbyśmy wyszli przed orkiestrę, toby nas tutaj zapluli. W związku z tym czekamy, żeby ktokolwiek dał Polsce mały kredycik. A wtedy my dajemy natychmiast”.
Jak Fiat zobaczył, że jest na straconej pozycji, to oświadczył nam, że daje nam licencję na Uno. Poza tym obiecali zgodę na eksport, poza rynkiem włoskim i dwoma rynkami, gdzie Fiat miał swoje montownie. Tylko eksport na Zachód pozwoliłby nam spłacić kredyt, który wynosił pół miliarda dolarów. Włosi widzieli, że oferta japońska jest bardzo ciekawa, i sami się zaczęli starać. Wpadli na genialny pomysł: my, Fiat, jesteśmy prywatną firmą i nas nie interesuje uchwała Klubu Paryskiego. Chyba 3 grudnia 1988 roku mieliśmy parafować kontrakt, ale wtedy ministrem przemysłu był Mieczysław Wilczek, który nie miał pojęcia o motoryzacji zupełnie, sam powiedział na konferencji: „Ja się na motoryzacji tyle znam, że wiem, jak się kluczyk wkłada do stacyjki” – więc ten facet na drugi dzień zerwał kontrakt. Włosi się obrazili, a ja złożyłem rezygnację.
Aleksandra Leyk Joanna Wawrzyniak - Cięcia. Mówiona historia transformacji
Subskrybuj:
Posty (Atom)