sobota, 29 lutego 2020


Gdy w Waszyngtonie sławny finansista George Soros uparcie przekonywał prezydenta George’a Busha seniora do swej wizji reformowania Polski, Balcerowicz szykował się właśnie do wyjazdu na stypendium naukowe do Wielkiej Brytanii. Perspektywa wyprawy przez całą Europę maleńkim fiatem 126p jawiła się jako mało zachęcająca. Sprawy zaczęły wyglądać znacznie gorzej, gdy okazało się, że ktoś ukradł z jego malucha koło zapasowe. Balcerowicz zadzwonił do kolegi ekonomisty Stefana Kawalca z prośbą o pomoc. Właśnie upadał PRL i takie dobro luksusowe zdecydowanie łatwiej było skraść niż kupić. Mimo to Kawalec zgodził się pożyczyć koło. Równocześnie przypomniał sobie, że nieco wcześniej kontaktował się z nim Waldemar Kuczyński, doradca obozu solidarnościowego, który rozpaczliwie szukał osoby gotowej objąć tekę ministra finansów.

Przyszłego szefa resortu czekały wielkie wyzwania, gdyż Polska pogrążała się w gospodarczej zapaści. Po bankructwie na początku lat 80. i paru latach zastoju rząd Mieczysława F. Rakowskiego przeprowadził kilka radykalnych zmian, m.in. uwolnił ceny narzucane dotąd przez państwo. Zrobiono to bez oglądania się na deficyt towarów i nadmiar gotówki w portfelach obywateli. „Ludzie kupują, co im wpadnie do ręki. Jedyne, co mogłoby tę tendencję odwrócić, to pojawienie się na rynku takiej ilości towarów, która nasyciłaby go. Jest to jednak niemożliwe” – zapisał w dzienniku 4 lutego 1989 r. zrezygnowany Rakowski. Uwolnione ceny poszybowały w górę, a to prowokowało biedniejących pracowników do strajków. Robotnicy żądali podwyżek i je dostawali, co tylko nakręcało spiralę inflacji. „Wszędzie dostrzega się coraz większe ubóstwo. Stopa inflacji sięga 350 proc. w skali rocznej i nikt nie spodziewa się, by nie mogła dalej wzrastać” – pisał w 1989 r. na łamach „The Daily Telegraph” historyk Norman Stone.

dziennik.pl

czwartek, 27 lutego 2020


Początek lat 90. XX w. był momentem, w którym Niemcom, mimo zjednoczenia, przestawał wystarczać własny potencjał, a coraz częściej myśleli o posiadaniu zaplecza gospodarczego, do którego będzie można oddelegować prostsze i bardziej pracochłonne części łańcucha produkcji. Jak się okaże dalej, nie mogły się nim stać Niemcy wschodnie.

Gdy pewnego razu zapytałem jednego z niemieckich przedsiębiorców, jakie były odczucia środowisk gospodarczych RFN względem Europy Środkowej po upadku żelaznej kurtyny, bez zastanowienia odpowiedział: „wreszcie mamy swoją Koreę”. Nawiązywał tym do relacji łączącej Japonię i Koreę Południową. Kraj Kwitnącej Wiśni od lat jest istotnym konkurentem Niemiec w kluczowych sektorach, takich jak motoryzacja, elektrotechnika czy konstrukcja maszyn. I pomimo że Japonia, podobnie jak RFN, od lat 80. XX wieku zmagała się z problemem silnej waluty, która ograniczała konkurencyjność cenową eksportu, mogła liczyć na swoich tanich i bardzo efektywnych pracowników z Korei Południowej.

Oba azjatyckie państwa żyły zatem w symbiozie, w ramach której Japonia mogła eksportować do Korei swój kapitał i wiedzę technologiczną, a w zamian za to znacząco zwiększać swój potencjał produkcyjny za pośrednictwem koreańskich pracowników i poddostawców.

Dodatkowego smaku całej relacji dodawało to, że oba kraje miały trudną historię wzajemnych stosunków i wiele niezabliźnionych ran z okresu II wojny światowej. Japońska narracja na temat własnej roli w tym konflikcie, a także relatywizowanie japońskich zbrodni do dziś wywołuje bardzo silne emocje społeczne w Korei Południowej i jest nieraz przedmiotem tarć politycznych między dwoma krajami.

Od początku lat 90. Niemcy na masową skalę zaangażowały się kapitałowo w Europie Środkowej, tworząc własne spółki, a także biorąc udział w prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Niemiecki kapitał popłynął szerokimi strumieniami do bankowości, energetyki czy handlu detalicznego. Do dziś to firmy z Niemiec są w czołówce największych inwestorów i pracodawców w Europie Środkowej.

Tak silne związki kapitałowe musiały też wpływać na handel zagraniczny: w latach 1995-2003 wymiana handlowa z RFN stanowiła dominującą część obrotów handlowych państw Grupy Wyszehradzkiej: średnio 38% dla Czech, po 35% dla Węgier i Polski oraz 26% dla Słowacji. Dopiero po przystąpieniu do Unii Europejskiej gospodarki tych krajów stanęły na nogi, rozwinęły własny potencjał przemysłowy i zaczęły bardziej dywersyfikować strukturę geograficzną handlu, co skutkowało obniżeniem o kilka punktów procentowych udziału Niemiec w ich obrotach handlowych.

Niemieckie przedsiębiorstwa liczyły, że podobnego wsparcia konkurencyjności, jakiego doświadczyła dzięki Koreańczykom Japonia, doświadczą one same – właśnie dzięki zacieśnieniu relacji gospodarczych z Europą Środkową. W tej części równania Niemcy się nie pomyliły, a efekt być może przerósł ich najśmielsze oczekiwania.

Po przystąpieniu państw Europy Środkowej do Unii Europejskiej okazało się bowiem, że wspólne uczestnictwo w jednolitym rynku, a także wysoka jakość kapitału ludzkiego Europy Środkowej pozwala na rozwinięcie bardziej zaawansowanych form współpracy i pełne wprzęgnięcie tych krajów w niemiecki łańcuch dostaw.

Już nie chodziło o prostą wymianę handlową podstawowych zasobów i surowców z państw regionu w zamian za niemieckie maszyny i pojazdy. Przedsiębiorstwa Europy Środkowej weszły do niemieckiego łańcucha tworzenia wartości jako istotni dostawcy, wprawdzie nie najwyższego rzędu, ale jednak wnoszący istotną wartość dodaną do niemieckich maszyn, urządzeń elektrotechnicznych i samochodów.

krytykapolityczna.pl

Bombki przedstawiające postacie z radzieckiego film animowanego "Cebulek" z końca lat 50. XX wieku. Szklana figurka pieska z tej serii na aukcji osiągnęła cenę 120 tys. rubli (ponad 7,3 tys. złotych). Koszt całego kompletu, obejmującego wszystkie postacie z filmu, to 600 tys. rubli (ponad 36,7 tys. złotych).

Najwyżej cenione są te zabawki, których nie produkowano masowo, bo nie były zatwierdzone przez specjalną komisję - powiedział dziennikowi "Izwiestija" Siergiej Biełogłazow, redaktor katalogu ozdób choinkowych. Wysokie ceny osiągają też ozdoby wykonane z nietrwałych materiałów, jak wata czy papier, które mogły zachować się tylko w jednym egzemplarzu. Pasja kolekcjonowania radzieckich ozdób choinkowych u wielu ludzi wynika z miłych wspomnień z dzieciństwa; niektórzy szukają konkretnej zapamiętanej z tych czasów zabawki - uważa Biełogłazow.

Wartość, jakiej nabrały radzieckie cacka na choinkę wynika także z tego, że jeszcze w latach powojennych wydmuchiwane były ze szkła i malowane ręcznie. Prócz szklanych bombek robiono, jeszcze od lat 30. i 40. XX wieku, zabawki z kartonu i waty. Właśnie taka wykonana z waty ozdoba przedstawiająca stację arktyczną ZSRR osiągnęła na aukcji pod koniec 2018 roku cenę 75 tys. rubli (prawie 4,6 tys. złotych).

Zabawki, którymi w ZSRR strojono choinki - świeckie, ubierane na Nowy Rok, a nie na Boże Narodzenie - nierzadko bywały odzwierciedleniem swojej epoki, a nawet narzędziem propagandy. Gdy w 1961 roku Jurij Gagarin został pierwszym człowiekiem w przestrzeni kosmicznej, na choinkach zagościły rakiety kosmiczne, satelity i kosmonauci. Radzieckie choinki zdobiono także także szklanymi bombkami z czerwoną gwiazdą, czy w kształcie samolotów.

W latach 50. pojawiła się moda na akcenty chińskie. Wiele było jednak zabawek tradycyjnych: postaci z bajek i rosyjskiego folkloru, figurek zwierząt, dzieci okutanych w futra czy jeżdżących na sankach. Szklane bombki pojawiały się od 1946 roku, gdy pracę wznowiła najstarsza w Rosji fabryka ozdób choinkowych działająca w miejscowości Klin.

bankier.pl

Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.

W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu. Co ciekawe, mimo znacznie bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza „The Lancet” zatytułowana „Drug harms in the UK: a multicriteria decision analysis”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie. Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?

Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA).

One dobitnie pokazują (np. „Narodowy Program Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych na lata 2011-2015”), że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.

Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Mniej więcej 80 proc. społeczeństwa, chociaż jest daleka do ekstremalnie ryzykownego picia, ponosi większość kosztów generowanych przez 7 proc. obywateli spożywających „połówkę” dziennie. Dlaczego?

forsal.pl

sobota, 22 lutego 2020


Tradycyjnie w Białym Domu koncepcje polityczne i pomysły na konkretne działania płyną z góry na dół, a ludzie starają się wcielać w życie życzenia prezydenta – w każdym razie to, co na temat tych życzeń przekazuje im szef kancelarii. W Białym Domu pod rządami Trumpa koncepcje polityczne – począwszy od pomysłu Bannona na rozporządzenie wykonawcze w sprawie imigracji – płynęły z dołu w górę. Istota tego procesu sprowadzała się do sugerowania, podpowiadania rozwiązań i wspominania o tym, czego prezydent mógłby chcieć – w nadziei, że dojdzie on do wniosku, iż sam na to wpadł (w tym celu podczas rozmowy należało wspomnieć, że prezydent przecież myślał już wcześniej o danej sprawie).

Walsh zaobserwowała u Trumpa pewien zestaw przekonań i impulsów, których większość funkcjonowała w jego umyśle od lat. Niektóre z nich były w znacznym stopniu sprzeczne z innymi, generalnie też nie dawały się wpisać w konwencje i formy właściwe dla legislacji czy polityki.

Ona i wszyscy pozostali mieli więc za zadanie stworzyć program na podstawie pragnień i impulsów, co wymagało sporych zdolności interpretacyjnych. W ocenie samej Walsh było to jak „domyślanie się, czego chce dziecko”. Formułowanie sugestii okazywało się bardzo skomplikowane. Zasadniczy problem prezydentury Trumpa, wpływający na każdy aspekt jego polityki i przywództwa, polegał na tym, że on nie przetwarzał informacji w sposób konwencjonalny. W pewnym sensie nie przetwarzał ich wcale.

Trump nie czytał, nawet nie przeglądał tekstów pisanych. Jeśli coś zostało mu przedstawione na piśmie, to równie dobrze mogło nie istnieć. Zdaniem niektórych w praktyce wychodziło na to, że był co najwyżej półanalfabetą (kwestia ta stała się przedmiotem sporów, ponieważ Trump czytał nagłówki i artykuły na swój temat – a przynajmniej nagłówki artykułów na swój temat, jak również co ciekawsze teksty publikowane na Page Six przez „New York Post”). Niektórzy przypuszczali, że może mieć dysleksję, na pewno miał ograniczoną zdolność rozumienia informacji. Inni wychodzili z założenia, że Trump nie czyta, bo nie musi – i że to w istocie jeden z jego głównych wyróżników jako populisty: był człowiekiem postalfabetycznym, w pełni polegającym na telewizji.

Trump jednak nie tylko nie czytał, ale też nie słuchał. Wolał mówić. We własne doświadczenie, choćby zupełnie mizerne i niezwiązane z tematem, wierzył bardziej niż w cudze. Poza tym potrafił się skupić na jednej kwestii jedynie przez bardzo krótki czas, nawet jeśli coś wydawało się mu godne zainteresowania.

W związku z tym członkowie jego organizacji musieli wypracować zbiór wewnętrznych uzasadnień, pozwalających im darzyć zaufaniem człowieka, który pomimo bardzo ograniczonej wiedzy całkowicie polegał na swoim instynkcie i odruchach, zupełnie się nie przejmując tym, jak często się one zmieniają.

W Białym Domu za rządów Trumpa zapanowało przekonanie, że doświadczenie – jako cnota liberalna – jest przereklamowane. W końcu ludzie, którzy z wielkim trudem zdobywali wiedzę, często podejmowali nietrafione decyzje. Może zatem instynkt pozwala badać istotę sprawy równie skutecznie, albo wręcz lepiej, niż typowe dla dotychczasowej amerykańskiej polityki intelektualne rozważania i analizy danych, które często przesłaniają tę prawdziwą rzeczywistość. Być może.

Miejmy nadzieję.

Oczywiście poza samym prezydentem tak naprawdę nikt w to nie wierzył.

Michael Wolff - Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

Przemówienie trwało 48 minut, ale już po upływie pierwszych kilku wiadomo było, że nie ma nic wspólnego z pierwotnym planem. W kółko powtarzały się te same wątki.

„Może kiepsko im idzie z sondażami. A może są na bakier z prawem. Albo jedno, albo drugie.

Są naprawdę bystrzy. Są cwani. No i bardzo nieuczciwi… Podsumowując (choć mówić miał jeszcze przez 37 minut), to bardzo delikatny temat, a oni się denerwują, jak demaskujemy ich kłamstwa. Twierdzą, że Pierwsza Poprawka zabrania nam krytykowania ich nieuczciwych doniesień. Wiecie, oni zawsze się powołują – następne słowa wypowiedział nienaturalnie wysokim tonem – na Pierwszą Poprawkę. Ja uwielbiam Pierwszą Poprawkę. Nikt jej nie lubi bardziej niż ja. Nikt”.

Członkowie świty Trumpa usiłowali zachować pokerowe twarze. Rozluźnili się dopiero po chwili, gdy usłyszeli radosne okrzyki i śmiech na sali. Do tego momentu nie potrafili stwierdzić, jak zostaną odebrane te dość osobliwe rozważania prezydenta.

„Tak na marginesie. Was tu jest pełno, sala pęka w szwach, a kolejka ciągnie się na sześć przecznic. (Tak naprawdę poza zatłoczonym lobby żadnej kolejki nie było). Mówię wam o tym, bo nigdzie o tym nie przeczytacie. Ale są kolejki, które ciągną się na sześć przecznic… Łączy nas wspólny obowiązek wobec Ameryki, wobec Ameryki… Wszyscy z dumą salutujemy tej samej amerykańskiej fladze… Wszyscy jesteśmy równi, równi w oczach Wszechmogącego Boga…

Jesteśmy równi… I ja chciałbym, tak przy okazji, podziękować społeczności ewangelikalnej, społeczności chrześcijańskiej, wspólnotom wiary, rabinom, księżom i pastorom, duchownym, ponieważ jak wiecie, uzyskałem rekordowe poparcie, i to nie tylko jeśli chodzi o liczbę ludzi, ale o odsetek tych, którzy głosowali na Trumpa… To niesamowity zryw i ja was nie rozczaruję… Dopóki będziecie wierzyć w siebie nawzajem i ufać Bogu, nie ma takiego celu, którego nie moglibyśmy osiągnąć… nie ma zbyt ambitnego marzenia… nie ma zbyt wielkiego zadania…

Jesteśmy Amerykanami i przyszłość należy do nas… Ameryka tryska energią. Będzie większa, lepsza i silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej…”.

Ludzie w Zachodnim Skrzydle dla zabicia czasu zaczęli spekulować, jak długo Trump mógłby mówić, gdyby władał czasem tak sprawnie jak językiem. Wspólnie doszli do wniosku, że bez końca. Nie miał żadnych zahamowań i chętnie słuchał własnego głosu. Najwyraźniej nie musiał dbać o żaden logiczny ciąg myśli czy spójność przekazu, bo przypadkowe spostrzeżenia wywoływały zachwyt publiczności. Swobodne skojarzenia wydawały się tylko dodawać mu skrzydeł. Wszystko to sugerowało, że mógłby mówić bez końca, jeśli pozwalałyby mu na to czas oraz zdolność koncentracji uwagi jego słuchaczy. Te spontaniczne wystąpienia Trumpa zawsze były wielkim przeżyciem, jednak w większym stopniu dla ludzi z jego otoczenia niż dla niego samego. On sprawiał wrażenie całkowicie pochłoniętego i szczęśliwego. Napawał się przekonaniem o własnej wytrawności jako autora przemówień i mówcy. W tym czasie wszyscy inni wstrzymywali oddech. Jeśli w trakcie takiego wystąpienia dał się ponieść fali szaleństwa – a dawał się ponieść dość często – i jego rozważania zaczynały zmierzać w jakimś tajemniczym kierunku, to jego ludzie musieli czym prędzej szukać wyjścia z sytuacji. Trzeba było się wykazać absolutną dyscypliną, żeby udawać, że się nie widzi tego, co widzą wszyscy.

Michael Wolff - Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

czwartek, 20 lutego 2020


Funkcjonariusze U.S. Customs and Border Protection podlegają Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego, resortowi utworzonemu po zamachach z 11 września. Pracownicy agencji mają szeroki mandat działania w zakresie „ochrony ojczyzny”, w który wpisują się m.in. walka z terroryzmem (zapobieganie przedostawaniu się broni i terrorystów na teren USA), handlem ludźmi, narkotykami czy przemytem, egzekwowanie prawa i przepisów celnych, imigracyjnych bądź dotyczących importu żywności i produktów rolnych oraz różnego rodzaju inspekcje, analizy wywiadowcze, aresztowania na granicach.

Rozmowa z funkcjonariuszem CBP nie zawsze należy do przyjemnych, o czym przekonało się w ostatnim roku kilku dziennikarzy. Na początku października podczas jednej ze standardowych kontroli na lotnisku w Dulles w stanie Virginia reporter Defence One odzyskał swój paszport, dopiero gdy odpowiedział twierdząco na pytanie „Piszesz propagandowe teksty, prawda?”, które urzędnik zadawał mu do skutku. W lutym dziennikarz serwisu BuzzFeed był wypytywany o artykuły publikowane na temat prezydenta Donalda Trumpa, w maju w Austin służby przez kilka godzin przetrzymywały freelancera i przeszukiwały jego zdjęcia, filmiki i prywatną korespondencję w telefonie, w sierpniu w Los Angeles pracownik CBP oskarżył dziennikarza o bycie częścią fake news media i koniecznie chciał wiedzieć, czy reporter współpracuje z CNN lub MSNBC.

Sytuacje te są nieprzyjemne, ale nie ekstremalne. Te ostatnie dotyczą grup słabszych niż przedstawiciele mediów. W październiku po długiej batalii sądowej Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (American Civil Liberties Union, ACLU) uzyskała pokaźną kolekcję dokumentów i materiałów wideo przedstawiających traktowanie nieletnich przetrzymywanych przez CBP na granicy z Meksykiem. Pochodzą one z lat 2009-2014. Przeglądając kolejne strony, można poznać traumatyczne historie setki dzieci i nastolatków. Wyznania o tym, jak były bite, przetrzymywane w kajdankach, a nawet gryzione przez psy należące do funkcjonariuszy straży granicznej.

onet.pl

Z bogatego w źródła opracowania OECD o tym jak żyło się 200 lat temu i potem („How was life? Global well-being since 1820”) wiadomo, że na początku XIX wieku krajem wytwarzającym najwięcej w ujęciu per capita była Wielka Brytania z PKB nieco powyżej 2000 dolarów, o sile nabywczej z 1990 r. Amerykanie prześcignęli swych byłych pryncypałów aż po mniej więcej stuleciu, bo na pierwszym miejscu stanęli dopiero w okolicach 1910 r.

Niemcy byli sprawniejsi w pościgu za głównym rywalem. Jeszcze w 1850 r. plasowali się za Francuzami, ale mimo ich pokonania w wojnie 1870-71, zagarnięcia bogatych prowincji (Alzacja i część Lotaryngii) oraz ściągnięcia z Francuzów olbrzymiej kontrybucji w postaci 5 mld franków w złocie, co równało się dwukrotności rocznych podatków ściąganych we Francji (E.N. White, „Making The French Pay”), musieli jeszcze długo pracować, żeby ich prześcignąć. Dokonali tego na przełomie stuleci. Wg dzisiejszych szacunków, w 1900 r. PKB per capita we Francji wyniosło 2876 dolarów o sile nabywczej z 1990 r., a w Niemczech o setkę więcej (2985 dolarów). (...)

Makroekonomista Robert Barro z Harvardu pisał w 2003 r., że Korei Płd. starczyło 40 lat, żeby dziesięciokrotnie zwiększyć PKB per capita. Przypomniał w tym kontekście, że Amerykanie musieli poczekać na to samo aż 130 lat – od 1870 do 2000 r. Wyczyn rośnie w oczach jeszcze bardziej, gdy wiedzieć, że w 1950 r., tj. przed wybuchem wojny koreańskiej, Koreańczycy wytwarzali trzykrotnie mniej od Polaków. U nas PKB na mieszkańca wynosił niecałe 2500 dolarów, a w Korei Płd. – mniej niż 900 dolarów. Potem było jeszcze gorzej, bo po wojnie nie ostał się kamień na kamieniu.

Dziś Korea Płd. to niewielki kraj i olbrzymia gospodarka. W 2018 r. PKB Polski wyniósł 586 mld dolarów, a południowokoreański 1619 mld dolarów. Ten malutki kraj wytworzył niemal tyle samo co przeogromna Rosja.

obserwatorfinansowy.pl

A więc pierwszy postój, Hamburg. Idzie się do Henia, z dubeltówki cyk, cyk, cyk, dokąd jedziesz?
– Na południówkę.
– Południówka? A więc zegarki, długopisy, makatki – masz.

W Ameryce Południowej czekają kupcy i handlarze. Kawa za dwadzieścia dolarów, proszę bardzo. Sprzeda się za sto sześćdziesiąt. Skóry z lamy, zamszowe spódniczki, kamizelki…

W Antwerpii zaprzyjaźniony kupiec wie, co idzie w Indiach. W Kopenhadze polski emigrant przyjmuje zamówienia od radiooficerów. Numer dwadzieścia dwa chce dziesięć płaszczy ortalionowych, numer szesnaście – piętnaście koszul i sweterki bouclé. Na statku jest sto osób, więc operacja robi się niebagatelna. Przypływają na miejsce. Czeka sto kartonów, każdy ogląda, większość składa reklamacje, bo rękaw nie taki albo brakuje kołnierzyka. Bądź co bądź to było straszne badziewie. Jakoś się dogadują. Wystarczy już tylko przejść przez polską kontrolę.

W Singapurze wszystko gotowe: peruki, parasolki, majtki, kremplina – bele po sześćdziesiąt metrów, granat i bordo, bo w latach siedemdziesiątych te kolory szły najlepiej. Już mieli wracać, a tu nagle zmiana, postój na Sachalinie. Przyjęcie w Infłocie, trzeba iść. Gorbusze wielkie na metr, czerwony kawior wprawdzie na gazetach, ale smaczny. Wódka zimna, rozmowy gorące. Wreszcie Siergiej:
– Idiom w kajutu.

Dostaje dwa „Penthouse’y” i „Playboya”, zatapia się w lekturze i nie chce już o niczym gadać. A tu parasolki, majtki, peruki, kremplina. W końcu bierze, płaci rublami. No więc dalsze zakupy. Obrączki, kolczyki, złoto, rubiny. Aparaty fotograficzne. Zorki po sześćdziesiąt rubli, w kraju na dzień dobry szły po sześćdziesiąt dolarów. Znowu Singapur. Z zapasem rubli. Kurs korzystny, więc od nowa: kremplina, peruki, majtki, parasolki. Gdynia. A tu podpływają motorówki czarnej brygady, czyli celników, którzy kontrolują statek, zanim ten zacumuje w porcie. Niedobrze. Na szczęście w załodze jest chemik – podpowiada, że jeśli towar zawinie się w kalkę maszynową, urządzenia go nie wykryją. Szybkie pakowanie. Wszystkie te aparaty, parasolki, świecidełka – w kalkę i do schowków, w kieszenie albo w majtki. Objeżdżają z przodu. Nic. Objeżdżają z tyłu. Nic. Wreszcie w gaśnicach znajdują pierścionki. Jak zwykle w takiej sytuacji – niczyje. Siwy dym. W porcie żony z dziećmi nie wiedzą, co się dzieje. Wszystko kończy się niedużą karą za pierścionki. Resztę, w kalkach, pod elastycznymi bandażami i w kieszeniach dzieci – ich nie można rewidować, a mogą wejść na statek przywitać tatę – udaje się wynieść.

Aleksandra Boćkowska - Księżyc z peweksu

Przy okazji Eymeric podał imponującą listę heretyckich sekt – co pokazuje, że żeby zaistnieć jako jedno ciało, chrześcijaństwo musiało zniszczyć każdą uboczną formę wyrosłą z jego pnia: karpokratian, którzy sprowadzali Chrystusa do jego ludzkiej natury z mężczyzny i kobiety; nikolaitów, którzy wymieniali się kobietami; nazarejczyków, żydów, którzy wierzyli w Chrystusa; nyktazontów, którzy potępiali nocne modlitwy; ofitów, którzy czcili węża; walentynian, dla których Chrystus pozostał w ciele Dziewicy jak w tubie; adamitów, którzy byli nudystami; katafrygów, którzy uznawali tylko Ewangelię według Jana; setian, którzy czcili syna Adama, jedynego Chrystusa; artotyritów, którzy ofiarowywali niebu chleb i ser; akwarytów, którzy święcili jedynie wodę; marcjonitów, dla których Jezus nie był oczekiwanym przez żydów Mesjaszem; noecjan, którzy powoływali się na człowieka określającego się jako drugi Mojżesz; ebionitów, towarzyszy drogi Mahometa; sewerian, którzy odrzucali wino, Stary Testament i zmartwychwstanie Chrystusa; tacjan wegetarian; alogów, którzy zaprzeczali, że Chrystus był Słowem; katarów, którzy nie wierzyli, że żal zmazuje grzech; manichejczyków, którzy odrzucali nauki starotestamentowe; hermogenian, którzy odrzucali Trójcę Świętą; hieraszytów, bezżennych, którzy wykluczali dzieci z królestwa niebios; nowacjan, którzy na nowo chrzcili ochrzczonych; focynian, którzy wierzyli, że Jezus jest rzeczywistym synem Marii i Józefa; antidicomarianitów, którzy twierdzili to samo; patrycjan, którzy zaświadczali, że materię ludzkiego ciała stworzył diabeł; kolutian, którzy zwalniali Boga ze stworzenia zła; florian, którzy przeciwnie, czynili go odpowiedzialnym za nie; agonistów lub skototopików, którzy zadawali sobie śmierć z miłości do męczeństwa; pryscylian, którzy łączyli gnostycyzm i manicheizm; jowianistów, dla których nie było żadnej różnicy między kobietą zamężną a dziewicą, hulaką a abstynentem; tessaresdekatytów, którzy obchodzili Wielkanoc czternastego Księżyca; pelagianistów, już napotkanych, którzy uważali, że wolna wola jest potężniejsza niż łaska; acefalów, którzy obywali się bez przywódcy, ale zwalczali wymierzone w monofizytów uchwały soboru w Chalcedonie, wedle którego boska natura Syna wchłonęła naturę ludzką. Eymeric dorzucił jeszcze innych herezjarchów: tych, dla których Bóg jest trójkształtny; tych, którzy wierzą, że natura boska Chrystusa przeszła mękę; tych, którzy twierdzą, że Chrystus został zrodzony przez ojca na początku czasów; tych, którzy negują, że Chrystus zstąpił do piekieł, żeby uwolnić sprawiedliwych; tych, którzy twierdzą, że dusza nie powstała na obraz Boga; tych, którzy myślą, że dusze przemieniają się w diabła lub w zwierzęta; tych, którzy twierdzą, że świat jest niezmienny; tych, którzy wierzą w mnogość światów; tych, którzy wierzą w wieczność świata; tych, którzy chodzą boso; tych, którzy jedzą samotnie itd.

Michel Onfray - Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa

Łańcuchy wartości w produkcji mają bardzo różny charakter. W klasycznej postaci ich początek bierze się w kopalni surowców, często gdzieś w egzotycznym świecie. Po wstępnym przetworzeniu, na ogół na miejscu, wytworzone z nich półprodukty trafiają do kolejnych fabryk, aby na końcu wejść w skład finalnego wyrobu powstającego najczęściej tam, gdzie został on wymyślony, czyli zazwyczaj w Europie, USA, albo w Japonii.

Obecnie wygląda to często inaczej. Projekt nadal pochodzi na ogół z rozwiniętego świata, ale poszczególne części powstają w innych krajach, a finalny i zwykle pracochłonny montaż – jak w przypadku wspomnianego na początku roweru elektrycznego – odbywa się tam, gdzie praca jest tańsza.

W ten sposób np. rowery zaprojektowane przez włoską firmę Bianchi, mają części pochodzące od wyspecjalizowanych dostawców z różnych miejsc w Europie i w Azji, ale ostateczny ich montaż odbywa się w Wietnamie. A potem rowery te sprzedawane są np. w USA, gdzie ich cena detaliczna sięga bez mała 5 tys. dolarów. 60 proc. tej wartości tworzy się poza Wietnamem.

(...)

U progu lat 90. ok. 37 proc. międzynarodowego handlu dotyczyło sprzedaży produktów, które powstały w zorganizowanych łańcuchach wartości. W latach 90. i na początku XXI wieku udział ten wzrósł do mniej więcej 55 proc. Wzrost ten wynikał z bardzo wielu przyczyn, od technicznych poczynając na geopolitycznych kończąc.

Z technicznego i ekonomicznego punktu widzenia najistotniejszy był rozwój (i jednocześnie spadek ceny) usług telekomunikacyjnych, pozwalający szybko i tanio kontaktować się z każdym miejscem w świecie. Można dzięki temu łatwo znaleźć poddostawców w innych krajach. Równie ważny był następujący w tym samym czasie spadek cen transportu, w tym zwłaszcza lotniczego, dzięki czemu każdą najdrobniejszą część finalnego produktu opłaca się dostarczyć nawet z innego kontynentu.

Geopolitycznym czynnikiem szybkiego rozwoju łańcuchów wartości było włączenie w tych latach do międzynarodowej wymiany handlowej całych wyłączonych przedtem z niej połaci kontynentów europejskiego i azjatyckiego, w tym zwłaszcza Europy Środkowej i Wschodniej oraz Chin. Miało to też związek ze światową liberalizacją obrotów handlowych i z odwrotem dzięki wielostronnym traktatom, takim jak np., z Doha, od powszechnego wcześniej protekcjonizmu.

Wybuch światowego kryzysu finansowego wyraźnie jednak zahamował dalsze wydłużanie łańcuchów wartości, na co także złożył się splot wiele różnych czynników – od społecznych po techniczne, ekonomiczne, a nawet geopolityczne. Kryzys i spadek produkcji w krajach rozwiniętych spowodował w nich wzrost bezrobocia, co wywołało społeczny opór wobec przenoszenia produkcji do krajów z tańszą siłą roboczą.

Producenci, dla których liczą się przede wszystkim względy ekonomiczne, nie zwiększają jednak zatrudnienia w drogich pod tym względem krajach rozwiniętych, ale przyspieszają automatyzację produkcji czy rozwój technologii druku przestrzennego (3D), dzięki czemu możliwe jest przenoszenie produkcji podzespołów bliżej konsumenta.

Skłania to polityków do ponownego nakładania na sfery biznesu protekcjonistycznych barier, a przynajmniej do nasilania retoryki przeciwko globalizacji. W największym stopniu dotyczy to obecnie relacji USA – Chiny. Ze względu na rozkooperowanie – vide przykład roweru elektrycznego – produkcji właściwie wszystkiego co się dziś w świecie produkuje, wojna handlowa pomiędzy tymi dwoma krajami dotyczy jednak tak naprawdę całego świata.

obserwatorfinansowy.pl