czwartek, 13 lutego 2020


- Niedawno chciałem powiesić szafkę na ścianie, prosta sprawa. Nie ma wiertarki, zadzwoniłem do lokalnej złotej rączki. Facet usłyszał adres, głęboko westchnął i podbił cenę o dwie dychy. Jak przyjechał, okazało się dlaczego. Nie wystarczyła wiertarka udarowa, musiał przywieźć młot udarowy. Potężny sprzęt, a i tak nieźle się namęczył - opowiada mi mieszkaniec Ursynowa, Adam.

(...)

Żona poprosiła mnie o powieszenie zegara, nic trudnego. Wyciągnąłem z szafy wiertarkę, którą kupiłem w markecie. 10 minut później miałem dziurę o głębokości pół centymetra, skrzywione wiertło i dymiącą z wysiłku wiertarkę. Smród na całą chałupę. Wielka płyta mnie pokonała, ale już wiem czemu. Spotkałem na dole sąsiada, który popatrzył na mnie jak na łosia - mówi nam Piotr Nikliński, mieszkaniec warszawskiej Chomiczówki.

- Wytłumaczył, że spora część sąsiadów to ludzie, którzy budowali nasze osiedle. A jak budowali dla siebie, to nieźle się postarali i bloki mają wytrzymałość bunkra - dodaje.

money.pl

A tymczasem Wrocław pod wodzą prezydenta Dutkiewicza „wychodzi z Rzeczypospolitej”. Dowody, zdaniem Brauna? Powołanie Centrum im. Willy’ego Brandta przy Uniwersytecie, Niemiec prof. Klaus Bachmann w lokalnej „Gazecie Wyborczej”, tablica upamiętniająca Fritza Habera, wrocławskiego noblistę z przedwojnia oraz „World Games”. W inauguracyjnej części imprezy wykonana zostaje pieśń, która zawiera słowa: „To będzie miasto równych ludzi. Nie niemieckie. Nie polskie. Nie żydowskie. Nie rosyjskie i nie ukraińskie”. Braun informuje prokuraturę. Ta jednak – najwyraźniej opanowana przez służby, mafie i loże – nie wszczyna śledztwa.

Miasto bowiem przejęła obca agentura. Już wrocławscy pierwsi osadnicy w 1945 roku to, zdaniem reżysera, zaufani „sowieciarze”. Sztaby tzw. Północnej Grupy Wojsk Armii Czerwonej, Legnica ze słynną „małą Moskwą”, Świdnica – miasto, z którego dowodzona była operacja „Dunaj”, tajny bunkier pod Oławą, gdzie miało znajdować się jedno z centrów dowodzenia III wojną światową, WSI, SB, KGB, STASI, BND i GRU oraz Putin w pobliskim Dreźnie: wszystko to według Brauna świadczy, że na Dolnym Śląsku „mamy więcej postsowieckiej agentury na kilometr kwadratowy niż w jakimkolwiek innym regionie Polski. Sowieci zawczasu układają sobie klocki”, twierdzi.

Zaczynają już od stanu wojennego – procesu selekcji do nowej władzy, zaś Dolny Śląsk „mógł być poletkiem doświadczalnym” polskiej transformacji ustrojowej. Braun nie może się nadziwić, skąd tyle karier z tego regionu: Stanisław Ciosek, Bogdan Zdrojewski, Władysław Frasyniuk, Rafał Dutkiewicz, Barbara Labuda, Beata Sawicka, Mirosław Chlebowski, Józef Pinior, Jerzy Szmajdziński, Ryszard Czarnecki, Kazimierz Ujazdowski, Adam Lipiński, wszyscy są w tej „szajce”. A na jej czele stoi ówczesny właściciel Radia Eska, WKS Śląsk i barów Pan Smak, funkcjonariusz służb wstawiony przez SB do Solidarności, demonicznie inteligentny – tak, tak! – Grzegorz Schetyna. Wszyscy robią kariery, tylko nie Braun. Wrocław to bowiem jego zdaniem „polski Wiedeń” gdzie spotykają się „mafie, służby i loże” Tymczasem Braun z nikim takim się nie spotyka, nie ma stałej pracy, czuje się gnębiony i prześladowany.

krytykapolityczna.pl

Jednak niechęć firm do podnoszenia cen może nie tylko przyczyniać się do niskiego poziomu inflacji, ale również być jego konsekwencją. Gdy znacząco z roku na rok rosną ceny wszystkiego, tak jak w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, firmy mogą ustalać realne, skorygowane o inflację ceny swoich produktów, bez obaw, że zniechęci to nabywców. Jeśli cena kufla piwa wzrośnie o 5,5 proc. po wielu latach podwyżek o 5 proc., to klienci nie zaczną szukać innych pubów. Paradoksalnie mogłoby się tak stać po podwyżce o zaledwie 0,5 proc., następującej po wielu latach braku wzrostów cen. W ten sposób spadająca inflacja może zwiększać „lepkość” cen. Chcąc zrekompensować sobie brak możliwości podnoszenia cen, firmy znajdują inne sposoby przerzucania kosztów na nabywców, takie jak np. zmniejszanie rozmiaru produktów lub obniżanie ich jakości.

Ta sytuacja ma także wpływ na rynek pracy. Bardzo dobrze znane jest zjawisko lepkości płac, zwłaszcza jeśli chodzi o ich ewentualną obniżkę. W środowisku niskiej inflacji przedsiębiorstwa tracą możliwość obniżania wynagrodzeń pracowników poprzez ich podnoszenie w tempie niższym od stopy inflacji, co ma poważne konsekwencje makroekonomiczne. Ekonomiści przypisują zjawisku lepkości płac wzrost bezrobocia podczas recesji. W obliczu zmniejszonego popytu, firmy zmuszone do obniżki cen nie mogą obniżyć płac, aby utrzymać marżę zysku. Zamiast tego zmniejszają więc produkcję i zwalniają pracowników.

Prężne firmy mogą jednak sięgać po inne rozwiązania: mogą zrobić z zatrudnieniem to, co zrobiono z czekoladowym batonikiem. Niektóre przedsiębiorstwa redukują koszty poprzez zwiększenie wartości produkcji przypadającej na pracownika, często poprzez wymuszanie na pracownikach wzrostu wydajności pracy. Znamienne jest, że wielkość produkcji na pracownika spada zwykle w okresie ekspansji gospodarczej, a rośnie podczas kryzysów, co jest dokładnym przeciwieństwem prawidłowości obserwowanych 40 lat temu, w warunkach wysokiej inflacji. Firmy mogą reagować na presję rynku zmniejszając świadczenia pracownicze. Sieć supermarketów Asda ogłosiła niedawno plany znacznej redukcji uprawnień urlopowych swoich pracowników w Wielkiej Brytanii. Przedsiębiorstwa mogą też narzucać pracownikom mniej dogodne harmonogramy pracy. Badania opublikowane w 2017 roku wskazują, że możliwość dostosowania godzin pracy pracowników z tygodnia na tydzień jest warta co najmniej 20 proc. ich wynagrodzenia. Z drugiej strony, w okresach prosperity firmy często decydują się nagradzać pracowników przywilejami i jednorazowymi premiami, zamiast podwyżkami płac, które trudniej jest cofnąć w czasie spowolnienia.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 10 lutego 2020


Po spotkaniu z Jeffreyem turecki minister obrony gen. Hulusi Akar stwierdził, że Turcja domaga się stworzenia w północnej Syrii, przy granicy z Turcją na wschód od Eufratu, „strefy bezpieczeństwa” o szerokości 30-40 km (w głąb Syrii) i długości ok. 440 km, która kontrolowana byłaby przez armię turecką, przy wsparciu protureckich rebeliantów syryjskich. Ponadto Turcy chcą również zająć znajdujący się na zachód od Eufratu region Manbidż.

(...)

SDF przedstawiło własną propozycję strefy bezpieczeństwa, która, jak poinformował Mazlum Abdi, została dostarczona Turkom za pośrednictwem Jamesa Jeffreya. Zakłada ona, że strefa będzie miała szerokość 5 km, a nie 30-40 km. Ze strefy zostałyby wycofane kurdyjskie oddziały YPG, które Turcja uznaje za „filię PKK” (przy czym ani Amerykanie ani Francja czy Wielka Brytania, które również wspierają SDF na  miejscu, nie podzielają takiej percepcji). Zostałyby one zastąpione przez „siły lokalne” wsparte przez siły międzynarodowe, jednakże z wykluczeniem ewentualnej obecności Turcji w ich składzie, ze względu na to że Turcja jest stroną konfliktu. Abdi dodał, że SDF może się zgodzić na obecność Turków w składzie takich sił międzynarodowych tylko pod warunkiem, że jednocześnie Turcja zgodzi się na powrót do domu mieszkańców okupowanego przez nią w Syrii kurdyjskiego regionu Afrin i opuszczenie ich przez protureckich rebeliantów syryjskich i osadników z innych części Syrii. Proces ten miałby być nadzorowany przez lokalne władze cywilne Afrin, przy międzynarodowych gwarancjach. Abdi zadeklarował też gotowość wycofania wszelkiego ciężkiego sprzętu wojskowego ze strefy bezpieczeństwa jeśli Turcja zobowiąże się do nieagresji. SDF wyklucza też możliwość obecności w strefie protureckich rebeliantów, którzy w Afrin wsławili się grabieżami i porwaniami dla okupu.

Obie koncepcje strefy bezpieczeństwa (SDF-u i Turcji) są nie do pogodzenia, gdyż przyświeca im zupełnie inna idea. Motywacja SDF jest klarowna: wprowadzenie sił międzynarodowych w strefie bezpieczeństwa oznaczałoby bezstronną kontrolę uniemożliwiającą ataki i prowokacje z obu stron granicy. Turcja twierdzi, że stworzenie takiej strefy jest niezbędne dla jej bezpieczeństwa ze względu na rzekome zagrożenie ze strony PKK, która miałaby ją atakować ze strony syryjskiej. Dotychczas jednak do żadnych takich ataków nie dochodziło (pomijając oczywiste prowokacje tureckie takie jak wystrzelenie pocisku w kierunku Turcji z terytorium NES w trakcie wizyty McKenziego – sprawcy tej prowokacji zostali zresztą natychmiast aresztowani przez SDF). Wręcz przeciwnie, to tureccy żołnierze regularnie ostrzeliwują tereny NES (w ostatnim takim incydencie 31 lipca od kuli tureckiego snajpera zginął 14letni Kurd). Agenci tureccy dokonują również zamachów na terenie NES. I dlatego taka strefa byłaby przede wszystkim w interesie SDF gdyż nie tylko wytrąciłaby z rąk Turcji argumenty o rzekomym zagrożeniu ale również chroniłaby mieszkańców NES przed tureckimi prowokacjami.

Odrzucenie tej propozycji przez Turcję pokazuje natomiast, że Turcji nie chodzi o ochronę przed rzekomym zagrożeniem ataków terrorystycznych z terytorium Syrii. W istocie Turcja dąży do aneksji Syrii Płn. po to by z terenów tych wygnać miejscową ludność (zwłaszcza kurdyjską) i osiedlić na niej przebywających w Turcji syryjskich uchodźców z innych części Syrii (uchodźcy z terenów kontrolowanych przez SDF nie mają żadnych problemów jeśli chcą wrócić i większość z nich dawno to zrobiła). Taki scenariusz na mniejszą skalę został już zrealizowany w Afrin. Ponadto w całej tureckiej strefie okupacyjnej następuje systematyczne wprowadzanie tureckiej administracji i turkifikacja szkolnictwa. „Strefa bezpieczeństwa” według tureckiej koncepcji ma zatem przede wszystkim oddzielić tereny zamieszkane przez Kurdów w Syrii i Turcji przez stworzenie arabskiego pasa buforowego. Ludność w tym buforze zależna byłaby bardzo mocno od Turcji, a jej naturalnym wrogiem byliby Kurdowie (których mieszkania i ziemię zajęliby przecież właśnie ci nowi mieszkańcy). Podlegałaby też stopniowej turkifikacji, która mogłaby stanowić wstęp do formalnej aneksji (tak jak miało to miejsce w 1939 r. z sandżakiem Aleksandrietty). Jednocześnie pozbycie się Syryjczyków z terytorium Turcji byłoby spełnieniem oczekiwań znacznej części tureckiej opinii publicznej.

defence24.pl

Nastroje gospodarcze na świecie ulegają gwałtownym wahaniom, a okresy głębokiego niepokoju przeplatają się z falami optymizmu. Czasami trudno jest nadążyć za tymi zmianami. The Economist w latach 2015 i 2018 ostrzegał czytelników by przygotowali się na „kolejną recesję”, z przerwą w 2017 r., kiedy to wychwalał „zaskakujący rozwój światowej gospodarki”. Ostatnio okresy niepokoju i nadziei wydają się trwać coraz krócej.

Rynki rozpoczęły 2019 r. od wzrostów, a następnie pogrążyły się w niepokoju, po czym zaczęły ponownie rosnąć w ostatnich tygodniach. Istnieje pokusa, aby interpretować te gwałtowne wahania nastrojów jako nieudolne próby odnalezienia właściwej narracji pośród szumu informacyjnego.

Jednakże towarzyszą im bardzo realne wahania gospodarcze. Tempo wzrostu wymiany handlowej spadło w 2015 r., następnie zanotowało odbicie i obecnie wyhamowuje. Jak pokazują wskaźniki PMI, globalna produkcja reagowała na rynkowe zawirowania, spadając w 2015 r. i rosnąc w 2017 r., zanim ponownie spadła w tym roku do poziomów nienotowanych od czasów kryzysu w strefie euro. Wahania nastrojów nie są więc skutkiem szumu informacyjnego. Odzwierciedlają one wysiłki inwestorów próbujących zorientować się, jak będzie wyglądała równowaga, która wyłoni się ze wzburzonej światowej gospodarki.

Można by przypuszczać, że taka niepewność będzie normą. Światowa gospodarka, choć mocno zintegrowana, nie ma scentralizowanej, stabilizującej instytucji, takiej jak ministerstwo skarbu czy bank centralny.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 9 lutego 2020


Z grubsza rzecz biorąc na świecie postrzega się relacje rosyjsko-chińskie na trzy sposoby. Po pierwsze, tak, jak w Rosji i Chinach - przez pryzmat „oficjalnego optymizmu”. Według tej optyki stosunki rosyjsko-chińskie są najlepsze w historii, Moskwa i Pekin zostawiły za sobą dawne spory i zbudowały model relacji będący wzorem dla innych mocarstw. Do tej oficjalnej narracji wkradną się czasem jakieś głosy rozbieżne, ujawnią się jakieś rosyjskie lęki, bądź chiński wielkomocarstwowy szowinizm. Ale to margines. Nawet pozwalający sobie na pewną krytykę swoich władz „niezależni eksperci” (cudzysłów celowy, bo w Rosji i Chinach bycie niezależnych ekspertem to funkcja, nie wybór) tacy jak Dmitri Trenin czy Fu Yin przyznają, że stan relacji Moskwy z Pekinem jest dobry.

Zupełnie inaczej patrzą na to na Zachodzie. Tam dominuje spojrzenie najlepiej uchwycone przez byłego australijskiego dyplomatę (pochodzenia chińskiego) Bobo Lo w książce The Axis of Convenience (i powtarzane w kolejnych tekstach). Według niego relacje rosyjsko-chińskie są cyniczne i oportunistyczne. Oparte na zasadzie „żyj blisko z przyjaciółmi i jeszcze bliżej z wrogami”. Przez to płytkie – stąd tytułowa „oś wygody”. Siłą niepartnerskiego związku Moskwy i Pekinu jest „antyrelacja” wobec USA. To powoduje, według tej narracji, ograniczenia i podatność na zmienne koleje losów relacji rosyjsko-amerykańskich i chińsko-amerykańskich.

Trzeba uczciwie przyznać, że ta wizja, filozoficznie wywodząca się z realizmu politycznego, ma solidne postawy. Zarówno Rosja, jak i Chiny politycznie nie mają złudzeń, nie wierzą w ideały ani postęp ludzkości w „cywilizowaniu” stosunków międzynarodowych. Według nich światem powinny rządzić mocarstwa wzajemnie szanujące własną suwerenność, strefy wpływów i nie ingerujące w swoje wewnętrzne sprawy (za to w sprawy pomniejszych państw – jak najbardziej). Mocarstwa będą dzięki temu równoważyć się wzajemnie, niczym w XIX-wiecznym bismarckowskim koncercie, co jest znacznie lepszym pomysłem na trwały pokój niż próby ujednolicenia świata poprzez narzucenie mu wspólnych demokratycznych wartości. Rzecz jasna inny jest realizm polityczny w Rosji („hobbesowski realizm”, z absolutnym prymatem siły – wszak „człowiek człowiekowi wilkiem” – oparty na leninowskiej zasadzie „kto kogo”), a inny w Chinach („moralny realizm”, z akcentem na moralne przywództwo mające poprzez dobry przykład przywrócić odpowiednią hierarchię – z Chinami na czele – stosunkom międzynarodowym i przez to zbudować trwałą światową harmonię).

Lecz co do zasady Rosja i Chiny się zgadzają: nie ma uniwersalnych zasad, mocarstwa są wobec innych „równiejsze”, a hegemonia amerykańska jest anomalią i już dawno powinna się skończyć.

Z tych wszystkich względów patrzenie na Rosję i Chiny przez pryzmat realizmu politycznego (w tym nurcie mieście się ostatnio modna intelektualnie geopolityka, będąca de facto zwulgaryzowaną wersją realizmu politycznego) jest tak popularne, by nie powiedzieć: naturalne. I ma sens. Ale ma też ograniczenia. Stricte realistyczne spojrzenie nie tłumaczy dlaczego Rosja i Chiny jeszcze nie rzuciły się sobie do gardeł. Czemu Rosja po kryzysie 2008 r. zbliżyła się do Chin, zamiast się od nich oddalić. Ani dlaczego do „odwróconego manewru Nixona” jakoś nie dochodzi.

Właśnie tu pojawia się trzecia szkoła patrzenia na relacje rosyjsko-chińskie: konstruktywistyczna. Opiera się ona na założeniu, że patrząc na politykę państwa, trzeba starać się zrozumieć interesy elit politycznych, a nie operować tak abstrakcyjnymi pojęciami jak „interes narodowy”. W państwach typu Rosja elity polityczne prędzej postąpią wbrew interesom państwa, niż zaryzykują naruszenie swoich kolektywnych interesów, a już tym bardziej – utratę władzy (co często równa się pozbawieniu majątku, a być może nawet życia).

A putinowska ekipa, po dekadzie wahania, uznały China za partnera bezpiecznego, który co prawda jest trudny w negocjacjach biznesowych, ale władzy czekistów nie obali, a i da zarobić jednemu czy drugiemu czynownikowi (Giennadijowi Timczencę, Igorowi Sieczinowi czy Dmitrijowi Rogozinowi na przykład).

Słowem: Chińczycy zdołali przekonać nieufne z zasady rosyjskie elity, że im nie zagrażają. Uczynili to dzięki cnocie powściągliwości: Chiny zyskują na relacjach z Rosją znacznie więcej niż vice versa – to „asymetryczne win-win” – ale nie wyzyskują tego, by zmuszać Rosję do ustępstw politycznych. Wolą nie drażnić niedźwiedzia. Ten układ nie jest idealny dla Rosji, ale jest do przyjęcia. To właśnie dlatego Kreml nolens volens pogodził się z chińską przewagą i postanowił ugrać na chińskich warunkach tyle ile się da. Widać to w kilku obszarach.

klubjagiellonski.pl

Zmiana stosunku do ChRL w amerykańskiej polityce zaczęła następować po tzw. trzecim kryzysie tajwańskim (1995-1996). Był to proces powolny, ewolucyjny i niezauważony przez wielu. Jego przejawem był m.in. tzw. Incydent Hainan z 2001 r., kiedy doszło do kolizji chińskiego myśliwca i amerykańskiego samolotu szpiegowskiego. Zwrot przeciwko ChRL został na pewien okres wyhamowany przez „11 września”, lecz w 2005 r., mimo trwającej wojny z terroryzmem, doszło do relokacji poważnych sił Marynarki Wojennej USA na Pacyfik. W 2008 r. Waszyngton dołączył do rozmów na temat Partnerstwa Transpacyficznego (Trans-Pacific Partnership, TPP), które pod jego wpływem stało się projektem nakierowanym na gospodarczą izolację ChRL. Wreszcie w 2012 r. Barack Obama zainicjował „zwrot ku Azji” (Asia Pivot) w polityce zagranicznej, co było jasną deklaracją, że USA nie będzie się biernie przyglądać chińskim ambicjom.

Chiński establishment obserwował te działania z niepokojem i na przestrzeni lat podejmował kontrdziałania – rozbudował marynarkę wojenną i zawarł szereg umów handlowych z państwami regionu. Mimo to polityka Donalda Trumpa, obejmująca drastyczną zmianę nastawienia amerykańskich elit do ChRL i wybuch wojny handlowej, zaskoczyła chińskich przywódców. Wynikało to w dużej mierze z przekonania, że USA słabnie, a entropia amerykańskiego systemu politycznego spowoduje, że Waszyngton nie będzie miał sił i możliwości, aby wdrożyć skuteczną politykę powstrzymania wzrostu ChRL. Duży wpływ na taką ocenę miał też fakt, że wiele agresywnych działań Rosji na przestrzeni lat spotkało się z minimalną reakcją Zachodu. Ogólnie uznano amerykańskie inicjatywy w Azji za przeszkodę, ale w dłuższej perspektywie niezdolne do zatrzymania trendu.

Co więcej, pomijając antychińską retorykę w okresie kampanii wyborczej, początek prezydentury Trumpa wydawał się korzystny dla Chin. Prezydent, niechętny umowom o wolnym handlu, podjął decyzję o wystąpieniu z TPP. W połączeniu z niekorzystnym wizerunkiem medialnym Trumpa wpisywało się to w akceptowaną przez chińskie elity narrację o „zmierzchu Zachodu”.

Jeszcze w pierwszej połowie 2018 r. uważano, że Trump zadowoli się zwiększeniem zakupu w Stanach Zjednoczonych takich produktów jak kukurydza, soja czy skroplony gaz, dlatego szybkość i agresywność działań administracji amerykańskiej, a przede wszystkim daleko idące żądania realnego zaprzestania nieuczciwych praktyk handlowych, były prawdziwym szokiem dla chińskiego establishmentu.

klubjagiellonski.pl

Elita jako całość, jako grupa wyraźnie odseparowana od reszty społeczeństwa, widzi w Zachodzie, a przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, zagrożenie lub w najlepszym razie wyzwanie dla KPCh i stworzonego przez nią państwa. W tym samym czasie dla indywidualnych członków establishmentu Zachód stanowi „bezpieczną przystań”, w której mogą ulokować kapitał i członków rodziny na wypadek, gdyby odwrócił się los i znaleźli się po przegranej stronie kolejnej intrygi. Dotyczy to osób zarówno ze średniego szczebla hierarchii partyjnej, jak i samych szczytów aparatu, których majątki ulokowane za granicą zostały ujawnione przy okazji publikacji tzw. Panama Papers.

Od końca lat 90. narastało wśród chińskich elit przekonanie, że Zachód przeżywa kryzys, a stopniowy wzrost ChRL jest nieunikniony i wynika ze swoistej „konieczności dziejowej”. Kulminacyjnym punktem był kryzys finansowy w 2007 r. – do tego momentu chińskie elity en mass uważały Zachód za agresywny i wrogi stworzonemu przez nie systemowi, ale zarazem kompetentny, mający przewagę. Kryzys spowodował ewolucję postrzegania relacji z Zachodem. Zaczęto również dostrzegać jego słabości.

Establishment przeszedł z postawy defensywnej na asertywną, a wręcz ofensywną, która charakteryzuje się przekonaniem, że KPCh stworzyła alternatywny wobec Zachodu model modernizacji. Pojawiły się nawet głosy, że z pewnymi modyfikacjami może być on wzorem dla innych państw rozwijających się, zdecydowanie lepszym od zachodniej demokracji. Towarzyszyła temu rosnąca duma z bezdyskusyjnych sukcesów ChRL, tj. rozwoju gospodarczego, wydźwignięcia z biedy setek milionów ludzi, zachowania stabilności wewnętrznej. Choć ostatnie z nich zostało osiągnięte brutalnymi metodami, nie stanowi dla elity dylematu moralnego, postrzegane jest jako niezbędna konieczność rozwoju i modernizacji.

klubjagiellonski.pl

W realiach społeczno-politycznych Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) do elity, mającej realny wpływ na politykę państwa, można zaliczyć jedynie bardzo wąskie grono działaczy Komunistycznej Partii Chin (KPCh) i ludzi bezpośrednio z nimi związanych, zazwyczaj więziami rodzinnymi lub zależnością osobistą. Dlatego w przeciwieństwie do państw zachodnich w ramy establishmentu ChRL nie zaliczymy ani znanych naukowców i artystów, ani też dziennikarzy czy biznesmenów. Nawet jeżeli są oni członkami KPCh, to bez względu na to, czy znaleźli się w partii z własnej woli, czy dostali „propozycję nie do odrzucenia”, nie mają wpływu na politykę. Ich członkostwo w KPCh jest z jednej strony warunkiem sukcesu osobistego, ale równocześnie gwarantem posłuszeństwa.

Z około 90 mln członków KPCh dopuszczeni do życia wewnątrz partyjnego, na różnych poziomach struktury, są tylko działacze kadrowi, czyli mniej więcej 7,5 mln osób. Z tego na poziomie centralnym jest to relatywnie wąska grupa 3-4 tys. ludzi. Są to przede wszystkim członkowie Komitetu Centralnego (KC) KPCh (376 stałych członków i zastępców), ponadto kadra dowódcza Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (ALW; od dowódcy prowincjonalnego wzwyż), szefowie ok. 100 największych przedsiębiorstw państwowych (zarówno podporządkowanych rządowi centralnemu, jak i zależnych od poszczególnych ministerstw i władz prowincji), członkowie komitetów KPCh 31 jednostek terytorialnych stopnia prowincjonalnego (poza specjalnymi regionami administracyjnymi Hongkong i Makau) oraz emerytowani działacze najwyższego szczebla (tzw. starszyzna partyjna) razem z krewnymi, którzy choć nie zajmują żadnych stanowisk, to kontrolują ogrom spółek nomenklaturowych.

Ta relatywnie wąska grupa (mówimy o państwie mającym oficjalnie 1,38 miliarda obywateli) dzieli się wewnętrznie, tworząc powiązane rodzinnie klany partyjne i sektorowe grupy interesu. Ich wzajemne relacje, skryte za tzw. bambusową kurtyną, mimo że z zewnątrz robią wrażenie monolitu, to w rzeczywistości tworzą dynamicznie zmieniającą się sieć konkurujących interesów, której centrum stanowi KC KPCh.

Partyjny establishment, charakteryzujący się w przeszłości dosyć dużą homogenicznością, w wyniku reform gospodarczych i przemian społeczno-kulturowych, jakie zachodzą od ponad 30 lat, podlega postępującemu różnicowaniu się. Paradoksalnie równocześnie powoli zamyka się w sobie. Coraz trudniej do niego awansować, istnieje również coraz słabsza rotacja rodzin zaliczanych do elity. Mimo wszystko można znaleźć wspólne dla jej członków mianowniki. Jednym z nich jest ambiwalentny stosunek do Zachodu, którego podstawową cechą jest sprzeczność między głęboko zakorzenionym myśleniem grupowym a postrzeganiem indywidualnym.

klubjagiellonski.pl

czwartek, 6 lutego 2020


Wszędzie działy się cuda. Na jednym ze zdjęć w partyjnych gazetach widać było zdrowe dzieci, które stały na kłosach ryżu rosnącego na polu. Łany ryżu były tak gęste, że mogły unieść dzieci bez trudu. W Shaanxi wyhodowano koguta, który zniósł jajko. W szkole rolniczej wyhodowano świnie bez uszu i ogonów, ale za to cięższe i grubsze niż kiedykolwiek. Owce zaczęły rodzić pięć młodych zamiast jednego, dwóch lub trzech. Jedna z komun ludowych wyhodowała groch, którego ziarna ważyły pięćdziesiąt gramów, i dynie wielkie jak człowiek. Na drzewach kaki zaczęły rosnąć winogrona, a na gruszach – jabłka. Króliki krzyżowano ze świniami, a świnie z krowami. Krzyżując bawełnę z pomidorem, chłopi uzyskali czerwoną bawełnę.

Zachęcony tymi cudownymi nowinami sekretarz partii z Ailing, wioski w Henanie, postawił wyhodować ziemniaka ważącego siemdziesiąt kilogramów. Ale jak to zrobić? Sekretarz wezwał „masy” na spotkanie i zapowiedział, że ten, kto wyhoduje siemdziesięciokilogramowego ziemniaka, zostanie ogłoszony bohaterem pracy. Wszyscy patrzyli po sobie z przerażeniem. Minęła jedna godzina, potem druga, nikt nie miał odwagi wziąć na siebie tego zadania. W końcu wstał Zhang Fei i oznajmił, że nie chce zawieść przewodniczącego Mao, partii i narodu! Osiemdziesięciokilogramowy ziemniak to drobnostka.

Żeby zrealizować plan, rozkazał „masom” opróżnić wiejski zbiornik z wody i wypełnić go najlepszym nawozem. Połączenie wilgotnej ziemi i nawozu miało zapewnić sukces w hodowaniu największego ziemniaka w historii ludzkości. Cała wieś jęczała przerażona. Skąd wezmą wodę, jeśli opróżnią wszystkie zbiorniki? Ale Zhang nie zważał na zastrzeżenia, redaktorzy „Dziennika Ludowego” popędzili na miejsce, żeby obserwować cud. Przez parę następnych tygodni mieszkańcy wsi dzielili się na grupy robocze, które pilnowały kartofli przez całą dobę. Zamiast osiemdziesięciokilogramowych ziemniaków wykiełkowało kilka żałosnych badyli i projekt został porzucony.

Torbjorn Faerovik - Mao. Cesarstwo cierpienia

W ostatnich latach nastawienie zachodnich społeczeństw do technologii cyfrowych pogarsza się, w miarę jak zaczęły się ujawniać złe strony wychwalanych poprzednio innowacji. Jednak podobnie jak wszystkie rewolucje technologiczne, obecna jest obosiecznym mieczem, oferującym zarówno ogromne korzyści, jak i ciężkie wyzwania – i jest tak z pewnością nie tylko na Zachodzie.

Na przykład badania pokazują, że w Chinach handel elektroniczny i cyfrowe finanse przyczyniły się do przyspieszenia tempa wzrostu gospodarczego i zarazem promowały wzrost sprzyjający włączeniu społecznemu. Bardzo małe przedsiębiorstwa (zatrudniające średnio trzech pracowników), które nie miały wcześniej dostępu do konwencjonalnych źródeł kredytów, obecnie mogą pozyskać finansowanie. Za pośrednictwem różnych platform internetowych mają dostęp do szerszego rynku niż do tej pory. Wiele platform zapewnia narzędzia i dane, które umożliwiają zwiększanie wydajności, poprawę jakości oferowanych produktów i czerpanie korzyści ze szkoleń.

Ogólnie rzecz biorąc, platformy handlu elektronicznego wspomagają inkluzję finansową i ekonomiczną, o ile są otwarte i nastawione na poszerzanie dostępu do cyfrowych rynków, a nie na konkurowanie z liniami produktowymi własnych użytkowników. Ale oparta na technologiach cyfrowych automatyzacja, sztuczna inteligencja (AI) i uczące się maszyny nie wspierają inkluzji – ze względu na poważne zakłócenia na rynku pracy – i należy temu przeciwdziałać.

Zarazem, podobnie jak w poprzednich okresach transformacji technologicznej, w miarę dalszego rozwoju epoki cyfrowej powinniśmy się spodziewać znacznych zmian relatywnych cen towarów, usług i aktywów. Jeśli chodzi o miejsca pracy, wzrośnie wartość umiejętności związanych z tworzeniem lub korzystaniem z nowych technologii. Jednocześnie umiejętności, które zastępują technologie cyfrowe, gdyż są lepsze, będą tracić na wartości – a w niektórych przypadkach przestaną być potrzebne. To przejście do nowej równowagi wymaga czasu, a jego koszty ponosić będą poszczególni pracownicy i branże. Rządy będą musiały odpowiedzieć na te zmiany przy pomocy nowych lub rozszerzonych usług socjalnych i regulacji. Nawet w najlepszych przypadkach ten proces nie będzie łatwy.

Chociaż automatyzacja jest tylko jednym aspektem cyfrowej rewolucji, stanowi poważne wyzwanie, szczególnie jeśli chodzi o dystrybucję dochodów. Im dłużej to przejście będzie opóźniane, tym dłużej będziemy czekać na materializację pozytywnego wpływu nowych technologii na produktywność i wzrost gospodarczy. W dzisiejszych czasach komentatorzy często pytają, dlaczego dochodzi do osłabienia tempa wzrostu produktywności, skoro jesteśmy w samym środku cyfrowej rewolucji. Częściową odpowiedzią jest to, że istnieje pewne opóźnienie, jeśli chodzi o popularyzację umiejętności niezbędnych do wdrożenia nowych technologii w poszczególnych sektorach oraz w obrębie modeli biznesowych i łańcuchów dostaw.

(...)

Ujmując sprawę nieco szerszej – obecny postęp technologiczny stanowi pewną zagadkę makroekonomiczna, jako że trendy w zakresie wzrostu i produktywności wydają się zmierzać w złym kierunku. Oprócz opóźnienia w upowszechnianiu potrzebnych umiejętności, jednym z możliwych wyjaśnień – choć na pewno nie jest to pogląd większościowy – jest to, że cyfrowa „rewolucja” nie jest aż tak rewolucyjna, jak sądzimy.

Inne wyjaśnienie jest takie, że technologie cyfrowe mają zazwyczaj dość nietypowe (choć nie całkiem unikalne) struktury kosztów, w których wysokie koszty stałe zastępowane są zerowymi lub niskimi kosztami krańcowymi. W związku z tym średnie koszty niektórych kluczowych technologii są znikome, jeśli uwzględnimy ich wykorzystanie w szerokiej gamie zastosowań i lokalizacji geograficznych. Bardzo cenne, „darmowe” usługi, z których korzystamy, zostały w rzeczywistości właściwie wycenione według ich kosztu krańcowego.

Podobnie wykładniczy wzrost mocy i użyteczności produktów cyfrowych również może być osiągnięty przy minimalnych kosztach. Dzisiejsze smartfony mają większą moc obliczeniową niż superkomputery z połowy lat 80. XX wieku i kosztują ułamek ich ceny. Jest oczywiście możliwe, że wzrost mocy obliczeniowej o 10 tysięcy razy, który nastąpił na przestrzeni ostatnich 20 lat, przy znikomych dodatkowych kosztach, mógł przynieść konsumentom jedynie minimalne korzyści. Jest to jednak mało prawdopodobne.

obserwatorfinansowy.pl