piątek, 5 czerwca 2020


Dwadzieścia lat jak Putin rządzi na Kremlu.

Adam Eberhardt: I do roku 2024 bez ciemnych chmur na horyzoncie.

A potem?

W Rosji w ciągu 100 lat może nie zmienić się nic tylko po to, by następnie w ciągu roku zmieniło się wszystko.

Teraz się właśnie zmienia. Szast, prast i jest nowy premier oraz zapowiedź zmian w konstytucji.

Czyli zmienia się bardzo dużo, żeby wszystko zostało po staremu.

Miedwiediew musiał odejść, bo był nielojalny?

Wręcz przeciwnie, był niesłychanie lojalny, rzez osiem lat jako premier, także przez cztery lata jako prezydent.

Który nawet nie próbował kandydować na drugą kadencję, tylko oddał fotel Putinowi.

Były takie mechanizmy kontroli, że gdyby Miedwiediewowi przez myśl przeszło zdradzenie Putina, to słono by za to zapłacił i on, i jego rodzina. Ale mu przez myśl nie przeszło, co zostało docenione.

Jak to, właśnie został zmuszony do dymisji.

Niechęć do Miedwiediewa w społeczeństwie rosła z roku na rok i w normalnych okolicznościach zostałby zdymisjonowany dużo wcześniej. Przetrwał tyle lat właśnie dlatego, że Putin doceniał jego lojalność i utrzymując go na stanowisku okazywał wdzięczność. Teraz zresztą też nie zostawia go samego, tylko mianuje wiceszefem Rady Bezpieczeństwa.

To tylko ciało doradcze.

Nic nie jest tylko ciałem doradczym, jeśli na jego czele stoi Władimir Putin.

A nowy premier, pan ze skarbówki?

Michaił Miszustin został wyciągnięty z kapelusza. On rzeczywiście przez dziesięć lat był szefem Federalnej Służby Podatkowej, ale to urzędnik właściwie dotąd w Rosji nieznany, niemedialny i pozbawiony charyzmy. Wiemy o nim tyle, że w prasie da się znaleźć sporo informacji o jego udziale w oszustwach VAT. Ta nominacja to potwierdzenie, kto realnie rządzi Rosją i jaskrawe przeciwieństwo społecznych oczekiwań na zmiany.

W każdym kraju zmiana premiera jest poważnym wydarzeniem.

A w Rosji jest głównie pożywką dla kremlinologów, którzy na tej podstawie będą zapewne kreślić nowe scenariusze sukcesji, ale w najmniejszym stopniu nie zmienia ona systemu władzy.

A propos sukcesji…

To wszystkie rozważania są przedwczesne. Od 20 lat co chwila pojawiały się nazwiska Sobianina, Naryszkina, Jakunina czy Iwanowa jako następców Putina i znikały równie szybko, jak się pojawiały. To Putin sam wskaże swojego następcę, to on go wykreuje i namaści w zamian za bezpieczeństwo swoje i najbliższych oligarchów.

dziennik.pl

wtorek, 26 maja 2020


Kto wie czy w samo sedno nie trafiają dwaj eksperci z Hong Kongu, Andrew Sheng i Xiao Geng, którzy twierdzą, iż grozi może nam nie tyle nowa „zimna wojna”, ile wojna „chłodna”, podjazdowa, o nie do końca jasnych regułach gry, za to jej efektem może być zjawisko naprawdę groźne nie tylko dla dwóch zwaśnionych stron, czyli Chin i USA, lecz całego świata.

Dojdzie bowiem do realizacji scenariusza wręcz niebezpiecznego: pojawią się dwa niezależne od siebie systemy innowacyjne, a podział będzie nie tylko gospodarczy lecz technologiczny. A zamiast wojny czysto handlowej i celnej, może dojść do wojny technologicznej, której znamiona już mamy (ZTE, Huawei, 5G) oraz cyberataków na wielką skalę.

Zagrożenia są poważne, a stawka ogromna, bo nikt już nie wątpi, że w tym starciu chodzi także o prestiż i prymat. Chińczycy, mający jeszcze przed sobą niezwykle ambitne zadania na scenie wewnętrznej, w tym tak poważne, jak – dokonująca się właśnie – zmiana modelu rozwojowego z opartego na eksporcie na osadzony na silnym rynku wewnętrznym i kwitnącej klasie średniej, czy przejście od ilości do jakości. 

/W 2025 roku nie ma żadnej transformacji, nadal dominuje eksport, a próby ożywienia popytu wewnętrznego są niemrawe jak na Chiny, są też motywowane politycznie, bogaty konsument jest niebezpieczny politycznie - red./

Jeśli marzą o „renesansie chińskiego narodu”, o czym mówią otwarcie, to tym samym chcą być ponownie – jak przed wiekami – wielką cywilizacją, a nie tylko gospodarką czy mocarstwem handlowym. A taka nie może opierać się na kradzieży, podróbkach czy składaniu części sprowadzonych z zewnątrz. Sama musi być przykładem.

obserwatorfinansowy.pl

Od czasu listopadowych protestów irański reżim coraz wyraźniej obawia się o swoją zdolność do przetrwania. Pod koniec grudnia Chamenei opublikował na Twitterze surrealistyczne publiczne rozważania na temat tego, dlaczego Iranu nie czeka taki sam los jak Związku Radzieckiego.

Według Chameneiego, największa różnica między ZSRR a Iranem polega na tym, że Moskwa nie miała poparcia społecznego. "Ich przywódcy nigdy nie mogli liczyć na ludność", podsumował i najwyraźniej nie było w tym najmniejszej ironii wobec brutalnej rozprawy, którą właśnie rozpoczął z własnym narodem.

W narracji o protestach narzuconej przez państwową propagandę, Chamenei jest skłonny przyznać, że ludzie mają "słuszne" żądania ekonomiczne, ale podkreśla, że musiał wysłać wojsko, ponieważ protesty zostały przejęte przez zewnętrznych wrogów Iranu, którzy zaplanowali "niebezpieczny spisek".

Niewiele osób kupuje argument, że to zewnętrzni wrogowie popchnęli Irańczyków do złamania jednego z największych tabu w kraju, czyli skandowania na ulicach "śmierć Chameneiemu".

Nawet w jego własnym obozie duchownych jest wielu takich, którzy obawiają się, że Chamenei nie zdaje sobie sprawy, że cały gmach jego państwa może się rozpaść. BBC Persian doniosło w czwartek, że 100 konserwatywnych działaczy podjęło niezwykle rzadki krok, pisząc do Chameneiego, aby zażądać poważnych reform strukturalnych w celu uniknięcia szerszych demonstracji, "upadku reżimu" i obalenia "rządów religijnych".

Pod wieloma względami zmurszały Iran przypomina coraz bardziej upadający Związek Radziecki, zarówno jeśli chodzi o wyniszczającą kraj oligarchię, jak i rosnące niepokoje etniczne. Ale Chamenei nie ma ochoty się do tego przyznać.

onet.pl

Izrael od dawna polował w Syrii na wysokich rangą szyickich dowódców. W grudniu 2015 r. na przedmieściach Damaszku siły powietrzne zbombardowały dom, w którym swoje kwatery mieli irańscy oficerowie – Mohammad Reza Fahemi i Mir Ahmad Ahmadi oraz ważny dowódca libańskiego Hezbollahu Samir Kuntar. W tym samym roku CaHaL (siły zbrojne Izraela) wyeliminował co najmniej 15 dowódców podobnej rangi.

Wcześniej, w 2011 r. – w prowadzonej przez izraelski wywiad operacji – w bazie Korpusu Strażników Rewolucji (w skład tej formacji wchodzi brygada al-Kuds, którą dowodził Solejmani) pod Teheranem zabito generała Hasana Tehraniego Moghaddamiego i jego 16 ludzi. Wszyscy odpowiadali za rozwój pocisków balistycznych, które w przyszłości miałyby przenosić irańskie głowice nuklearne. Rok później w Sudanie zbombardowano składy dostarczonej z Iranu broni, głównie zaawansowanych pocisków przeciwlotniczych i przeciwczołgowych, które miały trafić do działającego w Strefie Gazy Hamasu. W ataku zginęła niemal cała irańska obsługa tych składów.

Wszystkie te akcje, prowadzone w ramach – określanego eufemistycznie – programu selektywnej eliminacji dotyczyły grubych ryb. Nikt jednak nie zdecydował się na ludzi tej szarży co Solejmani i Muhandis. I to nie dlatego, że brakowało informacji na ich temat. Obaj mieli status celebrytów. Dawali się fotografować. Korzystali z telefonów, a nie łączności kurierskiej. Brali udział w uroczystościach, podczas których mogły na nich spaść z drona pociski hellfire. "Inżynier" oficjalnie odwiedzał przyjaciół w bagdadzkiej Zielonej Strefie, gdzie zlokalizowana jest ambasada Stanów Zjednoczonych. I to mimo tego, że od końca lat 80. znajdował się na amerykańskiej liście poszukiwanych terrorystów (za zamachy w Kuwejcie na lotnisko, placówki dyplomatyczne USA i Francji oraz pracowników amerykańskiego koncernu Raytheon, produkującego między innymi zestawy Patriot, które odegrały kluczową rolę podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej).

dziennik.pl

W trzy dekady po upadku berlińskiego muru można odnieść wrażenie, że zachodni i wschodni Niemcy wciąż jeszcze są sobie obcy. Wschód Niemiec bardzo dobrze nadrobił zaległości gospodarcze. Tak napisano w najnowszym raporcie niemieckiego rządu na temat stanu niemieckiego zjednoczenia. W scalaniu się kraju i wyrównywaniu poziomu życia nastąpiły duże postępy. Za to pod względem politycznym i emocjonalnym podział Niemiec zdaje się być coraz głębszy. Jak wynika z ankiety, 57 proc. wschodnich Niemców czuję się „obywatelami drugiej kategorii”, bez mała połowa z nich jest niezadowolona z tego, jak w Niemczech funkcjonuje demokracja. Także oceny zjednoczenia kraju bardzo różnią się na wschodzie i zachodzie kraju.

Wschodnioniemiecki psychoterapeuta Hans-Joachim Maaz uważa, że wschodni Niemcy przez swoje doświadczenia z NRD mają zdystansowany stosunek do państwa. Ludzie na wschodzie są generalnie bardziej krytyczni wobec kapitalizmu, władz, mediów. Stąd wziął się ruch protestujący przeciwko polityce zdominowanej przez zachodnie Niemcy.

Zachodnioniemiecka psycholożka społeczna Beate Kuepper uważa natomiast, że ze względu na wieloletni podział kraju wcale nie trzeba wychodzić z założenia, że wschodni i zachodni Niemcy powinni być do siebie podobni. Problematyczne są nie tylko same różnice, ale także poczucie kolektywnej krzywdy, jaka została im wyrządzona. Chodzi o poczucie braku uznania, szacunku, możliwości udziału i współdecydowania.

Różnice te są ewidentne w wynikach, jakie w wyborach osiąga prawicowa populistyczna partia AfD. W wyborach do parlamentów krajowych w zachodnich landach głosuje na nią około 10 proc. wyborców, na wschodzie prawie 25 proc. – tak jak ostatnio w Brandenburgii, Saksonii i Turyngii. Zastanawiające jest, że na wschodzie akurat Alternatywa dla Niemiec, będąca zachodnioniemieckim importem, przejęła rolę partii protestu po partii Lewica, która jako następczyni byłej przywódczej partii enerdowskiej SED była jakby stworzona do wyrażania wschodnioniemieckiej nostalgii.

„Dokończmy zwrot” („Vollende die Wende”) – pod takim hasłem AfD mobilizowała wschodnioniemiecki elektorat, odnosząc bezsprzeczny sukces.

Psychoterapeuta Maaz uważa, że ogromnym błędem jest, by wszystkim wyborcom AfD przypinać prawicową łatkę. Kiedy tylko się ich wyzywa i dyskryminuje, jest to najskuteczniejszym środkiem do dalszego wzmocnienia tej partii.

dw.com

sobota, 23 maja 2020


Naukowiec zwraca uwagę, że dla starszych pokoleń zapraszanie się do domów było czymś oczywistym. "Imieniny, święta, uroczystości rodzinne, odwiedziny w dni wolne od pracy... To wszystko były imprezy domowe" - wymienia.

Przypomina, że czasy PRL były czasami kultury niedoboru, stąd dom był wtedy niezwykle istotnym miejscem. "Knajp było wtedy znacznie mniej, a alkohol mógł się tam skończyć w każdej chwili. Tymczasem w domu, kiedy zapraszało się gości - był wszystkiego nadmiar, nie mogło niczego zabraknąć. Siedziało się do oporu, jadło i piło, nie oglądając się na zewnętrzny przaśny świat" - opowiada. Dodaje, że nie było też wtedy tak sporych różnic w tym, jak wyglądały mieszkania: umeblowanie nie zaskakiwało, wystrój wnętrz czy liczba sprzętów były przewidywalne, a dostępnych rozrywek było mniej. "Dospołeczność, otwarcie się na innych było wtedy oczywiste" - opowiada. I dodaje: "Tego świata już nie ma".

Jego zdaniem pokolenie milenialsów (to osoby urodzone w latach 80. i 90. XX wieku), które nie pamięta już tych czasów niedoboru, wyszło z domu. Te osoby chętniej niż ich rodzice spotykają się w knajpach, kawiarniach czy przestrzeni miast. "A dom to ich +macica+. To przestrzeń, do której niechętnie się zaprasza. To świat intymny, zazdrośnie strzeżony" - mówi.

Według naukowca w przestrzeni miejskiej pokolenie to czuje się o tyle dobrze, że "każdy może czuć się jak u siebie, a jednocześnie jest zwolniony z konieczności, aby się przejmować, czy wszystko dobrze wypadnie".

"Pokolenie milenialsów jest bardzo zróżnicowane, w większości jednak dysponuje małymi mieszkaniami. A jak ktoś ma kawalerkę czy pokój, to niekoniecznie jest to przestrzeń, którą chce się wypełniać jeszcze gośćmi" - mówi. Jak ocenia, to podejście może się zmieniać u osób, które dorobią się większych mieszkań, z których będą dumne. "Nie wykluczam, że wtedy wśród milenialsów modne stanie się prezentowanie swojego mieszkania, domu, pokazywanie swojego awansu społecznego. Tak dzieje się w społeczeństwach burżuazyjnych takich jak francuskie czy amerykańskie, gdzie dom jest istotnym wyznacznikiem statusu" - mówi.

Tymczasem przestrzeń miasta, kluby, parki czy bulwary, gdzie ludzie z młodszych pokoleń się spotykają, to miejsca gdzie każdy ma równy status. "Wszyscy czują się jednakowo - nie są do niczego zobligowani, niczego nie muszą pokazywać, niczego nie muszą się wstydzić" - opowiada.

bankier.pl

Wtedy często mówiono: „Fabryka Samochodów Omawianych”, nic nie umiecie robić, tylko o licencjach rozmawiacie. Nasz Ośrodek Badawczo-Rozwojowy wyprodukował kilkanaście prototypów, bardzo ciekawych. Ale żaden nie mógł wejść do produkcji, bo nikt nie miał pieniędzy, a dokładnie dolarów. Ja poleciłem temu ośrodkowi: „Panowie, macie jak najszybciej wytonować nowy prototyp samochodu średniolitrażowego”. I został wykonany samochód ze wszystkimi częściami, oryginalnymi, chyba ze trzy sztuki, do dzisiaj w muzeum motoryzacji można go oglądać. Mimo że takich prototypów się nie pokazywało, to ja go zawiozłem specjalnie pod Stadion Dziesięciolecia na wystawę motoryzacyjną. Dziennikarze pytali, dlaczego nie można go wyprodukować. A ja mówię, że tylko licencjodawca może dać kredyt w dolarach, pół miliarda. Podjąłem przegląd szesnastu firm, z każdą były rozmowy, ale trochę było też niechęci, bo wtedy myśmy nie rejestrowali „Solidarności” i niektórzy mówili: „My tym Polakom nie damy kredytu”. Takie polityczne problemy.

Na końcu stanęło na tym, że zamiast produkować własny samochód, wybieraliśmy między Japończykami z Daihatsu i Włochami, czyli Fiatem. Rząd popierał Fiata, a Jaruzelski koncepcję japońską, bo premier Japonii powiedział, że jak FSO podpisze z nimi kiedyś jakiś kontrakt, to będzie to łącznik Polski z Japonią, przyjdą do Polski nowe technologie. Była kiedyś wielka narada rządu z premierem Messnerem i jego zastępcami, i oczywiście generałem Jaruzelskim. Trwała od dziewiątej wieczorem do pierwszej w nocy. Ja opowiadałem się za koncepcją japońską. Wygrałem to i zaraz mi polecono, żebym wziął ministra i pojechał do Japonii, aby to sfinalizować. Jednak sprawa znowu zaczęła się wlec, ponieważ Klub Paryski postanowił uchwalić, żeby Polsce nie dawać żadnych kredytów w związku z nierejestrowaniem „Solidarności”. Jak byłem w Japonii, rozmawiałem z szefem Mitsui, to nie była firma od samochodów, ale od finansowania. Mówię: „Panie prezesie, dlaczego pan, który ma eksport na pewno większy niż cała Polska, robi problem z pół miliardem dolarów?”. Na to on odpowiedział: „Proszę pana, pan ma rację, nas jest na to stać, ale Klub Paryski zabronił”. „Ale wy nie jesteście w Klubie Paryskim”. „Tak, nie jesteśmy, jakbyśmy wyszli przed orkiestrę, toby nas tutaj zapluli. W związku z tym czekamy, żeby ktokolwiek dał Polsce mały kredycik. A wtedy my dajemy natychmiast”.

Jak Fiat zobaczył, że jest na straconej pozycji, to oświadczył nam, że daje nam licencję na Uno. Poza tym obiecali zgodę na eksport, poza rynkiem włoskim i dwoma rynkami, gdzie Fiat miał swoje montownie. Tylko eksport na Zachód pozwoliłby nam spłacić kredyt, który wynosił pół miliarda dolarów. Włosi widzieli, że oferta japońska jest bardzo ciekawa, i sami się zaczęli starać. Wpadli na genialny pomysł: my, Fiat, jesteśmy prywatną firmą i nas nie interesuje uchwała Klubu Paryskiego. Chyba 3 grudnia 1988 roku mieliśmy parafować kontrakt, ale wtedy ministrem przemysłu był Mieczysław Wilczek, który nie miał pojęcia o motoryzacji zupełnie, sam powiedział na konferencji: „Ja się na motoryzacji tyle znam, że wiem, jak się kluczyk wkłada do stacyjki” – więc ten facet na drugi dzień zerwał kontrakt. Włosi się obrazili, a ja złożyłem rezygnację.

Aleksandra Leyk Joanna Wawrzyniak - Cięcia. Mówiona historia transformacji

piątek, 22 maja 2020


- Czym jest korporacja w znaczeniu amerykańskim, czyli spółka kapitałowa?

Joel Bakan: Korporacja to konstrukt prawny, a właściwie pewien rodzaj prawnej fikcji. Korporacja nie jest dziełem Boga ani natury. Jest zestawem relacji, które zostały stworzone na gruncie prawnym i obwarowane odpowiednimi przepisami po to, aby gromadzić kapitał dla rozmaitych wielkich projektów industrializmu. Służy przede wszystkim do tego, by odseparować właścicieli od ich przedsięwzięcia biznesowego. Dzięki tej prawnej konstrukcji samo przedsięwzięcie biznesowe w magiczny sposób staje się „osobą” zdolną do posiadania praw i obowiązków, a więc taką, która może funkcjonować w systemie gospodarczym. Tym sposobem właściciele – czyli akcjonariusze – stają się nieistotni i znikają z punktu widzenia prawa, a tytuły prawne i odpowiedzialność za błędy przypadają samej korporacyjnej „osobie” (i czasem kadrze kierowniczej).

Innymi słowy, jedyne ryzyko dla akcjonariuszy polega na tym, że stracą pieniądze w wypadku spadku ceny akcji spółki. Nie można ich pozwać do sądu za żadne działania korporacji. Co więcej, żeby dodatkowo osłodzić inwestorom życie, prawo nakłada na prezesów i dyrektorów spółki obowiązek działania wyłącznie w najlepszym interesie akcjonariuszy – to znaczy najkorzystniejszym dla ich finansów.

Geniusz tego niezwykle korzystnego dla akcjonariuszy rozwiązania polegał na tym, że dla wielu ludzi (zwłaszcza z rodzącej się właśnie klasy średniej) stanowił silną zachętę do inwestowania w kapitalistyczne projekty. Głównym celem spółek akcyjnych miało być generowanie ogromnych zasobów kapitałowych potrzebnych do podejmowania przedsięwzięć na wielką skalę, które stały się możliwe dzięki industrializacji: uruchamiania i obsługi linii kolejowych, fabryk i tak dalej. Można powiedzieć, że korporacja w amerykańskim znaczeniu tego słowa była niegdyś instytucją crowdfundingową.

- A później?

Główna funkcja instytucjonalna spółki kapitałowej, czyli koncentrowanie kapitału tysięcy albo nawet milionów inwestorów w jednym przedsiębiorstwie, dawała korporacjom wielki potencjał na osiągnięcie ogromnych rozmiarów i zdobycie potężnej władzy. Początkowo ich władza była limitowana: korporacje mogły osiągnąć pewną wielkość maksymalną, nie wolno było im działać jednocześnie w wielu sektorach, musiały przestrzegać praw chroniących konkurencję i tak dalej. Ale wiek XX przyniósł stopniowe osłabianie i znoszenie tych ograniczeń. Teraz spółki mogą się łączyć i przejmować inne spółki, mogą stawać się coraz większe, coraz potężniejsze i prawie nic ich nie ogranicza. W korporacjach skoncentrował się gigantyczny kapitał i teraz to one zajmują dominującą pozycję nie tylko w gospodarce, ale także w sferze stosunków społecznych oraz politycznych.

Ich struktura nie jest demokratyczna, a jednocześnie prawo zobowiązuje korporacje, by każde ich działanie służyło interesom akcjonariuszy. Mamy więc wielkie, potężne instytucje, zbudowane w taki sposób, żeby realizowały własne interesy bez względu na konsekwencje i pokonywały przeszkody na drodze do celu (np. podatki czy inne państwowe przepisy) przy pomocy siły lub uników. Instytucje te wypracowują zyski dla anonimowych akcjonariuszy, których nie można pociągnąć do odpowiedzialności, i same nie odpowiadają w demokratyczny sposób przed nikim, kogo dotykają konsekwencje ich decyzji i działań – oprócz wspomnianych akcjonariuszy.

- Co się zmieniło przez te 15 lat, odkąd napisałeś książkę Korporacja?

Kilka rzeczy, które widać na pierwszy rzut oka. W czasach mojego pierwszego projektu nie istniały jeszcze wielkie korporacje z branży IT – a przynajmniej nie miały tak dominującej pozycji jak dziś. Istniał problem zmiany klimatu, ale ten kryzys nie nabrał jeszcze tak egzystencjalnego, bezpośredniego charakteru. Prawicowy populizm był wciąż tylko marginalnym zjawiskiem, globalizacja była w natarciu, a korporacje strategicznie zaczęły zmieniać swój wizerunek i zasady gry. Zmądrzały po antyglobalistycznych wystąpieniach na całym świecie. Obawiały się, że opinia publiczna traktuje je z coraz większą nieufnością, a ich rosnąca potęga zaczynała wywoływać niepokój.

Mniej więcej w tym czasie, kiedy ukazała się moja pierwsza książka i oparty na niej film, korporacje zaczęły podejmować daleko idące zobowiązania. Mówiły o zrównoważonym rozwoju i o społecznej odpowiedzialności biznesu. Obiecywały zużywać mniej energii, redukować emisje, zwalczać ubóstwo na świecie, ratować miasta i tak dalej. Pojawiły się nowe hasła, takie jak „kapitalizm kreatywny”, „kapitalizm włączający”, „świadomy kapitalizm”, „kapitalizm społeczny”, „zielony kapitalizm” i tak dalej. Określenia te miały odzwierciedlać to, że kapitalizm korporacyjny podlegał przemianom, wskutek których stawał się bardziej świadomy społecznie i ekologicznie.

Główne przesłanie, niezależnie od retorycznego opakowania, było takie, że korporacje przeszły radykalne przeobrażenie: idee takie jak społeczna odpowiedzialność biznesu i zrównoważony rozwój – które wcześniej znajdowały się na obrzeżach pola zainteresowania spółek akcyjnych (tu trochę filantropii, tam trochę działań proekologicznych) – teraz stały się nieodzowną częścią etosu i zasad operacyjnych korporacji.

- Zmiana więc postępuje.

Tak, ale niekoniecznie na lepsze. Moją nową książkę opatrzyłem podtytułem: „Dobre” korporacje są złe dla demokracji. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że mimo całej tej pięknej retoryki nowe spółki kapitałowe nie różnią się niczym od starych. Przepisy prawa o spółkach się nie zmieniły. Instytucjonalna struktura korporacji jest wciąż taka jak kiedyś. Zmienił się tylko dyskurs i część zachowań. Nowy etos wyraża się w koncepcji „doing well by doing good” (dobrze sobie radzić, czyniąc dobro), która wzywa do tego, by szukać synergii między zarabianiem pieniędzy a robieniem dobrych rzeczy dla społeczeństwa i środowiska – tak jakby między jednym a drugim nie było sprzeczności.

Korporacje głoszą teraz wszem i wobec, że starają się czynić dobro, ale znacznie rzadziej wspominają o tym, że mogą zrobić tylko tyle dobrych rzeczy, ile pomaga im się dobrze ustawić. Mimo szumnych zapewnień korporacje nigdy nie poświęcą interesów akcjonariuszy ani swoich własnych w imię czynienia dobra. Nie mogą tego zrobić. Istnieje bardzo ważna granica dla tego, ile dobrych rzeczy są gotowe dokonać. A w sytuacji, kiedy dobrych działań nie da się uzasadnić z punktu widzenia biznesowego, mają tylko jedno wyjście: pozostaje im czynić „zło”.

Inny problem – i tu dotykamy wspomnianej przeze mnie niedemokratyczności – jest taki, że korporacje wykorzystują swój nowy, „przyjazny” wizerunek jako argument w walce z przepisami regulującymi ich działalność. Skoro mogą się teraz same regulować, to przecież nie musi się nimi już interesować rząd. Ponadto przekonują, że potrafią lepiej od państwa zapewniać usługi publiczne, dostarczać wodę, prowadzić szkoły i więzienia, organizować system transportowy i tak dalej.

Szczególną przebiegłością wykazują się w kwestii klimatu. Już nie mogą w przekonujący sposób negować zmiany klimatu, więc mówią tak: „Dobrze, kryzys klimatyczny faktycznie istnieje, przyznajemy; ale teraz troszczymy się o przyszłość planety, przejmujemy stery, przygotowujemy rozwiązania, nie potrzebujemy państwowego nadzoru”.

(...)

- Korporacje wpływają nie tylko na środowisko. Mają coraz większą kontrolę i nad życiem nas samych, i nad demokracją.

Korporacje przejmują coraz większą bezpośrednią kontrolę nad pojedynczymi ludźmi za pośrednictwem technologii, co sprawia, że coraz trudniejsze – jeśli nie niemożliwe – staje się uregulowanie stosunków między spółkami a osobami prywatnymi za pomocą przepisów państwowych. Firmy ubezpieczeniowe mają pośrednią kontrolę nad ubezpieczanymi kierowcami, bo znają ich zwyczaje za kółkiem oraz stan zdrowia i od tego uzależniają wysokość składek. Z powodu tej pośredniej kontroli instytucjom demokratycznym, takim jak sądy i państwowe organy kontrolne, trudniej jest chronić prawa indywidualnych konsumentów. Natomiast kiedy platforma internetowa taka jak Uber wykorzystuje technologię, by w praktyce omijać stosunki pracy, czyli konstrukt prawny służący do zabezpieczania pracowników przed przeważającą pozycją ich pracodawców, to znacznie trudniejsze staje się chronienie pracowników.

Na demokrację wpływa także nasilenie dezinformacji, hejtu i prowokacyjnych wypowiedzi za pośrednictwem internetu i mediów społecznościowych. To także wiąże się z modelami biznesowymi wielkich firm z branży technologicznej. Firma taka jak Facebook robi najlepsze interesy wtedy, kiedy użytkownicy platformy bardziej i częściej się angażują. Więcej znaczy lepiej, a kwestie prawdy, interesu publicznego albo demokracji są po prostu nieistotne.

Patrząc na to z jeszcze szerszej perspektywy: fala prawicowego autorytaryzmu, który zdobywa władzę za pomocą demokratycznych procesów wyborczych, to w dużej mierze reakcja na 40 lat neoliberalnych decyzji politycznych, które niszczyły miejsca pracy i zabezpieczenia socjalne – a więc życie pojedynczych ludzi oraz całych wspólnot. Pionierami tej neoliberalnej polityki były i są wielkie korporacje, które wykorzystywały swoje zasoby do lobbingu, finansowania kampanii wyborczych, przenoszenia operacji w inne miejsce świata w odpowiedzi na regulacje lub samą zapowiedź wprowadzenia nowych regulacji, zwlekały z zapłatą podatków albo unikały opodatkowania itp.

Liderzy „nowego” ruchu korporacyjnego – te same firmy, które zapewniają nas o tym, że troszczą się o społeczną odpowiedzialność i o zrównoważony rozwój – były w pierwszym szeregu tamtych kampanii. Żadna korporacja nie powiedziała nigdy: „wartości społeczne i środowisko są bardzo ważne, więc wprowadźmy wyższe podatki i mocniejsze państwowe regulacje, żeby je chronić”. Wręcz przeciwnie.

Teraz korporacje grają swoją rzekomo nową osobowością, by odpierać presję demokracji. Twierdzą, jak już wspomniałem, że będą się kontrolować same, więc nie trzeba ich utrzymywać w ryzach przy pomocy środków prawnych. Głoszą ponadto, że to one, a nie instytucje publiczne, powinny dbać o zabezpieczenia socjalne obywateli. To niezła kombinacja dwóch ciosów. Najpierw zażarcie walczyły o to, by całkowicie pozbawić władze możliwości rozwiązywania problemów społecznych i środowiskowych, a teraz wkraczają, żeby powiedzieć, że mogą podjąć się zadania, którego władze (z powodu wcześniejszych wysiłków korporacji) nie potrafią wykonać.

Skutek jest taki, że w naszym życiu (jako pojedynczych obywateli i członków społeczeństwa) coraz mniejszy udział mają decyzje władz, a większy – decyzje korporacji. To oznacza osłabienie demokracji.

krytykapolityczna.pl

środa, 20 maja 2020


W drugiej połowie lat 70. XX wieku spowolnienie gospodarcze i rosnąca inflacja zaczęły wskazywać ograniczenia keynesowskiego kompromisu. Na skutek kryzysu naftowego z 1973 roku ucierpiała gospodarka, zmniejszyły się zyski, a powojenny układ zaczął się chwiać. Wobec kryzysu fiskalnego rządząca w Wielkiej Brytanii Partia Pracy musiała posłużyć się siłą państwa, by zdyscyplinować klasy pracujące, co doprowadziło do rosnącego niezadowolenia. W połowie lat 70. powojenny model socjaldemokratyczny miał już poważne kłopoty i zaczynał doznawać „kryzysu legitymizacji”.

Czynniki ekonomiczne nie wystarczą jednak, by w pełni uchwycić naturę kryzysu modelu socjaldemokratycznego. Musimy wziąć pod uwagę również inne, a zwłaszcza pojawienie się w latach 60. XX wieku tego, co nazwano „nowymi ruchami społecznymi”. Pojęcia tego używano wówczas, odnosząc się do bardzo różnorodnych walk – miejskich, ekologicznych, antyautorytarnych, antyinstytucjonalnych, feministycznych, antyrasistowskich, etnicznych, regionalnych i walk mniejszości seksualnych. Polityczna polaryzacja utworzona wokół tych nowych żądań demokratycznych, razem z falą wojowniczych działań związków zawodowych, wywołała reakcję konserwatystów, którzy twierdzili, że namnożenie się walk o równość doprowadziło społeczeństwa zachodnie na skraj „równościowej przepaści”.

Gdy po 1973 roku pojawiła się recesja gospodarcza, prawica postanowiła, że nadszedł czas, by zatrzymać ekspansję demokratycznej wyobraźni. Zamierzała sprzeciwić się ruchom równościowym i odblokować zyski trzymane w ryzach dzięki sile związków zawodowych. W raporcie dla Komisji Trójstronnej w 1975 roku Samuel Huntington twierdził, że walki z lat 60. o większą równość i uczestnictwo doprowadziły do „demokratycznego przyspieszenia”, które sprawiło, że społeczeństwem „nie da się rządzić”. Dochodził do wniosku, że „potęga demokratycznych ideałów stanowi problem dla zdolności rządzenia w demokracji”.

(...)

Celem Margaret Thatcher, gdy została w 1979 roku premierem, było złamanie powojennego konsensusu między laburzystami i torysami, który, jak twierdziła, tkwił u źródeł stagnacji w Wielkiej Brytanii. W przeciwieństwie do Partii Pracy doskonale zdawała sobie sprawę ze stronniczego charakteru polityki i tego, jak ważna jest walka hegemoniczna. Miała jednoznacznie populistyczną strategię. Polegała ona na zaznaczeniu politycznego podziału na, z jednej strony, „siły establishmentu”, utożsamiane z opresyjnym aparatem biurokratycznym państwa, związkami zawodowymi i tymi, którzy korzystali z zasiłków, a z drugiej strony na przedsiębiorczy „lud”, który padł ofiarą różnych biurokratycznych sił i ich rozmaitych sojuszników.

Jej głównym wrogiem były związki zawodowe – postanowiła zniszczyć ich siłę. Postawiła na silną konfrontację z Narodowym Związkiem Zawodowym Górników pod przywództwem Arthura Scargilla, którego nazwała „wewnętrznym wrogiem”. Punktem zwrotnym na drodze Thatcher był strajk górników (1984–1985), najbardziej gorzki konflikt w przemyśle w historii Wielkiej Brytanii. Zakończył się on definitywnym zwycięstwem rządu, który znalazł się na pozycji pozwalającej narzucić swoje warunki osłabionemu związkowi zawodowemu i skonsolidować swój liberalny program gospodarczy.

W chwili, gdy pojawiły się rysy na powojennym konsensusie keynesowskim, Margaret Thatcher zaczęła działać, by siłą podważyć status quo. Budując podział polityczny, zdołała doprowadzić do wycofania kluczowych elementów socjaldemokratycznej hegemonii i do ustanowienia nowego hegemonicznego porządku opartego na zgodzie ludu. Politycy laburzystowscy, ze swoimi esencjalistycznymi poglądami na politykę, nie byli w stanie tego zrozumieć. Zamiast zaplanować kontrhegemoniczną ofensywę, wierzyli, że to wzrost bezrobocia i pogorszenie warunków życia robotników wkrótce z powrotem przyniesie im władzę. Biernie wyczekiwali pogorszenia warunków gospodarczych, co miało zadziałać na ich korzyść, i nie zdawali sobie sprawy z tego, że w międzyczasie Thatcher umacniała swoją neoliberalną rewolucję.

Stuart Hall, analizując strategię hegemoniczną, którą nazwał „thatcheryzmem” i zdefiniował jako „populizm autorytarny”, zauważył, że „thatcherowski populizm łączy w sobie wyraźne wątki organicznego toryzmu – naród, rodzinę, obowiązek, autorytet, normy, tradycjonalizm – z agresywnymi wątkami odrodzonego neoliberalizmu: interesem własnym, opartym na współzawodnictwie indywidualizmem i antypaństwowością”.

Sukces Thatcher we wprowadzaniu polityki neoliberalnej w Wielkiej Brytanii był możliwy dzięki temu, że szefowa rządu potrafiła wykorzystać różne formy oporu przeciw kolektywistycznemu i biurokratycznemu sposobowi realizowania państwa dobrobytu. Thatcher udało się zdobyć dla swojego neoliberalnego projektu wsparcie wielu grup społecznych, ponieważ przyciągała je do niej pochwała osobistej wolności i obietnica uwolnienia od opresyjnej władzy państwa. Taki dyskurs znajdował poparcie nawet wśród beneficjentów interwencji państwa, bo nie znosili oni mozolnej biurokracji, z którą często wiązała się redystrybucja zasiłków. Przeciwstawiając interesy niektórych kategorii robotników interesom feministek i imigrantów, których obwiniała o kradzież miejsc pracy, zdołała zdobyć poparcie istotnych grup klasy robotniczej.

Atakując hegemonię socjaldemokratyczną, Margaret Thatcher działała na kilku frontach – gospodarczym, politycznym i ideologicznym – by za pomocą dyskursu zrekonfigurować obowiązującą dotąd świadomość „zdroworozsądkową” i w ten sposób zwalczyć w niej wartości socjaldemokratyczne. Głównym celem było zerwanie więzi, jaka została ustanowiona między liberalizmem i demokracją, dzięki której, jak twierdził C. B. Macpherson, liberalizm został „zdemokratyzowany”.

Friedrich Hayek, ulubiony filozof Thatcher, twierdził, że należy zapewnić możliwość funkcjonowania „prawdziwej” natury liberalizmu jako doktryny, która dąży do ograniczenia władzy państwa do minimum, aby zmaksymalizować wolność jednostki, będącą głównym celem politycznym. Pojęcie to zdefiniował przez negację jako „sytuację ludzi, w której przymus jednych wobec innych jest ograniczony tak dalece, jak to jest możliwe w społeczeństwie”.

Kolejnym ruchem w jego strategii ideologicznej było głoszenie nowego znaczenia „demokracji”, podporządkowującego ją „wolności”. Według Hayeka idea demokracji jest wtórna wobec idei indywidualnej wolności, tak że obrona wolności gospodarczej i własności prywatnej zajmuje miejsce obrony równości jako uprzywilejowanej wartości w społeczeństwie liberalnym. Dla niego „demokracja jest w swej istocie środkiem, użytecznym narzędziem zabezpieczenia pokoju wewnętrznego i wolności indywidualnej”. Był głęboko przekonany, że gdyby doszło do konfliktu między demokracją a wolnością, wolność powinna zostać uznana za ważniejszą, a demokrację należałoby poświęcić. W późniejszych latach przeszedł wręcz na skrajną pozycję, sugerując potrzebę zniesienia demokracji.

Posługując się dyskursem przeciwstawiającym dobrych, odpowiedzialnych „podatników” biurokratycznym elitom, które ograniczają wolność tych pierwszych za pomocą nadużywania władzy państwa, Thatcher zdołała skonsolidować historyczny blok wokół swej neoliberalnej wizji i dogłębnie zmienić konfigurację sił społecznych i gospodarczych. Jednak w pewnym momencie jej polityka zaczęła być postrzegana przez torysów jako zbyt konfliktowa i po wygraniu trzech kolejnych wyborów, gdy wprowadzenie podatku pogłównego w 1989 roku doprowadziło do wybuchu zamieszek, w 1990 roku zmusili ją do ustąpienia ze stanowiska.

Do tego czasu Margaret Thatcher wzmocniła swą neoliberalną rewolucję. Gdy premier opuściła rząd, jej wizja była już tak głęboko zakorzeniona w powszechnym pojmowaniu, że Partia Pracy, wracając z Tonym Blairem w 1997 roku do władzy, nawet nie próbowała podważyć neoliberalnej hegemonii. Było tak, jak pokazał Hall – w dyskursie Nowej Partii Pracy odnaleźć można wszystkie kluczowe figury dyskursu thatcherowskiego: „«podatnika» (ciężko pracującego, nadmiernie opodatkowanego, bo finansuje «pasożyta» na zasiłkach) oraz «klientkę» (szczęśliwą niepracującą żonę dysponującą «wolnością» radowania się ograniczonym wyborem na rynku, dla której to zaprojektowano «agendę wyboru» i spersonalizowaną dostawę). Nikt nie myśli o tym, że każde z nich może być również obywatelem, który potrzebuje usług publicznych lub nie może się bez nich obejść”.

Nic dziwnego, że Margaret Thatcher, zapytana po latach o swój największy sukces, odpowiedziała: „Tony Blair i Nowa Partia Pracy. Zmusiliśmy naszych przeciwników do zmiany zdania”.

Chantal Mouffe - W obronie lewicowego populizmu

Od kiedy RWE powróciło do dzisiejszych członków Unii, jego obecność najbardziej dała się odczuć w Bułgarii. Organizacja Reporterzy bez Granic ostrzega, że "korupcja i niejawne powiązania mediów z politykami i oligarchami jest tam powszechna", a "dziennikarstwo to niebezpieczny zawód".

W pierwszym roku działalności bułgarska rozgłośnia pod nazwą Swobodna Ewropa – nadała szereg reportaży o ważnych politykach, którzy uzyskali mieszkania po niskiej cenie. To dziennikarskie śledztwo doprowadziło do dymisji szeregu wysokich rangą urzędników z ministrem sprawiedliwości na czele.

Swobodna Ewropa zdołała dotrzeć do prawie 10 proc. cyfrowej populacji kraju, co według danych rozgłośni oznacza, że miała 3,6 mln unikalnych użytkowników. Bułgaria ma 7 mln mieszkańców.

– Sytuacja w Bułgarii jest naprawdę ciężka. Kiedy Wolna Europa robi swoje śledztwo, w większości wypadków inne niezależne media idą tym tropem – mówi Rossen Bossew, reporter tygodnika Capital. – Inni bułgarscy dziennikarze byli nieraz obiektem ataków i oszczerstw więc powiązanie z amerykańskim rządem oznacza, że są lepiej chronieni od nas.

Sam Bossew został skazany w zeszłym roku za zniesławienie i złożył skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Radio Wolna Europa intensywnie relacjonowało jego proces dzięki czemu, jak sądzi, sprawa stała się głośna.

Rząd Bułgarii twierdzi jednak, że kraj spełnia standardy wolności mediów.

"Rząd Bułgarii respektuje pracę mediów w kraju i docenia ich rolę w doskonaleniu pracy administracji. Premier Bojko Borysow stwierdził, że z zadowoleniem wita wznowienie działalności cenionej rozgłośni w Bułgarii. Zdaniem premiera obecność Radia Wolna Europa to kolejna oznaka dobrej współpracy bułgarsko-amerykańskiej we wszystkich dziedzinach", głosi oświadczenie rządu, w którym dodano, że premier spotkał się z dyrektorem Fly w zeszłym roku.

onet.pl

Zacznijmy celną obserwacją Marcina Celińskiego: oto Człowiek Roku Gazety Polskiej 2007 aresztował Człowieka Roku Gazety Polskiej 2009, pracując pod nadzorem Człowieka Roku Gazety Polskiej 2016, 2017, 2018. Czyli Mariusz Kamiński z rządu Morawieckiego aresztował agenta Tomka. Jednocześnie CBA rządzone przez PiS dokonało przeszukania gabinetu niedawnego ministra PiS, za co niedawny minister PiS wszczął kontrolę NIK-u u obecnego ministra z PIS.

Jak CBA wchodzi do Banasia, to Banaś z NIK-u wchodzi do prokuratury.

krytykapolityczna.pl