wtorek, 29 października 2019
Obserwatorfinansowy.pl: Prezentuje Pan hipotezę, że gdyby Polska po wojnie była kapitalistyczna, to niekoniecznie osiągnęłaby sukces. Czy dobrze rozumiem?
Dr Marcin Piątkowski: Często bezwiednie zakłada się, że gdyby po 1945 r. Polska nie dostała się w sferę wpływu ZSRR, to jako kraj kapitalistyczny rozwinęłaby się jak nigdy dotąd. Sądzę jednak, że sukces takiej alternatywnej Polski wcale nie byłby pewny, z tych samych powodów dla których nasza gospodarka nie potrafiła dogonić Zachodu przez 500 lat wcześniej. Głównym hamulcem rozwoju był oligarchiczny system społeczno-gospodarczy, który służył tylko wąskim elitom i blokował rozwój większości społeczeństwa.
Taka szkodliwa struktura społeczna byłaby najprawdopodobniej odtworzona po 1945 r, tak jak ją odtworzono po 1918 r. Dopiero PRL dokonał społecznej rewolucji, wyeliminował stare, oligarchiczne i często jeszcze feudalne elity i po raz pierwszy w historii stworzył społeczeństwo inkluzywne, dając wszystkim, szczególnie tym najsłabszym, szanse na rozwój.
Zdaje się, że elity wyeliminowała już II Wojna Światowa, w trakcie której mordowano polską inteligencję, polską arystokrację i polskich przedsiębiorców.
To oczywiście wielka tragedia narodowa, ale elity te funkcjonowały w ramach systemu, który szkodził rozwojowi gospodarczemu. II RP to wielki sukces patriotyczny, ale porażka gospodarcza, bo poziom dochodu Polaka w stosunku do Zachodu w 1938 r. był niższy niż w 1913 r. Praktycznie nigdy nie mieliśmy też rodzimych przedsiębiorców, a w czasie II RP nie powstała żadna duża firma prywatna!
Zaraz – a Lilpop, Łukasiewicz i inni?
Jeden był imigrantem, a biznes drugiego skończył się wraz z jego śmiercią. Polscy przedsiębiorcy w XIX w. i w XX w. przed II Wojną Światową stanowili mniejszość. Większość przemysłowców na naszym terytorium stanowili Niemcy, Żydzi oraz inni imigranci. Było tak nie bez powodu. To wielowiekowej świadomej polityki szlachty polskiej, która od XIV w. tworzyła i utrwalała w Polsce oligarchiczny system polityczno-gospodarczy. Mieszczaństwo i chłopstwo to siły, które uznawała za potencjalnie wrogie, a nie chciała, by ktokolwiek zagroził jej uprzywilejowanemu statusowi. Wobec tego chłopstwu zabrała wolność osobistą, a mieszczaństwu polskiemu utrudniała, jak mogła prowadzenie interesów.
Na początku XVI wieku zabroniono np. polskim kupcom eksportu zboża, oddając go w ręce Niemców i Holendrów, a do końca XVIII w. kupiectwo było uznawane za zajęcie haniebne, które szlachcica mogło pozbawić tytułów. Szlachta wiedziała jednak, że z samego chłopstwa nie wyżyje, więc sprowadzała kupców i przemysłowców z zagranicy, pozwalając im działać w specjalnych rewirach. Oddanie biznesu w ręce mniejszości, które nie miały siły politycznej, było sposobem na czerpanie zysków bez ryzyka utraty władzy i zmiany systemu. Oto jeden z powodów, dlaczego przez 500 lat, aż do wybuchu największej wojny światowej w dziejach nie udało nam się osiągnąć sukcesu gospodarczego.
Przecież po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. nasza gospodarka – z problemami – ale ruszyła, czy nie tak?
Ruszyła wszędzie w Europie, tylko w Polsce mniej niż gdzie indziej. Elity arystokratyczne były zbyt mocno historycznie zakorzenione i uprzywilejowane, by Polska mogła się zmodernizować w dwadzieścia lat. Były uprzywilejowane tak mocno, że nie potrafili zmienić tego nawet reformatorsko nastawieni przywódcy niepodległej Polski, zachłyśnięci przecież socjalizmem i egalitaryzmem. Upraszczając, cały dorobek II RP to Gdynia, której odpowiedniki budujemy dzisiaj za unijne pieniądze raz na kwartał, niedokończony Centralny Okręg Przemysłowy, który nie wiadomo, czy przetrwałby na wolnym rynku i dwie potiomkinowskie reformy rolne, które niczego nie zmieniły, bo mimo całej propagandy rozparcelowano mniej niż 10 proc. ziemi. Elity wciąż trzymały się mocno. Odsetek ludzi idących na studia wynosił w 1938 r. zaledwie 1,2 proc. i dziwnym trafem na studia szły dzieci z bogatych rodzin. Dzisiaj ten wskaźnik to 55 proc. Dzisiejsi polscy przedsiębiorcy, w przeciwieństwie do tych sprzed 1939 r., noszą mało szlacheckie nazwiska i są, z kilkoma wyjątkami, prawdziwymi „self-made menami”.
Zorientowani wolnorynkowo ekonomiści uważają PRL za stratę czasu i marnowanie zasobów. Niesłusznie?
Realny socjalizm świetnie sobie radził przez pierwsze 15 lat istnienia: do 1960 r. Polska rozwijała się równie szybko, jak na przykład Hiszpania. Dopiero później PRL wpadł w stagnację i skończył się gospodarczą katastrofą. Gdyby PRL skończył się w 1960 r. a nie w 1989 r., to mielibyśmy o nim całkiem dobre zdanie, podobnie jak dzisiaj mówi się o autorytarnym sukcesie Singapuru, Tajwanu czy Korei Południowej. PRL miał jednak jedną wielką zaletę: otworzył na oścież polskie społeczeństwo, zlikwidował przywileje klasowe, wyedukował, uprzemysłowił i unowocześnił społeczeństwo. Dla przykładu, już w 1960 r. na uniwersytetach studiowało 7 proc. Polaków, prawie tyle samo, ile w kilkakrotnie bogatszej Francji. PRL również oderwał od archaicznego rolnictwa prawie 30 proc. społeczeństwa i przeniósł do przemysłu, 30-krotnie przekraczając COP-u (chociaż jakoś nikt nie zamierza budować pomników np. Hilaremu Mincowi).
Krótko mówiąc, PRL stworzył inkluzywne, otwarte, egalitarne społeczeństwo, które stało się fundamentem polskiego bezprecedensowego sukcesu po 1989 r.
Jaka więc była rola reform po 1989 roku?
Zasługą reformatorów po 1989 r. było wykorzystanie pozostawionego po PRL ludzkiego potencjału, uwolnienie gospodarki od wcześniejszych absurdów, i włączenie nas w nurt rozwoju globalnego. Byliśmy jak łódka w martwym dorzeczu Amazonki, która po 1989 r. nagle znów uzyskała łączność z nurtem. Wreszcie mogliśmy zarabiać i się bogacić.
obserwatorfinansowy.pl
Ludzki mózg nie radzi sobie zbyt dobrze z wykonywaniem wielu zadań jednocześnie. Przeciwnie, ewolucyjnie jesteśmy zaprogramowani na skupianie się na jednej rzeczy i odcinanie uwagi od innych, mniej istotnych. Dlatego jeśli odrabiający lekcje nastolatek będzie zarzekał się, że absolutnie nie przeszkadza mu jednoczesne dyskutowanie z przyjacielem na komunikatorze, to nie jest to prawda. Dowiedli tego uczeni z Uniwersytetu Stanforda w swoim badaniu przeprowadzonym z udziałem 100 studentów tej uczelni. Podczas wykonywania kilku zadań jednocześnie ich sprawność umysłowa spadała, zwłaszcza w zakresie zapamiętywania informacji i selekcji tych najważniejszych.
Tylko jedna grupa ludzi wyróżnia się na plus w kwestii podzielności uwagi - to dorosłe kobiety. Dowiedli tego naukowcy z University of Glasgow, którzy przeprowadzili dwa bardzo ciekawe eksperymenty z udziałem grupy 120 kobiet i tylu samo mężczyzn. W pierwszym teście badani siedzieli przed komputerami, a na monitorach pojawiały się różne figury geometryczne. Zadaniem badanych było je jednocześnie liczyć i segregować pod względem kształtu. Naukowcy w ten sposób chcieli sprawdzić, jak sprawnie w umysłach kobiet i mężczyzn następuje "przełączanie" pomiędzy liczeniem a rozpoznawaniem kształtów. Okazało się, że u obu płci w miarę upływu czasu wykonywania zadania szybkość tego "przełączania" pomiędzy funkcjami w mózgu spadała, jednak u mężczyzn znacząco szybciej - pod koniec eksperymentu odpowiadali oni 77 proc. wolniej niż na początku, podczas gdy kobiety 69 proc. wolniej. Wygląda na to, że kobiecy mózg sprawniej radził sobie z wykonywaniem dwóch zadań wymagających skupienia. Jak podkreśla dr Gijsbert Stoet, współautor tego badania, różnica może nie jest duża, ale może kumulować się podczas wykonywania pracy przez cały dzień.
Drugi eksperyment przyniósł jeszcze ciekawsze rezultaty. Kobiety i mężczyźni dostali w nim zadania z życia wzięte - mieli w ciągu ośmiu minut zlokalizować restaurację na mapie, wykonać proste obliczenie, porozmawiać przez telefon i znaleźć zgubione na podwórku klucze. Naukowcy wiedzieli, że zrobienie tego wszystkiego w osiem minut jest niemożliwe, było to więc zadanie na określanie priorytetów, planowanie, wyznaczanie optymalnej trasy poszukiwań kluczy. Co się okazało? Kobiety osiągnęły lepsze rezultaty. Może dlatego, że więcej czasu przeznaczały na przemyślenie swoich działań i efektywnego wykorzystania czasu niż mężczyźni, którzy przystępowali do wykonywania zadań impulsywnie i chaotycznie. Widać to było zwłaszcza w zadaniu poszukiwania kluczy. Dr Gijsbert opisuje, że mężczyźni kręcili się często po podwórku bez żadnego planu, podczas gdy kobiety poruszały się po z góry zaplanowanej trasie, na przykład zwężającymi się kręgami - to bardzo skuteczna strategia poszukiwania terenu.
Zdolności do organizowania czasu i sprawnego zarządzania zadaniami są imponujące, ale jeśli dodamy do nich ogromną dozę empatii i rozumienia cudzych intencji, kobiety wyrastają na prawdziwe superbohaterki w domu czy w miejscu pracy. Dzisiaj bowiem w najbardziej nowoczesnych miejscach pracy w cenie są tak zwane kompetencje miękkie - zdolności komunikacyjne, negocjacyjne, radzenie sobie ze stresem oraz inteligencja emocjonalna. W tych aspektach kobiety nie mają sobie równych. Większy poziom emocjonalnej empatii wśród kobiet niż u mężczyzn zaznacza się już w wieku nastoletnim - dowiedli psycholodzy z uniwersytetu w Walencji. Najważniejsze jest to, że - jak wykazali badacze z Uniwersytetu Wiedeńskiego - kobiety w stresie potrafią współdziałać, a ich zdolność do empatii rośnie - w odróżnieniu od mężczyzn, którzy w silnym stresie są częściej egocentryczni i samolubni. To dlatego panie bardziej sprawdzają się w rozwiązywaniu sytuacji kryzysowych, nie mają problemu z proszeniem o pomoc i przyjmowaniem jej.
gazeta.pl
piątek, 11 października 2019
Królową Marię Antoninę można by właściwie ogłosić patronką ofiar fake-newsów – bo ona sama padła pastwą jednej z najbardziej znanych i wyjątkowo dla niej okrutnej dezinformacji w dziejach świata.
Wszystko przez zmyślony cytat. "S’ils n’ont pas de pain, qu’ils mangent de la brioche" ("Jeśli nie mają chleba, niech jedzą ciastka") – to wcale nie ona powiedziała. Te słowa włożył jej w usta Jean-Jacques Rousseau w swoich "Wyznaniach".
(...)
Polskim symbolem trzymania się kurczowo władzy dla samej władzy, w oderwaniu od jakichkolwiek wartości, jest oczywiście PZPR – niedoścignionego wzoru epoki słusznie minionej pewnie żadne ugrupowanie długo przebić nie zdoła. Po 1989 r. najbliżej tej sytuacji było SLD, które po aferze Rywina było w stanie tylko zarządzać, nie miało większości nawet do tego, by przeforsować przedstawiony przez własnego ministra "plan Hausnera".
W podobnej sytuacji znalazła się Platforma pod koniec drugiej kadencji. Poobijana aferą taśmową, z pogubioną Ewą Kopacz na czele partia ta w żaden sposób nie umiała pokazać, po co właściwie powinna rządzić kolejne cztery lata.
Tym bardziej że wtedy sondażowo wyrósł PiS. Partia Kaczyńskiego w kampanii 2015 r. porażała atawistyczną chęcią sięgnięcia po władzę. Parła do niej ze zwierzęcą determinacją gotowa rozbić każdą przeszkodę, która stanęła jej po drodze. Ale jednocześnie w kampanii przedstawiała się jako partia wartości. I to wielu wartości.
Oprócz odwołań – typowych w przypadku tej formacji – do Boga, Kościoła, polskich tradycji, także silnymi akcentami położonymi na konieczność wyrównywania różnic społecznych i pomocy najsłabiej usytuowanym (500 plus, niższy wiek emerytalny). Do tego doszła jeszcze argumentacja o konieczności sanacji moralno-etycznej – w domyśle, ekipa rządzącą jest do cna przeżarta różnego rodzaju problemami, dlatego należy ster władzy oddać ekipie świeżej, nieskażonej władzą, o czystych rękach i jasnych intencjach.
Ta argumentacja chwyciła. Do tego stopnia, że nawet wśród wyborców liberalnych narosło silne przekonanie, że Platforma stała się typową partią władzy – wypraną z wartości, chcącą rządzić dla samego rządzenia.
To z tego powodu sukces w ostatnich wyborach odniosła Nowoczesna. 7,6 proc. poparcia dla partii Ryszarda Petru było wyraźnym sygnałem, że nawet dla wyborców wielkomiejskich PO stała się partią skażoną władzą – i że należy ją wymienić na ugrupowanie, które pamięta, po co idzie się do Sejmu i rządu.
(...) PiS po czterech latach rządów w naturalny sposób jest poszczerbiony, poobijany. Z drugiej strony determinacja, jaką zademonstrował, przedstawiając "piątkę Kaczyńskiego" musiała zrobić wrażenie – choć wrażenie też niepełne, bo doceniając fakt, że PiS jest gotów wydać ogromne sumy na to, żeby pozyskać poparcie, jednocześnie z tyłu głowy pojawia się pytanie: czy partia rządząca jest na tym etapie, że musi płacić za to, co cztery lata temu dostawała za darmo?
wp.pl
Rynek wyszukiwania w internecie jest zdominowany (prawie 90 proc. udziałów) przez Google. Sektor portali społecznościowych (prawie 80 proc. rynku) należy do Facebooka. Obie firmy mają duopol na rynku reklamy w internecie. Z kolei branżę sklepów internetowych zdominował Amazon.
Ale koncentracja nie dotyczy tylko internetu. Dwie firmy w USA mają 90 proc. rynku piwa. Czterech graczy kontroluje rynek amerykańskiej wołowiny. Cztery linie lotnicze przejęły za oceanem sektor lokalnych połączeń lotniczych. Pięć banków kontroluje ponad połowę aktywów sektora bankowego. 75 proc. gospodarstw domowych w USA ma możliwość uzyskania dostępu do internetu tylko od jednego operatora.
Po serii ostatnich fuzji trzy firmy kontrolują 70 proc. światowego rynku pestycydów i 80 proc. amerykańskiego rynku kukurydzy. Tę listę można ciągnąć bardzo długo.
Autor cytuje w publikacji (jej polski tytuł to „Mit kapitalizmu. Monopole i śmierć konkurencji”) polskiego ekonomistę Michała Kaleckiego: „Monopole wydają się być głęboko zakorzenione w naturze systemu kapitalistycznego: wolna konkurencja, jako założenie, może być użyteczna na pierwszym etapie pewnych badań, ale jako opis normalnego stanu ekonomii kapitalistycznej to zaledwie mit”.
W USA liczba giełdowych firm jest taka, jaka była w latach 70. XX w., gdy PKB był na poziomie jednej trzeciej obecnego. W ciągu ostatnich 20 lat w 75 proc. sektorów gospodarki USA doszło do koncentracji. Jeżeli obecne trendy się utrzymają, to w 2070 r. w każdej branży będzie tylko po jednej firmie. Zresztą amerykański kapitaliści coraz częściej otwarcie przyznają, że nie lubią konkurować a ich docelowym stanem prowadzenia biznesu jest monopol.
obserwatorfinansowy.pl
Szukał swojej drogi powoli, zawsze pobudzany przez dziwaczną wiedzę z zapomnianej bocznej drogi historii nauki. Odważył się zapuścić w lingwistykę matematyczną, gdzie wyjaśnił prawo rozkładu słów. (Przepraszając za symbolikę, twierdził, że problem znalazł się w polu jego uwagi za sprawą książki, którą wyciągnął z kosza na śmieci jednego matematyka, żeby mieć coś do czytania podczas podróży paryskim metrem). Badał również teorię gier. Wkraczał także do i poza ekonomię. Pisał o regularnościach skali w rozkładzie wielkich i małych miast. Jednak generalnie pozostawał w tle, niekompletnie uformowany.
James Gleick - Chaos. Narodziny nowej nauki
poniedziałek, 7 października 2019
Firma Coca-Cola zachęca nas, byśmy „wybrali szczęście”. Politycy znajdują czas, by zrobić sobie przerwę od budowania karier na ruinach demokracji, i przypominają nam o konieczności regularnych ćwiczeń fizycznych. Blogerzy i blogerki wciskają setkom tysięcy obserwujących ich profile, że wolność ma wygląd białoskórej kobiety, która uprawia samotnie jogę na plaży. Pod takimi obrazkami możemy przeczytać podpisy w rodzaju: „Im bardziej kochasz samego siebie, tym bogatszy się stajesz”. To urocze stwierdzenie – ale kamienicznicy i deweloperzy nie pobierają czynszu w walucie, jaką ma być „miłość do samego siebie”.
Czy zatem całe to pozytywne myślenie jest szkodliwe? Carl Cederström i André Spicer, autorzy „Syndromu wellness”, z pewnością są takiego zdania, podkreślając, iż obsesyjna rytualizacja „dbałości o siebie” [wellness to termin oznaczający zarówno dobre samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne – przyp. tłum.] oznacza w konsekwencji rezygnację z angażowania się w sprawy grupowe i wspólne, zamieniając każdy społeczny problem w osobistą pogoń za „dobrym życiem”. „Wellness stało się ideologią” – piszą.
Twierdzenie, że jeśli mamy odpowiednie nastawienie, to możemy „wyprodukować” sobie spontanicznie dobre samopoczucie i zdrowie, ma jednoznacznie polityczny wymiar. Kilka miesięcy po tym, jak David Cameron, lider najbardziej prawicowego rządu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii, został wybrany na swoje stanowisko, wprowadził nieszczęsny „program szczęśliwości”. Być może pomysł zostałby lepiej przyjęty, gdyby w tym samym czasie premier nie był zaangażowany w dziesiątkowanie opieki zdrowotnej, pomocy społecznej i edukacji wyższej – struktur społecznych, które sprawiają, że życie codzienne Brytyjczyków jest prostsze i lepsze. Jedną ze zmian wprowadzonych przez Camerona w systemie pomocy społecznej było przechrzczenie bezrobocia na „zaburzenie psychiczne”. Według raportu, który ukazał się w magazynie „Medical Humanities”, osoby pozostające bez pracy i odczuwające skutki najdłuższego i najgłębszego kryzysu, jaki pamiętają, zachęcano do leczenia „psychicznego oporu” przed podjęciem pracy – za pomocą obowiązkowych kursów, które uczyły ich radośniejszego podejścia do własnej kiepskiej sytuacji. Pouczano ich też przy pomocy sms-ów, że powinni „uśmiechać się do życia” oraz że „sukces to jedyna możliwość”.
(...)
Ideologia well-being jest symptomem szerszej politycznej choroby. Jesteśmy uwięzieni w pułapce rygoru pracy, ale i rygoru braku pracy. Przestrzeń publiczna została do reszty skolonizowana przez prywatny kapitał i coraz trudniej zbudować jakąkolwiek społeczność – miotamy się więc w samotnej walce o przetrwanie. Oczekuje się, że uwierzymy, iż tylko indywidualną pracą i wysiłkiem możemy polepszyć swój byt. Jak pisał w „Jacobinie” Chris Maisano: „Nic dziwnego w tym, że rozwiązaniem problemów naszych czasów wydają się podejście indywidualistyczne oraz terapia psychologiczna. Ich ucisk można przełamać tylko dzięki stworzeniu poczucia solidarności, które odbuduje w nas pewność, że razem mamy szansę zmienić świat”.
(...)
W swoim iskrzącym się inteligencją eseju w książce „Otwarta demokracja” Chloe Kings pisze: „Nasza zmiana nastawienia nie spowoduje zmiany lub zniesienia strukturalnych nierówności ani też niedziałających, niezrównoważonych modeli gospodarczych, które faworyzują tylko bogatych tego świata, a wyzyskują resztę społeczeństwa, szczególnie klasę robotniczą i ubogich. Moim zdaniem »pozytywne myślenie« niszczy nam życie. Sformułowania typu »po prostu myśl pozytywnie« to wstęp do wiary, że »będzie lepiej« – a twarda rzeczywistość jest taka, że sytuacja wielu bezbronnych osób będzie się stopniowo pogarszać”.
nowyobywatel.pl
wtorek, 17 września 2019
„Sytuacja jest skandaliczna. Jesteśmy przepracowani, spada na nas coraz więcej obowiązków, a płace stoją w miejscu. Ludzie robią, co mogą, niektórzy dorabiają, np. sprzątając podłogę w salonie fryzjerskim. A tu nagle okazuje się, że pieniądze są. Podczas sobotniej konwencji PiS zapowiedział m.in. rozszerzenie programu 500 plus” – mówi OKO.press Justyna Przybylska, przewodnicząca Krajowego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Ad Rem”, i pyta „A co z nami?”.
Płace większości pracowników pozostają na niezmienionym poziomie od 2011, oscylują wokół minimum krajowego. „Ich niezadowalający poziom jest podstawowym powodem coraz powszechniejszych odejść pracowników sądów z zawodu” – napisało w stanowisku pięć stowarzyszeń sędziowskich, które poparły protest.
„Proces ten destabilizuje i tak coraz trudniejszą sytuację stron postępowań, prowadzi do stałego wydłużania czasu trwania procesów ponad społecznie akceptowalną miarę”. (...)
„Przy poziomie odpowiedzialności, jaka spoczywa na sekretarzu/sekretarce w sądzie, wynagrodzenie na poziomie minimum krajowego, notoryczne uzupełnianie braków w ludziach osobami »pełniącymi obowiązki stażysty«, to jest po prostu skandal. A potem się mówi, że to przez »lenistwo« wiadomej »kasty« sprawy obywateli w sądach trwają latami” – opowiada OKO.press radca prawny z Wielkopolski.
„Pracuję w sądzie od trzech lat. Na umowie na zastępstwo. Zarabiam 2400 zł brutto. Na pełen etat. Normalnie prowadziłam referat jednego sędzi, ale teraz już czterech sędziów, bo brakuje pracowników. Chodzimy na ich wokandy, obrabiamy ich akta” – mówiła OKO.press pracowniczka Sądu Rejonowego dla Krakowa Nowej-Huty.
/Drastyczne podwyżki płacy minimalnej lat poprzednich i następujących, spłaszczą piramidę płac w instytucjach, ale i podniosą - siłą rzeczy - wypłaty rzesz pracowników biurowych - red./
oko.press
oko.press
Sprawa ta dotyczy jeszcze tylko około 30 osób w Belgii w wieku ponad 90 lat, które wciąż pobierają dodatkowe "emerytury Hitlera" w wysokości od 425 do 1275 euro miesięcznie. Poinformował o tym belgijski badacz okresu nazizmu Alvin de Coninck, który w rozmowie z dziennikiem "De Morgen" zwrócił uwagę na szokujący fakt. Okazuje się, że Belgom walczącym w szeregach dywizji Waffen-SS "Wallonien", którzy po wojnie przebywali w więzieniach skazani za kolaborację z Niemcami, okres pobytu w więzieniu zaliczono jako "lata pracy", podczas gdy "Belgowie, którzy w czasie wojny musieli pracować jako przymusowi robotnicy w Niemczech, po wojnie otrzymywali odszkodowanie o równowartości 50 euro miesięcznie".
Po zajęciu przez Niemcy Francji, Belgii i innych państw Adolf Hitler wydał tzw. rozporządzenie Führera (Führererlass), czyli rodzaj dekretu, na mocy którego wszyscy cudzoziemcy, którzy zgłosili się ochotniczo do służby w szeregach Waffen-SS i walczyli po stronie III Rzeszy, nabywali uprawnienia do świadczeń emerytalnych na równi z rodowitymi Niemcami. Jak wyjaśnił w rozmowie z Deutsche Welle historyk z Moguncji Martin Göllnitz "Od 1 stycznia 1940 roku żołnierzy Waffen SS użyto jako jednostek wspierających działania wojenne Wehrmachtu i nie traktowano ich od tamtej pory jako członków NSDAP, tylko jako funkcjonariuszy państwowych Rzeszy Niemieckiej. W związku z tym członkowie Waffen SS nabywali także uprawnień emerytalnych".
Pod tym względem zostali oni zrównani ze wszystkimi żołnierzami Wehrmachtu, niezależnie od ich narodowości. Göllnitz podkreśla, że trudno jest dziś ustalić, ile osób na całym świecie otrzymuje jeszcze z Niemiec dodatki do emerytury za służbę w szeregach Waffen SS. Zwraca jednak uwagę, że jeszcze w połowie lat 90. XX wieku na Łotwie z takich uprawnień emerytalnych korzystało około półtora tysiąca byłych SS-manów.
dw.com
niedziela, 15 września 2019
Czuł, że wielka historia, która właśnie dzieje się w Polsce, przechodzi obok niego. Miał związki z opozycją, przez pewien czas działał w Komitecie Helsińskim, opublikował kilka tekstów w podziemnej prasie, ale w latach 80. nie był znanym działaczem i jego dorobek polityczny był niewielki. Był prawnikiem, ale nie miał skończonej aplikacji uprawniającej do wykonywania zawodu prawnika. Miał doktorat obroniony w 1976 roku na podstawie mało interesującej pracy o roli ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą, ale kariera naukowa go nie pociągała, choćby dlatego, że nie znał żadnego obcego języka. Przez kilka lat był starszym bibliotekarzem w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego.
wyborcza.pl
Demokracja to ciężka praca. Społeczne "elity" czyli eksperci i osoby publiczne, które pomagają większości radzić sobie z odpowiedzialnością wynikającą z zasad samorządności, są coraz bardziej spychane na margines. W tej sytuacji obywatele okazują się być źle przygotowani, zarówno poznawczo jak i emocjonalnie, do kierowania dobrze funkcjonującą demokracją.
W konsekwencji centrum się rozpadło i miliony sfrustrowanych, nabuzowanych gniewem wyborców zwróciło się w odruchu desperacji w stronę prawicowych populistów.
Przewidywania Rosenberga? – W utrwalonych demokracjach takich jak Stany Zjednoczone, demokratyczna rządność będzie w nieunikniony sposób więdnąć, aż w końcu upadnie – mówi.
Druga połowa XX wieku była złotą erą demokracji. Według jednego z sondaży w 1945 roku na całym świecie było jedynie 12 demokracji. Pod koniec wieku już 87. Potem jednak nastąpił wielki odwrót: W drugiej dekadzie XXI wieku zwrot ku demokracji w sposób raczej nieoczekiwany i złowrogi wyhamował – i przybrał przeciwny kierunek.
Prawicowi populiści przejęli władzę lub są tego bliscy w Polsce, na Węgrzech, we Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech, w Brazylii i Stanach Zjednoczonych. Jak zauważył Rosenberg: – Według niektórych wyliczeń udział prawicowych populistów w podziale głosów w całej Europie wzrósł ponad trzykrotnie, z czterech procent w 1998 r. do blisko 13 procent w 2018.
W Niemczech poparcie dla prawicowych populistów rosło nawet po zakończeniu Wielkiej Recesji na początku tej dekady i po tym, gdy napływ imigrantów przybywających do kraju osłabł, dodał.
W krótkie trzy dekady po tym, gdy niektórzy wieszczyli "koniec historii", niewykluczone, że to demokracja zbliża się do końca. I to nie tylko prawicowi wichrzyciele tak mówią. (...)
Zgodnie z jego teorią w najbliższych kilku dekadach liczne duże demokracje w stylu zachodnim na całym świecie będą dalej obumierać, a te które pozostaną, staną się wydmuszkami. Zdaniem Rosenberga miejsce demokracji zajmie prawicowy populizm, oferujący wyborcom proste odpowiedzi na skomplikowane pytania.
I tu leży fundament jego argumentacji: demokracja to ciężka praca i wymaga wiele od tych, którzy w niej uczestniczą. Wymaga od ludzi by szanowali tych, którzy mają inne poglądy niż oni sami i którzy wyglądają inaczej niż oni. Zobowiązuje obywateli do sortowania wielkiej ilości informacji i oddzielania dobrego od złego, prawdy od kłamstwa. Wymaga uważności, dyscypliny i logiki.
Niestety ewolucja nie sprzyjała ćwiczeniu tych cnót w kontekście współczesnej masowej demokracji. Cytując powszechnie znane ustalenia z dziedziny psychologii, Rosenberg przypomina, że istoty ludzkie nie myślą w sposób uporządkowany. Uprzedzenia różnego rodzaju wypaczają nasze mózgi na najbardziej fundamentalnym poziomie.
Dla przykładu rasizm nieświadomie może obudzić u białych zdjęcie czarnego mężczyzny w kapturze. Odrzucamy dowody, które nie są zbieżne z naszymi celami, a jednocześnie szukamy informacji, które potwierdzałyby nasze uprzedzenia. Czasami słysząc, że nie mamy racji, tylko utwierdzamy się w naszych przekonaniach. I tak dalej i tak dalej.
Nasze mózgi, mówi Rosenberg, okazują się nieprzystosowane do współczesnej demokracji. Ludzie się po prostu do niej nie nadają.
Począwszy od Platona ludziom od dwóch tysiącleci mówi się, że demokracja nie działa. Amerykańscy Ojcowie Założyciele bali się tego tak bardzo, że pozostawili w rękach ludu niewielką tylko część rządu federalnego – resztę wykonują za nich wybrani przedstawiciele. Demokracja w Ameryce od dwóch stuleci mniej więcej funkcjonuje dzięki temu, nie wysadzając się przy tym w powietrze. (...)
Naukowiec dochodzi do wniosku, że przyczyną ostatniego sukcesu prawicowych populistów jest to, że "elity" tracą kontrolę nad instytucjami, które tradycyjnie chroniły ludzi przed ich najbardziej niedemokratycznymi impulsami.
Kiedy ludziom pozostawi się podejmowanie decyzji politycznych, w nieunikniony sposób dryfują oni w kierunku prostych rozwiązań oferowanych przez prawicowych populistów na całym świecie: śmiertelnej mieszanki ksenofobii, rasizmu i autorytaryzmu.
Te elity, tak jak definiuje je Rosenberg, to ludzie trzymający władzę na szczycie ekonomicznej, politycznej i intelektualnej piramidy, którzy mają "motywację do wspierania kultury demokratycznej i instytucje oraz władzę, by robić to skutecznie".
W swoich rolach jako senatorowie, dziennikarze, profesorowie, sędziowie i urzędnicy rządowi, by wymienić tylko kilka z nich, elity te tradycyjnie kontrolowały publiczny dyskurs i amerykańskie instytucje – i w tej roli pomagały zrozumieć społeczeństwu znaczenie demokratycznych wartości.
Dziś jednak to się zmienia. Dzięki mediom społecznościowym i nowym technologiom, każdy kto ma dostęp do internetu, może publikować bloga i promować sprawę, w którą wierzy – nawet jeżeli robi to z ukrycia i opiera się na całkowicie fałszywych przesłankach. Tak było między innymi z kłamliwym oskarżeniem, że Hillary Clinton kieruje gangiem pedofili działającym w podziemiach jednej z waszyngtońskich pizzerii.
O ile elity wcześniej mogły skutecznie demaskować spiskowe teorie i wytykać populistom ich niekonsekwencje, to dziś coraz mniej obywateli traktuje elity poważnie. (...)
W porównaniu z ostrymi wymaganiami stawianymi przez demokrację, która wymaga tolerancji dla kompromisu i różnorodności, prawicowy populizm jest jak wata cukrowa. Podczas gdy demokracja wymaga od nas akceptacji faktu, że musimy dzielić nasz kraj z ludźmi, którzy myślą i wyglądają inaczej niż my, prawicowy populizm oferuje prostą receptę. Zapomnijmy o politycznej poprawności. O ludziach należących do innych szczepów – możemy myśleć dokładnie to, co chcemy.
Prawicowi populiści nie muszą kierować się logiką. Mogą jednocześnie obwiniać imigrantów o to, że zabierają pracę Amerykanom i twierdzić, że ci sami ludzi to lenie, polujący jedynie na socjal. Wszystko, czego potrzebują zwolennicy populistów, to posiadanie wroga, którego mogliby obwinić za swoje poczucie rozczarowania.
/Zjawisko deficytu sprawczości ze strony zbiurokratyzowanych, nieruchliwych "elit", w warunkach piętrzących się wyzwań wewnętrznych i zewnętrznych; tutaj obwinia się "nieracjonalny" lud o wymuszanie owej sprawczości, a raczej poszukiwanie jej u tych, którzy obiecują coś zmienić - red./
onet.pl
onet.pl
Rząd, usiłujący chronić kraj przed rewolucyjnymi bakcylami niby zagrażającymi społeczeństwu, sam padł ofiarą znacznie groźniejszej zarazy. Wciągu pierwszych pięciu lat rewolucji francuskiej niemal wszystkie państwa Europy rozbudowały do nieznanych dotąd rozmiarów systemy zbierania informacji i nadzorowania jednostek, stworzyły lub rozszerzyły sieci informatorów, szpiegów, a nawet agents provocateurs, zachęcały do składania donosów, wykorzystywały nieuczciwą propagandę, piętnowały swoich przeciwników jako „wrogów państwa”, bezpodstawnie zarzucały im „niemoralność” i wielokrotnie próbowały wykorzystywać postępowanie sądowe do celów politycznych. Ponieważ wszystkie te metody zostały zainicjowane lub rozwinięte przez władze rewolucyjnej Francji, można powiedzieć, że zaraza zebrała większe żniwo na szczeblu rządów niż w szeregach prostych ludzi, których owe rządy tak bardzo się bały. Wirus rewolucyjnego buntu okazał się umiarkowanie zaraźliwy, ale infekcja, której objawami były kontrola państwa nad jednostką i polityzacja systemu prawnego, przyniosła poważne szkody.
Adam Zamoyski - Urojone widmo rewolucji
Subskrybuj:
Posty (Atom)