piątek, 17 kwietnia 2020


Ekonomista Dani Rodrik ujął dyskusję na temat stanu światowej gospodarki w trylemat, który dowodzi, że hiperglobalizacja, polityka demokratyczna i suwerenność narodowa są ze sobą sprzeczne. Można połączyć dowolne dwa z wymienionych elementów – przekonuje Rodrik – ale trzy nigdy nie będą występować jednocześnie i w pełni.

Dyskusję na temat globalnej przestrzeni informacyjnej warto uporządkować w analogiczny sposób. Można mieć demokrację, dominującą pozycję rynkową technologicznych gigantów i destrukcyjne modele biznesowe Big Tech – ale nie wszystko naraz.

Do funkcjonowania demokracji niezbędny jest dostęp do informacji, a także pluralizm źródeł wiadomości. Dlaczego? Jak piszą Reporterzy bez Granic w wydanej jesienią ubiegłego roku Deklaracji informacji i demokracji, „wiedza jest niezbędna, by ludzie mogli rozwijać swój biologiczny, psychologiczny, społeczny, polityczny i ekonomiczny potencjał”.

Infrastruktura informacyjna, którą mamy obecnie, zamiast informować i dostarczać wiedzę, osiąga coś przeciwnego. W dzisiejszym świecie kłamstwa rozprzestrzeniają się szybciej i sięgają dalej niż prawda. Propaganda i dezinformacja towarzyszyły ludziom od zawsze, ale nie w takim stopniu i w taki sposób – przynajmniej nie w prawidłowo działających demokracjach.

Zagrożenie dla demokracji bierze się z dwóch różnych, ale pokrywających się częściowo mechanizmów. Jednym jest model biznesowy sieci społecznościowych, a drugim – ich dominująca pozycja w naszej przestrzeni informacyjnej. Żaden z nich nie zaszkodzi demokracji w pojedynkę, ale w połączeniu mechanizmy te stają się zabójcze.

(...)

Reklama żywi się danymi. Żeby sprzedać klientom więcej precyzyjnie nakierowanych na nich reklam, trzeba podtrzymywać ich zaangażowanie i pozyskiwać od nich jak najwięcej danych. To stanowi bodziec dla firm, by rozwijały coraz precyzyjniejsze systemy śledzenia i coraz bardziej różnicowały swoje produkty, dostosowując je do indywidualnych użytkowników. A jakie są tego skutki? Zuckerman wskazuje na badania Gilada Lotana, w których poglądy uczestników z Izraela i Palestyny na wojnę w Strefie Gazy nazywa się „spersonalizowaną propagandą”

Zuckerman napisał swój esej pięć lat temu. Od tego czasu doszło do eskalacji – nie tylko w Gazie, ale i na całym świecie. Odkąd nienawiść, kłamstwa i propaganda są szyte na miarę dla indywidualnych profili internetowych, to rozprzestrzeniają się jak pożar w suchej ściółce. Ma to olbrzymie skutki w prawdziwym świecie – zarówno jeśli chodzi o sferę polityki, jak i życie zwykłych ludzi.

Lisa-Maria Neudert, badaczka z Uniwersytetu Oksfordzkiego, tak podsumowuje problemy cyfrowej gospodarki, gdzie towarem deficytowym jest uwaga użytkowników sieci: „Treści najbardziej dezinformujące lub spiskowe wywołują najwięcej dyskusji i najbardziej angażują użytkowników, a algorytmy są zaprojektowane tak, by na to reagować”.

Żyjemy w sferze publicznej, która doprowadziła do perfekcji wywoływanie w odbiorcach furii. Nie jest to jakaś drobna wada, którą można w prosty sposób usunąć. Ten problem jest głęboko zakorzeniony w modelach biznesowych, które generują rekordowe zyski dla właścicieli firm technologicznych.

Model biznesowy oparty na reklamach nie byłby jeszcze tak groźny, gdybyśmy żyli w świecie, gdzie w przestrzeni informacyjnej konkuruje ze sobą wiele różnych produktów. Tu jednak widzimy dziś dwutorowy proces zmian w przeciwnym kierunku.

Po pierwsze, Facebook i Google – właściciel portalu YouTube – stają się duopolem na rynku danych i reklamy. Wykupują rywali i ograniczają konkurencję, żeby wzmocnić własną pozycję. Drugi trend polega na osłabieniu dziennikarstwa, co jest konsekwencją tych samych zjawisk. Tam, gdzie wygrywają media społecznościowe, gwałtownie rosną „pustynie informacyjne” – wielkie obszary geograficzne bez żadnego źródła doniesień o lokalnych wydarzeniach.

Co miesiąc Facebooka odwiedza ponad 2,3 miliarda użytkowników, a w ubiegłym roku na YouTube zalogowało się 1,8 miliarda internautów. Większość Amerykanów czerpie już wiedzę o wydarzeniach w kraju i na świecie z mediów społecznościowych. Tak samo jest w większości państw europejskich.

/Producenci i wyznawcy szitsztormów padną ofiarą swojej pasji - red./

krytykapolityczna.pl

Pod koniec ubiegłego tygodnia w Bangkoku kontener z tysiącami masek, które miały trafić do niemieckiej stolicy, pojechał nagle w nieznanym kierunku.

Zdaniem berlińskiej starszyzny, nie ma żadnych wątpliwości, kto jest winny: Amis. I nie jacyś tam abstrakcyjni Amis (tak w niemieckim slangu określa się Amerykanów i nie należy tego mylić z francuskim ami, czyli przyjaciel), ale spalony w solarium przywódca tego państwa.

"Działania amerykańskiego prezydenta zdradzają nie tylko brak solidarności, ale są nieludzkie i nieodpowiedzialne", grzmiał na Twitterze socjaldemokratyczny burmistrz Berlina, Michael Müller.

Andreas Geisel, minister spraw wewnętrznych Berlina, poszedł jeszcze dalej, oskarżając USA o "skonfiskowanie" masek w Tajlandii.

Jeśli Niemcy jeszcze przed wybuchem epidemii koronawirusa nie ufali prezydentowi Donaldowi Trumpowi, to kryzys utwierdził ich w przekonaniu, że jest on nie tylko niewiarygodny, ale i niebezpieczny. I że jest owładnięty obsesją "America First", która wystawia inne kraje i ich obywateli na ryzyko. Fakt, że takie oskarżenia dochodzą z Berlina, miasta, które USA uratowały przed sowiecką dominacją organizując Berliński Most Lotniczy, podkreśla głębię nieufności wobec amerykańskiego prezydenta.

(...)

Waszyngton zrobił wiele, by wyjaśnić wszystkie nieścisłości (podobna, słabo udokumentowana historia na temat masek pojawiła się w ubiegłym tygodniu we Francji), ale nie jest to łatwe, ponieważ zarzuty Berlina brzmią prawdopodobnie w kontekście tego, co już wcześniej było wiadomo o Trumpie. Niemcy wciąż nie mogą mu wybaczyć, że w ubiegłym miesiącu po cichu próbował sobie zapewnić prawa do szczepionki na koronawirusa, nad którą prace trwają akurat w Niemczech.

"Uznajemy to za akt współczesnego piractwa", powiedział Geisel berlińskiemu dziennikowi Tagesspiegel, odnosząc się do rzekomego przekrętu z maskami. "Nie tak powinno się traktować atlantyckich partnerów. Nawet w czasach globalnego kryzysu nie powinniśmy się odwoływać do taktyki rodem z Dzikiego Zachodu".

Tym razem to jednak berlińczycy najpierw strzelają, a potem zadają pytania.

Nie tylko nie ma dowodów, że USA skonfiskowały maski w Tajlandii (nad którą Waszyngton nie ma jurysdykcji), ale jak dotąd nie ma również dowodów, że wspomniana dostawa dotarła ostatecznie do Ameryki.

Amerykańscy urzędnicy przekonują POLITICO, że nie mają informacji o jakichkolwiek przeznaczonych dla Niemiec maskach z Bangkoku, które miałyby zostać przekierowane do USA. Podkreślają, że właściwie każdemu krajowi na świecie brakuje sprzętu ochronnego, a walka o maski i inne wyposażenie jest zaciekła. Amerykańskie stany i miasta również konkurują ze sobą o dostawy, w tym o respiratory, co gubernator Nowego Jorku, Andrew Cuomo, porównał do "licytacji na eBay".

Biorąc pod uwagę skalę amerykańskich potrzeb, 200 tys. masek dla Berlina nie wydaje się być sprawą wartą grzechu.

– Stany Zjednoczone znacząco zwiększyły produkcję materiałów we własnym zakresie, a jednocześnie, poprzez stosowne kanały, starają się kupować nadwyżki dostaw z innych krajów, by zaspokoić swoje potrzeby – powiedział rzecznik ambasady amerykańskiej w Niemczech.

Berlin nie przyjmuje tych tłumaczeń.

onet.pl

Łukasz Szpyrka, Interia: Dlaczego w oficjalnych statystykach wykazujemy podobną liczbę zarażonych, co dużo mniejsze państwa?

Tomasz Szemberg: - Epidemia przyszła do Polski z zachodu Europy. Są więc różnice czasowe, ale też metodologiczne. Czytałem tekst w "Frankfurt Allgemaine Zeitung", gdzie rzecznik prasowy naszego Ministerstwa Zdrowia (Wojciech Andrusiewicz - przyp. red.) został zapytany, jak Polska to robi, że ma tak mało zakażonych i zgonów. Jego odpowiedź na to pytanie jest kluczowa w tej sytuacji. Dane, które podajemy do WHO to przypadki, które są potwierdzone testami genetycznymi. Czyli tymi o 100-procentowej pewności (testy PCR). To jednak pokazuje, że manipulujemy danymi. Nieco mniej czułe, szybsze testy (serologiczne), które mają 90 proc. pewności, nie są brane pod uwagę. A powinny, bo jeśli już wykażą zakażenie, to nie ma możliwości, by się myliły. Taki test nie powie osobie zdrowej, że jest chora. Ten test może się mylić w drugą stronę. A wyniki tych testów zamiatamy pod dywan. Zaniżanie tych liczb być może ma motywację związaną z wyborami, ale to tylko moje spekulacje. Faktem jest, że dane są zaniżane.

W oficjalnych danych powinny być uwzględnione wszystkie wyniki, nawet z testów o mniejszej czułości?

- Zdecydowanie, bo jeżeli test wykazuje obecność wirusa, to nie ma możliwości, by się pomylił. Mogą one się mylić tylko w ten sposób, że czasem nie wykryją wirusa. Ale jeśli już go wykryją, to pewność jest 100-procentowa. To jest trochę jak z testem ciążowym. Jak wyjdzie pozytywny, to nie ma możliwości, żeby kobieta nie była w ciąży. Jeśli wyjdzie negatywny, to oczywiście może się zdarzyć za kilka dni, że jednak będzie pozytywny. Szybki test może nie wykryć choroby, ale jeśli ją wykrył, to mamy 100-procentową pewność. Niepokoi mnie, że takich przypadków nie zgłaszamy, bo nie mamy pewności. To jest zwykłe kłamstwo.

Podawana liczba zarażonych w Polsce jest niedoszacowana czy po prostu nieprawdziwa?

- Ministerstwo sprzedaje prawdziwe dane, ale z tego, co sobie wybrało. Nie mamy do czynienia z zafałszowaniem obrazu z testów genetycznych, ale ten obraz byłby zdecydowanie gorszy, gdybyśmy uwzględniali wszystkie testy. W metodologii są trochę błędne założenia. Podawanie mniejszych liczb nie ma sensu.

Jakiej liczby zakażonych łącznie możemy się spodziewać?

- Matematyczne wymodelowanie rozwoju epidemii jest bardzo trudne, podobne do przewidywania pogody. Wszystkie dostępne modele są bardzo niestabilne. Zaburzenie drobnych współczynników prowadzi do różnych wyników. Dlatego każdy jest ostrożny z prognozami, bo tak naprawdę nie da się przewidzieć, jak ta choroba się rozwinie. Na pewno dałoby się to lepiej przewidzieć, gdybyśmy robili więcej testów i skuteczniej izolowali te osoby, co do których mamy podejrzenie, że mogą być pozytywne.

interia.pl

Dane są niepełne czy zaniżone?

- W takich sytuacjach jak epidemia, zawsze dane są szacunkowe. Jeżeli będziemy opierać się wyłącznie na dodatnich testach genetycznych, to dane będą z oczywistych względów zaniżone. W tym przypadku "czystość danych" to odgórne świadome działanie, bo WHO ani Ministerstwo Zdrowia nie chcą mieć "niepewnych" informacji, które codziennie są upowszechniane. Mamy tu natomiast dwa rozbieżne cele. Pierwszym jest zdrowie publiczne i w tym wypadku należałoby jak najszerzej obliczać skutki pandemii i raportować wszystkie zgony, w tym te niepotwierdzone, aby wiedzieć jaki jest zasięg choroby. Z drugiej strony jest dążenie epidemiologów, by mieć bardzo dobrze określone kryteria rozpoznania przypadków. To dwa różne podejścia do tematu. Albo raportujemy coś bardzo powtarzalnie, to wtedy kryterium będzie dodatni wynik badania genetycznego, albo chcemy zmierzyć zasięg całego zagadnienia, to wówczas powinniśmy raportować jak najszerzej.

Wygrywa druga szkoła?

- W niektórych chorobach tak robimy np. w tej chwili raportujemy grypę jako choroby J10 i J11 wspólnie, czyli grypa i zakażenia grypopodobne. Nikt nie wykonuje testów genetycznych każdemu podejrzanemu o grypę. Dlaczego więc nie raportujemy wspólnie ostrej niewydolności oddechowej COVID i innej podejrzanej ostrej niewydolności oddechowej w okresie trwającej epidemii? Skoro w grypie możemy mieć dane przybliżone, to dlaczego tutaj decydujemy się na strasznie restrykcyjne warunki, tylko potwierdzone laboratoryjnie? To trochę niesymetryczne. Ale z drugiej strony, monitoring polio czy odry oparty jest wyłącznie na obowiązkowo potwierdzanych przypadkach zachorowań, bo tego wymagają międzynarodowe uzgodnienia zdrowotne.

Po miesiącu od pierwszego przypadku mamy w Polsce ok. 5 tys. zakażonych. Na tle innych krajów europejskich to niewiele.

- Tyle wykryliśmy w testach. Wszyscy wiemy, że te wyniki są mocno zależne od liczby wykonanych testów. Jest ich coraz więcej, ale wciąż mamy zatory w laboratoriach, mimo że testów wykonujemy wciąż mniej niż w wielu innych państwach. Liczba ta jest więc wiarygodna, bo tyle przypadków udało się potwierdzić, ale przy większej liczbie testów statystyki byłyby inne.

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że dysponuje 100 tys. testów, a zamówiono kolejne 300 tys.

- Jeżeli w magazynach jest 100 tys. testów, to bardzo dobrze. Dziennie robimy ok. 7-8 tys., więc wystarczy nam na kilka tygodni. Tyle że przepustowość laboratoriów jest za mała. Świadczą o tym terminy oczekiwania, bo jeśli czeka się dwa-trzy dni na wynik, to znaczy, że laboratoria nie dają rady. Jest za mało stanowisk do przeprowadzenia tych badań.

Dlatego też dzienne przyrosty utrzymują się na podobnym poziomie?

- Jeżeli będziemy mieli bariery w testowaniu, to tak będą wyglądać te liczby. Jeśli dzienna liczba testów jest ograniczona, to te przyrosty będą na ograniczonym poziomie. Jeżeli spojrzymy na łączną liczbę wykonanych testów i liczbę potwierdzonych przypadków, to jest to ok. 5 proc. Jeśli wykona się 100 badań to będzie to 5 przypadków, jeśli 1000 to 50, a jeśli 10 tys. to 500. Liczba wyników dodatnich jest w prostej linii zależna od liczby wykonanych testów. A jeśli tu mamy limity, to wyników dodatnich będziemy mieli mniej, niż w rzeczywistości zakażonych.

interia.pl

czwartek, 16 kwietnia 2020


- Dziś na Ziemi najważniejszy wydaje się temat pandemii, przykryje na jakiś czas wszystkie inne. Opowiedzmy zatem, jak się mają możliwości SI do naszych zdolności zwalczania pandemii. W jednej z telewizji śniadaniowych opowiadałaś – oczywiście przez Skype – że sztuczna inteligencja wykryła zalążki epidemii wirusa w prowincji Hubei na półtora miesiąca przed tym, jak Chiny poinformowały o tym WHO. Na czym to wykrycie polegało i czemu nic z tego nie wynikło? Skoro była wiedza o epidemii, a świat się i tak dowiedział dopiero, jak rząd chiński zdecydował się o tym powiedzieć?

To kwestia mostu między zdolnością SI do robienia pewnych rzeczy i chęcią człowieka, by dosłyszeć i zinterpretować, co przeczytał. Dzisiejsza SI – mimo że mamy w domach Alexy czy asystentów w smartfonach, co z nami całkiem dorzecznie gadają – nie ma interfejsu, który mówi jakiemuś badaczowi: hej, mamy problem i zapala mu czerwone lampki. Urządzenie pokazuje pewne korelacje, interesujące wzorce, których nie widać na pierwszy rzut oka w zbiorach danych. Potrafi wyłapywać tzw. słabe sygnały nadchodzących być może zdarzeń, które sami moglibyśmy zlekceważy.

- Ale skąd biorą się te dane?

Na przykład z tego, co ludzie głoszą w mediach społecznościowych oraz rożnych forach, do których jest dostep. Ta konkretna SI, o której mówiłam, czyli kanadyjska BlueDot, ma silnik do przetwarzania języka, przeczesuje sieć i zbiera rozmaite informacje. Algorytm BlueDot przeszukiwał na przykład wiadomości bieżące z obcojęzycznych serwisów newsowych, dane z biletów lotniczych, informacje rozmaitych serwisów poświęconych chorobom zwierząt i roślin oraz oficjalne obwieszczenia rządowe.

- I to wystarczy?

Podejrzewam, że zbierał też dane z takich serwisów jak Twitter, chociaż twórca algorytmu – Kamran Khan – twierdzi, że dane tego typu są dla nich zbyt nieustrukturyzowane. Ludzie często opowiadają na otwartych forach, również anonimowo, o symptomach swojej choroby. Poza tym BlueDot miała jeszcze kilka innych źródeł: potrafiła stwierdzić, gdzie to się dzieje, jaka jest gęstość zaludnienia na obszarze, z którego płyną sygnały. Było to również spinane z bazami danych dotyczących mobilności transportowej, ale też oficjalnymi statystykami, w których szpital informował, że zgłosili się nowi chorzy…

- I po prostu składa to wszystko do kupy?

Koreluje dane z różnych silosów. No i gdzieś w połowie listopada wyszło na to, że ludzie w okolicach chińskiego miasta Wuhan chorują na coś podobnego do zapalenia płuc, i że to zjawisko narasta w tempie nietypowym.

- A skąd kanadyjska firma ma dostęp do jakichś silosów chińskich danych? Przecież tam nie ma Facebooka…

Ale jest komunikator WeChat, który jest zarówno stroną newsową, jak i medium społecznościowym oraz platformą zakupową i reklamową. Ludzie piszą na nim jak najęci i podejrzewam, że łatwo się w niego wpiąć, zwłaszcza jeśli mamy system operujący w kilkudziesięciu językach.

- Ale jak to „wpiąć”? Można się tak łatwo dostać do chińskiej apki? Ktoś Kanadyjczykom te dane udostępnił? Chińczycy też handlują danymi?

Intuicja podpowiada mi, że były to raczej publiczne wypowiedzi ludzi skarżących się na dolegliwości skorelowane z innymi informacjami, np. że gdzieś ludzie przestali przychodzić do pracy, a gdzie indziej jest mniejszy ruch w transporcie zbiorowym. Takie informacje mogły się pojawiać na forach czy blogach. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na taki słaby sygnał, on zaginął gdzieś pośród wielu trendów, które ten system może wyłapywać.

- Czyli ta maszyna ciągle gdzieś stoi, wyłapuje różne zagrożenia, ale i tak nikt jej nie słucha?

BlueDot nie przeczesuje całego internetu i nie wysyła słabych sygnałów na temat recesji w Albanii czy ruchów ISIS przy granicy tureckiej, tylko jest nastawiony na badanie wystąpienia symptomów chorób. Powstawał we współpracy epidemiologów i badaczy danych, a pracował już wcześniej przy okazji pandemii wirusa Zika. Do tego była przystosowana jego architektura. A właścicielem jest, dodajmy, kanadyjska firma prywatna, BlueDot Toronto. Mają kilka linii produkcyjnych…

krytykapolityczna.pl

Na szczeblu regionalnym (przede wszystkim w Moskwie) opracowywane są ponadto technologie cyfrowe umożliwiające monitoring przestrzegania przez obywateli reżimu samoizolacji i kwarantanny. Należą do nich:

(...)

Poszerzone wykorzystywanie systemu rozpoznawania twarzy (również u osób noszących maski chirurgiczne, o ile nie zakrywają one więcej niż 40% twarzy) w celu monitorowania ich przemieszczania się. Do celów walki z pandemią będzie wykorzystany system oparty na technologii firmy NTechLab, w której udziały posiada państwowy Rostech (najpewniej chodzi o technologię FindFace, która w październiku 2019 r. uzyskała certyfikat FSB, a w styczniu 2020 r. została zakupiona przez władze Moskwy). W system monitoringu ma być włączone 175 tys. kamer miejskich. Według oficjalnych informacji system rozpoznawania twarzy używany jest w Moskwie na szerszą skalę od 2017 r. Początkowo korzystano z niego w celu poszukiwania przestępców i zapewnienia bezpieczeństwa na obiektach transportu publicznego; został także wykorzystany podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2018. Na pierwszym etapie w systemie mają się znaleźć zdjęcia tych, którzy już naruszali reżim kwarantanny, i osób chorujących w domu. Jak donosi dziennik „Kommiersant”, technologia umożliwia też „wykrycie podejrzanej aktywności w wybranych domach i na klatkach schodowych” (tym samym umożliwia np. wprowadzenie pełnej kwarantanny wybranych stref). Odpowiednie przepisy zostaną opracowane w najbliższym czasie, ale pełne uruchomienie programu zajmie kilka tygodni.

(...)

osw.waw.pl

poniedziałek, 6 kwietnia 2020


Istotą konserwatywnego zwrotu Xi Jinpinga stała się wewnętrzna odnowa partii, afirmacja jej zwierzchności nad instytucjami państwa, przy jednoczesnym przywróceniu znaczenia partyjnej ideologii, zwiększeniu kontroli nad społeczeństwem i wewnętrznym „rewolucyjnym” oczyszczeniu kadr. W tym wymiarze program ma konserwatywny charakter – polityka Xi Jinpinga otwarcie nawiązuje do fundamentów ChRL, stworzonej w 1949 r. wedle modelu państwa leninowsko-stalinowskiego. W zakresie zarządzania społeczno-politycznego Xi Jinping otwarcie odwołuje się do koncepcji stalinowskich, choć ma to charakter wybiórczy i nie obejmuje m.in. masowego terroru czy centralnego planowania w gospodarce. Rządy Xi Jinpinga charakteryzują się wzmocnieniem tzw. ścisłego kierownictwa, tj. wąskiej elity partyjnej, przy udziale aparatu bezpieczeństwa oraz biurokracji dyscyplinowanej na wzór wojskowy. Istotnymi elementami stalinowskiego zarządzania społecznego są: (a) permanentna indoktrynacja i kontrola społeczeństwa poprzez manipulację i przymus; (b) dążenie do uniformizacji populacji mimo różnic etnicznych i religijnych, realizowanej metodami administracyjnymi i przy wykorzystaniu represji; (c) centralizm biurokratyczny; (d) kontrola i kształtowanie życia umysłowego i kulturowego; (e) kult jednostki. Wszystkie te elementy znajdują się na agendzie politycznej obecnego kierownictwa KPCh.

Pod koniec lat czterdziestych w ZSRR wypracowano tzw. siedem zasad zarządzania, które legły u podstaw budowy ChRL w latach pięćdziesiątych. Były to: (1) prymat partii i marksizmu-leninizmu; (2) prawo partii do kontroli; (3) jednoosobowe zarządzanie wzmacnia autorytet partii; (4) demokratyczny centralizm; (5) zaangażowanie pracowników i obywateli poprzez związki zawodowe i organizacje młodzieżowe; (6) podział terytorialny produkcji; (7) rozliczanie kosztów. (...) Z pewnymi modyfikacjami siedem zasad stanowi podstawę neokonserwatywnego zwrotu Xi Jinpinga. Największe różnice można znaleźć w odniesieniu do dwóch ostatnich zasad. Podział terytorialny produkcji jest rozumiany w dzisiejszej ChRL jako monopol przedsiębiorstw państwowych w określonych sektorach gospodarki, a rozliczanie kosztów zostało rozszerzone o mechanizmy rynkowe wymuszające większą efektywność przedsiębiorstw.

Michał Bogusz Jakub Jakóbowski - Komunistyczna Partia Chin i jej państwo - OSW

Po co nam historia ludowa?

Żeby zrozumieć naszą rzeczywistość. W książce „Kapitalizm. Historia krótkiego trwania” stawiam tezę, że żyjemy w świecie, którym rządzi klasa transnarodowa – elita czerpiąca korzyści z globalizacji. Może pozwolić sobie na zagraniczne wakacje, w centrum handlowym nie musi zastanawiać się, czy ją na coś stać, jada w restauracjach na mieście i tak dalej. 10 proc. globalnego społeczeństwa ma w ręku 87 proc. całego majątku. W każdym społeczeństwie to 10 proc. nieco inaczej wygląda, ale istnieje ono także u nas. Być może polską specyfiką jest to, że spora część tej elity żyje z państwa. W zasadzie cała sfera publiczna – kultura, media, polityka – są podporządkowane potrzebom i stylom życia tej wąskiej grupy ludzi. Historia ludowa jest opowieścią o tych pozostałych 90 proc., o których nie przeczytamy w kolorowych gazetach, nie zobaczymy ich w telewizji.

Poproszę o jakieś twarde dowody na potęgę tych 10 proc.

W USA ten rozdźwięk między promowanym przez kulturę stylem życia a rzeczywistością widać m.in. w serialu „Seks w wielkim mieście”. Ktoś obliczył, że bohaterki, biorąc pod uwagę to, jakie zawody wykonywały, nie byłyby w stanie mieszkać tam, gdzie mieszkają i prowadzić takiego życia, jakie prowadzą. Tacy ludzie mogą żyć w Nowym Jorku tylko głównie dzięki wsparciu finansowemu rodziców – to jest cicha tajemnica nowojorskiej hipsterki. W serialu „Dziewczyny”, którego akcja także toczy się w tej metropolii, widać to już bardzo wyraźnie. A moment, w którym rodzice głównej bohaterki przestają dawać jej pieniądze, jest jednym z kluczowych wydarzeń. W Polsce większość ludzi nie ubiera się w markowych sklepach, ale raczej w lumpeksach. Tylko 15 proc. populacji może pozwolić sobie na regularne jedzenie na mieście. Według danych GUS 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków dostaje na rękę ok. 5 tys. zł miesięcznie. Nazywam to granicą Bieńkowskiej, gdyż, jak powiedziała kiedyś była minister, za mniej pracują tylko idioci lub złodzieje.

Te dysproporcje były u nas zawsze tak wyraźne?

Można powiedzieć, że górne 10 proc. zwykle sprawowało społeczną hegemonię – nadawało ton całej kulturze, polityce, życiu gospodarczemu. W polskiej historii taką funkcję spełniała szlachta. To właśnie o niej uczymy się w szkole. Nie dowiadujemy się tego, jak żyło pozostałe 90 proc. Co więcej, to pozostałe 90 proc. samo nauczyło się żyć sprawami elity. Dobrym współczesnym tego przykładem jest sprawa Katynia.

W jakim sensie?

Jest to – używając pojęcia antropologicznego – „wybrana trauma”. Oczywiście było to wydarzenie bolesne i okropne, ale dotknęło ono głównie rodziny elit. Niewielka kropla w skali całego cierpienia, z którym wiąże się II wojna światowa. Polska inteligencja nadała Katyniowi szczególne znaczenie, bo często była to historia ich przodków, ich własna rodzinna trauma. Dzięki temu, że mogli mówić o niej w radiu, telewizji czy prasie – nawet jeśli to były media emigracyjne – udało im się „stworzyć” traumę ogólnonarodową. Podobnie niewspółmierna jest kulturowa rola powstania warszawskiego. W takich regionach jak Wielkopolska jest ona zupełnie niezrozumiała: poznaniacy dziwią się, że stołeczne elity celebrują spektakularną klęskę militarną oraz rzeź ludności cywilnej. Miejsce powstania warszawskiego w naszym kulturowym imaginarium wynika z tego, że Warszawa absolutnie zdominowała całą polską gospodarkę i politykę.

dziennik.pl

W poniedziałek 10 lutego gospodarka ChRL miała wrócić do normalnej aktywności po przerwie świątecznej z okazji chińskiego Nowego Roku. Przerwa ta miała trwać pierwotnie od 24 stycznia do 2 lutego, ale z powodu wybuchu epidemii koronawirusa z Wuhan przedłużono ją o tydzień. 10 lutego wprowadzono ograniczenia w poruszaniu się mieszkańców Pekinu i Szanghaju, a 15 lutego Najwyższy Sąd Ludowy Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) uznał, że ukrywanie przypadków koronawirusa, ich nieraportowanie oraz świadome zarażanie innych powinno być kwalifikowane jako „narażanie bezpieczeństwa publicznego przez niebezpieczne środki”, co jest zagrożone karą od 10 lat pozbawienia wolności do kary śmierci. 17 lutego sąd ten ogłosił, że produkcja sprzętu medycznego (w tym masek chirurgicznych) niespełniającego norm krajowych jest zagrożona karą więzienia do dożywocia włącznie. Tego samego dnia oficjalnie podano, że na skutek COVID-19 w ChRL zmarły już 1772 osoby, a liczba chorych sięgnęła 70 tysięcy.

Pierwsze przypadki odwirusowego zapalenia płuc wywołanego nieznanym koronawirusem odnotowano w Wuhan (stolicy prowincji Hubei) w początkach grudnia ubiegłego roku. Przez kilka tygodni lokalne władze zapewniały, że wszystko jest pod kontrolą, a wirus 2019­nCoV (od 12 lutego oznaczany przez Światową Organizację Zdrowia jako COVID-19) nie ma zdolności do przechodzenia między ludźmi. W tym czasie represjonowano lekarzy i inne osoby, które próbowały informować przełożonych i alarmować opinię publiczną o skali epidemii. Opóźniona reakcja wynika z inercji urzędniczej, ale też z faktu, że 12 stycznia w Wuhan miał miejsce zjazd przedstawicieli ludowych prowincji, którego odwołanie wiązałoby się z utratą twarzy przez władze lokalne i zachwianiem kalendarza politycznego Komunistycznej Partii Chin (KPCh). Na 5 marca wyznaczono bowiem datę rozpoczęcia corocznej sesji parlamentu ChRL – Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych – a poszczególne delegacje muszą wcześniej formalnie odebrać instrukcje od ciał elektorskich poszczególnych prowincji (ostatecznie 17 lutego zapowiedziano odroczenie sesji). Pekin zniósł blokadę informacyjną dopiero 20 stycznia. Ujawniono wtedy, że dochodzi też do zarażeń między ludźmi. 23 stycznia Wuhan objęto kwarantanną, ale były to działania spóźnione, ponieważ od kilku dni trwała już migracja ludności związana z obchodami chińskiego Nowego Roku. Z miasta mogło zdążyć wyjechać ok. 5 milionów ludzi.

Od 19 stycznia władze centralne zmieniły politykę – przyznano, że sytuacja jest poważna i wymaga drastycznych działań. W Komitecie Centralnym (KC) KPCh powołano Małą Grupę Kierowniczą ds. Przeciwdziałania Epidemii Koronawirusa, na której czele stanął premier Li Keqiang, formalnie numer dwa w hierarchii partyjnej. W rzeczywistości akcją w Wuhan kieruje bezpośrednio Sun Chunlan, członkini Biura Politycznego KC KPCh i wicepremier odpowiedzialna m.in. za ochronę zdrowia. Ma ona jednak słabą pozycje polityczną, dlatego 12 lutego do dyscyplinowania lokalnych struktur KPCh w Hubei skierowany został Chen Yixin, sekretarz generalny Komitetu Politycznego i Prawnego KC KPCh, protegowany sekretarza generalnego KPCh Xi Jinpinga.

Po 23 stycznia w krótkim czasie kwarantanną objęto szereg miast w prowincji Hubei, w sumie ok. 60 milionów ludzi, po czym wprowadzono analogiczne restrykcje w innych prowincjach. Ponadto m.in.: ograniczono możliwości przemieszczania się między prowincjami; zakazano podróży grupowych za granicę; zamknięto muzea i inne miejsca odwiedzane przez turystów; ustanowiono punkty kontroli temperatury ciała w każdym możliwym miejscu – od osiedli po centra transportowe; ustanowiono centra izolacji i kwarantanny, do których są przymusowo kierowane cztery grupy ludzi: (1) z potwierdzonym zakażeniem COVID-19, (2) podejrzani o zarażenie, (3) mający kontakt z kategorią 1 i 2, (4) każdy, kto ma gorączkę; przedłużono ferie świąteczne dla uczelni wyższych i młodzieży szkolnej do 17 lutego; ogłoszono, że koszty leczenia COVID-19 będą refundowane i rozpoczęto w Wuhan budowę dwóch szpitali polowych z prefabrykowanych kontenerów. Część tych działań jest krytykowana przez specjalistów jako pokazowe (jak budowa szpitali zamiast szybszej adaptacji budynków biurowych) lub kontrproduktywne (ograniczenia w transporcie uniemożliwiają zaopatrzenie szpitali).

osw.waw.pl

sobota, 4 kwietnia 2020


Korea Południowa była wielokrotnie doświadczana epidemiami. Najważniejsze były: epidemia SARS-CoV w 2003 roku oraz MERS-CoV z 2015 roku. W przypadku tej drugiej było 186 przypadków zakażenia, a 38 osób zmarło.

Po wybuchu MERS zreorganizowano system zwalczania chorób. W Koreańskich Centrach Kontroli Chorób i Profilaktyki (Korea Centers for Disease Control and Prevention, KCDC) powstał specjalny dział, którego zadaniem było przygotowanie kraju na kolejną epidemię.

Zmieniono przepisy dotyczące zarządzania i publicznego udostępniania informacji o pacjentach z chorobami zakaźnymi. Zwiększono wydatki publiczne i prywatne na służbę zdrowia (7,7 proc. PKB w 2016 roku).

Obecnie Korea ma dobrze rozwinięty system opieki zdrowotnej o dużej pojemności i zaawansowany sektor biotechnologiczny, który może szybko produkować oraz dostarczać testy. Rządowa strategia walki z rozprzestrzenianiem się COVID-19 oparła się na powszechnym wykorzystywaniu testów. Dziennie przeprowadza się ich około 20.000 i są bezpłatne dla osób z objawami.

Rząd wykorzystuje też informacje lokalizacyjne z telefonów komórkowych, kart bankowych i ulicznych kamer, by zidentyfikować źródła zarażenia i wiedzieć, kto powinien być testowany w pierwszej kolejności. Społeczeństwo nie neguje ponadprzeciętnego nadzoru i kontroli społecznej, nie do przyjęcia w zachodnich demokracjach liberalnych.

Jednocześnie nie wprowadzono drastycznych środków prewencyjnych, przyjętych przez rządy większości krajów. Ale obawiając się kolejnej fali zakażeń, w związku z powrotami Koreańczyków do domu, 22 marca 2020 roku wprowadzono testy diagnostyczne na SARS-CoV-2 dla wszystkich przybywających z Europy.

obserwatorfinansowy.pl

Przeciętnostan to domena życia, w której pojedyncza obserwacja, czy zdarzenie nie zmienia średniej dla wszystkich obserwacji, dotyczy więc zjawisk prostych i przewidywalnych, takich, jak np. wzrost, czy spożycie kalorii.

Jeśli nawet jakiś człowiek mierzyłby 10 metrów wzrostu, albo spożywał 40 tys. kalorii dziennie, to i tak średni wzrost ogółu ludzi będzie mniejszy niż 2 metry, a konsumpcja kalorii będzie wahać się od 2 do 3 tys. dziennie.

Ekstremistan to zaś domena zjawisk nieprzewidywalnych i złożonych, w których jedna obserwacja może wpłynąć istotnie na cały zbiór, którego dotyczy, może też całkowicie zmienić dany trend.

To, że Bill Gates i inni bogacze posiadają dziesiątki miliardów dolarów istotnie zaburza średnią majątku dla wszystkich Ziemian. Jeden nowy groźny wirus grypy na tysiąc mutacji może zahamować gospodarkę najliczniejszego kraju świata.

Nie wiadomo tylko, który wirus. Jeden genialny terrorysta może zdobyć bombę atomową i dzięki sprzyjającym okolicznościom użyć jej, gdy inni, mniej rozgarnięci będą posługiwać się nożami, a zakres ich działania będzie niewielki.

Tyle, że nie wiadomo, który. Zdarzenia z ekstremistanu to czarne łabędzie, mają niewielkie, albo trudne do oszacowania prawdopodobieństwo, ale są potencjalnie brzemienne w skutkach. Wywołują często “reakcje łańcuchowe”.

obserwatorfinansowy.pl