niedziela, 3 maja 2020


Żyjemy dziś w systemie cierpiącym na szczególną odmianę schizofrenii. Z jednej strony eksperci i intelektualiści na usługach neokonserwatywnej hegemonii bombardują nas religijnymi obietnicami postępu technologicznego, który już za chwilę podniesie wydajność na poziom przenoszący nas w domenę powszechnego dostatku rodem ze Star Treka, a zarazem doprowadzi do robotyzacji wszystkich nudnych i nieciekawych prac. Z drugiej strony wciąż dostajemy tę samą, powtarzaną do znudzenia śpiewkę o konieczności pracowania więcej i więcej, o wymogu produktywizacji jak największej części naszej aktywności. Zamiast wykorzystać przyprawiające o zawrót głowy innowacje do wysłania nas na „zieloną trawkę”, używa się ich to tego, byśmy „uwolnili się” od biologicznych ograniczeń naszych ciał, które rzekomo zmuszają nas do szukania odpoczynku i zapadania w sen, a tym samym codziennie przyczyniają się do skandalicznego marnowania miliardów roboczogodzin w skali globalnej. Już nawet fantazmaty kreowane przez kulturę popularną odzwierciedlają tę sprzeczność. O ile ideałem dobrego życia wciąż pozostaje wystawna konsumpcja w rajskich okolicznościach przyrody tropikalnej, to nie ma ona nic wspólnego ze słodkim nieróbstwem – zaludniające reklamowe uniwersum piękne, opalone ciała zawsze są podłączone do globalnej sieci, by za pośrednictwem smartfonów lub innych urządzeń pozostawać w permanentnym i rentownym kontakcie z biurem lub szefem, nie tracąc ani sekundy na urlopie. Tak jakby każda naprawdę wolna chwila była katastrofalną stratą dla gospodarki i zagrożeniem dla prawidłowego funkcjonowania jednostek.

W odróżnieniu od podstarzałych mędrców akademickiej lewicy zaklinających rzeczywistość wizjami kreatywnej gospodarki wiedzy, dostatku z drukarki 3D, sieciowej demokracji i technologii uwalniającej od konieczności pracy, ludzie z agencji reklamowych wiedzą doskonale, że jedyna cyfrowa rewolucja, jaką znamy, dostarcza kapitałowi najlepszych w historii narzędzi kontroli, dozoru i dyscyplinowania siły roboczej, a przyszłość, jaka się w związku z tym rysuje, to nieustająca praca bez etatu i bez granic (przestrzennych oraz czasowych). Obliczono niedawno, że same smartfony wydłużają nasz czas pracy o 11 godzin tygodniowo. Nie jest to niestety tylko aberracja krajów globalnej Północy i nie dotyczy tylko przedstawicieli tzw. zawodów kreatywnych. Ofiarami są w równym stopniu robotnicy(-e) z globalnego Południa. Cyfrowe systemy zatrudnienia, dozoru linii produkcyjnej i kontroli zachowań robotnic w chińskich fabrykach elektroniki lub bengalskich szwalniach są zmorą milionów młodych kobiet, których ciała stanowią poligon doświadczalny nowych form eksploatacji (i stąd tak często sięgają po samobójstwo jako formę protestu).

magazynrtv.com

sobota, 2 maja 2020


W połowie trwającej dekady, kiedy wiele krajów Ameryki Łacińskiej zmagało się ze skutkami recesji gospodarczej, ChRL nie tylko nie pomogły, ale zaczęły wprowadzać w życie znany schemat – stosowany pod innymi szerokościami geograficznymi, np. na Sri Lance czy w Pakistanie – który de facto sprowadzał się do uzależnienia gospodarczego dłużnika od Chin. Najbardziej dotknęło to Wenezuelę, gdzie koncentruje się niemal połowa wszystkich chińskich pożyczek dla regionu. 67 mld dol. chińskich pożyczek stanowi dziś niemal 70 proc. wenezuelskiego PKB. Nawet Chińczycy zaczynają wątpić czy od skorumpowanej Wenezueli Pekinowi uda się odzyskać pożyczone pieniądze.

Władze ChRL musiały odczuć zmianę nastawienia niektórych nowych przywódców Ameryki Łacińskiej. Rządzący Argentyną Mauricio Macri zaraz po przejęciu steru w grudniu 2015 r. zawiesił kilka naprawdę bardzo ważnych projektów, które miały powstać za pieniądze płynące z Chin. Chodziło przede wszystkim o dwie zapory wodne w Patagonii, których budowa została zawieszona na skutek braku przejrzystości finansowej projektów oraz obaw dotyczących wpływu ich budowy na środowisko.

Nowe i zyskujące coraz bardziej na popularności stanowisko w sprawie obecności Chin w tej części świata najlepiej ujął w swojej kampanii wyborczej rządzący dziś Brazylią Jair Bolsonaro. Jego zdaniem Chiny nie dokonują zakupów w Ameryce Łacińskiej lecz wykupują Amerykę Łacińską. Jego wręcz ostentacyjne manifestowanie sojuszu z Waszyngtonem musi budzić niepokój Pekinu. Szczególnie jeśli chodzi o deklaracje Bolsonaro zachęcające USA do budowania baz wojskowych w północnej części kraju. Może dlatego właśnie władze ChRL tak mocno zaangażowały się w obronę i tak już słabej pozycji Nicolasa Maduro w Caracas.

Jednak Chiny łatwo nie odpuszczą. Próbują angażować do współpracy nowe kraje. Świadczy o tym włączanie kolejnych państw do projektu Nowego Jedwabnego Szlaku, między innymi Kostaryki, Urugwaju, Chile, Ekwadoru oraz Salwadoru, który został zmuszony do zerwania stosunków dyplomatycznych z Tajwanem. Podobny manewr został też zastosowany względem Republiki Dominikany.

obserwatorfinansowy.pl

Zmiana władzy w Mołdawii umknęła uwadze polskiej opinii publicznej. Co gorsza również politykom. Tymczasem wydaje się, że w Kiszyniowie światowe mocarstwa kolejny raz testowały model współpracy wobec obszaru postsowieckiego. Po niedawnych wyborach w parlamencie Mołdawii pojawiły się trzy mniej więcej równe siły. Blok ACUM (po polsku – Teraz) zdecydowanie prozachodni, o profilu centroprawicowym, Demokratyczna Partia Mołdawii rządząca od lat i będąca de facto własnością jedynego mołdawskiego oligarchy z prawdziwego zdarzenia – Vlada Plahotniuca (wywodzi się z niej dotychczasowy premier Pavel Filip) deklaratywnie prozachodnia, a zwłaszcza prorumuńska oraz Partia Socjalistyczna prezydenta Igora Dodona, o sympatiach prorosyjskich. ACUM przy tym jest na mołdawskiej scenie politycznej bytem względnie nowym. W jego skład wchodzą Partia Działania i Solidarności Mai Sandu oraz Partia Godność i Prawda Andreia Nastase. Ten drugi wygrał w ubiegłym roku wybory na mera Kiszyniowa, ale zależny od Plahotniuca Trybunał Konstytucyjny wybór unieważnił.

Po wyborach wydawało się, że polityczny pat paraliżujący politykę mołdawską i system, w którym rządzi Plahotniuc i będą trwać nadal. Mołdawia pozostanie krajem stowarzyszonym z Unią Europejską, ale dystans wobec Zachodu będzie raczej się zwiększał niż zmniejszał (od jesieni ub. roku wypłata europejskich funduszy była wstrzymana ze względu na brak realnej walki z korupcją). A w istocie pozostanie szarą strefą pomiędzy Rosją (rządzącą niepodzielnie w separatystycznym Naddniestrzu i utrzymującą tam bazy wojskowe) a Europą, reprezentowaną głównie przez wspierającą Plahotniuca Rumunię.

Niezdolność partii politycznych do powołania rządu wskazywała na to, że za chwilę odbyć miały się kolejne wybory – konstytucja Mołdawii przewidywała rozwiązanie parlamentu w razie niemożności wyłonienia rządu do 8 czerwca. Tymczasem w ostatniej chwili ogłoszono powstanie koalicji Socjalistów i ACUM. Na stanowisko premiera powołana została jedna z liderek ACUM, powszechnie szanowana Maia Sandu. Niby nic nadzwyczajnego. Tyle tylko, że ta decyzja zapadła po odwiedzinach w Mołdawii Dymitra Kozaka (uchodzącego na Kremlu za potencjalnego następcę Putina) oraz odpowiedzialnego w Departamencie Stanu USA za sprawy Europy Wschodniej Bradleya Fredena i komisarza UE do spraw rozszerzenia Johannesa Hahna.

Oficjalne poparcie dla nowego rządu natychmiast wyraziły Stany Zjednoczone i Rosja. Chwile później uczynili to urzędnicy Komisji Europejskiej. Rządząca dotychczas partia Plahotniuca tymczasem ogłosiła, że rząd jest nielegalny. Mołdawski Trybunał Konstytucyjny powolny decyzjom oligarchy ogłosił, że rząd powołano za późno a prezydent Dodon podpisując nominację pani premier złamał konstytucję wobec czego nie jest już prezydentem i jego obowiązki przejmuje dotychczasowy premier Filip. Tenże natychmiast ogłosił rozwiązanie parlamentu i nowe wybory. Otrzymał wsparcie z Bukaresztu. Na chwilę. Bo po przyjaznych rozmowach z dyplomatami pewnego zaprzyjaźnionego mocarstwa Rumunia zmieniła zdanie i szybko uznała rząd Sandu. Sam Plahotniuc początkowo wyprowadził swoich zwolenników na ulice, zarządził blokadę gmachów rządowych, nie uznał nowego rządu i próbował wykonać kilka proamerykańskich gestów (rząd m.in. zadeklarował przeniesienie ambasady Mołdawii w Izraelu do Jerozolimy).

Po spotkaniu Plahotniuca z ambasadorem amerykańskim, Derekiem Hoganem oligarcha ogłosił, że wyjeżdża spotkać się z rodziną, za którą nadzwyczaj się stęsknił (dzieci mieszkają w Szwajcarii) i wyjechał w nieznanym kierunku. Raczej do Londynu lub Stambułu niż do Lozanny. Razem z nim wyleciały z Kiszyniowa dwa czy trzy inne prywatne samoloty, a spora grupa pasażerów z zadziwiająco dużymi bagażami podążyła w kierunku Moskwy. Trybunał Konstytucyjny zaś zmienił zdanie i szybko i sprawnie wycofał się z poprzednich decyzji i uznał rząd Mai Sandu.

oaspl.org

czwartek, 30 kwietnia 2020


ObserwatorFinansowy.pl: - Pisze Pan w swojej książce, że wolność mieści się w „wąskim korytarzu”? Co to znaczy?

Prof. James A. Robinson: Chodzi o korytarz między siłą państwa a siłą społeczeństwa. W Korei Północnej mamy silne państwo i bezsilne społeczeństwo. W Jemenie mamy słabe, podzielone i dysfunkcyjne państwo, ale również bezsilne społeczeństwo. Wąski korytarz dla wolności powstaje między despotyzmem a bezprawiem, gdzie silne, ale nie wszechpotężne państwo służy budowaniu silnego społeczeństwa.

- Książka ukazała się jeszcze zanim wybuchła pandemia koronawirusa. Jak wygląda ten korytarz dzisiaj, gdy ogranicza się naszą wolność, by zwalczyć chorobę?

Cóż, to zależy od państwa. Azja, a zwłaszcza Chiny, wybrała inną ścieżkę niż Europa. Tam zastosowano naprawdę drakońskie środki, w Europie bardziej liberalne, chociaż też wyjątkowe. Powstaje pytanie, czy aż takie zacieśnienie korytarza, jak w Chinach byłoby u nas dobrym pomysłem. Sądzę, że raczej nie. Chiny stosują drakońskie środki nie dlatego, że to optymalna strategia, a dlatego, że inaczej nie potrafią i nie mogą, ponieważ partia nie ma kapitału zaufania ze strony Chińczyków. Dobrowolnie by z nią nie kooperowali i nie wykonywaliby zaleceń na czas kwarantanny w takim zakresie, w jakim to konieczne.

- Chiny wracają jednak do normalności. Może ten epidemiczny „zamordyzm” okazał się drogą do szybkiego poszerzenia korytarza wolności, a z kolei paradoksalnie europejski liberalizm skazuje nas na długie miesiące paraliżu i quasi-wolności?

Podobne wątpliwości wyrażano w Wielkiej Brytanii w czasach I Wojny Światowej. Na początku wojny wydawało się, że Niemcy wygrają. Byli świetnie zorganizowani, a w praktyce nie byli przecież demokracją, rządziła tam armia będąca pod wpływem generałów Ludendorffa i Hindenburga. Z kolei Wielka Brytania była demokracją, w której każda grupa mogła się wypowiedzieć i wywierać wpływ na politykę publiczną, panowała gorąca dyskusja na każdy temat, często połączona z impasem decyzyjnym. Wielu Brytyjczyków twierdziło, że lepiej zaimportować rozwiązania z Republiki Weimarskiej i przynajmniej na czas wojny wprowadzić dyktat twardej ręki. Nie zrobiono tego, a jednak to Niemcy przegrały. Demokracja, mimo że chaotyczna, rozgadana, okazała się elastyczniejsza niż alternatywne, autorytarne systemy, które nie przyznawały się do błędów, nie chciały zmiany oraz tłumiły głosy reformatorów i racjonalizatorów.

- To robiły też Chiny, zanim informacje o pladze zachorowań na Covid-19 obiegły świat – tłamsiły głosy tych, którzy o nich mówili.

Dokładnie.

- Tomasz Wróblewski, polski publicysta ekonomiczny, zwrócił uwagę, że gdyby w Chinach panowała demokracja, świat dowiedziałby się o zagrożeniu wcześniej i mógł skuteczniej zareagować, a tak mamy to, co mamy.

W tym też jest racja. Pamiętajmy jednak, że reakcja Zachodu na pandemię także była i jest ułomna. Chaotyczna, bałaganiarska. To już nie jest winą Chin. Częściowo można usprawiedliwiać tym, że prawdziwej, dużej pandemii nie było od ponad wieku, że epidemie, które się zdarzały, jak np. epidemia eboli, były relatywnie krótkie i miały ograniczony zasięg. Niemniej nie jest to wystarczające usprawiedliwienie. Ten brak rozwagi świadczy o słabości państw Zachodu.

- Jego elit. Okazało się, że zachodnie demokracje są w mniejszym stopniu merytokratyczne niż państwa Azji. Zagrożenie epidemiczne było znane, ale nic nie robiono. Azjaci zaś opracowywali plany działań na wszelki wypadek.

Ja bym jednak wstrzymał się z jednoznacznym osądem czyje reakcje są lepsze do końca pandemii, a na pewno z sugerowaniem, że merytokratyczna autokracja to coś lepszego niż demokracja. Wirusy przychodzą, wywołują zaburzenia, a potem sytuacja się normalizuje, tak było i jest od wieków. Możliwe więc, że nie opłaca się zaostrzać reżimu politycznego tylko dlatego, że pojawił się kolejny. Poza tym nie wkładajmy do jednego worka Korei Południowej, czy Tajwanu z Chinami. Państwa te różnią się pod względem legitymacji politycznej. Co więcej, gdy ktoś twierdzi, że obecny, monopartyjny system umożliwia Chinom skuteczne, merytokratyczne zarządzanie, nie bierze pod uwagę faktu, że ten kraj słynął ze skutecznych urzędników jeszcze w czasach cesarskich. W wyniku splotu historycznych okoliczności ukształtował się tam wyjątkowy sposób wyłaniania i selekcji elit, który partia komunistyczna po prostu bezwiednie odziedziczyła i zaczęła propagandowo przypisywać sobie jako zasługę.

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 24 kwietnia 2020


Absurdalna teoria spiskowa głosząca, że technologia przesyłu danych 5G przenosi koronawirusa i przyczynia się do osłabienia organizmu powoduje w całej Europie niszczenie infrastruktury telekomunikacyjnej oraz ataki na pracowników telekomów - pisze dziennik "Le Monde".

Jak zaznacza gazeta teorie łączące rozwój sieci 5G z pandemią koronawirusa nie mają żadnych naukowych podstaw. Również Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), na swojej stronie prostującej fałszywe informacje dotyczące pandemii, przypomina, że wirus nie może przenosić się poprzez fale elektromagnetyczne.

Francuski dziennik opisuje jednak, że w całej Europie dochodzi do coraz częstszych ataków na infrastrukturę 5G. Najwięcej spośród nich zaobserwowano w Wielkiej Brytanii, gdzie maszty telekomunikacyjne są niszczone od początku kwietnia. W weekend wielkanocny prawie dwadzieścia masztów zostało uszkodzonych lub podpalonych.

Przedstawiciel związku zawodowego pracowników brytyjskiego sektora telekomunikacyjnego powiedział "Le Monde", że odnotowano ponad pięćdziesiąt prób podpalenia anten oraz ponad osiemdziesiąt aktów agresji lub prób zastraszenia wymierzonych w pracowników firm telekomunikacyjnych.

Do ataków na infrastrukturę telekomunikacyjną doszło także w Irlandii, Holandii, Belgii, na Cyprze, a nawet w Nowej Zelandii. Według dziennika co najmniej 70 masztów antenowych zostało uszkodzonych lub próbowano je podpalić.

"Le Monde" relacjonuje coraz bardziej wymyślne wersje teorii spiskowych. Według niektórych z nich pandemia jest tylko "zasłoną dymną" mającą ukryć rzeczywistą przyczynę śmierci tysięcy ludzi, którą jest sieć 5G.

Według innych - odbywające się we Francji codziennie o ósmej wieczorem tradycyjne głośne dziękowanie pracownikom medycznym walczącym z epidemią zostało zainicjowane przez rząd, aby ukryć hałas odbywających się o tej samej porze testów nadajników.

bankier.pl

Ekonomiści i eksperci rynku pracy są zgodni co do jednego: kryzys, który przechodzimy, jest katalizatorem zmian, które i tak już następowały.

– Będziemy teraz przechodzić 10 razy szybciej to, przez co i tak musielibyśmy przejść w gospodarce – uważa Tomasz Wróblewski. Chodzi m.in. o postęp technologiczny, automatyzację i robotyzację rynku pracy.

(...)

W styczniu 2020 roku jeszcze przed nadejściem do Polski koronawirusa, wiele firm deklarowało ograniczenie miejsc pracy i redukcję wynagrodzeń.

Wiele sklepów wielkopowierzchniowych wprowadziło kasy samoobsługowe, fakturomaty oraz obsługę internetową. Kasy na dworcach zastąpiono biletomatami. Postępowała informatyzacja w bankach i urzędach państwowych. To oznaczało mniejsze zapotrzebowanie na pracę ludzi.

Przed poważnym wyzwaniem stanęli też rolnicy, którzy muszą na jeszcze większą skalę zautomatyzować procesy produkcyjne i liczyć na bezrobotnych Polaków. Ukraińcy raczej do nich szybko nie wrócą.

(...)

Eksperci rynku pracy nie mają wątpliwości, że telepraca będzie coraz popularniejsza. Korzystają na niej pracodawcy, ograniczając wydatki na powierzchnie biurowe czy sklepowe, opłaty za media czy sprzęt biurowy. Również pracownicy, którzy potrafią się samozdyscyplinować, będą mogli zarządzać czasem pracy bez nadzoru i kontroli przełożonych.

By dogonić Unię Europejską, gdzie w niektórych sektorach gospodarki z pracy zdalnej korzysta nawet do 80 proc. zatrudnionych, potrzebne są jednak: rozwinięta sieć internetowa oraz nowe, ulepszone przepisy dotyczące zarówno ochrony pracodawców (np. przed kradzieżą czy wyciekiem poufnych danych itd.), jak i pracowników (pracodawca ma obowiązek wyposażyć ich w bezpieczny komputer, łącze internetowe, telefon czy legalne oprogramowanie).

Tymczasem obecne polskie przepisy są przestarzałe, nakładają na firmy absurdalne obowiązki związane np. z dbaniem o bezpieczeństwo i higienę pracy w prywatnych domach pracowników.

wp.pl

Według resortu środowiska efekt zakazu wejścia do lasów jest zaskakujący. Leśnicy mówią wprost: od lat nie było takiego zachowania łani, niedźwiedzi, rysiów czy żubrów. "To jak cud natury" - komentuje MŚ.

"Niesamowite, jak szybko natura odżywa, gdy nie ma ludzi. Wystarczyły dwa tygodnie zakazu wstępu do lasów, a zwierzęta jakby pozbyły się strachu. Bawią się z małymi na drogach, szlakach, leśnych parkingach, wchodzą do wiat, ba, wychodzą z lasu i zwiedzają puste ulice na podmiejskich osiedlach" - opowiada cytowany w informacji nadleśniczy z Browska Adam Roczniak.

Jak podano, w Zakopanem wielkie stado łań spacerowało kilka dni temu jedną z głównych arterii miasta.

Łanie szły powoli, bez strachu, wzdłuż na co dzień ruchliwej ulicy, z zaciekawieniem przyglądając się ludzkim domostwom i samochodom. Niespotykane od lat zachowanie zwierząt zaobserwowali także leśnicy w Białowieskim Parku Narodowym.

"Żubry pojawiły się w miejscach, w których wiosną nie widywaliśmy ich w ciągu dnia. Śmiejemy się, że wyszły na ulice demonstrować i zapewne domagają się utrzymania zakazu wstępu do lasu, bo dzięki temu mogą wreszcie swobodnie poruszać się po swoim domu" - mówi dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego Michał Krzysiak.

Szef BPN dodał, że żubr jest królem puszczy, bardzo cierpliwym i niezbyt skorym do agresji. Najczęściej ustępuje człowiekowi. "A teraz wreszcie może panować na całym swoim terytorium. Dla przyrodników to niesamowity widok - dostojny król pasie się przy głównej drodze dojazdowej do parku, bez stresu, bez smrodu spalin i bez towarzystwa ludzi" - zauważa Krzysiak.

Dawno niespotykaną aktywność zauważyli również pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego. Dyrektor tego parku Szymon Ziobrowski poinformował, że niedźwiedzie zbudziły się z zimowego snu i uzupełniają tkankę tłuszczową. Matki z młodymi, które przyszły na świat tej zimy, nie opuściły jeszcze gawr.

"Samce jednak wędrują po Tatrach i za niecały miesiąc zaczną szukać partnerek. Przyrodnikom udało się nakręcić film, w którym młody niedźwiedź pięknie pozuje na tle Mięguszowieckich Szczytów. Z kolei w okolicach Beskidu w Tatrach Zachodnich w rejonie szlaków przebywa całe stado kozic - kierdel. Jest wyjątkowo liczne" - mówi szef TPN.

Według niego takie sygnały nadchodzą praktycznie ze wszystkich terenów leśnych z całej Polski. "Zwierzęta odetchnęły i korzystają z nieobecności człowieka" - podkreślił Ziobrowski.

Według rzeczniczki Lasów Państwowych Anny Malinowskiej dotyczy to nie tylko dużej zwierzyny - np. ropuchy szare mogą teraz bezpiecznie odbywać gody i nie giną masowo pod kołami samochodów. "A to oznacza tak potrzebne dla ekosystemu zwiększenie ich populacji" - tłumaczy Malinowska.

Jak zaznacza Ministerstwo Środowiska, naukowcy i leśnicy zgodnie przyznają, że natura odetchnęła. "Leśnicy dzielą się informacjami o napotkanych zwierzętach i ich zachowaniu, które dziwią najstarszych stażem pracowników. Odrodziło się prawdziwe leśne życie. (...) Dopiero teraz, gdy obowiązywał zakaz wstępu do lasu, zobaczyliśmy, ile dotąd traciliśmy" - podsumowano.

interia.pl

piątek, 17 kwietnia 2020


Ekonomista Dani Rodrik ujął dyskusję na temat stanu światowej gospodarki w trylemat, który dowodzi, że hiperglobalizacja, polityka demokratyczna i suwerenność narodowa są ze sobą sprzeczne. Można połączyć dowolne dwa z wymienionych elementów – przekonuje Rodrik – ale trzy nigdy nie będą występować jednocześnie i w pełni.

Dyskusję na temat globalnej przestrzeni informacyjnej warto uporządkować w analogiczny sposób. Można mieć demokrację, dominującą pozycję rynkową technologicznych gigantów i destrukcyjne modele biznesowe Big Tech – ale nie wszystko naraz.

Do funkcjonowania demokracji niezbędny jest dostęp do informacji, a także pluralizm źródeł wiadomości. Dlaczego? Jak piszą Reporterzy bez Granic w wydanej jesienią ubiegłego roku Deklaracji informacji i demokracji, „wiedza jest niezbędna, by ludzie mogli rozwijać swój biologiczny, psychologiczny, społeczny, polityczny i ekonomiczny potencjał”.

Infrastruktura informacyjna, którą mamy obecnie, zamiast informować i dostarczać wiedzę, osiąga coś przeciwnego. W dzisiejszym świecie kłamstwa rozprzestrzeniają się szybciej i sięgają dalej niż prawda. Propaganda i dezinformacja towarzyszyły ludziom od zawsze, ale nie w takim stopniu i w taki sposób – przynajmniej nie w prawidłowo działających demokracjach.

Zagrożenie dla demokracji bierze się z dwóch różnych, ale pokrywających się częściowo mechanizmów. Jednym jest model biznesowy sieci społecznościowych, a drugim – ich dominująca pozycja w naszej przestrzeni informacyjnej. Żaden z nich nie zaszkodzi demokracji w pojedynkę, ale w połączeniu mechanizmy te stają się zabójcze.

(...)

Reklama żywi się danymi. Żeby sprzedać klientom więcej precyzyjnie nakierowanych na nich reklam, trzeba podtrzymywać ich zaangażowanie i pozyskiwać od nich jak najwięcej danych. To stanowi bodziec dla firm, by rozwijały coraz precyzyjniejsze systemy śledzenia i coraz bardziej różnicowały swoje produkty, dostosowując je do indywidualnych użytkowników. A jakie są tego skutki? Zuckerman wskazuje na badania Gilada Lotana, w których poglądy uczestników z Izraela i Palestyny na wojnę w Strefie Gazy nazywa się „spersonalizowaną propagandą”

Zuckerman napisał swój esej pięć lat temu. Od tego czasu doszło do eskalacji – nie tylko w Gazie, ale i na całym świecie. Odkąd nienawiść, kłamstwa i propaganda są szyte na miarę dla indywidualnych profili internetowych, to rozprzestrzeniają się jak pożar w suchej ściółce. Ma to olbrzymie skutki w prawdziwym świecie – zarówno jeśli chodzi o sferę polityki, jak i życie zwykłych ludzi.

Lisa-Maria Neudert, badaczka z Uniwersytetu Oksfordzkiego, tak podsumowuje problemy cyfrowej gospodarki, gdzie towarem deficytowym jest uwaga użytkowników sieci: „Treści najbardziej dezinformujące lub spiskowe wywołują najwięcej dyskusji i najbardziej angażują użytkowników, a algorytmy są zaprojektowane tak, by na to reagować”.

Żyjemy w sferze publicznej, która doprowadziła do perfekcji wywoływanie w odbiorcach furii. Nie jest to jakaś drobna wada, którą można w prosty sposób usunąć. Ten problem jest głęboko zakorzeniony w modelach biznesowych, które generują rekordowe zyski dla właścicieli firm technologicznych.

Model biznesowy oparty na reklamach nie byłby jeszcze tak groźny, gdybyśmy żyli w świecie, gdzie w przestrzeni informacyjnej konkuruje ze sobą wiele różnych produktów. Tu jednak widzimy dziś dwutorowy proces zmian w przeciwnym kierunku.

Po pierwsze, Facebook i Google – właściciel portalu YouTube – stają się duopolem na rynku danych i reklamy. Wykupują rywali i ograniczają konkurencję, żeby wzmocnić własną pozycję. Drugi trend polega na osłabieniu dziennikarstwa, co jest konsekwencją tych samych zjawisk. Tam, gdzie wygrywają media społecznościowe, gwałtownie rosną „pustynie informacyjne” – wielkie obszary geograficzne bez żadnego źródła doniesień o lokalnych wydarzeniach.

Co miesiąc Facebooka odwiedza ponad 2,3 miliarda użytkowników, a w ubiegłym roku na YouTube zalogowało się 1,8 miliarda internautów. Większość Amerykanów czerpie już wiedzę o wydarzeniach w kraju i na świecie z mediów społecznościowych. Tak samo jest w większości państw europejskich.

/Producenci i wyznawcy szitsztormów padną ofiarą swojej pasji - red./

krytykapolityczna.pl

Pod koniec ubiegłego tygodnia w Bangkoku kontener z tysiącami masek, które miały trafić do niemieckiej stolicy, pojechał nagle w nieznanym kierunku.

Zdaniem berlińskiej starszyzny, nie ma żadnych wątpliwości, kto jest winny: Amis. I nie jacyś tam abstrakcyjni Amis (tak w niemieckim slangu określa się Amerykanów i nie należy tego mylić z francuskim ami, czyli przyjaciel), ale spalony w solarium przywódca tego państwa.

"Działania amerykańskiego prezydenta zdradzają nie tylko brak solidarności, ale są nieludzkie i nieodpowiedzialne", grzmiał na Twitterze socjaldemokratyczny burmistrz Berlina, Michael Müller.

Andreas Geisel, minister spraw wewnętrznych Berlina, poszedł jeszcze dalej, oskarżając USA o "skonfiskowanie" masek w Tajlandii.

Jeśli Niemcy jeszcze przed wybuchem epidemii koronawirusa nie ufali prezydentowi Donaldowi Trumpowi, to kryzys utwierdził ich w przekonaniu, że jest on nie tylko niewiarygodny, ale i niebezpieczny. I że jest owładnięty obsesją "America First", która wystawia inne kraje i ich obywateli na ryzyko. Fakt, że takie oskarżenia dochodzą z Berlina, miasta, które USA uratowały przed sowiecką dominacją organizując Berliński Most Lotniczy, podkreśla głębię nieufności wobec amerykańskiego prezydenta.

(...)

Waszyngton zrobił wiele, by wyjaśnić wszystkie nieścisłości (podobna, słabo udokumentowana historia na temat masek pojawiła się w ubiegłym tygodniu we Francji), ale nie jest to łatwe, ponieważ zarzuty Berlina brzmią prawdopodobnie w kontekście tego, co już wcześniej było wiadomo o Trumpie. Niemcy wciąż nie mogą mu wybaczyć, że w ubiegłym miesiącu po cichu próbował sobie zapewnić prawa do szczepionki na koronawirusa, nad którą prace trwają akurat w Niemczech.

"Uznajemy to za akt współczesnego piractwa", powiedział Geisel berlińskiemu dziennikowi Tagesspiegel, odnosząc się do rzekomego przekrętu z maskami. "Nie tak powinno się traktować atlantyckich partnerów. Nawet w czasach globalnego kryzysu nie powinniśmy się odwoływać do taktyki rodem z Dzikiego Zachodu".

Tym razem to jednak berlińczycy najpierw strzelają, a potem zadają pytania.

Nie tylko nie ma dowodów, że USA skonfiskowały maski w Tajlandii (nad którą Waszyngton nie ma jurysdykcji), ale jak dotąd nie ma również dowodów, że wspomniana dostawa dotarła ostatecznie do Ameryki.

Amerykańscy urzędnicy przekonują POLITICO, że nie mają informacji o jakichkolwiek przeznaczonych dla Niemiec maskach z Bangkoku, które miałyby zostać przekierowane do USA. Podkreślają, że właściwie każdemu krajowi na świecie brakuje sprzętu ochronnego, a walka o maski i inne wyposażenie jest zaciekła. Amerykańskie stany i miasta również konkurują ze sobą o dostawy, w tym o respiratory, co gubernator Nowego Jorku, Andrew Cuomo, porównał do "licytacji na eBay".

Biorąc pod uwagę skalę amerykańskich potrzeb, 200 tys. masek dla Berlina nie wydaje się być sprawą wartą grzechu.

– Stany Zjednoczone znacząco zwiększyły produkcję materiałów we własnym zakresie, a jednocześnie, poprzez stosowne kanały, starają się kupować nadwyżki dostaw z innych krajów, by zaspokoić swoje potrzeby – powiedział rzecznik ambasady amerykańskiej w Niemczech.

Berlin nie przyjmuje tych tłumaczeń.

onet.pl

Łukasz Szpyrka, Interia: Dlaczego w oficjalnych statystykach wykazujemy podobną liczbę zarażonych, co dużo mniejsze państwa?

Tomasz Szemberg: - Epidemia przyszła do Polski z zachodu Europy. Są więc różnice czasowe, ale też metodologiczne. Czytałem tekst w "Frankfurt Allgemaine Zeitung", gdzie rzecznik prasowy naszego Ministerstwa Zdrowia (Wojciech Andrusiewicz - przyp. red.) został zapytany, jak Polska to robi, że ma tak mało zakażonych i zgonów. Jego odpowiedź na to pytanie jest kluczowa w tej sytuacji. Dane, które podajemy do WHO to przypadki, które są potwierdzone testami genetycznymi. Czyli tymi o 100-procentowej pewności (testy PCR). To jednak pokazuje, że manipulujemy danymi. Nieco mniej czułe, szybsze testy (serologiczne), które mają 90 proc. pewności, nie są brane pod uwagę. A powinny, bo jeśli już wykażą zakażenie, to nie ma możliwości, by się myliły. Taki test nie powie osobie zdrowej, że jest chora. Ten test może się mylić w drugą stronę. A wyniki tych testów zamiatamy pod dywan. Zaniżanie tych liczb być może ma motywację związaną z wyborami, ale to tylko moje spekulacje. Faktem jest, że dane są zaniżane.

W oficjalnych danych powinny być uwzględnione wszystkie wyniki, nawet z testów o mniejszej czułości?

- Zdecydowanie, bo jeżeli test wykazuje obecność wirusa, to nie ma możliwości, by się pomylił. Mogą one się mylić tylko w ten sposób, że czasem nie wykryją wirusa. Ale jeśli już go wykryją, to pewność jest 100-procentowa. To jest trochę jak z testem ciążowym. Jak wyjdzie pozytywny, to nie ma możliwości, żeby kobieta nie była w ciąży. Jeśli wyjdzie negatywny, to oczywiście może się zdarzyć za kilka dni, że jednak będzie pozytywny. Szybki test może nie wykryć choroby, ale jeśli ją wykrył, to mamy 100-procentową pewność. Niepokoi mnie, że takich przypadków nie zgłaszamy, bo nie mamy pewności. To jest zwykłe kłamstwo.

Podawana liczba zarażonych w Polsce jest niedoszacowana czy po prostu nieprawdziwa?

- Ministerstwo sprzedaje prawdziwe dane, ale z tego, co sobie wybrało. Nie mamy do czynienia z zafałszowaniem obrazu z testów genetycznych, ale ten obraz byłby zdecydowanie gorszy, gdybyśmy uwzględniali wszystkie testy. W metodologii są trochę błędne założenia. Podawanie mniejszych liczb nie ma sensu.

Jakiej liczby zakażonych łącznie możemy się spodziewać?

- Matematyczne wymodelowanie rozwoju epidemii jest bardzo trudne, podobne do przewidywania pogody. Wszystkie dostępne modele są bardzo niestabilne. Zaburzenie drobnych współczynników prowadzi do różnych wyników. Dlatego każdy jest ostrożny z prognozami, bo tak naprawdę nie da się przewidzieć, jak ta choroba się rozwinie. Na pewno dałoby się to lepiej przewidzieć, gdybyśmy robili więcej testów i skuteczniej izolowali te osoby, co do których mamy podejrzenie, że mogą być pozytywne.

interia.pl

Dane są niepełne czy zaniżone?

- W takich sytuacjach jak epidemia, zawsze dane są szacunkowe. Jeżeli będziemy opierać się wyłącznie na dodatnich testach genetycznych, to dane będą z oczywistych względów zaniżone. W tym przypadku "czystość danych" to odgórne świadome działanie, bo WHO ani Ministerstwo Zdrowia nie chcą mieć "niepewnych" informacji, które codziennie są upowszechniane. Mamy tu natomiast dwa rozbieżne cele. Pierwszym jest zdrowie publiczne i w tym wypadku należałoby jak najszerzej obliczać skutki pandemii i raportować wszystkie zgony, w tym te niepotwierdzone, aby wiedzieć jaki jest zasięg choroby. Z drugiej strony jest dążenie epidemiologów, by mieć bardzo dobrze określone kryteria rozpoznania przypadków. To dwa różne podejścia do tematu. Albo raportujemy coś bardzo powtarzalnie, to wtedy kryterium będzie dodatni wynik badania genetycznego, albo chcemy zmierzyć zasięg całego zagadnienia, to wówczas powinniśmy raportować jak najszerzej.

Wygrywa druga szkoła?

- W niektórych chorobach tak robimy np. w tej chwili raportujemy grypę jako choroby J10 i J11 wspólnie, czyli grypa i zakażenia grypopodobne. Nikt nie wykonuje testów genetycznych każdemu podejrzanemu o grypę. Dlaczego więc nie raportujemy wspólnie ostrej niewydolności oddechowej COVID i innej podejrzanej ostrej niewydolności oddechowej w okresie trwającej epidemii? Skoro w grypie możemy mieć dane przybliżone, to dlaczego tutaj decydujemy się na strasznie restrykcyjne warunki, tylko potwierdzone laboratoryjnie? To trochę niesymetryczne. Ale z drugiej strony, monitoring polio czy odry oparty jest wyłącznie na obowiązkowo potwierdzanych przypadkach zachorowań, bo tego wymagają międzynarodowe uzgodnienia zdrowotne.

Po miesiącu od pierwszego przypadku mamy w Polsce ok. 5 tys. zakażonych. Na tle innych krajów europejskich to niewiele.

- Tyle wykryliśmy w testach. Wszyscy wiemy, że te wyniki są mocno zależne od liczby wykonanych testów. Jest ich coraz więcej, ale wciąż mamy zatory w laboratoriach, mimo że testów wykonujemy wciąż mniej niż w wielu innych państwach. Liczba ta jest więc wiarygodna, bo tyle przypadków udało się potwierdzić, ale przy większej liczbie testów statystyki byłyby inne.

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że dysponuje 100 tys. testów, a zamówiono kolejne 300 tys.

- Jeżeli w magazynach jest 100 tys. testów, to bardzo dobrze. Dziennie robimy ok. 7-8 tys., więc wystarczy nam na kilka tygodni. Tyle że przepustowość laboratoriów jest za mała. Świadczą o tym terminy oczekiwania, bo jeśli czeka się dwa-trzy dni na wynik, to znaczy, że laboratoria nie dają rady. Jest za mało stanowisk do przeprowadzenia tych badań.

Dlatego też dzienne przyrosty utrzymują się na podobnym poziomie?

- Jeżeli będziemy mieli bariery w testowaniu, to tak będą wyglądać te liczby. Jeśli dzienna liczba testów jest ograniczona, to te przyrosty będą na ograniczonym poziomie. Jeżeli spojrzymy na łączną liczbę wykonanych testów i liczbę potwierdzonych przypadków, to jest to ok. 5 proc. Jeśli wykona się 100 badań to będzie to 5 przypadków, jeśli 1000 to 50, a jeśli 10 tys. to 500. Liczba wyników dodatnich jest w prostej linii zależna od liczby wykonanych testów. A jeśli tu mamy limity, to wyników dodatnich będziemy mieli mniej, niż w rzeczywistości zakażonych.

interia.pl