niedziela, 10 maja 2020


Anna Brzeska: - Pokazuje pan, że winę za fatalny stan polskiej kolei ponoszą wszystkie partie rządzące od lat 90. A właściwie sięga pan aż do czasów PRL. My przywykliśmy już do tego, że za różne katastrofy bardziej winimy którąś stronę sceny politycznej. Do kogo adresował pan książkę? Albo raczej – dlaczego pan ją napisał?

Karol Trammer: Po pierwsze, chciałem zmierzyć się z mitem, że do 1989 r. polska kolej działała świetnie, a potem zdarzyła się katastrofa. Nie, to był ciągły proces, który rozpoczął się jeszcze w latach 80. Nie mam żadnych sympatii politycznych, więc łatwo było mi pisać książkę, która pokazuje rzadko spotykaną w polskiej polityce ciągłość władzy – niezależnie od tego, jaka partia była u steru, cały czas ograniczano działalność kolei: połączenia pasażerskie, przewozy towarowe czy długość sieci kolejowej. Co ciekawe, następujące po sobie partie korzystały z tych samych ludzi, mimo że zmiana władzy zwykle przecież powoduje przeoranie personalne spółek państwowych. I wcale nie jest tak, że partie liberalne bardziej energicznie likwidowały kolej, a partie socjalne mniej. Na przykład za rządów SLD połączenia traciły takie kilkudziesięciotysięczne miasta jak Śrem czy Police, z kolei za rządów Akcji Wyborczej Solidarność – Jastrzębie-Zdrój, obecnie największe miasto bez kolei.

- W pana książce wśród osób odpowiedzialnych za niszczenie kolei pojawia się jednak kilka nazwisk z kręgu Balcerowicza.

Jeśli miałbym wskazać tego, kto miał na tym polu największe „osiągnięcia”, jest to jednak człowiek spoza tego kręgu. Krzysztof Celiński, zajmując wysokie stanowiska za rządów różnych partii, zlikwidował najwięcej połączeń. To on jest odpowiedzialny za likwidację jednego dnia połączeń na ponad 1 tys. km linii kolejowych. Celiński likwidował połączenia, czy to będąc prezesem PKP, czy jako prezes PKP Intercity. Wcześniej zaś jako szef Departamentu Kolejnictwa w Ministerstwie Transportu i Gospodarki Morskiej przez prawie całe lata 90. sprawił, że ten departament stał się maszynką do wydawania zgód na likwidację linii i ograniczanie działalności przewozowej.

- Może w takim razie nie powinniśmy się koncentrować na polityce, skoro katastrofa nie zależała od tego, kto aktualnie rządził?

Sądzę, że jak najbardziej powinniśmy, ponieważ kolej i polityka są silnie powiązane.

- Jak to możliwe, że tacy ludzie jak Celiński – i nie tylko on, bo w książce pojawiają się też inne postacie o podobnych „zasługach – tak długo utrzymali się przy władzy?

Trzeba pamiętać, że teraz żyjemy w innej rzeczywistości politycznej niż kilkanaście lat temu. Mam tu na myśli politykę transportową. Dzisiaj ten, kto likwiduje połączenia kolejowe, jest przez opinię publiczną, w tym ekspertów i dziennikarzy, uważany za szkodnika. W latach 90. – i jeszcze na początku XXI w. – powszechnie uznawano, że likwidowanie połączeń jest sposobem na reformę kolei. Sądzono, że jeśli kolej pozbędzie się tych „nikomu niepotrzebnych” bocznych linii, wydźwignie się i wjedzie na dobre tory. Tymczasem po masowych likwidacjach wyniki wcale się nie poprawiły, lecz pogorszyły.

- Dlaczego tak się stało?

Jeśli zlikwidujemy pociąg na bocznej linii, jej pasażerowie nie dojadą do linii głównej, więc liczba chętnych do korzystania z tej drugiej też się zmniejszy. Taka stopniowa likwidacja doprowadziła do tego, że w ciągu zaledwie 20 lat – od 1985 r. do 2005 r. – liczba podróży koleją spadła czterokrotnie: z 1 mld do 250 mln. Idąc dalej taktyką reformatorów z lat 90., doszlibyśmy do całkowitej likwidacji kolei w Polsce. W efekcie ich działań mamy dziś drastycznie niskie wyniki na tle innych krajów Europy. Przewozy pasażerów koleją są w naszym kraju dziewięciokrotnie mniejsze niż w Niemczech, państwie liczącym przecież tylko dwa razy więcej mieszkańców niż Polska. W latach 90., gdy ktoś mówił, że zreformuje kolej poprzez likwidowanie połączeń, był traktowany poważnie i dostawał wolną rękę.

- Czy to wynikało ze zbyt dużego zaufania do niewidzialnej ręki rynku, przywiązywania się do kwestii rentowności danych połączeń?

Może zaszokuje to czytelników "Przeglądu", ale najbardziej otwarcie o potrzebie ograniczania nierentownej działalności mówiono w drugiej połowie lat 80. W ogóle lata 80. były dla kolei okresem dużych skrajności. Z jednej strony, modernizowano dużo linii kolejowych, także lokalnych – i to bez tego zadęcia propagandowego, które mamy teraz. Z drugiej, wtedy zaczęło się likwidowanie połączeń na masową skalę, które było przygrywką do cięć w latach 90.

- Co można było wtedy zrobić, by zapobiec dalszej katastrofie?

Pozwoliłem sobie w książce porównać decyzje Polski z decyzjami, które zapadły w Czechosłowacji. Każdy, kto był w Czechach i korzystał z tamtej kolei, widzi przepaść między naszymi krajami. Czechy uniknęły likwidacji połączeń kolejowych i w efekcie w znacznie mniejszych Czechach kolej wozi niewiele mniej osób niż w Polsce. Kiedy u nas był nacisk na elektryfikowanie linii kolejowych, w Czechosłowacji stawiano na zakup bardzo dużej liczby oszczędnych, małych pociągów spalinowych do obsługi linii lokalnych

- Motoraków.

Tak, które po dziś dzień zapewniają obsługę wielu linii lokalnych, takich, które w Polsce nie funkcjonują od co najmniej kilkunastu lat. Polska w latach 80. osiągała światowe rekordy w tempie elektryfikowania linii kolejowych, ale kompletnie zapomniała o zapewnieniu odpowiedniego taboru do obsługi linii lokalnych i regionalnych. Nie znaczy to jednak, że nie było w latach 80. osób, które próbowały w ramach PKP wdrożyć pewne rozwiązania, by uratować lokalne linie, np. inwestując w nowe przystanki, które przybliżały kolej do mieszkańców wielu wsi i nowych osiedli.

onet.pl

Niedawno w programie „Trzeci punkt widzenia” Dariusz Gawin zwrócił uwagę, że mieliśmy do czynienia z klasyczną Paretowską wymianą elit – mocniej do gry wrócił establishment przemysłowo-wojskowy, w miejsce tego z Doliny Krzemowej i Hollywood.

Coś w tym jest, bo choć Trump atakował różne elity, to sam do niej należy. Trzeba jednak zastanowić się nad czynnikami, które wyniosły do władzy inną niż dotychczas część elity. W latach 70. do klasy średniej należało ponad 60% amerykańskiego społeczeństwa, dziś według badań odsetek ten spadł poniżej 50%. Już nawet przychylny biznesowi „Wall Street Journal” zwraca uwagę na niesprawiedliwy, asymetryczny rozkład wypracowywanego bogactwa i zysków z popieranej przez USA globalizacji.

Nie może więc dziwić, że Trump wzywa do zmiany światowego ładu gospodarczego na bardziej korzystny dla USA, co budzi obawy o neoprotekcjonizm. I w tym wypadku widzimy już zmianę, bo wycofał się z porozumienia TPP, które było forsowane przez prezydenta Obamę, choć przyznajmy, że nie wiemy czy rzeczywiście doszłoby do skutku po przegranej Trumpa.

Dodamy jednak, że zarzuty stawiane przez nowego prezydenta USA nie są bezpodstawne. Choć większość amerykańskich ekonomistów wciąż uważa, że w długim okresie umowy o wolnym handlu były korzystne dla USA, to nowe badania dostarczają amunicji dla argumentów Trumpa. Zwraca on uwagę iż międzynarodowe porozumienia o wolnym handlu, w szczególnie te dotyczące Chin, które w 2001 r., za zgodą USA, zostały przyjęte do Światowej Organizacji Handlu, w praktyce nie okazały się dla Stanów Zjednoczonych tak owocne, jak zakładali. W teorii chodziło o otwarcie ogromnego chińskiego rynku na produkty i usługi z USA. Tymczasem stało się odwrotnie. Według jednej z analiz Banku Światowego, zdobywającej popularność wśród przedstawicieli sektora finansowego w 2016 r. i dotyczącej beneficjentów porozumień o wolnym handlu,  zdecydowanie najmocniej skorzystały na tym gospodarki wschodzące, jak Chiny, później 1% najbogatszych na świecie, a klasa średnia państw zamożnych, w tym USA, zyskała nieznacznie ekonomicznie lub wręcz straciła. W praktyce mamy więc do czynienia z mającą pewne racjonalne podstawy korektą międzynarodowej strategii gospodarczej. Nowe szaty, ale stare interesy.

Rysuje się więc nam perspektywa czegoś na kształt potencjalnej amerykańsko-chińskiej wojny handlowej.

Część ekonomistów dla określenia stosunków gospodarczych USA-Chiny używa pojęcia „Chimeryki”, aby oddać złożoność tychże relacji. Z jednej strony amerykański rynek jest otwarty na chińskie produkty, z drugiej – w chińskich rękach znajduje się spora część amerykańskich obligacji. Potencjał wzajemnego szkodzenia jest znaczny.

Paradoksalna jest także sytuacja, w której dzisiaj Niemcy i Chiny wobec protekcjonistycznych zapowiedzi Trumpa zaczynają przedstawiać się jako filary gospodarczego systemu stworzonego w przeszłości przez USA.

Sytuacja robi się jeszcze bardziej intrygująca, kiedy doda się do tego krytyczne wypowiedzi Trumpa wobec Berlina oraz wcześniejsze działania USA, mające na celu zablokowanie chińskich inwestycji w wysokie technologie na terenie Niemiec.

Trump bardzo mocna podkreśla potrzebę zawarcia nowych umów bilateralnych, które mają zastąpić zbiorowe porozumienia gospodarcze jak TTIP i TPP. Jest tu więc i zmiana (wycofanie się z umów wielostronnych), ale i kontynuacja (wzmacnianie pozycji gospodarczej przez umowy handlowe). Przez długi czas zastanawiałem się jak chce on zawrzeć takie umowy w sytuacji istnienia wspólnej polityki handlowej UE. Odpowiedzi udzielił mi w styczniu tego roku, mówiąc o rozpadzie UE. Na odpowiedź elit europejskich popierających integrację nie trzeba było długo czekać. W raporcie powstałym pod auspicjami przewodniczącego Rady Europejskiej, nowa polityka Trumpa, grającego na dekompozycję UE, znalazła się wśród głównych zewnętrznych zagrożeń dla wspólnoty europejskiej – obok Rosji i sytuacji na Bliskim Wschodzie.

W tych okolicznościach dochodzi jeszcze jedna kwestia. W niemieckiej prasie zaczynają się pojawiać delikatne, subtelne, ale sugestie ekspertów, mówiących o potrzebie uruchomienia niemieckiego wojskowego programu jądrowego. Chodziłoby o to, że w przypadku scenariusza wycofania gwarancji bezpieczeństwa dla państw Europy Zachodniej ze strony USA, które wiążą się przecież z obecnością na Starym Kontynencie amerykańskich głowic jądrowych, Niemcy powinny same zacząć się starać o uzyskanie takiego uzbrojenia.

klubjagiellonski.pl

Niewielu analityków o tym wspomina, ale nie funkcjonujemy już w amerykańskim ładzie hegemonicznym, lecz w czymś na granicy porządku wielobiegunowego (który składałby się z Chin, Niemiec, Rosji, USA, a być może także Indii) i dwubiegunowości (ze Stanami Zjednoczonymi i Państwem Środka jako dwoma wiodącymi potęgami na skalę globalną).

Sam fakt, że USA nie są w już stanie narzucić pewnych rozwiązań, a nawet porozumiewają się z innymi państwami, niekoniecznie silnymi (vide szczyt w Singapurze i Helsinkach), świadczy o tym, że potęga dawnej Ameryki zniknęła.

Powyższa, być może nieco mocna teza, znajduje swoje uzasadnienie w kilku argumentach. Pierwszym z nich jest sposób funkcjonowania USA w stosunkach międzynarodowych. Do tej pory Amerykanie byli w stanie podejmować i realizować wszelkie inicjatywy polityczno-militarne. Międzynarodowe zaplecze instytucjonalno-organizacyjne służyło opracowaniu i legitymizacji poszczególnych posunięć, w przypadku zaś pojawienia się wyraźnego oporu Amerykanie – z racji braku możliwości konstrukcji porozumień blokujących ich działania – mogli zignorować powyższe sygnały lub zmienić formułę aktywności. W tym przypadku symptomatycznym przykładem jest choćby druga wojna w Zatoce Perskiej.

Drugim argumentem jest zmiana w procesie konstruowania decyzji wiążących. Wcześniej proces ten funkcjonował w warunkach stworzonych dzięki instytucjonalnej multipolarności, która polegała na poszukiwaniu szerokiego konsensusu przez USA wśród mniejszych państw, cedując także na nie odpowiedzialność za niektóre podjęte decyzje. Oznaczało to, że decyzje posiadały znamiona międzynarodowej, kolektywnej legitymizacji na poziomie instytucjonalnym (np. na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ). Współcześnie atrofia znaczenia instytucji międzynarodowych spowodowała tworzenie się grup decyzyjnych składających się z najsilniejszych państw, w których wiążące rozstrzygnięcia są podejmowane w sposób luźno sformalizowany lub nawet za pośrednictwem słownych deklaracji działania. Ten trend obserwujemy już od czasu porozumień w Mińsku.

Trzecią przesłanką jest ambiwalentne działanie Waszyngtonu, który z jednej strony wzywa do odbudowy międzynarodowego systemu instytucji, z drugiej zaś sam go podkopuje, wysyłając takie sygnały jak wystąpienie z Rady Praw Człowieka ONZ czy wojna celna z Unią Europejską. Wprowadza to dezorientację wśród dotychczasowych amerykańskich partnerów, którzy nie dostrzegają już w USA gwaranta międzynarodowej stabilności, lecz nieprzewidywalnego gracza, który sam nie wie, czego tak naprawdę chce.

klubjagiellonski.pl

poniedziałek, 4 maja 2020


Dziś dzieci tych robotników, pozbawionych na początku lat 90. znaczenia, pracy i godności, zwracają się ku agresywnemu nacjonalizmowi. Ideologia narodowa czy nawet patriotyczna daje niesłychanie silne, grupowe poczucie wpływu, znaczenia, bycia kimś. Wnuki robotników i robotnic, którzy w Służbie Polsce pracowali na wielkich budowach socjalizmu, tworzą dziś ruchy narodowe – stają się aktorami owych wielkich, smutnych i strasznych spektaklów, które dla nich są reżyserowane.

Wygrywającym po 1989 roku okazało się nowe mieszczaństwo, wywodzące się z peerelowskich elit: inteligencji, średniego aparatu urzędniczego i partyjnego oraz, w jakimś stopniu, choć zapewne mniejszym, niż twierdzą zwolennicy teorii o układzie, z aparatu bezpieczeństwa. Te elity zaś są dziećmi rewolucji 1939-1956. Oczywiście pojawiają się w „nowym” mieszczaństwie ludzie, którzy reprezentują mieszczaństwo „stare”, których genealogie sięgają Polski międzywojennej. Ludzie wracający z kilkupokoleniowej często emigracji czy ci, których tradycje rodzinne zachowały etos i mentalność przedwojennych bourgeois. Ale to nie oni decydują o kształcie „nowej klasy średniej”, nie oni są jej substancją. Nie oni też nadają tożsamość symboliczną nowemu hegemonowi społecznemu.

(...)

Rewolucja mieszczańska dopełniła się w jeszcze jednym sensie. Mieszczaństwo wywodzące się z wielkiego awansu okresu 1939-1956 przejęło władzę polityczną. Jego przedstawicielami byli w pewnym sensie jedni i drudzy; i opozycja demokratyczna, i generalicja. Różnica była taka, że opozycja to byli ci, którzy wcześniej odeszli od ustroju autorytarnego na rzecz demokracji. Generalicja i aparat partyjny natomiast do ostatniej chwili korzystały z tego ustroju i różnych profitów, które dawał. Lata 80. nieprzypadkowo są okresem, kiedy aparat państwowy i partyjny zamienia swoją pozycję w hierarchii władzy na pozycję ekonomiczną. Dogadali się więc i ustanowili hegemonię mieszczaństwa, której wyrazem był najpierw Wilczek, a potem Balcerowicz. Wprowadzono taki ustrój ekonomiczny, który dla mieszczaństwa jest najlepszy, przy wszystkich wadach tego, jak państwo polskie go realizuje.

Mieszczaństwo wzięło realnie władzę i osiągnęło ogromną korzyść polityczną, to znaczy władzę ustabilizowało. Nie czuje się jednak „w prawie”. Przez historię Donald Tusk będzie rozpoznany jako świetny przedstawiciel tej klasy. Sprawny, posiadający wszystkie pozytywne cechy nowoczesnego mieszczanina, obdarzony wybitnym talentem politycznym, który pozwolił mu na coś w Polsce niebywałego – ustabilizowanie władzy na dwie kadencje parlamentarne.

Jednocześnie okazał się politykiem pozbawionym poczucia legitymizacji wewnętrznej wystarczającej dla rozwinięcia pełnego rozmachu projektu społecznego czy wręcz cywilizacyjnego, projektu osadzonego w nowym uniwersum symbolicznym. Takiego, który wynikałby z przekonania, że można oderwać się od obciążonej tradycją przeszłości w imię politycznej wizji przyszłości. Brak wizji i hasło „nie róbmy polityki” są ogromną słabością jego formacji w porównaniu z opozycją konserwatywną, która uważa, że misję ma. Ona bowiem cieszy się rodzajem legitymizacji wewnętrznej – tradycyjnie silną legitymizacją przez krzywdę i cierpienie. Daje to poczucie moralnego prawa zmiany świata, którego brakuje hegemonistycznemu mieszczaństwu.

Andrzej Leder - Prześniona rewolucja

Prezydent Aleksander Łukaszenko rekomenduje wódkę, wizytę w saunie i ciężką pracę na traktorze. Do tej osobliwej listy środków antywirusowych można dopisać jeszcze grę w hokeja. Przywódca niewzruszony trwającą pandemią postanowił wziąć udział w rozgrywanym w Mińsku amatorskim turnieju. Pozując w kasku i z kijem w dłoni, przekonywał, że sport sprzyja zwalczaniu wirusów. Dlatego rozgrywki sportowe na Białorusi nie zostały wstrzymane, a obstawianie wyników tamtejszej ligi piłkarskiej to jedna z nielicznych nisz, jakie pozostały fanom zakładów bukmacherskich. Na trybunach wciąż widać ludzi, którzy nie przejmują się zachowaniem bezpiecznego dystansu i nie zakładają masek.

Zabrakło tego również podczas narodowego czynu społecznego (subotnika), w ramach którego ponad 2 miliony Białorusinów wykonywało prace przygotowawcze do obchodów 75. rocznicy zwycięstwa w II wojnie światowej. Prezydent sam dał przykład, pozując do zdjęcia w wojskowych spodniach, bluzie i w czapce z daszkiem podczas sadzenia drzew. Towarzyszył mu syn, Mikałaj. Warto odnotować, że obchody odbędą się zgodnie z planem, tj. 9 maja, i zapewne pojawią się na nich tłumy. Wcześniej Białorusini zdążyli już odwiedzić cerkwie podczas Świąt Wielkanocnych i cmentarze z okazji Radonicy (prawosławnego dnia modlitw za zmarłych). Łukaszenka deklarował, że nie wyobraża sobie, by mógł zabronić ludziom „pójścia i pokłonienia się rodzicom”.

(...)

Strategia przyjęta przez Aleksandra Łukaszenkę przypomina raczej tą z Ameryki Łacińskiej. To tam prezydent Brazylii, Jair Bolsonaro, kpi z „grypeczki” i uważa rozwiązania stosowane w innych państwach za histerię. Przekonuje też, że wirus za niedługo zniknie, więc nie należy ograniczać codziennego życia Brazylijczyków. Do zmiany zdania nie przekonały go nawet stwierdzone przypadki w jego najbliższym otoczeniu (sam również musiał poddać się testom). Z kolei w Nikaragui wiceprezydent i zarazem żona urzędującego prezydenta Ortegi, Rosario Murillo, rekomendowali obywatelom swojego kraju wspólny marsz „przeciwko wirusowi”. Na tym tle Białoruś nie wydaje się aż tak oderwana od rzeczywistości. Skąd u Łukaszenki latynoska mentalność? Część odpowiedzi może tkwić w danych gospodarczych.

Już w styczniu i lutym Białoruś odnotowała spadek PKB o 0,6 proc. A było to jeszcze przed turbulencjami w światowej gospodarce, spowodowanymi pandemią. Obecnie eksperci szacują, że białoruska gospodarka może się w tym roku skurczyć nawet o 10%, mimo że Mińsk nie zdecydował się na lockdown. Kłopoty dotknęły branżę turystyczną i rolniczą, spadła produkcja w niektórych fabrykach (bo części nie docierają), a wielu Białorusinów nie będzie mogło skorzystać z okazji dorobienia sobie w innych państwach, bo te zdecydowały o zamknięciu swoich granic. Przez kryzys w państwach Unii Europejskiej i Rosji ucierpi białoruski eksport.

Problemem jest też ropa. Kłopoty gospodarcze Białorusi na początku roku wynikały z komplikacji przy przedłużaniu kontraktu na dostawy tego surowca z Rosji. Do tej pory Mińsk kupował ją od Rosjan po cenach o kilkanaście procent niższych od rynkowych i mógł czerpać zyski z jej przetwarzania. Jednak ze względu na impas w negocjacjach dotyczących integracji obydwu państw Moskwa zadecydowała, że nadszedł czas na zwiększenie presji wobec niepokornego sąsiada. Porozumienie udało się uzyskać dopiero pod koniec marca, ale jego okoliczności nie mogą napawać białoruskiego przywódcy optymizmem.

Rosja postanowiła zmienić swoje stanowisko i zadeklarowała, że Białoruś w momencie poważnego wstrząsu ropy na rynku dostanie tyle tego surowca, ile zechce. Pandemia koronawirusa spowodowała, że popyt na niego spadł gwałtownie, zaś przedłużający się brak porozumienia pomiędzy państwami wydobywającymi go (zrzeszonymi w ramach OPEC+) nie pozwolił na odpowiednie zmniejszenie produkcji – ceny ropy poszły w dół, sygnalizując kłopoty gospodarek czerpiących dochody z jej sprzedaży.

onet.pl

niedziela, 3 maja 2020


Zgodnie z zachodnią wyobraźnią polityczną za wzmocnieniem klasy średniej musi iść koniecznie demokratyzacja całego systemu.

W przypadku Chin to nieprawda. W wydanej jakiś czas temu książce The Dictator’s Dilemma: The Chinese Communist Party’s Strategy for Survival Bruce Dickson wykazał na podstawie sondaży prowadzonych na terenie Chin i analizy tamtejszej klasy średniej, że to właśnie ona jest społeczną ostoją Komunistycznej Partii Chin. Chiny idą swoją drogą i nie patrzą na dogmaty zachodnich politologów.

System może być akceptowany, ale jednocześnie nie jest pozbawiony kontroli społecznej na dużą skalę.

Kiedyś ta kontrola określana była mianem hukou, co oznaczało przywiązanie chłopa do ziemi, ale jednocześnie pewnego rodzaju system zabezpieczenia socjalnego /W rzeczywistości, pierwotnie to komunistyczny system pomocy społecznej, żywieniowej - konkretnej rodzinie, danemu domostwu - rozdzielany wg "adresu", stąd "przywiązanie do ziemi" - red./. Numer nadawany przy urodzeniu traciło się dopiero, opuszczając miejsce urodzenia, a wraz z nim świadczenia socjalne. Dzisiaj mamy do czynienia z ogromną liczbą, szacowaną na 260 milionów liudong renkou, czyli ludnością napływową ze wsi do miejskich placów budowy, którzy są pozbawieni hukou i z tego powodu stanowią swego rodzaju podklasę, bez uprawnień i przywilejów społecznych. /Warstwa "niewolnicza", źródło sukcesu klasy średniej, dlatego owa toleruje władzę Komunistycznej Partii - red./ W 1979 roku 83% chińskiej ludności żyło na wsi. W 2011 roku, po raz pierwszy w chińskiej historii, więcej ludzi mieszkało w miastach niż na wsi. Dzisiaj odsetek ludności miejskiej wynosi 57%, a władze chcą, aby do roku 2030 wzrósł do poziomu 70%. Hukou dopiero z opóźnieniem zaczyna podążać za tymi migracyjnymi procesami.

Drugi ze środków kontroli społecznej to instytucja tzw. komitetu blokowego, zwanego danwei, czyli rodzaj sołtysa, który każdego śledzi i donosi wyższym czynnikom. Za czasów Mao była to kontrola totalitarna, gdzie nie tylko bielizna, ale nawet kobiecy cykl miesiączkowy był własnością kolektywu. Dzisiaj dawny totalitaryzm polityczny zastąpiła kontrola finansowa i ideologia „mamonizmu”. Totalitaryzm polityczny zamienił się w pełną dominację pieniądza: tyle jesteś wart, ile tego pieniądza masz, nic innego się nie liczy. Pieniądz stał się jedyną wartością i miernikiem oceny danego człowieka.

Do tego dochodzi przymus technologiczny, coraz mocniej wkraczający w życie społeczne Chińczyków. Lubimy się przedstawiać jako liderzy w płatnościach bezgotówkowych, ale to Chiny są w tej dziedzinie prawdziwym prymusem. Nie mówiąc już o zaawansowanych systemach kontroli tego przepływu, które są własnością chińską, czyli wszystko zostaje pod kontrolą władzy.

klubjagiellonski.pl

Jakie zmiany zaszły w Chinach, że przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinping zdecydował się na odejście od zasad rozproszonego, kolektywnego przywództwa, które wprowadził jeszcze słynny Deng Xiaoping, i postanowił skoncentrować władzę we własnych rękach?

Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. W gronie obserwatorów chińskiej polityki sformułowano trzy potencjalne wyjaśnienia.

Pierwsza szkoła mówi, że Xi Jinping w czasie swojej pierwszej kadencji prowadził kampanię antykorupcyjną o skali dotychczas w chińskim państwie niespotykanej. W ten sposób naruszył jednak całą masę interesów indywidualnych i grupowych. Wyrzucił ludzi z politycznej wierchuszki, czystką zostało objętych kilkuset wojskowych oraz ważnych polityków, w tym Bo Xilai i Zhou Yongkang, odpowiedzialni w poprzedniej ekipie za służby bezpieczeństwa. Mechanizm miałby więc działać bardzo prosto: teraz oni siedzą, ale gdyby Xi Jinping stracił stołek przewodniczącego, to szybko by się z tymi panami zamienił.

Druga szkoła myślenia szuka odpowiedzi w procesach historycznych. Zdaniem jej zwolenników już od lat 90. XX wieku rośnie w siłę nurt poszukujący inspiracji w chińskiej tradycji i głoszący hasło powrotu do korzeni chińskiej cywilizacji. Jego entuzjaści uważają za konieczne sięgnięcie po dziedzictwo konfucjanizmu i odejście od czerpania rozwiązań z Zachodu. Skoro więc wracamy do przeszłości, to w końcu na scenie musi pojawić się Tianzi, Syn Niebios, nowy Cesarz.

Trzecie podejście podkreśla znaczenie strategii politycznej. Zdaniem zwolenników tego wyjaśnienia, do którego zaliczam także siebie, Xi Jinping odrzucił dziedzictwo poprzednich przywódców wypracowane przez Deng Xiaopinga. Zamiast kolektywnego kierownictwa i polityki low profile (taoguang yanghui), zakładającej skromne i stopniowe nabieranie sił, dostajemy koncepcję bardziej zdecydowanych i asertywnych rządów, które stawiają sobie nad wyraz ambitne cele. Niektórzy w Chinach twierdzą, że Xi Jinping celuje w nich za wysoko.

(...)

Zakładając, że Xi Jinping nie jest „złym cesarzem”, ale zależy mu na potędze państwa i społecznym dobrobycie, to musiał mieć mocne przesłanki, aby taką, a nie inną decyzję podjąć.

Przesłanki są więcej niż mocne. Chiny od 1991 roku, kiedy rozpadł się ZSRR, realizowały polityczny testament Deng Xiaopinga. Jego podstawą była tzw. doktryna 28 znaków, zakładająca ukrywanie własnych możliwości i zamiarów. Przez 20 lat ta strategia nie była podważana. W tym czasie Chiny nabierały stopniowo wewnętrznej mocy, jednocześnie nie angażując się zbytnio na arenie międzynarodowej. Za ten sukces w dużej mierze odpowiadał prawdziwy geniusz ekonomii politycznej Zhu Rongji – połączenie Balcerowicza i Kołodki, jeśli można tak to ująć, który przez 12 lat kierował chińską gospodarką.

Na czym konkretnie polegał jego geniusz?

Kiedy Zhu Rongji obejmował stery chińskiej gospodarki, to nazywał ją stalinowską. Jego ambicją było nadanie jej bardziej rynkowej struktury. Lista jego osiągnięć robi wielkie wrażenie i nic dziwnego, że dziś na chińskich uniwersytetach powstają katedry poświęcone analizie jego myśli, polityki i osiągnieć. To Zhu Rongji przeprowadził Chiny bez bólu przez tzw. kryzys azjatycki w 1997 r., to on jest architektem wejścia Chin (w grudniu 2001 r.) do Światowej Organizacji Handlu. To on umożliwił chińskim przedsiębiorstwom zwycięską rywalizację na światowych rynkach, uporządkowawszy wcześniej w tym celu sprawy wewnątrz Chin, np. poprzez budowę nowoczesnego systemu podatkowego lub skuteczne zwalczanie inflacji. W konsekwencji możliwa była globalna ekspansja takich marek jak Lenovo czy Huawei.

Po drugie, Chiny miały już wtedy miliard mieszkańców, dysponując jednocześnie rezerwami walutowymi w wysokości ledwie 18 mld dolarów, czyli tyle co nic. Piętnaście lat później rezerwy przekroczyły już poziom biliona dolarów, a w szczytowym momencie, w grudniu 2014 roku, doszły do wysokości 4 bilionów dolarów. To tyle co polski PKB, ale zsumowany z sześciu lat.

Wracając do Xi Jinpinga i jego wizji koncentracji władzy…

W 2009 roku Chiny wyprzedziły Niemców, stając się tym samym największym eksporterem na globie. Pięć lat później zdobyły pierwsze miejsce w kategorii „największe państwo handlujące na świecie”, przeskakując Stany Zjednoczone w wolumenie eksportu i importu. I co najważniejsze, od tego samego 2014 roku, biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej, Chiny są już największą gospodarką świata. Od tego czasu ich przewaga nad USA tylko się powiększa. Do tego dochodzi załamanie się konsensusu waszyngtońskiego w wyniku kryzysu finansowego z 2008 roku, który podważył status Stanów Zjednoczonych jako jedynego globalnego supermocarstwa ekonomicznego.

W tych okolicznościach Xi Jinping uznał, że nadszedł czas na odejście od dotychczasowej zachowawczej polityki low profile, że uwarunkowania geopolityczne i ekonomiczne każą mu przekroczyć polityczny testament Deng Xiaopinga. Stąd decyzja o ogłoszeniu koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku. Chiny zaczynają zachowywać się jak globalne mocarstwo, rzucając tym samym wyzwanie dotychczasowemu hegemonowi.

Byłem w Chinach akurat, kiedy wybrano Donalda Trumpa na nowego gospodarza Białego Domu. W chińskiej telewizji publicznej jeden z uznanych ekspertów stwierdził wówczas, że oto pojawił się prezydent, za którego kadencji Chiny staną się numerem jeden na świecie.

klubjagiellonski.pl

Żyjemy dziś w systemie cierpiącym na szczególną odmianę schizofrenii. Z jednej strony eksperci i intelektualiści na usługach neokonserwatywnej hegemonii bombardują nas religijnymi obietnicami postępu technologicznego, który już za chwilę podniesie wydajność na poziom przenoszący nas w domenę powszechnego dostatku rodem ze Star Treka, a zarazem doprowadzi do robotyzacji wszystkich nudnych i nieciekawych prac. Z drugiej strony wciąż dostajemy tę samą, powtarzaną do znudzenia śpiewkę o konieczności pracowania więcej i więcej, o wymogu produktywizacji jak największej części naszej aktywności. Zamiast wykorzystać przyprawiające o zawrót głowy innowacje do wysłania nas na „zieloną trawkę”, używa się ich to tego, byśmy „uwolnili się” od biologicznych ograniczeń naszych ciał, które rzekomo zmuszają nas do szukania odpoczynku i zapadania w sen, a tym samym codziennie przyczyniają się do skandalicznego marnowania miliardów roboczogodzin w skali globalnej. Już nawet fantazmaty kreowane przez kulturę popularną odzwierciedlają tę sprzeczność. O ile ideałem dobrego życia wciąż pozostaje wystawna konsumpcja w rajskich okolicznościach przyrody tropikalnej, to nie ma ona nic wspólnego ze słodkim nieróbstwem – zaludniające reklamowe uniwersum piękne, opalone ciała zawsze są podłączone do globalnej sieci, by za pośrednictwem smartfonów lub innych urządzeń pozostawać w permanentnym i rentownym kontakcie z biurem lub szefem, nie tracąc ani sekundy na urlopie. Tak jakby każda naprawdę wolna chwila była katastrofalną stratą dla gospodarki i zagrożeniem dla prawidłowego funkcjonowania jednostek.

W odróżnieniu od podstarzałych mędrców akademickiej lewicy zaklinających rzeczywistość wizjami kreatywnej gospodarki wiedzy, dostatku z drukarki 3D, sieciowej demokracji i technologii uwalniającej od konieczności pracy, ludzie z agencji reklamowych wiedzą doskonale, że jedyna cyfrowa rewolucja, jaką znamy, dostarcza kapitałowi najlepszych w historii narzędzi kontroli, dozoru i dyscyplinowania siły roboczej, a przyszłość, jaka się w związku z tym rysuje, to nieustająca praca bez etatu i bez granic (przestrzennych oraz czasowych). Obliczono niedawno, że same smartfony wydłużają nasz czas pracy o 11 godzin tygodniowo. Nie jest to niestety tylko aberracja krajów globalnej Północy i nie dotyczy tylko przedstawicieli tzw. zawodów kreatywnych. Ofiarami są w równym stopniu robotnicy(-e) z globalnego Południa. Cyfrowe systemy zatrudnienia, dozoru linii produkcyjnej i kontroli zachowań robotnic w chińskich fabrykach elektroniki lub bengalskich szwalniach są zmorą milionów młodych kobiet, których ciała stanowią poligon doświadczalny nowych form eksploatacji (i stąd tak często sięgają po samobójstwo jako formę protestu).

magazynrtv.com

sobota, 2 maja 2020


W połowie trwającej dekady, kiedy wiele krajów Ameryki Łacińskiej zmagało się ze skutkami recesji gospodarczej, ChRL nie tylko nie pomogły, ale zaczęły wprowadzać w życie znany schemat – stosowany pod innymi szerokościami geograficznymi, np. na Sri Lance czy w Pakistanie – który de facto sprowadzał się do uzależnienia gospodarczego dłużnika od Chin. Najbardziej dotknęło to Wenezuelę, gdzie koncentruje się niemal połowa wszystkich chińskich pożyczek dla regionu. 67 mld dol. chińskich pożyczek stanowi dziś niemal 70 proc. wenezuelskiego PKB. Nawet Chińczycy zaczynają wątpić czy od skorumpowanej Wenezueli Pekinowi uda się odzyskać pożyczone pieniądze.

Władze ChRL musiały odczuć zmianę nastawienia niektórych nowych przywódców Ameryki Łacińskiej. Rządzący Argentyną Mauricio Macri zaraz po przejęciu steru w grudniu 2015 r. zawiesił kilka naprawdę bardzo ważnych projektów, które miały powstać za pieniądze płynące z Chin. Chodziło przede wszystkim o dwie zapory wodne w Patagonii, których budowa została zawieszona na skutek braku przejrzystości finansowej projektów oraz obaw dotyczących wpływu ich budowy na środowisko.

Nowe i zyskujące coraz bardziej na popularności stanowisko w sprawie obecności Chin w tej części świata najlepiej ujął w swojej kampanii wyborczej rządzący dziś Brazylią Jair Bolsonaro. Jego zdaniem Chiny nie dokonują zakupów w Ameryce Łacińskiej lecz wykupują Amerykę Łacińską. Jego wręcz ostentacyjne manifestowanie sojuszu z Waszyngtonem musi budzić niepokój Pekinu. Szczególnie jeśli chodzi o deklaracje Bolsonaro zachęcające USA do budowania baz wojskowych w północnej części kraju. Może dlatego właśnie władze ChRL tak mocno zaangażowały się w obronę i tak już słabej pozycji Nicolasa Maduro w Caracas.

Jednak Chiny łatwo nie odpuszczą. Próbują angażować do współpracy nowe kraje. Świadczy o tym włączanie kolejnych państw do projektu Nowego Jedwabnego Szlaku, między innymi Kostaryki, Urugwaju, Chile, Ekwadoru oraz Salwadoru, który został zmuszony do zerwania stosunków dyplomatycznych z Tajwanem. Podobny manewr został też zastosowany względem Republiki Dominikany.

obserwatorfinansowy.pl

Zmiana władzy w Mołdawii umknęła uwadze polskiej opinii publicznej. Co gorsza również politykom. Tymczasem wydaje się, że w Kiszyniowie światowe mocarstwa kolejny raz testowały model współpracy wobec obszaru postsowieckiego. Po niedawnych wyborach w parlamencie Mołdawii pojawiły się trzy mniej więcej równe siły. Blok ACUM (po polsku – Teraz) zdecydowanie prozachodni, o profilu centroprawicowym, Demokratyczna Partia Mołdawii rządząca od lat i będąca de facto własnością jedynego mołdawskiego oligarchy z prawdziwego zdarzenia – Vlada Plahotniuca (wywodzi się z niej dotychczasowy premier Pavel Filip) deklaratywnie prozachodnia, a zwłaszcza prorumuńska oraz Partia Socjalistyczna prezydenta Igora Dodona, o sympatiach prorosyjskich. ACUM przy tym jest na mołdawskiej scenie politycznej bytem względnie nowym. W jego skład wchodzą Partia Działania i Solidarności Mai Sandu oraz Partia Godność i Prawda Andreia Nastase. Ten drugi wygrał w ubiegłym roku wybory na mera Kiszyniowa, ale zależny od Plahotniuca Trybunał Konstytucyjny wybór unieważnił.

Po wyborach wydawało się, że polityczny pat paraliżujący politykę mołdawską i system, w którym rządzi Plahotniuc i będą trwać nadal. Mołdawia pozostanie krajem stowarzyszonym z Unią Europejską, ale dystans wobec Zachodu będzie raczej się zwiększał niż zmniejszał (od jesieni ub. roku wypłata europejskich funduszy była wstrzymana ze względu na brak realnej walki z korupcją). A w istocie pozostanie szarą strefą pomiędzy Rosją (rządzącą niepodzielnie w separatystycznym Naddniestrzu i utrzymującą tam bazy wojskowe) a Europą, reprezentowaną głównie przez wspierającą Plahotniuca Rumunię.

Niezdolność partii politycznych do powołania rządu wskazywała na to, że za chwilę odbyć miały się kolejne wybory – konstytucja Mołdawii przewidywała rozwiązanie parlamentu w razie niemożności wyłonienia rządu do 8 czerwca. Tymczasem w ostatniej chwili ogłoszono powstanie koalicji Socjalistów i ACUM. Na stanowisko premiera powołana została jedna z liderek ACUM, powszechnie szanowana Maia Sandu. Niby nic nadzwyczajnego. Tyle tylko, że ta decyzja zapadła po odwiedzinach w Mołdawii Dymitra Kozaka (uchodzącego na Kremlu za potencjalnego następcę Putina) oraz odpowiedzialnego w Departamencie Stanu USA za sprawy Europy Wschodniej Bradleya Fredena i komisarza UE do spraw rozszerzenia Johannesa Hahna.

Oficjalne poparcie dla nowego rządu natychmiast wyraziły Stany Zjednoczone i Rosja. Chwile później uczynili to urzędnicy Komisji Europejskiej. Rządząca dotychczas partia Plahotniuca tymczasem ogłosiła, że rząd jest nielegalny. Mołdawski Trybunał Konstytucyjny powolny decyzjom oligarchy ogłosił, że rząd powołano za późno a prezydent Dodon podpisując nominację pani premier złamał konstytucję wobec czego nie jest już prezydentem i jego obowiązki przejmuje dotychczasowy premier Filip. Tenże natychmiast ogłosił rozwiązanie parlamentu i nowe wybory. Otrzymał wsparcie z Bukaresztu. Na chwilę. Bo po przyjaznych rozmowach z dyplomatami pewnego zaprzyjaźnionego mocarstwa Rumunia zmieniła zdanie i szybko uznała rząd Sandu. Sam Plahotniuc początkowo wyprowadził swoich zwolenników na ulice, zarządził blokadę gmachów rządowych, nie uznał nowego rządu i próbował wykonać kilka proamerykańskich gestów (rząd m.in. zadeklarował przeniesienie ambasady Mołdawii w Izraelu do Jerozolimy).

Po spotkaniu Plahotniuca z ambasadorem amerykańskim, Derekiem Hoganem oligarcha ogłosił, że wyjeżdża spotkać się z rodziną, za którą nadzwyczaj się stęsknił (dzieci mieszkają w Szwajcarii) i wyjechał w nieznanym kierunku. Raczej do Londynu lub Stambułu niż do Lozanny. Razem z nim wyleciały z Kiszyniowa dwa czy trzy inne prywatne samoloty, a spora grupa pasażerów z zadziwiająco dużymi bagażami podążyła w kierunku Moskwy. Trybunał Konstytucyjny zaś zmienił zdanie i szybko i sprawnie wycofał się z poprzednich decyzji i uznał rząd Mai Sandu.

oaspl.org

czwartek, 30 kwietnia 2020


ObserwatorFinansowy.pl: - Pisze Pan w swojej książce, że wolność mieści się w „wąskim korytarzu”? Co to znaczy?

Prof. James A. Robinson: Chodzi o korytarz między siłą państwa a siłą społeczeństwa. W Korei Północnej mamy silne państwo i bezsilne społeczeństwo. W Jemenie mamy słabe, podzielone i dysfunkcyjne państwo, ale również bezsilne społeczeństwo. Wąski korytarz dla wolności powstaje między despotyzmem a bezprawiem, gdzie silne, ale nie wszechpotężne państwo służy budowaniu silnego społeczeństwa.

- Książka ukazała się jeszcze zanim wybuchła pandemia koronawirusa. Jak wygląda ten korytarz dzisiaj, gdy ogranicza się naszą wolność, by zwalczyć chorobę?

Cóż, to zależy od państwa. Azja, a zwłaszcza Chiny, wybrała inną ścieżkę niż Europa. Tam zastosowano naprawdę drakońskie środki, w Europie bardziej liberalne, chociaż też wyjątkowe. Powstaje pytanie, czy aż takie zacieśnienie korytarza, jak w Chinach byłoby u nas dobrym pomysłem. Sądzę, że raczej nie. Chiny stosują drakońskie środki nie dlatego, że to optymalna strategia, a dlatego, że inaczej nie potrafią i nie mogą, ponieważ partia nie ma kapitału zaufania ze strony Chińczyków. Dobrowolnie by z nią nie kooperowali i nie wykonywaliby zaleceń na czas kwarantanny w takim zakresie, w jakim to konieczne.

- Chiny wracają jednak do normalności. Może ten epidemiczny „zamordyzm” okazał się drogą do szybkiego poszerzenia korytarza wolności, a z kolei paradoksalnie europejski liberalizm skazuje nas na długie miesiące paraliżu i quasi-wolności?

Podobne wątpliwości wyrażano w Wielkiej Brytanii w czasach I Wojny Światowej. Na początku wojny wydawało się, że Niemcy wygrają. Byli świetnie zorganizowani, a w praktyce nie byli przecież demokracją, rządziła tam armia będąca pod wpływem generałów Ludendorffa i Hindenburga. Z kolei Wielka Brytania była demokracją, w której każda grupa mogła się wypowiedzieć i wywierać wpływ na politykę publiczną, panowała gorąca dyskusja na każdy temat, często połączona z impasem decyzyjnym. Wielu Brytyjczyków twierdziło, że lepiej zaimportować rozwiązania z Republiki Weimarskiej i przynajmniej na czas wojny wprowadzić dyktat twardej ręki. Nie zrobiono tego, a jednak to Niemcy przegrały. Demokracja, mimo że chaotyczna, rozgadana, okazała się elastyczniejsza niż alternatywne, autorytarne systemy, które nie przyznawały się do błędów, nie chciały zmiany oraz tłumiły głosy reformatorów i racjonalizatorów.

- To robiły też Chiny, zanim informacje o pladze zachorowań na Covid-19 obiegły świat – tłamsiły głosy tych, którzy o nich mówili.

Dokładnie.

- Tomasz Wróblewski, polski publicysta ekonomiczny, zwrócił uwagę, że gdyby w Chinach panowała demokracja, świat dowiedziałby się o zagrożeniu wcześniej i mógł skuteczniej zareagować, a tak mamy to, co mamy.

W tym też jest racja. Pamiętajmy jednak, że reakcja Zachodu na pandemię także była i jest ułomna. Chaotyczna, bałaganiarska. To już nie jest winą Chin. Częściowo można usprawiedliwiać tym, że prawdziwej, dużej pandemii nie było od ponad wieku, że epidemie, które się zdarzały, jak np. epidemia eboli, były relatywnie krótkie i miały ograniczony zasięg. Niemniej nie jest to wystarczające usprawiedliwienie. Ten brak rozwagi świadczy o słabości państw Zachodu.

- Jego elit. Okazało się, że zachodnie demokracje są w mniejszym stopniu merytokratyczne niż państwa Azji. Zagrożenie epidemiczne było znane, ale nic nie robiono. Azjaci zaś opracowywali plany działań na wszelki wypadek.

Ja bym jednak wstrzymał się z jednoznacznym osądem czyje reakcje są lepsze do końca pandemii, a na pewno z sugerowaniem, że merytokratyczna autokracja to coś lepszego niż demokracja. Wirusy przychodzą, wywołują zaburzenia, a potem sytuacja się normalizuje, tak było i jest od wieków. Możliwe więc, że nie opłaca się zaostrzać reżimu politycznego tylko dlatego, że pojawił się kolejny. Poza tym nie wkładajmy do jednego worka Korei Południowej, czy Tajwanu z Chinami. Państwa te różnią się pod względem legitymacji politycznej. Co więcej, gdy ktoś twierdzi, że obecny, monopartyjny system umożliwia Chinom skuteczne, merytokratyczne zarządzanie, nie bierze pod uwagę faktu, że ten kraj słynął ze skutecznych urzędników jeszcze w czasach cesarskich. W wyniku splotu historycznych okoliczności ukształtował się tam wyjątkowy sposób wyłaniania i selekcji elit, który partia komunistyczna po prostu bezwiednie odziedziczyła i zaczęła propagandowo przypisywać sobie jako zasługę.

obserwatorfinansowy.pl