czwartek, 6 lutego 2020


Los Angeles słynie z hołdowania narcyzmowi i cielesności, ale od zawsze było również kolebką wielu nowych wyznań. W 1906 roku jednooki pastor William Seymour stworzył nowy ruch religijny w budynku przy Azusa Street, używanym dotąd jako stajnia. Przez kolejne trzy lata trwało tak zwane „przebudzenie”, podczas którego przybywały tam setki tysięcy pielgrzymów zwabionych nową formą wiary. Choć pogardliwie nazywano ich „Holy Rollers” [tarzającymi się świętymi] i krytykowano za mieszane nabożeństwa dla białych i czarnych wyznawców, wkrótce rozpoczęty przez Seymoura ruch zielonoświątkowy rozprzestrzenił się na cały świat i wciąż stanowi potężną siłę jako znaczący odłam chrześcijaństwa. W 1912 roku tuż poniżej miejsca, gdzie obecnie stoi znak „Hollywood”, założono teozoficzną „kolonię” o nazwie Krotona (jej członkowie uważali, że wzgórza są w tym miejscu „nasączone magnetycznie”). Inna organizacja, o nazwie Moc Obecności „JAM JEST” również rozpoczęła działalność w Los Angeles, skąd rozprzestrzeniła się na całą Amerykę (w 1938 roku miała około miliona wyznawców). Jej założycielami byli Guy i Edna Ballardowie, którzy twierdzili, że potrafią się porozumiewać z „wniebowstąpionymi mistrzami”. Guy napisał cieszącą się wielką popularnością książkę zatytułowaną Unveiled Mysteries [Odsłonięte tajemnice], w której opowiada o swoich podróżach przez stratosferę, wizytach w wielkich miastach starożytności oraz wydobywaniu z ukrycia dawno pogrzebanych skarbów – co nasuwa skojarzenia z opowieściami, które kilka dekad później snuł Hubbard. Do miasta zajeżdżali też tacy pisarze jak William Butler Yeats, D. H. Lawrence, Christopher Isherwood czy Aldous Huxley – każdego z nich pociągała sława Los Angeles jako centrum skupiającego wszelkie duchowe nowości.

Jedną z najsłynniejszych osób w historii amerykańskich ruchów religijnych była Aimee Semple McPherson. W 1923 roku nieopodal Echo Parku wybudowała Świątynię Anioła Pańskiego, w której próbowała połączyć tradycje zielonoświątkowców z hollywoodzkim umiłowaniem teatralności. Swoje kazania wygłaszała ze specjalnie przygotowanych „planów” stworzonych na scenie zaprojektowanej przez samego Charliego Chaplina, który mógł zarazem być jednym z hollywoodzkich kochanków Siostry Aimee (do związku z nią przyznawał się inny znany aktor Milton Berle). Lubiła się ubierać w mundur admiralski, a jej uczniowie nosili stroje marynarskie (wyprzedzając o kilka dekad przyszłe zamiłowania Hubbarda i członków Sea Org). Nastoletni Anthony Quinn grał w jej Kościele na saksofonie i tłumaczył kazania, które wygłaszała w dzielnicach meksykańskich. Gdy już został gwiazdorem, porównywał ją do największych aktorek, z którymi miał okazję pracować, w tym Ingrid Bergman i Katharine Hepburn: „Żadnej z nich nie udało się powtórzyć tego pierwszego porażenia, jakie wywołała we mnie Aimee Semple McPherson”.

Lawrence Wright - Droga do wyzwolenia

niedziela, 2 lutego 2020


W całych Stanach Zjednoczonych umierały tysiące ludzi pokroju Matta Schoonovera. Co roku więcej osób padało ofiarą przedawkowania narkotyków, niż ginęło w wypadkach drogowych. Do tego czasu proporcja ta była odwrotna. Większość zgonów wynikłych z przedawkowania narkotyków była następstwem przyjmowania opiatów – środków przeciwbólowych wydawanych na receptę lub heroiny. Jeśli za miarę przyjąć liczbę ofiar śmiertelnych, to ówczesna fala nadużywania opiatów była największą plagą narkotykową, jaka kiedykolwiek nawiedziła Stany Zjednoczone.

Epidemia objęła większą grupę osób i pozostawiła za sobą więcej trupów niż plaga cracku z lat dziewięćdziesiątych lub heroiny z lat siedemdziesiątych XX wieku. Towarzyszyła jej natomiast niemal całkowita cisza. Umierały dzieciaki z pasa rdzy w Ohio i pasa biblijnego w Tennessee. Najgorzej było w enklawach ekskluzywnych ośrodków wypoczynkowo-rekreacyjnych w Charlotte. Plaga dotknęła też Mission Viejo i Simi Valley w przedmiejskiej południowej Kalifornii, Indianapolis, Salt Lake City, Albuquerque, Oregon, Minnesotę, Oklahomę i Alabamę. Na każdy tysiąc umierających w danym roku przypadały kolejne tysiące uzależnionych.

Opiatowe tabletki przeciwbólowe okazały się nośnikiem, za pomocą którego heroina trafiła do głównego nurtu życia społecznego. Wśród uzależnionych pojawili się futboliści i cheerleaderki, a sam futbol okazał się niemal pewną drogą do uzależnienia od opiatów. Wracający z Afganistanu ranni żołnierze brali tabletki garściami i marli już w domu. Młodzież nadużywała ich na uczelniach i tam też umierała. Część uzależnionych pochodziła z wiejskich zakątków regionu appalaskiego, jednak większość należała do amerykańskiej klasy średniej. Mieszkali w domach z zadbanymi podjazdami, mieli nowe samochody, a w okolicznych centrach handlowych był Starbucks, Home Depot, CVS i Applebee’s. Znajdowały się wśród nich córki pastorów, synowie gliniarzy i lekarzy, dzieci przedsiębiorców, nauczycieli, właścicieli firm i bankierów.

Niemal wszyscy byli biali.

Sam Quinones - Dreamland

Obrońcy zawsze przedstawiali wolny rynek jako oazę zdrowej konkurencji. Zgodnie z tą narracją, firmy dążąc do prześcignięcia konkurencji w dostarczaniu konsumentom produktów o wysokiej jakości po coraz niższych cenach, czerpią zyski tylko z ciężkiej pracy i podejmowanego ryzyka – pisze w felietonie dla Bloomberga Noah Smith.

Oznacza to, że zyski korporacji powinny rosnąć mniej więcej w tempie całej gospodarki. Jeśli chodzi o ceny akcji, to mogą one zwiększać swoją wartość szybciej niż zarabiają firmy, jeśli rośnie apetyt inwestorów na ryzyko albo spadają stopy procentowe.

Sceptycy nowoczesnego kapitalizmu mają jednak swoją alternatywną narrację. Zbyt wiele firm, jak mówią, czerpie wartość z gospodarki, nie tworząc własnej wartości dodanej. Wykorzystując monopolistyczną władzę lub uprzywilejowane traktowanie ze strony skonfliktowanych albo przyjaznych im ideologicznie regulatorów, wielkie korporacje podnoszą ceny, obniżają płace i wywierają nacisk na dostawców z korzyścią dla swoich akcjonariuszy. Ekonomiści nazywają ten rodzaj korzyści rentą ekonomiczną.

(...)

Jak duża część wzrostu wartości rynkowej firm (...) jest wynikiem zwiększenia się renty ekonomicznej albo oczekiwanym wzrostem renty tego rodzaju? Ekonomiści Daniel Greenwald, Martin Lettau i Sydney Ludvigson uważają, że znają odpowiedź: większość. W niedawno opublikowanym artykule zbudowali oni model gospodarki, w której wartość wytworzona przez firmy mogłaby zostać arbitralnie przenoszona pomiędzy udziałowcami i pracownikami. Odkryli, że jej redystrybucja od pracowników do akcjonariuszy odpowiadała za 54 proc. wzrostu wartości akcji. Spadające stopy procentowe, rosnący apetyt inwestorów na ryzyko i wzrost gospodarczy stanowiły pozostałe 46 proc.

(...)

Pozostaje jednak pytanie: w jaki sposób akcjonariusze zdołali zwiększyć rentę ekonomiczną? W zdrowej gospodarce rynkowa konkurencja powinna pozbyć się tego typu rent, ponieważ nowe firmy wchodząc na rynek i rywalizując o udział w nim, oferują niższe ceny i wyższe płace do czasu, aż dodatkowe zyski firm (renty – przyp. red.) zanikną. W niektórych gałęziach przemysłu, jak produkcja półprzewodników, nadal tak się dzieje.

forsal.pl

Małgorzata Schwarzgruber: Rosja narusza przestrzeń powietrzną krajów bałtyckich, pozoruje ataki na cele w państwach nordyckich, a w obwodzie kaliningradzkim rozmieszcza system walki radioelektronicznej Murmańsk-B, który w promieniu 8 tys. km pozbawia łączności okręty i samoloty.

Piotr Szymański: Podobnych przykładów jest więcej. Szwecja informowała o obcej aktywności podwodnej w Archipelagu Sztokholmskim, a Finlandia o naruszeniu jej wód terytorialnych.

Rosyjska marynarka wojenna zakłócała układanie podmorskiego kabla energetycznego łączącego Szwecję i Litwę, a siły powietrzne symulowały atak na Bornholm oraz na radar Globus w północno-wschodniej Norwegii, zwany natowskim okiem na północ. Wrażliwymi punktami w regionie są także zdemilitaryzowane i zneutralizowane Wyspy Alandzkie [terytorium autonomiczne Finlandii] oraz szwedzka Gotlandia. W razie konfliktu Rosja mogłaby próbować zająć wyspy należące do państw pozostających poza NATO i rozmieścić tam systemy obrony powietrznej, utrudniające działania Sojuszu w regionie. Jeśli chodzi o obwód kaliningradzki, to należy jeszcze wspomnieć m.in. o rosyjskich systemach przeciwokrętowych Bastion i balistycznych Iskander.

Czy wszystkie państwa w regionie bałtyckim w podobny sposób postrzegają rosyjskie zagrożenie?

Inaczej jest ono postrzegane w Tallinie, a inaczej w Kopenhadze. Kraje bałtyckie, które są bezpośrednimi sąsiadami Rosji, bardziej obawiają się ataku Moskwy, a także presji ekonomicznej wielkiego sąsiada. Z kolei niegranicząca z Rosją Dania nie uważa agresji rosyjskiej za realistyczny scenariusz, ale i tak twierdzi, że należy wzmocnić natowskie odstraszanie. Zamierza też zwiększyć liczbę poborowych oraz stworzyć brygadę zdolną do działania w rejonie Morza Bałtyckiego, która mogłaby zostać wysłana na wschodnią flankę NATO i rozmieszczona w państwach bałtyckich. Postrzeganie rosyjskiego zagrożenia zmieniło się po aneksji Krymu w 2014 roku. Teraz nawet kraje skoncentrowane wcześniej na operacjach zarządzania kryzysowego widzą potrzebę wzmacniania obrony zbiorowej. Do nałożenia na Moskwę unijnych sankcji przychyliły się wszystkie państwa regionu, mimo że dla krajów bałtyckich i Finlandii były one dotkliwe, bo m.in. mocno ucierpiał fiński sektor spożywczy.

Jakie strategiczne znaczenie ma Bałtyk?

Bałtyk, a szerzej region nordycko-bałtycki stanowi północnowschodnią flankę NATO. Jego znaczenie pokazują coraz częstsza obecność sojuszniczych okrętów, w tym US Navy, oraz międzynarodowe ćwiczenia, np. takie jak „Baltops”. O tym, jak dużą wagę NATO przywiązuje do Bałtyku, świadczą także zmiany w strukturze sił sojuszniczych w regionie: dowództwo Wielonarodowego Korpusu Północno-Wschodniego w Szczecinie podniosło stopień gotowości, w Elblągu powstała Wielonarodowa Dywizja Północny Wschód, a w łotewskim Ādaži duńsko-bałtyckie Wielonarodowe Dowództwo Dywizji Północ. Rotacyjne pododdziały wielkości kompanii rozmieszczane w państwach bałtyckich i w Polsce zyskały status batalionowych grup bojowych NATO.

Rosja również w ten sposób postrzega Bałtyk?

Region nordycko-bałtycki ma dla niej szczególne znaczenie strategiczne. Chociażby ze względu na przyczółek kaliningradzki. Ponadto w Petersburgu mieści się dowództwo rosyjskiej marynarki wojennej, a na Półwyspie Kolskim jest baza Floty Północnej, dysponująca atomowymi okrętami podwodnymi przenoszącymi pociski balistyczne z głowicami atomowymi. Region ten ma nie tylko znaczenie militarne, lecz także handlowo-gospodarcze: tankowcami transportowana jest ropa, powstają kolejne nitki gazociągu Nord Stream.

Jaki jest potencjał obronny krajów położonych w basenie Morza Bałtyckiego?

Każde z państw nadbałtyckich ma swoją specyfikę. Finowie zachowali armię poborową i nadal opierają doktrynę obronną na dużym potencjale mobilizacyjnym i obronie terytorialnej. Dla Norwegii – w kontekście działań w rejonie Arktyki i dalekiej północy – większe znaczenie ma marynarka wojenna. Szwecja dysponuje z kolei silnym przemysłem obronnym. Dania stawia na zabezpieczanie światowych szlaków żeglugi. Dla państw bałtyckich natomiast ważne są inwestycje w infrastrukturę wojskową, umożliwiającą przyjęcie sojuszniczego wsparcia. Różnice ekonomiczne i demograficzne przekładają się na różnice w potencjałach obronnych poszczególnych krajów, a także w modelach sił zbrojnych i priorytetach modernizacyjnych. Stąd rosnąca rola i skala ćwiczeń wojskowych, podnoszących interoperacyjność sił zbrojnych państw regionu nordycko-bałtyckiego.

(...)

Obecność Stanów Zjednoczonych w rejonie Bałtyku jest coraz bardziej widoczna. Jaką rolę odgrywa to państwo we współdziałaniu krajów nadbałtyckich?

Amerykanie są niejako katalizatorem regionalnych kontaktów wojskowych. Małym krajom trudniej byłoby w pojedynkę zabiegać o rozwijanie współpracy z Waszyngtonem, stąd wynika różnorodność jej formatów. O rozwoju takiej kooperacji obronnej w ostatnich latach świadczy m.in. podpisanie w 2018 roku trójstronnego memorandum szwedzko-fińsko-amerykańskiego o współpracy wojskowej. Jest to wyraźna zmiana w przypadku Finlandii, która tradycyjnie dążyła do pozostawania poza rywalizacją mocarstw. Przed 2014 rokiem regularna obecność amerykańskich żołnierzy na wspólnych ćwiczeniach byłaby odebrana w Helsinkach jako prowokacyjne działanie wobec Rosji. Po roku 2014 stała się normą. USA inwestują także w rozwój infrastruktury wojskowej w regionie w ramach European Deterrence Initiative – setki milionów dolarów z amerykańskiego budżetu przeznaczane są na modernizację i rozbudowę m.in. baz sił powietrznych, np. w Szawlach na Litwie, Lielvārde na Łotwie, w Ämari w Estonii oraz w Łasku i Powidzu w Polsce. Waszyngton współfinansuje też zakupy sprzętu wojskowego, czego przykładem są przeciwpancerne pociski kierowane Javelin pozyskiwane przez państwa bałtyckie.

Rozmawiając o Bałtyku, trzeba także pamiętać o Brytyjczykach.

To kolejny lider w rejonie Morza Bałtyckiego. Londyn wspiera USA we wzmacnianiu wschodniej flanki NATO. Wielka Brytania jest państwem ramowym dla batalionowej grupy bojowej NATO w Estonii, dokąd wysłała około 800 żołnierzy. Pod swoim przywództwem utworzyła też wielonarodowe połączone siły ekspedycyjne [Joint Expeditionary Force – JEF], mogące liczyć do 10 tys. żołnierzy. Trzon JEF zapewnia Wielka Brytania, a mniejsze pododdziały tworzą Litwa, Łotwa, Estonia, Holandia, Dania, Norwegia, Szwecja i Finlandia. Podczas niedawnych manewrów sił morskich JEF „Baltic Protector” 3 tys. żołnierzy i kilkanaście okrętów przez kilka tygodni ćwiczyło na Bałtyku różne morskie operacje i desanty, np. brytyjskiej piechoty morskiej pod Kłajpedą.

Dlaczego Niemcy, najsilniejsze państwo europejskie, nie chcą być liderem w tym rejonie?

Niemcy nie mają obecnie wystarczających zdolności militarnych i woli politycznej do odgrywania takiej roli. Nie należy ich jednak marginalizować. Po 2014 roku także Berlin zmienił sposób myślenia o wojskowym zaangażowaniu w regionie bałtyckim. Wcześniej ostrożniej podchodził do relacji z Rosją, niechętnie odnosząc się do wzmacniania sojuszniczej obecności wojskowej na wschodniej flance. Wtedy trudno było sobie wyobrazić 500 niemieckich żołnierzy w batalionowej grupie bojowej NATO na Litwie, a dziś jest to rzeczywistością. Jesienią 2018 roku Niemcy zaangażowały około 8 tys. żołnierzy w ćwiczenia „Trident Juncture”.

Współpraca w rejonie Bałtyku odbywa się nie tylko w ramach NATO, lecz także przez różne regionalne formaty. Które z nich są najskuteczniejsze?

Przykładem udanej kooperacji Norwegii, Danii, Szwecji, Finlandii i Islandii jest Nordycka Współpraca Obronna NORDEFCO. Kraje te zniosły ograniczenia w mobilności wojskowej, podpisując umowy o ułatwionym dostępie do własnych terytoriów. Przyjęły też ambitny program ćwiczeń, takich jak „Arctic Challenge”, jednych z największych manewrów lotniczych w Europie. Stopniowo zwiększa też zdolność do współdziałania wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Bliską współpracę podejmują także państwa bałtyckie. Stworzyły m.in. wspólną akademię obrony – Baltic Defence College, BALTDEFCOL, dywizjon okrętów trałowo-minowych – Baltic Naval Squadron, BALTRON i system nadzoru przestrzeni powietrznej – Baltic Air Surveillance Network, BaltNet. Współpraca ta umożliwia łączenie zdolności w ramach NATO, np. przez udział w ćwiczeniach czy zgłaszanie jednostek do stałych sojuszniczych zespołów morskich. Ważnym forum spotkań konsultacyjnych na szczeblu politycznym i wojskowym jest Grupa Północna, która oprócz państw bałtyckich i nordyckich zrzesza także Wielką Brytanię, Holandię, Niemcy i Polskę.

(...)

W jaki sposób współpraca bałtycka wpisuje się w działania NATO?

Współpraca regionalna i w ramach NATO wzajemnie się uzupełniają. Przypomnę, że Norwegia nie jest członkiem Unii Europejskiej, Dania jest wyłączona z unijnej Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony, a Szwecja i Finlandia nie należą do NATO. Członkowie Sojuszu blisko jednak współpracują z dwoma ostatnimi państwami. W 2016 roku weszły w życie tzw. umowy HNS [Host Nation Support] o wsparciu państwa gospodarza między Szwecją i Finlandią a NATO. Umożliwiają one siłom Sojuszu, za zgodą rządów w Sztokholmie i Helsinkach, wykorzystanie terytorium morskiego, lądowego oraz przestrzeni powietrznej Szwecji i Finlandii do działań w rejonie Bałtyku.

polska-zbrojna.pl

Nikt nie może zaprzeczyć skali dobrej koniunktury na rynku pracy. Ale to, że jakość oferowanych miejsc pracy gwałtownie spadła, stało się hasłem wykorzystywanym po obu stronach politycznego spektrum. Słychać argumenty, że kierowanie taksówką Ubera lub dostarczanie posiłków w ogóle nie są miejscami pracy.

Prawdą jest, że tradycyjne, zdominowane przez mężczyzn zawody, np. w przemyśle wytwórczym – uległy zanikowi. W latach 1995-2015 liczba takich miejsc pracy, wymagających średnich kwalifikacji, zmniejszyła się w stosunku do zatrudnienia w krajach OECD o 10 punktów procentowych.

(...)

Przygnębienie mogłoby być uzasadnione, gdyby nie popularne postrzeganie świata pracy, które jest oczywiście błędne. Weźmy pod uwagę pogląd, że praca jest coraz bardziej niepewna. W rzeczywistości, oficjalne szacunki dotyczące amerykańskiego rynku umów krótkoterminowych, zgodnie z którymi praca na zlecenie jest dostępna poprzez rynki internetowe, plasują taką pracę jedynie na poziomie około procenta całkowitego zatrudnienia. Zatrudnienie na czas określony może być nieco wyższe niż w latach 90. XX wieku, ale wskaźnik ten spada od 10 lat. We Francji udział nowych pracowników zatrudnionych na podstawie długoterminowych umów o pracę na czas nieokreślony osiągnął ostatnio rekordowy poziom 50 proc.

Przekonanie, że ludzie w coraz większym stopniu przechodzą z pracy do pracy, również nie znajduje potwierdzenia w faktach. W ciągu ostatnich dwóch dekad w krajach OECD udział pracowników, którzy pracują krócej niż rok, wynosi około 20 proc., bez wyraźnego trendu w górę lub w dół.

Zanikanie miejsc pracy dla średnio wykwalifikowanych pracowników również nie okazało się katastrofalne. Chociaż oznaczało, że liczba miejsc pracy wymagających niskich kwalifikacji wzrosła w stosunku do zatrudnienia w krajach OECD, ale w znacznie mniejszym stopniu niż w przypadku pracowników wysoko wykwalifikowanych, którzy mają hossę na rynku pracy.

Do niedawna brakującym elementem układanki był wzrost płac. Podręczniki ekonomii mówią, że czasy niskiego bezrobocia idą w parze z dużymi podwyżkami płac, ponieważ pracodawcy silniej konkurują o pracowników. Jednak przez większą część okresu pokryzysowego odnotowano załamanie „krzywej Phillipsa”, a spadek bezrobocia w latach 2014-16 nie przełożył się na wyższe płace.

Relacje te zaczęły od nowa odżywać. Ponieważ bezrobocie nadal spada, płace wreszcie przyspieszyły. Udział płac w dochodzie narodowym w wielu bogatych krajach rośnie, w tym w USA i Wielkiej Brytanii. Płace wciąż rosną wolniej niż można by się spodziewać, biorąc pod uwagę kurczenie się rynku pracy. Za tę sytuację należy obwiniać słaby wzrost produktywności. Ponadto, błędem jest wnioskowanie, że pracownicy są coraz bardziej wyzyskiwani. Częstość występowania „niskich wynagrodzeń” – pracowników zarabiających mniej niż dwie trzecie mediany – spada od dwóch dziesięcioleci.

Rozgrzane do czerwoności rynki pracy nie rozwiązują każdego problemu. Restauracje w Maladze tętnią życiem, a ulice są czyste. Mało kto wie, że w ciągu ostatnich pięciu lat średnia stopa bezrobocia w tym hiszpańskim mieście wynosiła blisko 30 proc. Jedynym znakiem, że może być wiele osób, które nie mają zbyt wiele do roboty, jest liczba salonów gier. Osoby śpiące pod gołym niebem i na pustych działkach San Francisco krzyczą o mieście mającym problem bezrobocia – w rzeczywistości stopa bezrobocia wynosi 2,6 proc.

(...)

Trudno nie ulec wrażeniu, że monotonna praca to cena, jaką Japonia zapłaciła za średnią stopę bezrobocia w ciągu ostatniego półwiecza, wynoszącą zaledwie 3 proc., najniższą w OECD. W strefie odbioru bagażu na lotnisku Haneda kobieta przez cały dzień prostuje walizki po umieszczeniu ich na taśmie bagażowej. W pustym barze w dzielnicy mody w Tokio martini z ginem, które podbiło świat (dodanie jednej kropli pomarańczowej goryczy jest objawieniem), jest mieszane przez trzy osoby, które następnie stoją bezczynnie, podczas gdy gość wypija drinka. Graeber z pewnością argumentowałby, że jest to nie tyle oznaka postępu społecznego, co raczej spisek kapitalizmu, aby zamienić ludzi w drony.

Społeczeństwa korzystają z silnych rynków pracy. Więcej pracowników oznacza więcej osób płacących podatek dochodowy i mniej otrzymujących świadczenia. Badania sugerują, że stopa bezrobocia jest pozytywnie skorelowana ze wskaźnikami przestępstw przeciwko mieniu, a nawet przestępstw z użyciem przemocy. Praca daje ludziom poczucie celu, co jest również dobre dla wszelkiego rodzaju wyników społecznych, w tym dla zdrowia psychicznego i fizycznego. A bycie zatrudnionym sprawia, że inna, lepsza praca jest łatwiejsza do zdobycia. Kapitalizm nie przyniósł ostatnio wielu dobrych wiadomości. To jest jedna z nich.

Przyczyna siły rynku pracy OECD jest jednak zagadką. W ostatnich latach wiele rządów obciążyło pracodawców dodatkowymi kosztami, nawet teraz, gdy coraz łatwiej jest zastąpić ludzi robotami. Badanie przeprowadzone w 2013 roku przez Carla Benedikta Freya i Michaela Osborne’a z Uniwersytetu Oksfordzkiego wykazało, że 47 proc. miejsc pracy w USA jest zagrożonych automatyzacją. Rozwinęły się zasady dotyczące równości wynagrodzeń, braku dyskryminacji, bezpieczeństwa i higieny pracy oraz urlopu macierzyńskiego czy ojcowskiego. We wszystkich 24 krajach OECD, dla których istnieją dane długoterminowe, wysokość płacy minimalnej wzrosła z 44 proc. mediany płacy w pełnym wymiarze czasu pracy w 2000 r. do 50 proc. obecnie.

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 31 stycznia 2020


Kim właściwie są Bracia Muzułmanie? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się cofnąć w czasie do 1928 roku w Ismailii, gdzie Hasan al-Banna, egipski działacz religijny, powołał do życia organizację, której celem było przygotowanie gruntu pod stworzenie nowego, prawdziwie muzułmańskiego społeczeństwa. Bracia nie nawoływali jednak do rewolucji. Spokojnie, bez pośpiechu wzywali do tworzenia lepszych muzułmańskich rodzin, lepszego muzułmańskiego społeczeństwa, by wreszcie w rezultacie – kiedyś, w przyszłości – powstało państwo funkcjonujące na podstawie Koranu i szariatu. – Bractwo ma reformatorską, a nie rewolucyjną naturę. Nie chce władzy tylko po to, by ją mieć. Chce jej jako środka, który pozwoliłby zaprowadzić szariat – mówił al-Banna.

W latach 40. Bracia stanowili masowy i wpływowy ruch. Członkami organizacji według różnych szacunków było od pięciuset tysięcy do miliona Egipcjan – a pamiętać trzeba, że Egipt liczył sobie wówczas zaledwie 18 milionów ludności. Popularność Braci wynikała z faktu, że jako jedna z nielicznych w tamtym czasie organizacji dbali o interesy zwykłych ludzi – zakładali szkoły i szpitale, fabryki, organizacje charytatywne. Ich działalność można pod tym względem porównać do tego, co robi libański Hezbollah – z tą różnicą, że aspiracją al-Banny nigdy nie było stworzenie partii politycznej sensu stricto.

Problemy zaczęły się, kiedy w ramach organizacji powstało aktywne skrzydło paramilitarne. Choć nigdy nie należało to do oficjalnej agendy stowarzyszenia, a kierownictwo nie pochwalało stosowania przemocy, od lat 40. XX wieku członkowie Braci angażowali się w wiele aktów przemocy i terroru, w tym zabójstwo pierwszego premiera Egiptu Mahmuda Nakrasziego. Poskutkowało to delegalizacją organizacji w 1948 roku i zleceniem zabójstwa al-Banny rok później.

Śmierć lidera nie położyła jednak kresu istnieniu organizacji. Kiedy al-Banna umierał w Kairze, w szpitalu w Waszyngtonie oczekiwał na operację usunięcia migdałków Sajjid Kutb. Ten filozof i dziennikarz, którzy przebywał w USA na stypendium egipskiego rządu, znał lidera Braci i jego dokonania. Byli rówieśnikami, obaj uczęszczali też – choć w różnym czasie – do kolegium nauczycielskiego Dar al-Ulum (Ziemia wiedzy) w Kairze. Choć wizja politycznego islamu, jaką reprezentowała organizacja al-Banny, była Kutbowi bliska, całe życie trzymał się od Braci z daleka. Zaszły jednak dwie zmiany – śmierć intelektualnego rywala otworzyła mu drzwi do wstąpienia w szeregi stowarzyszenia, a doświadczenie życia w Ameryce, wbrew temu, czego można by się spodziewać, wpłynęło na znaczną radykalizację jego poglądów.

Z dzienników Kutba i jego listów do przyjaciół wynika, że liberalne amerykańskie społeczeństwo raziło go pod wieloma względami. Solą w oku była mu swoboda seksualna i skupienie na wartościach materialnych. Nie odpowiadały mu nawet amerykańskie gusta i smaki oraz zbyt duży luz. „Jestem w restauracji – pisał do przyjaciela w Kairze – i na wprost mnie siedzi młody Amerykanin. Na koszuli zamiast krawata ma obrazek z pomarańczową hieną, a na jego plecach, które powinna okrywać kamizelka, widnieje grafitowy rysunek przedstawiający słonia. Oto tutejszy gust i dobór kolorów. A muzyka?! Zostawmy to na później”.

Sprzeciwiając się brytyjskiej dominacji nad Egiptem, Bracia rozpoczęli współpracę z Ruchem Wolnych Oficerów. Ta wojskowa junta, której przewodził charyzmatyczny młody pułkownik Gamal Abdel Naser, w 1952 roku dokonała przewrotu i obaliła króla Faruka. Po raz pierwszy od ponad dwóch tysięcy lat Egiptem zaczęli rządzić Egipcjanie. Wkrótce jednak się okazało, że wizje Braci i Wolnych Oficerów są w wielu punktach zbyt rozbieżne. Egipt Nasera miał być państwem nowoczesnym, egalitarnym i świeckim, co nie pokrywało się z wyobrażeniami Braci o islamskiej teokracji. Jak pisze Lawrence Wright w fenomenalnym reportażu Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę, spór zaczął się w istocie sprowadzać do pytania, czy społeczeństwo egipskie powinno mieć charakter militarny czy też religijny.

Kutb wrócił do Egiptu w 1951 roku jako autor wydanego podczas jego pobytu w USA dzieła Sprawiedliwość społeczna w islamie, które ugruntowało jego pozycję muzułmańskiego myśliciela. Wstąpił w szeregi Braci Muzułmanów, zostając jednym z ich najbardziej radykalnych ideologów. Początkowo często spotykał się z Naserem, który oferował mu wysokie posady państwowe. Kutb jednak zdecydowanie odrzucał świecki nacjonalizm, jaki reprezentował Naser, i coraz mocniej angażował się w działania Braci, zmierzających ku otwartemu starciu z Naserem.

Konflikt stopniowo eskalował, aż 26 października 1954 roku podczas wiecu Nasera w Aleksandrii jeden z członków Braci oddał w jego kierunku strzały. Żadna z kul nie dosięgła prezydenta, nieudany zamach zapewnił mu za to popularność, jaką nie cieszył się nigdy wcześniej. Naser odsunął Braci Muzułmanów od udziału w rządzeniu państwem, a setki członków organizacji – na czele z Sajjidem Kutbem – wtrącił do więzień. Sześciu spiskowców od razu powieszono, tysiące zesłano do obozów. Mimo to grupa nadal funkcjonowała w świadomości egipskiego społeczeństwa jako populistyczna alternatywa dla reżimu wojskowych, który nie miał nic wspólnego z zapowiadanym państwem opiekuńczym, a w dodatku raz po raz ponosił porażki militarne w potyczkach z Izraelem.

W 1966 roku Kutba i 42 osoby działające pod jego przywództwem postawiono przed sądem. Po trzymiesięcznym procesie ideologa skazano na karę śmierci. Podstawą do skazania była cienka książeczka, którą udało mu się napisać w więzieniu i z pomocą współpracowników wyeksportować na zewnątrz. Kierunkowskazy, zbiór antyzachodnich haseł, komentarzy do islamu, historii świata arabskiego i aktualnej sytuacji w Egipcie, cieszyły się swego czasu wielką popularnością wśród książąt dżihadu na całym świecie. Zaczytywali się w nich m.in. Osama bin Laden i palestyńscy bojownicy. Kutb przyjął wyrok ze spokojem. „Bogu niech będą dzięki – miał oświadczyć. – Przez piętnaście lat prowadziłem dżihad, aż w końcu zasłużyłem na męczeńską śmierć”.

Po śmierci Nasera w 1970 roku obowiązki prezydenta objął, zgodnie z konstytucją, dotychczasowy wiceprezydent Anwar as-Sadat. Ten wykonał ukłon w stronę Braci, doprowadzając do przyjęcia nowej konstytucji z wyraźnymi islamskimi akcentami – szariat został w niej wskazany jako jedno ze źródeł prawa. Kazał także usunąć wartę honorową sprzed mauzoleum Nasera, co stanowiło dla Braci słodką chwilę triumfu. Gest prezydenta okazał się jednak niewystarczający. W 1979 roku, po podpisaniu porozumienia z Izraelem w Camp David, radykalni islamiści oskarżyli prezydenta o zdradę. Nie pomogły wymierzone w nich zmasowane represje – trzy miesiące po podpisaniu traktatu Sadat zginął w zamachu z ręki członka Egipskiego Dżihadu. Władzę w kraju znów objął wiceprezydent – marszałek sił powietrznych Hosni Mubarak.

Rządy Mubaraka, po Naserze i Sadacie, to trzeci akt tego samego dramatu. Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta było wprowadzenie stanu wyjątkowego, który trwał nieprzerwanie przez cały okres jego rządów. Początkowo prezydent stosował ostre represje, zbiorowe aresztowania i tortury, których ofiarami byli członkowie organizacji islamskich, w tym Braci Muzułmanów i ich różnorakich odłamów.

Złagodził jednak linię, gdy się okazało, że działania te nie przynoszą spodziewanych rezultatów. W 1984 roku Mubarak ponownie zalegalizował działalność Braci, ale tylko jako organizacji religijnej i dobroczynnej. Skutecznie posługiwał się nią jednak jako straszakiem w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem. Egipt, przywołujący widmo irańskiej rewolucji z 1979 roku oraz będący gwarantem „zimnego pokoju” w regionie dzięki układowi z Izraelem, przez cały okres rządów Mubaraka był odbiorcą gigantycznej pomocy wojskowej od Stanów Zjednoczonych. Miliardy dolarów z Białego Domu były jednym z silnych fundamentów egipskiej dyktatury.

Drugim, wewnętrznym fundamentem była niepisana umowa między państwem a społeczeństwem. W zamian za niezłe warunki życia, jakie zapewniał Egipcjanom reżim, przymykali oko na jego autorytarne zapędy. W miarę jednak jak państwo przestawało wypełniać swoją część zobowiązania, zmagając się ze złożonymi problemami gospodarczymi i znacząco ograniczając subsydia, zanikać zaczęła jego legitymacja. Rząd coraz częściej musiał się uciekać do przemocy. Rosnące niezadowolenie społeczne starali się umiejętnie kanalizować Bracia, którzy w 2005 roku uzyskali rekordową liczbę miejsc w egipskim parlamencie.

krytykapolityczna.pl

Przedsiębiorstwo to jest największą platformą handlową Europy, z obrotem dwukrotnie większym, niż wykazuje dwudziestu kolejnych konkurentów łącznie. Kiedy jego prezes zarabiał w 2017 roku 2,16 miliona dolarów na godzinę, jego pracownicy mieli być wdzięczni za ustawową płacę minimalną, która w Unii Europejskiej wynosi od 1,42 do 11,27 euro za godzinę.

W 2017 roku Amazon miał globalny obrót wielkości około 210 miliardów euro, o 31 procent więcej niż rok wcześniej. Firma zatrudnia na całym świecie ponad 600 tysięcy pracownic i pracowników. Z kapitalizacją na poziomie ponad 730 miliardów euro należy do najbardziej wartościowych spółek notowanych na giełdzie. Zysk przedsiębiorstwa wyniósł około 11 miliardów euro, ale za sprawą układu z luksemburskim nadzorem finansowym w latach 2003–2014 Amazon nie płacił podatków od 75 procent swego obrotu.

Na dłuższą metę ekonomia platformowa zagraża stabilności oraz stanowi budżetów państw, w których koncerny faktycznie zarabiają pieniądze, ale nie płacą podatków. 

(...)

Amazon generuje obroty na cztery sposoby: jako jeden z największych sklepów internetowych, jako organizator zdecydowanie największego rynku online dla stron trzecich, jako jeden z największych oferentów usług sieciowych oraz jako dostawca zamówionych towarów. W przypadku niektórych grup produktów koncern jest tak silny, że niezależni sprzedawcy zdani są na rynek Amazona, aby w ogóle móc dotrzeć do klientów. Wiele wskazuje na to, że Amazon stosuje rozmaite strategie, aby samą swą rynkową siłą wypierać innych z rynku, np. przez oferowanie kopii produktów czy zaniżanie cen.

Sprzedawcy stawiają jednak opór. W efekcie licznych skarg toczy się obecnie kilka postępowań przeciw Amazonowi w sprawie konkurencji. Niemiecki Urząd Antymonopolowy już w 2018 roku otworzył postępowanie w sprawie takich nadużyć, a rok później poszedł w jego ślady austriacki Federalny Urząd Konkurencji. Jak jednak mają się sprawy z zatrudnionymi w firmie?

Gwałtowny wzrost Amazona dokonuje się kosztem pracowników oraz systemów zabezpieczenia społecznego w krajach, gdzie funkcjonuje. Według raportów międzynarodowej organizacji zrzeszającej związki zawodowe sektora usług, UNI Global Union, strategia koncernu opiera się na brutalnej pracy na akord, wykonywanej pod stałą kontrolą z zastosowaniem najnowocześniejszych technik nadzoru. W czasie 10-godzinnej zmiany zatrudnieni przechodzą od 16 do 20 kilometrów i przenoszą łącznie 50 ton kartonów dziennie. Oczekuje się od nich, że w ciągu godziny odprawią 300 paczek; przerwy w pracy często ledwie starczają na wyjście do toalety. W ciągu trzech lat wskutek wypadków lub przeciążenia pracą tylko w jednym zakładzie Amazona 600 razy wzywano karetki pogotowia. 87 procent zatrudnionych odczuwało trwałe bóle spowodowane wykonywanymi w pracy czynnościami.

(...)

Im większa jednak siła rynkowa przedsiębiorstwa, tym łatwiej mu wymuszać własne (nieuczciwe) warunki na kontrahentach. Dlatego Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej przewiduje zakaz nadużywania dominującej pozycji na rynku. To dość oczywiste, że Amazon ze względu na swą potrójną funkcję – rynku obrotu, sprzedawcy i dostawcy – ma dominującą pozycję, a w handlu internetowym jego udział w rynku wynosi już ponad 50 procent. Przez efekt sieciowy oraz przewagę skali firma winduje swą pozycję jeszcze bardziej i wypiera konkurentów wedle reguły „zwycięzca bierze wszystko”. To oczywiście fatalny trend z punktu widzenia pozostałych uczestników rynku, jak również osób zatrudnionych w tej firmie. Dzięki pozycji monopolisty łatwo jest Amazonowi łamać strajki na rzecz przyzwoitych płac przez wynajem pracowników agencyjnych lub przenoszenie zakładów do innych państw członkowskich UE, gdzie płaca minimalna jest niższa.

krytykapolityczna.pl

Nie jest tajemnicą, że od wielu lat wielki biznes nie ma najlepszej prasy. Badania pokazują, że młodzi ludzie na całym niemal świecie są raczej anty-kapitalistycznie nastawieni, a duże korporacje traktują często jako zło wcielone. Nawet w USA – kolebce kapitalizmu korporacyjnego – badania naukowców z Harvard University pokazały, że tylko 42 proc. osób w wieku od 19 do 29 lat popiera kapitalizm (51 proc. go nie popiera). Z ankiety instytutu Gallupa przeprowadzonej wśród Amerykanów w 2016 r. wynika, że wielkie korporacje nie cieszą się zaufaniem społecznym – gorzej niż one postrzegany jest jedynie Kongres (stąd zapewne wielka popularność amerykańskiego serialu z gatunku dramatu politycznego „House of Cards”). Obserwując wypowiedzi i zachowania niektórych naukowców, można dojść do wniosku, że na uniwersytetach rozpoczęła się – i to już dawno – pełzająca marksistowska rewolucja.

Wiele śmiałości pokazał więc znany amerykański ekonomista i publicysta, profesor George Mason University Tyler Cowen, publikując „Big Business: A Love Letter to an American Anti-Hero” (St. Martin’s Press, 2019). Jak sam pisze we wstępie: „Biznes stał się niedoceniany. Napisałem więc książkę na pierwszy rzut oka kontrariańską, która wcale taką w istocie rzeczy nie jest. […] Biznes produkuje większość rzeczy i usług, które wszyscy konsumujemy. Poza tym daje nam pracę. Bez wielkiego prywatnego biznesu nie mielibyśmy statków, pociągów, samochodów, elektryczności, wielu produktów spożywczych, wielu leków, telefonów, książek i wielu, wielu innych przydatnych rzeczy oraz usług.”

Zdaniem autora „Big Business”, za spaczony obraz wielkiego biznesu odpowiedzialne są głównie media. „Chodzi o to, że media – nie tylko telewizja, ale także blogi czy media społecznościowe – prezentują głównie ciemną stronę rzeczywistości korporacyjnej. Skandale korupcyjne, seksualne czy wszelkiego innego rodzaju – ostatnio ich synonimem stały się nazwy takich firm, jak Theranos, Volkswagen czy Wells Fargo – to jest to, o czym słyszy odbiorca mediów. Nie słyszy on natomiast o wielkich sukcesach prywatnych firm. A takich nie brakuje. Największym z nich jest to, że codziennie pomagają one podnosić poziom życia nas wszystkich. […] Nawet tak wybitni publicyści jak na przykład Rana Foroohar nie unikają pejoratywnych określeń odnośnie takich przedsiębiorstw, jak Google, Amazon, Apple czy Facebook. Tymczasem te korporacje Big Tech zaoferowały całemu światu rewolucyjne rozwiązania za śmieszną wręcz cenę, która czasami wynosi zero” – zwraca uwagę prof. Cowen. I dodaje, że wielce niepokojące jest pojawienie się i wzrost popularności takich jawnie anty-kapitalistycznych mediów, jak „The Jacobin”.

Według Tylera Cowena wielki biznes nie tylko dostarcza rzeczy materialnych, czy związanych z ogólnie i szeroko pojmowaną sferą profanum, ale także propaguje szlachetne wartości. Zdaniem autora „Big Business” nie ma rozwoju wielkich korporacji bez właściwej jakości zarządzania. A nie ma zarządzania na poziomie bez zaufania. „Zaufanie pozwala na decentralizację procesu decyzyjnego. Dzięki temu menedżerowie stojący na szczycie korporacyjnej hierarchii nie stają się hamulcowymi. Firma oparta na zaufaniu może rozwijać się szybko i być bardzo fleksybilna” – wskazuje profesor George Mason University.

Mało tego. Prof. Cowen uważa, że wielki biznes przyczynia się pośrednio do upowszechniania się takich wartości, jak miłość, przyjaźń czy kreatywność. „Firmy takie jak McDonald’s, General Electric czy Procter & Gamble wprowadziły wspólną opiekę zdrowotną dla par jednopłciowych wiele lat przed tym, jak Sąd Najwyższy zalegalizował małżeństwa homoseksualne. Z kolei Apple, Pfizer czy Microsoft opowiadały się za prawami osób transpłciowych. Wielki biznes nie chce, by jakakolwiek grupa osób była dyskryminowana. Chęć maksymalizacji zysku w czasach social media powoduje, że korporacje muszą być wzorem inkluzywności i tolerancji” – stwierdza autor „Big Business”. Poza tym, jak wskazuje prof. Cowen, korporacje dają ludziom okazję do interakcji z innymi ludźmi o podobnych poglądach, inteligencji, umiejętnościach czy kodzie kulturowym. „Połowa Amerykanów przyznaje, że ma w pracy serdecznych przyjaciół” – podkreśla naukowiec.

Prof. Cowen uważa, że amerykańskie wielkie korporacje były i są szczególnie efektywne na tle konkurencji z innych regionów świata głównie dzięki mechanizmowi „kreatywnej destrukcji”. Chodzi o to, że w USA gra jest ostra – najsłabsi szybko wypadają z rynku, brutalnie weryfikowani przez bezwzględnych klientów, nie znajdując oparcia w państwie. Inną zaletą amerykańskiego kapitalizmu jest – według Cowena – umiejętne kierowanie strumieniem najzdolniejszej siły roboczej. „Ameryka jest wyjątkowo dobra w łączeniu talentów i wyciskaniu z nich maksa, dla dobra firm i dla dobra klientów tychże firm” – uważa naukowiec.

/xDDD - red./

obserwatorfinansowy.pl

William H. Dow, Anna Godoy, Christopher A. Lowenstein i Michael Reich przygotowali pracę „Can Economic Policies Reduce Deaths of Despair?” (Czy polityka ekonomiczna może redukować liczbę tragicznych śmierci?). Autorzy zwracają uwagę, że od 2014 r. spada w USA oczekiwana długość życia, odwracając, trwający wiek, trend wydłużania średniej długości życia.

Spadek oczekiwanej długości życia wynika z tzw. „śmierci z desperacji” czy zgonów będących wynikiem nadużywania alkoholu, narkotyków i samobójstw, które głównie dotyczą Amerykanów bez ukończonych studiów. Autorzy postanowili sprawdzić, jak na tę charakterystykę wpływały zmiany w wysokości płacy minimalnej oraz tzw. zarobionych kredytów podatkowych (ang. Earned Tax Credit – ETC – rodzaj ulgi podatkowej dla osób z niższymi zarobkami). Wykorzystali do tego dane z lat 1999-2015.

I okazuje się, że wzrost płacy minimalnej o 10 proc. powoduje spadek samobójstw nie związanych z zażywaniem narkotyków wśród osób bez wyższego wykształcenia o 3,6 proc. Wskaźnik ten spada aż o 5,5 proc. gdy ulga podatkowa ETC rośnie o 10 proc. Autorzy wyliczają, że podniesienie zarówno płacy minimalnej, jak i ulgi podatkowej o 10 proc. zapobiegłoby 1230 samobójstwom rocznie.

obserwatorfinansowy.pl

sobota, 25 stycznia 2020


Brałaś udział w tworzeniu wielu analiz naukowych na temat zagranicznej dezinformacji w Europie Środkowej. Jacy aktorzy chcą wpływać na ten region?

Katarina Klingova: Są to podmioty zarówno oficjalne jak i nieoficjalne, państwowe i pozapaństwowe, ale głównym aktorem, który chce wpływać na region, jest Rosja.

Coraz więcej osób mówi także o wpływach Chin, ale nie jest to temat, na którym aktualnie się koncentrujemy, być może w przyszłości.

Jakie są główne narzędzia rosyjskiego wpływu?

Rosja jest gotowa wykorzystać każdego, kto będzie służył jej celom, ale poszczególne narzędzia wpływu zależą od danego kraju. Na Słowacji mamy wielu otwarcie prorosyjskich polityków. Istnieje też wiele organizacji pozarządowych, które próbują promować kulturową bliskość z Rosją.

Na Węgrzech z kolei mamy inny model – rosyjski wpływ rezonuje z narracjami węgierskiego rządu. Nasi partnerzy z Węgier twierdzą, że czasami trudno jest stwierdzić, gdzie kończy się narracja rządowa, a gdzie zaczyna narracja rosyjska. Co więcej, duża część rosyjskiej narracji czy dezinformacji na Węgrzech jest rozpowszechnia przez media głównego nurtu, które są kontrolowane przez rząd.

W jaki sposób w krajach naszego regionu konstruuje się te narracje?

Jedna z głównych narracji, która jest rozpowszechniana poprzez prokremlowskie ulotki dezinformacyjne, opiera się na kwestionowaniu przynależności krajów Europy Środkowo-Wschodniej do Unii Europejskiej i NATO. Narracja ta wykorzystuje obecne w krajach Grupy Wyszehradzkiej odczucie, że państwa te mogą stać się pomostem między Wschodem a Zachodem. Było to dobrze słyszalne na Słowacji w latach 90. XX wieku, szczególnie w retoryce Vladimira Meciara, który miał dobre relacje z Kremlem.

Inne narracje podkreślają, jak ważna dla gospodarek regionu jest Rosja. Nie chcę nie doceniać gospodarczej roli Moskwy w Europie Środkowej, ale jeśli przyjrzymy się twardym liczbom, to państwa regionu w sensie gospodarczym w większości są powiązane z Unią Europejską.

Kolejny typ narracji próbuje przedstawiać Władimira Putina jako obrońcę tradycyjnych wartości i rodziny w obliczu np. ruchów LBGTI, upadającego Zachodu czy homogenicznych społeczeństw, które są zagrożone migracją. Współgra to z narracjami niektórych rodzimych polityków w Europie Środkowej. Np. nastroje antyimigranckie są mocno wykorzystywane przez środkowoeuropejskich populistów.

Jakie tematy są szczególnie chętnie wykorzystywane w kampaniach dezinformacyjnych?

To zależy od kraju. Na Słowacji większość kampanii dezinformacyjnych skupia się wokół NATO. Słowacy są nastawieni bardzo prounijnie, ale agresja wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku sprawiła, że do dziś obawiają się jakiejkolwiek obecności zagranicznych wojsk. Dlatego za każdym razem, gdy odbywa się konwój NATO czy transport sprzętu wojskowego przez Słowację, to pojawiają się ulotki dezinformacyjne ostrzegające przed przygotowaniem do inwazji lub powtórki sierpnia 1968. Transporty wojskowe są w nich przedstawiane w nawiązaniu do Sojuszu Północnoatlantyckiego, który określa się mianem agresora. Ulotki te kreślą się jako alternatywne media, które dają ludziom informacje celowo ignorowane przez media głównego nurtu.

W przypadku Czech sytuacja wygląda nieco inaczej. W przeciwieństwie do Słowaków, Czesi są eurosceptyczni, ale bardzo popierają swoje członkostwo w NATO. Dlatego spotykane tam ulotki dezinformacyjne wykorzystują antyeuropejskie nastroje. Jest to możliwe i stosunkowo łatwe, ponieważ niektórzy czescy politycy także grają na tych emocjach.

A w Polsce i na Węgrzech?

W Polsce poparcie dla NATO i Unii Europejskiej jest stosunkowo wysokie, więc prokremlowska dezinformacja opiera się na czymś innym – na pretensjach i niezgodach historycznych, szczególnie pomiędzy Polską a Ukrainą.

Węgry są jeszcze innym przykładem. W największym stopniu narracje związane z dezinformacją wykorzystują sentyment antyimigrancyjny. Ulotki dezinformacyjne opierają się na przekonaniu, że obywatele Unii Europejskiej są stopniowo zastępowani przez imigrantów. Duża kampania wymierzona w imigrantów na Węgrzech była wspierana przez rząd tego kraju i wykorzystywała podobną narrację.

Celem publicznych kampanii na Węgrzech były również organizacje pozarządowe pomagające imigrantom. Oskarżano je, że są finansowane przez zagraniczne podmioty sponsorowane z zewnątrz, głównie przez George’a Sorosa. Niektórzy widzą go dosłownie wszędzie. Liczba rzeczy, które Soros potrafi zrobić w kilku miejscach w różnych krajach w ciągu jednego dnia, jest niesamowita.

Oczywiście antyeuropejski sentyment na Węgrzech również jest obecny i może być niekiedy wyrażany w paradoksalny i zaskakujący sposób. Podam przykład: w 2014 roku otwarto nową linię metra w Budapeszcie. Inwestycję tę finansowano m.in. ze środków UE, ale realizowały ją firmy rosyjskie. Gdy, już po ukończeniu budowy, wchodziło się do metra, z jednej strony można było zobaczyć duże tablice informujące o finansowaniu tego projektu z Unii, a zaraz obok plakaty kampanii antyeuropejskiej węgierskiego rządu.

forsal.pl

piątek, 24 stycznia 2020


Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.

Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.

Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.

Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.

To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.

Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.

Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.

nowyobywatel.pl