piątek, 11 października 2019
Królową Marię Antoninę można by właściwie ogłosić patronką ofiar fake-newsów – bo ona sama padła pastwą jednej z najbardziej znanych i wyjątkowo dla niej okrutnej dezinformacji w dziejach świata.
Wszystko przez zmyślony cytat. "S’ils n’ont pas de pain, qu’ils mangent de la brioche" ("Jeśli nie mają chleba, niech jedzą ciastka") – to wcale nie ona powiedziała. Te słowa włożył jej w usta Jean-Jacques Rousseau w swoich "Wyznaniach".
(...)
Polskim symbolem trzymania się kurczowo władzy dla samej władzy, w oderwaniu od jakichkolwiek wartości, jest oczywiście PZPR – niedoścignionego wzoru epoki słusznie minionej pewnie żadne ugrupowanie długo przebić nie zdoła. Po 1989 r. najbliżej tej sytuacji było SLD, które po aferze Rywina było w stanie tylko zarządzać, nie miało większości nawet do tego, by przeforsować przedstawiony przez własnego ministra "plan Hausnera".
W podobnej sytuacji znalazła się Platforma pod koniec drugiej kadencji. Poobijana aferą taśmową, z pogubioną Ewą Kopacz na czele partia ta w żaden sposób nie umiała pokazać, po co właściwie powinna rządzić kolejne cztery lata.
Tym bardziej że wtedy sondażowo wyrósł PiS. Partia Kaczyńskiego w kampanii 2015 r. porażała atawistyczną chęcią sięgnięcia po władzę. Parła do niej ze zwierzęcą determinacją gotowa rozbić każdą przeszkodę, która stanęła jej po drodze. Ale jednocześnie w kampanii przedstawiała się jako partia wartości. I to wielu wartości.
Oprócz odwołań – typowych w przypadku tej formacji – do Boga, Kościoła, polskich tradycji, także silnymi akcentami położonymi na konieczność wyrównywania różnic społecznych i pomocy najsłabiej usytuowanym (500 plus, niższy wiek emerytalny). Do tego doszła jeszcze argumentacja o konieczności sanacji moralno-etycznej – w domyśle, ekipa rządzącą jest do cna przeżarta różnego rodzaju problemami, dlatego należy ster władzy oddać ekipie świeżej, nieskażonej władzą, o czystych rękach i jasnych intencjach.
Ta argumentacja chwyciła. Do tego stopnia, że nawet wśród wyborców liberalnych narosło silne przekonanie, że Platforma stała się typową partią władzy – wypraną z wartości, chcącą rządzić dla samego rządzenia.
To z tego powodu sukces w ostatnich wyborach odniosła Nowoczesna. 7,6 proc. poparcia dla partii Ryszarda Petru było wyraźnym sygnałem, że nawet dla wyborców wielkomiejskich PO stała się partią skażoną władzą – i że należy ją wymienić na ugrupowanie, które pamięta, po co idzie się do Sejmu i rządu.
(...) PiS po czterech latach rządów w naturalny sposób jest poszczerbiony, poobijany. Z drugiej strony determinacja, jaką zademonstrował, przedstawiając "piątkę Kaczyńskiego" musiała zrobić wrażenie – choć wrażenie też niepełne, bo doceniając fakt, że PiS jest gotów wydać ogromne sumy na to, żeby pozyskać poparcie, jednocześnie z tyłu głowy pojawia się pytanie: czy partia rządząca jest na tym etapie, że musi płacić za to, co cztery lata temu dostawała za darmo?
wp.pl
Rynek wyszukiwania w internecie jest zdominowany (prawie 90 proc. udziałów) przez Google. Sektor portali społecznościowych (prawie 80 proc. rynku) należy do Facebooka. Obie firmy mają duopol na rynku reklamy w internecie. Z kolei branżę sklepów internetowych zdominował Amazon.
Ale koncentracja nie dotyczy tylko internetu. Dwie firmy w USA mają 90 proc. rynku piwa. Czterech graczy kontroluje rynek amerykańskiej wołowiny. Cztery linie lotnicze przejęły za oceanem sektor lokalnych połączeń lotniczych. Pięć banków kontroluje ponad połowę aktywów sektora bankowego. 75 proc. gospodarstw domowych w USA ma możliwość uzyskania dostępu do internetu tylko od jednego operatora.
Po serii ostatnich fuzji trzy firmy kontrolują 70 proc. światowego rynku pestycydów i 80 proc. amerykańskiego rynku kukurydzy. Tę listę można ciągnąć bardzo długo.
Autor cytuje w publikacji (jej polski tytuł to „Mit kapitalizmu. Monopole i śmierć konkurencji”) polskiego ekonomistę Michała Kaleckiego: „Monopole wydają się być głęboko zakorzenione w naturze systemu kapitalistycznego: wolna konkurencja, jako założenie, może być użyteczna na pierwszym etapie pewnych badań, ale jako opis normalnego stanu ekonomii kapitalistycznej to zaledwie mit”.
W USA liczba giełdowych firm jest taka, jaka była w latach 70. XX w., gdy PKB był na poziomie jednej trzeciej obecnego. W ciągu ostatnich 20 lat w 75 proc. sektorów gospodarki USA doszło do koncentracji. Jeżeli obecne trendy się utrzymają, to w 2070 r. w każdej branży będzie tylko po jednej firmie. Zresztą amerykański kapitaliści coraz częściej otwarcie przyznają, że nie lubią konkurować a ich docelowym stanem prowadzenia biznesu jest monopol.
obserwatorfinansowy.pl
Szukał swojej drogi powoli, zawsze pobudzany przez dziwaczną wiedzę z zapomnianej bocznej drogi historii nauki. Odważył się zapuścić w lingwistykę matematyczną, gdzie wyjaśnił prawo rozkładu słów. (Przepraszając za symbolikę, twierdził, że problem znalazł się w polu jego uwagi za sprawą książki, którą wyciągnął z kosza na śmieci jednego matematyka, żeby mieć coś do czytania podczas podróży paryskim metrem). Badał również teorię gier. Wkraczał także do i poza ekonomię. Pisał o regularnościach skali w rozkładzie wielkich i małych miast. Jednak generalnie pozostawał w tle, niekompletnie uformowany.
James Gleick - Chaos. Narodziny nowej nauki
poniedziałek, 7 października 2019
Firma Coca-Cola zachęca nas, byśmy „wybrali szczęście”. Politycy znajdują czas, by zrobić sobie przerwę od budowania karier na ruinach demokracji, i przypominają nam o konieczności regularnych ćwiczeń fizycznych. Blogerzy i blogerki wciskają setkom tysięcy obserwujących ich profile, że wolność ma wygląd białoskórej kobiety, która uprawia samotnie jogę na plaży. Pod takimi obrazkami możemy przeczytać podpisy w rodzaju: „Im bardziej kochasz samego siebie, tym bogatszy się stajesz”. To urocze stwierdzenie – ale kamienicznicy i deweloperzy nie pobierają czynszu w walucie, jaką ma być „miłość do samego siebie”.
Czy zatem całe to pozytywne myślenie jest szkodliwe? Carl Cederström i André Spicer, autorzy „Syndromu wellness”, z pewnością są takiego zdania, podkreślając, iż obsesyjna rytualizacja „dbałości o siebie” [wellness to termin oznaczający zarówno dobre samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne – przyp. tłum.] oznacza w konsekwencji rezygnację z angażowania się w sprawy grupowe i wspólne, zamieniając każdy społeczny problem w osobistą pogoń za „dobrym życiem”. „Wellness stało się ideologią” – piszą.
Twierdzenie, że jeśli mamy odpowiednie nastawienie, to możemy „wyprodukować” sobie spontanicznie dobre samopoczucie i zdrowie, ma jednoznacznie polityczny wymiar. Kilka miesięcy po tym, jak David Cameron, lider najbardziej prawicowego rządu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii, został wybrany na swoje stanowisko, wprowadził nieszczęsny „program szczęśliwości”. Być może pomysł zostałby lepiej przyjęty, gdyby w tym samym czasie premier nie był zaangażowany w dziesiątkowanie opieki zdrowotnej, pomocy społecznej i edukacji wyższej – struktur społecznych, które sprawiają, że życie codzienne Brytyjczyków jest prostsze i lepsze. Jedną ze zmian wprowadzonych przez Camerona w systemie pomocy społecznej było przechrzczenie bezrobocia na „zaburzenie psychiczne”. Według raportu, który ukazał się w magazynie „Medical Humanities”, osoby pozostające bez pracy i odczuwające skutki najdłuższego i najgłębszego kryzysu, jaki pamiętają, zachęcano do leczenia „psychicznego oporu” przed podjęciem pracy – za pomocą obowiązkowych kursów, które uczyły ich radośniejszego podejścia do własnej kiepskiej sytuacji. Pouczano ich też przy pomocy sms-ów, że powinni „uśmiechać się do życia” oraz że „sukces to jedyna możliwość”.
(...)
Ideologia well-being jest symptomem szerszej politycznej choroby. Jesteśmy uwięzieni w pułapce rygoru pracy, ale i rygoru braku pracy. Przestrzeń publiczna została do reszty skolonizowana przez prywatny kapitał i coraz trudniej zbudować jakąkolwiek społeczność – miotamy się więc w samotnej walce o przetrwanie. Oczekuje się, że uwierzymy, iż tylko indywidualną pracą i wysiłkiem możemy polepszyć swój byt. Jak pisał w „Jacobinie” Chris Maisano: „Nic dziwnego w tym, że rozwiązaniem problemów naszych czasów wydają się podejście indywidualistyczne oraz terapia psychologiczna. Ich ucisk można przełamać tylko dzięki stworzeniu poczucia solidarności, które odbuduje w nas pewność, że razem mamy szansę zmienić świat”.
(...)
W swoim iskrzącym się inteligencją eseju w książce „Otwarta demokracja” Chloe Kings pisze: „Nasza zmiana nastawienia nie spowoduje zmiany lub zniesienia strukturalnych nierówności ani też niedziałających, niezrównoważonych modeli gospodarczych, które faworyzują tylko bogatych tego świata, a wyzyskują resztę społeczeństwa, szczególnie klasę robotniczą i ubogich. Moim zdaniem »pozytywne myślenie« niszczy nam życie. Sformułowania typu »po prostu myśl pozytywnie« to wstęp do wiary, że »będzie lepiej« – a twarda rzeczywistość jest taka, że sytuacja wielu bezbronnych osób będzie się stopniowo pogarszać”.
nowyobywatel.pl
wtorek, 17 września 2019
„Sytuacja jest skandaliczna. Jesteśmy przepracowani, spada na nas coraz więcej obowiązków, a płace stoją w miejscu. Ludzie robią, co mogą, niektórzy dorabiają, np. sprzątając podłogę w salonie fryzjerskim. A tu nagle okazuje się, że pieniądze są. Podczas sobotniej konwencji PiS zapowiedział m.in. rozszerzenie programu 500 plus” – mówi OKO.press Justyna Przybylska, przewodnicząca Krajowego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Ad Rem”, i pyta „A co z nami?”.
Płace większości pracowników pozostają na niezmienionym poziomie od 2011, oscylują wokół minimum krajowego. „Ich niezadowalający poziom jest podstawowym powodem coraz powszechniejszych odejść pracowników sądów z zawodu” – napisało w stanowisku pięć stowarzyszeń sędziowskich, które poparły protest.
„Proces ten destabilizuje i tak coraz trudniejszą sytuację stron postępowań, prowadzi do stałego wydłużania czasu trwania procesów ponad społecznie akceptowalną miarę”. (...)
„Przy poziomie odpowiedzialności, jaka spoczywa na sekretarzu/sekretarce w sądzie, wynagrodzenie na poziomie minimum krajowego, notoryczne uzupełnianie braków w ludziach osobami »pełniącymi obowiązki stażysty«, to jest po prostu skandal. A potem się mówi, że to przez »lenistwo« wiadomej »kasty« sprawy obywateli w sądach trwają latami” – opowiada OKO.press radca prawny z Wielkopolski.
„Pracuję w sądzie od trzech lat. Na umowie na zastępstwo. Zarabiam 2400 zł brutto. Na pełen etat. Normalnie prowadziłam referat jednego sędzi, ale teraz już czterech sędziów, bo brakuje pracowników. Chodzimy na ich wokandy, obrabiamy ich akta” – mówiła OKO.press pracowniczka Sądu Rejonowego dla Krakowa Nowej-Huty.
/Drastyczne podwyżki płacy minimalnej lat poprzednich i następujących, spłaszczą piramidę płac w instytucjach, ale i podniosą - siłą rzeczy - wypłaty rzesz pracowników biurowych - red./
oko.press
oko.press
Sprawa ta dotyczy jeszcze tylko około 30 osób w Belgii w wieku ponad 90 lat, które wciąż pobierają dodatkowe "emerytury Hitlera" w wysokości od 425 do 1275 euro miesięcznie. Poinformował o tym belgijski badacz okresu nazizmu Alvin de Coninck, który w rozmowie z dziennikiem "De Morgen" zwrócił uwagę na szokujący fakt. Okazuje się, że Belgom walczącym w szeregach dywizji Waffen-SS "Wallonien", którzy po wojnie przebywali w więzieniach skazani za kolaborację z Niemcami, okres pobytu w więzieniu zaliczono jako "lata pracy", podczas gdy "Belgowie, którzy w czasie wojny musieli pracować jako przymusowi robotnicy w Niemczech, po wojnie otrzymywali odszkodowanie o równowartości 50 euro miesięcznie".
Po zajęciu przez Niemcy Francji, Belgii i innych państw Adolf Hitler wydał tzw. rozporządzenie Führera (Führererlass), czyli rodzaj dekretu, na mocy którego wszyscy cudzoziemcy, którzy zgłosili się ochotniczo do służby w szeregach Waffen-SS i walczyli po stronie III Rzeszy, nabywali uprawnienia do świadczeń emerytalnych na równi z rodowitymi Niemcami. Jak wyjaśnił w rozmowie z Deutsche Welle historyk z Moguncji Martin Göllnitz "Od 1 stycznia 1940 roku żołnierzy Waffen SS użyto jako jednostek wspierających działania wojenne Wehrmachtu i nie traktowano ich od tamtej pory jako członków NSDAP, tylko jako funkcjonariuszy państwowych Rzeszy Niemieckiej. W związku z tym członkowie Waffen SS nabywali także uprawnień emerytalnych".
Pod tym względem zostali oni zrównani ze wszystkimi żołnierzami Wehrmachtu, niezależnie od ich narodowości. Göllnitz podkreśla, że trudno jest dziś ustalić, ile osób na całym świecie otrzymuje jeszcze z Niemiec dodatki do emerytury za służbę w szeregach Waffen SS. Zwraca jednak uwagę, że jeszcze w połowie lat 90. XX wieku na Łotwie z takich uprawnień emerytalnych korzystało około półtora tysiąca byłych SS-manów.
dw.com
niedziela, 15 września 2019
Czuł, że wielka historia, która właśnie dzieje się w Polsce, przechodzi obok niego. Miał związki z opozycją, przez pewien czas działał w Komitecie Helsińskim, opublikował kilka tekstów w podziemnej prasie, ale w latach 80. nie był znanym działaczem i jego dorobek polityczny był niewielki. Był prawnikiem, ale nie miał skończonej aplikacji uprawniającej do wykonywania zawodu prawnika. Miał doktorat obroniony w 1976 roku na podstawie mało interesującej pracy o roli ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą, ale kariera naukowa go nie pociągała, choćby dlatego, że nie znał żadnego obcego języka. Przez kilka lat był starszym bibliotekarzem w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego.
wyborcza.pl
Demokracja to ciężka praca. Społeczne "elity" czyli eksperci i osoby publiczne, które pomagają większości radzić sobie z odpowiedzialnością wynikającą z zasad samorządności, są coraz bardziej spychane na margines. W tej sytuacji obywatele okazują się być źle przygotowani, zarówno poznawczo jak i emocjonalnie, do kierowania dobrze funkcjonującą demokracją.
W konsekwencji centrum się rozpadło i miliony sfrustrowanych, nabuzowanych gniewem wyborców zwróciło się w odruchu desperacji w stronę prawicowych populistów.
Przewidywania Rosenberga? – W utrwalonych demokracjach takich jak Stany Zjednoczone, demokratyczna rządność będzie w nieunikniony sposób więdnąć, aż w końcu upadnie – mówi.
Druga połowa XX wieku była złotą erą demokracji. Według jednego z sondaży w 1945 roku na całym świecie było jedynie 12 demokracji. Pod koniec wieku już 87. Potem jednak nastąpił wielki odwrót: W drugiej dekadzie XXI wieku zwrot ku demokracji w sposób raczej nieoczekiwany i złowrogi wyhamował – i przybrał przeciwny kierunek.
Prawicowi populiści przejęli władzę lub są tego bliscy w Polsce, na Węgrzech, we Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech, w Brazylii i Stanach Zjednoczonych. Jak zauważył Rosenberg: – Według niektórych wyliczeń udział prawicowych populistów w podziale głosów w całej Europie wzrósł ponad trzykrotnie, z czterech procent w 1998 r. do blisko 13 procent w 2018.
W Niemczech poparcie dla prawicowych populistów rosło nawet po zakończeniu Wielkiej Recesji na początku tej dekady i po tym, gdy napływ imigrantów przybywających do kraju osłabł, dodał.
W krótkie trzy dekady po tym, gdy niektórzy wieszczyli "koniec historii", niewykluczone, że to demokracja zbliża się do końca. I to nie tylko prawicowi wichrzyciele tak mówią. (...)
Zgodnie z jego teorią w najbliższych kilku dekadach liczne duże demokracje w stylu zachodnim na całym świecie będą dalej obumierać, a te które pozostaną, staną się wydmuszkami. Zdaniem Rosenberga miejsce demokracji zajmie prawicowy populizm, oferujący wyborcom proste odpowiedzi na skomplikowane pytania.
I tu leży fundament jego argumentacji: demokracja to ciężka praca i wymaga wiele od tych, którzy w niej uczestniczą. Wymaga od ludzi by szanowali tych, którzy mają inne poglądy niż oni sami i którzy wyglądają inaczej niż oni. Zobowiązuje obywateli do sortowania wielkiej ilości informacji i oddzielania dobrego od złego, prawdy od kłamstwa. Wymaga uważności, dyscypliny i logiki.
Niestety ewolucja nie sprzyjała ćwiczeniu tych cnót w kontekście współczesnej masowej demokracji. Cytując powszechnie znane ustalenia z dziedziny psychologii, Rosenberg przypomina, że istoty ludzkie nie myślą w sposób uporządkowany. Uprzedzenia różnego rodzaju wypaczają nasze mózgi na najbardziej fundamentalnym poziomie.
Dla przykładu rasizm nieświadomie może obudzić u białych zdjęcie czarnego mężczyzny w kapturze. Odrzucamy dowody, które nie są zbieżne z naszymi celami, a jednocześnie szukamy informacji, które potwierdzałyby nasze uprzedzenia. Czasami słysząc, że nie mamy racji, tylko utwierdzamy się w naszych przekonaniach. I tak dalej i tak dalej.
Nasze mózgi, mówi Rosenberg, okazują się nieprzystosowane do współczesnej demokracji. Ludzie się po prostu do niej nie nadają.
Począwszy od Platona ludziom od dwóch tysiącleci mówi się, że demokracja nie działa. Amerykańscy Ojcowie Założyciele bali się tego tak bardzo, że pozostawili w rękach ludu niewielką tylko część rządu federalnego – resztę wykonują za nich wybrani przedstawiciele. Demokracja w Ameryce od dwóch stuleci mniej więcej funkcjonuje dzięki temu, nie wysadzając się przy tym w powietrze. (...)
Naukowiec dochodzi do wniosku, że przyczyną ostatniego sukcesu prawicowych populistów jest to, że "elity" tracą kontrolę nad instytucjami, które tradycyjnie chroniły ludzi przed ich najbardziej niedemokratycznymi impulsami.
Kiedy ludziom pozostawi się podejmowanie decyzji politycznych, w nieunikniony sposób dryfują oni w kierunku prostych rozwiązań oferowanych przez prawicowych populistów na całym świecie: śmiertelnej mieszanki ksenofobii, rasizmu i autorytaryzmu.
Te elity, tak jak definiuje je Rosenberg, to ludzie trzymający władzę na szczycie ekonomicznej, politycznej i intelektualnej piramidy, którzy mają "motywację do wspierania kultury demokratycznej i instytucje oraz władzę, by robić to skutecznie".
W swoich rolach jako senatorowie, dziennikarze, profesorowie, sędziowie i urzędnicy rządowi, by wymienić tylko kilka z nich, elity te tradycyjnie kontrolowały publiczny dyskurs i amerykańskie instytucje – i w tej roli pomagały zrozumieć społeczeństwu znaczenie demokratycznych wartości.
Dziś jednak to się zmienia. Dzięki mediom społecznościowym i nowym technologiom, każdy kto ma dostęp do internetu, może publikować bloga i promować sprawę, w którą wierzy – nawet jeżeli robi to z ukrycia i opiera się na całkowicie fałszywych przesłankach. Tak było między innymi z kłamliwym oskarżeniem, że Hillary Clinton kieruje gangiem pedofili działającym w podziemiach jednej z waszyngtońskich pizzerii.
O ile elity wcześniej mogły skutecznie demaskować spiskowe teorie i wytykać populistom ich niekonsekwencje, to dziś coraz mniej obywateli traktuje elity poważnie. (...)
W porównaniu z ostrymi wymaganiami stawianymi przez demokrację, która wymaga tolerancji dla kompromisu i różnorodności, prawicowy populizm jest jak wata cukrowa. Podczas gdy demokracja wymaga od nas akceptacji faktu, że musimy dzielić nasz kraj z ludźmi, którzy myślą i wyglądają inaczej niż my, prawicowy populizm oferuje prostą receptę. Zapomnijmy o politycznej poprawności. O ludziach należących do innych szczepów – możemy myśleć dokładnie to, co chcemy.
Prawicowi populiści nie muszą kierować się logiką. Mogą jednocześnie obwiniać imigrantów o to, że zabierają pracę Amerykanom i twierdzić, że ci sami ludzi to lenie, polujący jedynie na socjal. Wszystko, czego potrzebują zwolennicy populistów, to posiadanie wroga, którego mogliby obwinić za swoje poczucie rozczarowania.
/Zjawisko deficytu sprawczości ze strony zbiurokratyzowanych, nieruchliwych "elit", w warunkach piętrzących się wyzwań wewnętrznych i zewnętrznych; tutaj obwinia się "nieracjonalny" lud o wymuszanie owej sprawczości, a raczej poszukiwanie jej u tych, którzy obiecują coś zmienić - red./
onet.pl
onet.pl
Rząd, usiłujący chronić kraj przed rewolucyjnymi bakcylami niby zagrażającymi społeczeństwu, sam padł ofiarą znacznie groźniejszej zarazy. Wciągu pierwszych pięciu lat rewolucji francuskiej niemal wszystkie państwa Europy rozbudowały do nieznanych dotąd rozmiarów systemy zbierania informacji i nadzorowania jednostek, stworzyły lub rozszerzyły sieci informatorów, szpiegów, a nawet agents provocateurs, zachęcały do składania donosów, wykorzystywały nieuczciwą propagandę, piętnowały swoich przeciwników jako „wrogów państwa”, bezpodstawnie zarzucały im „niemoralność” i wielokrotnie próbowały wykorzystywać postępowanie sądowe do celów politycznych. Ponieważ wszystkie te metody zostały zainicjowane lub rozwinięte przez władze rewolucyjnej Francji, można powiedzieć, że zaraza zebrała większe żniwo na szczeblu rządów niż w szeregach prostych ludzi, których owe rządy tak bardzo się bały. Wirus rewolucyjnego buntu okazał się umiarkowanie zaraźliwy, ale infekcja, której objawami były kontrola państwa nad jednostką i polityzacja systemu prawnego, przyniosła poważne szkody.
Adam Zamoyski - Urojone widmo rewolucji
niedziela, 8 września 2019
Grzegorz Sroczyński: I dlaczego to takie ważne?
Ignacy Morawski: Bo jak te ceny rosną, to budżet więcej zarabia na podatkach, głównie VAT.
W ciągu trzech lat rządów PiS nominalny wzrost PKB był prawie dwukrotnie wyższy, niż w ostatnich trzech latach rządów PO. Wyniósł średnio 5,5 proc., a PO miała średnio 2,9 proc.
"Wszystko zawdzięczają koniunkturze światowej" - to jeden z liberalnych ekonomistów.
Nie wszystko. W bardzo dobrym momencie wysłali impuls popytowy. Kiedy gospodarka zaczynała zwalniać w 2016 roku i potrzebowała wsparcia, rzucili na rynek 23 mld zł w ramach 500 plus. I na to - owszem - nałożyło się odbicie gospodarcze w Niemczech oraz nowy strumień funduszy europejskich, który przyspieszył pod koniec 2017 roku.
Nie umiem odpowiedzieć, co bardziej nakręciło wzrost. Myślę, że pół na pół. W każdym razie opowieści, że PiS wszystko zawdzięcza czynnikom zewnętrznym są naciągane. W połowie 2018 roku kraje strefy euro wróciły do dawnej mizerii, czyli wzrostu w okolicach 1 proc. A my grzejemy dalej.
To zaskakujące, ale prawdopodobnie te 23 mld rocznie pompowane bezpośrednio do obywateli dało większy efekt, niż można się było spodziewać. W największym skrócie: Polacy dostali do ręki 500 zł, a wydali 700 zł.
Jak to?
Do końca nie wiadomo, bo w Polsce wielu rzeczy się porządnie nie bada. Mogę gdybać, że powstał silny efekt wtórny w postaci większego optymizmu konsumentów, większej skłonności do wydawania pieniędzy i szybszego wzrostu wynagrodzeń. Ktoś dostał 500 zł, wydał w sklepie, sklep zarobił, firma produkująca towary zarobiła, więc podniosła płacę komuś innemu o 200 zł, które też zaraz zostało wydane. I mamy efekt 700 zł.
Ten mechanizm oczywiście tak mocno by nie zdziałał, gdyby nie druga sprężyna, czyli koniunktura w strefie euro. Do tego doszły inne działania PiS na samym początku ich władzy, czyli spora podwyżka płacy minimalnej i wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej, co miało wpływ na dochody dużej grupy najsłabiej zarabiających.
Niektóre zjawiska ciężko wytłumaczyć samymi liczbami.
Co na przykład?
Zjawiska psychologiczne. One też mocno działają na gospodarkę. Pisowskie transfery społeczne mogły wielu najsłabiej zarabiającym pracownikom dać większą pewność siebie. W naukach społecznych to się nazywa "silniejsza pozycja negocjacyjna pracownika wobec pracodawcy". Ktoś zarabia 1500 zł na rękę, ma dwójkę dzieci i nagle dostaje dodatkowo 1000 zł od państwa. Zaczyna być wobec szefa bardziej hardy, domaga się podwyżki i lepszego traktowania. Albo odważa się na ryzyko i rzuca pracę, żeby poszukać lepszej, bo te 1000 zł jakoś mu pozwoli przetrwać miesiąc, jeśli nie znajdzie nowej pracy od razu.
Mamy ogromny problem z oceną, jak naprawdę wyglądają u nas nierówności dochodowe, bo nie istnieją w pełni wiarygodne dane, ale jak się patrzy na wzrost płac, to najszybszy nastąpił w tych branżach, które płacą najmniej: handel, produkcja żywności, ochrona. W handlu wzrost płac wyraźnie przyspieszył wiosną 2016 roku, czyli po wprowadzeniu 500 plus. Można przypuszczać, że transfery społeczne odegrały tu dużą rolę. Ale dziwne jest coś innego.
Dziwne?
Że mimo rozgrzanej koniunktury polskie firmy nie inwestują. W badaniach ankietowych twierdzą, że popyt na ich towary i usługi rośnie, sytuację oceniają świetnie, więc według teorii powinny na potęgę inwestować. Nie robią tego.
Rząd PiS od początku mówił o dwóch filarach swojej polityki gospodarczej: większa solidarność i wyższe inwestycje. Ten pierwszy filar stoi mocno, a drugi - leży. To się nie zmienia od trzech lat.
Dlaczego?
Nikt do końca nie wie. Inwestycje publiczne ruszyły, koleje się remontują, drogi się budują, środki unijne płyną. Dobrze się też trzymają inwestycje zagraniczne, bo międzynarodowe korporacje otwierają u nas centra usług wspólnych i zapełniają rosnące w dużych miastach biurowce. Sporo firm niemieckich buduje u nas magazyny i centra dystrybucyjne, bo wreszcie mamy dobre drogi. A inwestycje małych i średnich polskich przedsiębiorstw są niższe niż były trzy lata temu.
I ma pan jakieś wyjaśnienie?
Uważam, że ich właściciele są w głębokim szoku. Dla polskich firm sytuacja na rynku pracy jest kompletnym zaskoczeniem, boją się jej, traktują jak zagrożenie egzystencjalne, bo cały swój model biznesowy opierały na tanich pracownikach, a teraz nie mogą ich znaleźć. I nie wiedzą, co robić.
Podnieść płace.
Jasne. Tyle że ceny swoich towarów i usług kalkulowały przy założeniu, że płace są niższe. Teraz jedyny sposób na przetrwanie to podniesienie cen. A polskie firmy często nie mogą tego zrobić.
Bo?
Nie kształtują swojej polityki cenowej. Większość naszych firm to są tak zwani biorcy cen.
Biorcy?
Załóżmy, że firma dostarcza jakiś specyficzny komponent do produkcji części samochodowych. Albo nawet produkuje jakąś część dla ogromnego koncernu. Po pierwsze to są kontrakty wieloletnie, które mają określony poziom cen i sposób ich indeksowania. Po drugie - często odbiorcą tej produkcji jest jeden duży klient. I jak pan mu powie: "Podnosimy ceny o 10 proc., bo nam płace wzrosły", to pana wyśmieje.
Czyli polskie firmy nie kształtują cen?
Nie bardzo. To zresztą dotyczy wszystkich rynków, na których panuje duża konkurencja. Zdolność kształtowania cen mają tak naprawdę wielcy producenci, którzy w swoich sektorach osiągnęli pozycję dominującą. A dużych polskich firm z taką siłą przetargową jest niewiele.
Polskie małe i średnie firmy doświadczają wzrostu płac i mają ograniczoną możliwość przełożenia tego na ceny. Więc biznes przestaje im się spinać. Dla wielu firm jest to duży problem, zresztą widać, że mimo mocnego ożywienia gospodarczego rentowność firm w ostatnich latach się obniżyła.
Schizofreniczna sytuacja. Z jednej strony firmy widzą rosnący popyt, a z drugiej boją się inwestować, bo biznes może się przestać opłacać.
Czyli taka firma mogłaby zbudować nową halę i zatrudnić dodatkowo stu ludzi, ale się boi?
Tak. Bo nie może zrekrutować tych stu osób, żeby koszty z cenami jej się spinały, a ceny ma ustalone przez okoliczności zewnętrzne.
Jak się spojrzy na historię cykli gospodarczych, to wzrost zatrudnienia i wzrost inwestycji szły ze sobą w parze. Znajdzie to pan w każdym podręczniku do ekonomii. Ludzie mają pracę, więcej kupują, firmy mają zbyt, zaczynają inwestować. Duża korelacja. I teraz w Polsce to się rozjechało. Właśnie dlatego, że na rynku pracy mamy coś z rodzaju wstrząsu.
Weźmy badania GUS, w których firmy raportują m.in. problemy z rekrutacją pracowników. W latach 2017-18 mamy skokowy wzrost, aż 50 proc. firm przemysłowych i budowlanych twierdzi, że to blokuje ich rozwój. Tego zjawiska wcześniej w takiej skali nie było.
Ale na czym w zasadzie to polega? Nie ma ludzi?
Nie ma. A jak są, to musi ich pan podkupić innej firmie i więcej im zapłacić. Prezes jednej z firm mi opowiadał, że gdzieś był przetarg na budowę dworca, który miał budżet X, a najniższe oferty wynosiły trzy razy X. Bo tak podrożały koszty pracy.
Jak spojrzymy na udział płac w PKB, to po raz pierwszy od 25 lat zaczął w Polsce rosnąć. To jest zasadnicza zmiana.
(...)
Czyli pracownikom jest dobrze, a dla firm to szok?
Tak. Bo nigdy nie działały w takich okolicznościach. Zasoby siły roboczej w Polsce, czyli liczba ludzi w przedziale wiekowym 18-64 spada co roku o ponad 200 tysięcy. Imigranci uzupełnili na kilka lat ten niedobór, ale tylko w niektórych zawodach. I z punktu widzenia właściciela małej czy średniej firmy to trzęsienie ziemi. Jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. W latach 2000-2010 na rynek pracy wchodził wyż demograficzny z przełomu lat 70. i 80., który miał bardzo niskie oczekiwania płacowe. 15 lat temu młodzi ludzie byli skłonni pracować za darmo, latami tkwili na bezpłatnych stażach. Ale dzisiaj nie mają już 20 lat, tylko 35.
Polska jest obecnie krajem z trzecim najniższym bezrobociem w Unii. Dla mojego pokolenia, które wchodziło na rynek pracy w warunkach 20 proc. bezrobocia, to jest nie do wyobrażenia. Jak się rozmawia z menadżerami w firmach, to wielu mówi, że nowe pokolenie nie jest skłonne poświęcać wszystkiego dla pracy i ceni czas wolny. Wzrosło poczucie własnej wartości młodych pracowników. Inaczej trzeba nimi zarządzać i jedni menadżerowie zrozumieją, że to zmiana korzystna, dostosują się. A inni będą rwać włosy z głowy i narzekać.
Jesteśmy w trakcie rewolucji. Firmy bazujące na niskich kosztach pracy stoją przed widmem upadku.
Nie. Mocne stymulowanie konsumpcji na wszystkie sposoby. I to tyle.
A inne rzeczy? Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego?
Leży.
Ale też prawda jest taka, że polityką gospodarczą nie da się szybko wpłynąć na wzrost innowacji i inwestycji prywatnych, to są działania przynoszące efekty bardzo odłożone w czasie. Te narzędzia, które były najprostsze w pobudzaniu wzrostu, zostały wykorzystane. Nie widzę innych działań, które mogłyby mieć wpływ na obecny dobry stan gospodarki. Polski Fundusz Rozwoju - tam trochę ciekawych rzeczy się dzieje, ale muszą minąć lata, żeby to miało przełożenie.
A że PiS przejmuje sądownictwo? Ma to wpływ na gospodarką?
Raczej nie ma. Bardzo źle oceniam zmiany w sądownictwie, ale nie istnieją żadne dane, które by pozwoliły powiedzieć, że to osłabia gospodarkę. Niektórzy się doszukują związku między zmianami w sądownictwie a niskimi inwestycjami przedsiębiorstw. Ale jeśli wziąć pod uwagę wszystkie pisowskie zmiany instytucjonalne, to Polska jest podobna do Węgier. A na Węgrzech inwestycje rosną obecnie w tempie 20 proc. i są to również ogromne inwestycje kapitału zagranicznego, dzięki czemu Węgry po latach stagnacji wyszły na prostą. Więc jeśli popatrzymy na Polskę, Węgry, Czechy i Słowację, to nie widać, żeby rewolucja instytucjonalna w stylu Orbana czy Kaczyńskiego zniechęcała rynki. Tak jest dziś. Co będzie kiedyś, to nie wiem.
Przecież gospodarka i wolny rynek miały wzmacniać liberalną demokracje, w podręcznikach nadal uczy się tego studentów. Tymczasem okazuje się, że jedno sobie, a drugie sobie.
Według teorii lansowanej przez niektórych amerykańskich badaczy, obecne wstrząsy polityczne na świecie wynikają właśnie z tego, że w społeczeństwach Zachodu załamało się przekonanie, że demokracja i dobrobyt są ze sobą powiązane. To efekt kryzysu 2008 roku, który zostawił klasę średnią z niepewnością, frustracjami i poczuciem zagrożenia. Po drugie wynika to też mocno z sukcesu gospodarczego Chin, kraju autorytarnego.
Ale jak to jest, że Unia karci Węgry, a potem kapitał zachodni biegnie tam inwestować.
No jest tak. I co?
Dlaczego? Rynki mają liberalną demokrację w nosie?
Duży kapitał zagraniczny umie się dogadywać z politykami.
A co musiałoby się wydarzyć, żeby takiego Orbana rynki ukarały? Likwidacja wyborów?
Nie sądzę. Dopóki by się to nie przełożyło na warunki prowadzenia biznesu. Kapitał jest obecny w Chinach i nie ma problemów z brakiem demokracji.
Moim zdaniem takim punktem zwrotnym dla biznesu byłby wzrost ryzyka, że Polska i Węgry wyjdą z Unii, co oczywiście brak wolnych wyborów by wymusił.
(...)
Lepszy?
Ciężko powiedzieć. Według badań CBOS odsetek osób, które choć raz w roku idą do restauracji, wzrósł do 70 proc. Odsetek osób, które choć raz wyjechały na wakacje, wzrósł do 50 proc. Na dodatkowe zajęcia po szkole chodzi prawie 66 proc. dzieci. Te też wzrost, tyle że inaczej mierzony niż wskaźnikiem PKB. W scenariuszu alternatywnym te dane na pewno by tak nie wyglądały.
Na pewno za rządów PiS nastąpił przechył w stronę konsumpcji. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. A jednocześnie pisowskie ministerstwo finansów zobowiązało się wobec Unii, że będziemy deficyt systematycznie ograniczać. Jak spojrzymy na dane rządowe publikowane co roku w tzw. planach konwergencji, to tam jak byk stoi, że ściągniemy deficyt do 2021 roku w okolice zera. Wpisali sobie taki cel i teraz mają zgryz. Dlatego minister Czerwińska reagowała tak nerwowo na "piątkę Kaczyńskiego".
next.gazeta.pl
next.gazeta.pl
Program polityczny sformułowany pod szyldem Konfederacji jest dość prosty i nienowy – dotychczas funkcjonował jednak na marginesie i w rozproszeniu. W tej chwili ksenofobiczni Avengersi, filmowym basem Grzegorza Brauna, snują wspólną opowieść o okrągłostołowym spisku, zdradzie w Magdalence, komunistycznym eurokołchozie, ataku na polskie wartości przypuszczonym przez gejów, Żydów i Niemców.
Część odpowiedzialności za ten stan rzeczy można przypisać Prawu i Sprawiedliwości, które pada ofiarą własnego radykalizmu. To PiS wprowadziło do debaty publicznej wiele z haseł podnoszonych dzisiaj przez Konfederację, ale samo jest niedostatecznie radykalne, żeby zadowolić wyborców, szczególnie tych młodszych, których rozbudzają mocne hasła. Zjednoczona Prawica wygrała w najmłodszej (18–29 lat) grupie wyborców, zdobywając 28,4 procent głosów, jednak Konfederacja uzyskała wśród młodych 18,5 procent, co dało jej trzecią pozycję.
Jakie są zarzuty Konfederatów wobec PiS-u? Do porażek w polityce wewnętrznej zaliczają nieudaną repolonizację mediów, źle przeprowadzoną reformę sądownictwa czy brak zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Nie brakuje także zarzutów dotyczących spraw zagranicznych. Dość przypomnieć uchwalenie przez PiS nowelizacji ustawy o IPN-ie i jej kolejną nowelizację pod wpływem nacisków USA. Konfederacja zarzucała PiS-owi „poddańczość” wobec Izraela oraz Stanów Zjednoczonych, choćby w związku z porzuceniem ustawy reprywatyzacyjnej czy organizacją konferencji bliskowschodniej w Warszawie (o której pisaliśmy na tych łamach) i tak zwaną „ustawą 447”, uchwaloną przez amerykański Kongres, a dotyczącą dochodzenia roszczeń obywateli Izraela wobec Polski, zarówno w kwestii mienia bezspadkowego, jak i roszczeń rzeczywistych spadkobierców.
(...)
Po tych manewrach, na początkowym etapie kampanii wyborczej, rząd próbował przemilczeć Konfederację. Sytuacja uległa jednak zmianie, kiedy radykałowie na stałe zagościli w sondażach na poziomie 5 procent. Tuż przed rozpoczęciem ciszy wyborczej Mateusz Morawiecki mówił, że „powstała partia jawnie antyeuropejska, antyamerykańska i prorosyjska. To niebezpieczna opcja, przed którą przestrzegamy”. Antoni Macierewicz w swoim felietonie w Radiu Maryja opowiadał: „Apeluję do takich ludzi, których uważam za uczciwych, jak pan Michalkiewicz czy pan Braun: panowie, osłabiając Prawo i Sprawiedliwość, osłabiacie Polskę”.
Media publiczne i te zaprzyjaźnione z obozem władzy zaatakowały wówczas Konfederację, oskarżając jej polityków o rosyjskie powiązania. Samuel Pereira określił Konfederatów jako „zbrojne ramię totalnej opozycji”, a Dorota Kania, dziennikarka TV Republika i Polskiego Radia, sugerowała, że fakt, iż orzeł w partyjnym logo Konfederacji jest zwrócony na wschód, to symbol nie bez znaczenia. Na portalu Niezależna.pl mnożyły się nagłówki: „Kapelan kibiców: nie da się łączyć pamięci o Żołnierzach Wyklętych z wywiadami dla «Sputnika»”; czy „Z czego żyje Krzysztof Bosak? Niejasne źródła dochodów lidera Konfederacji”. Tomasz Sakiewicz, naczelny „Gazety Polskiej”, na krytykę Konfederacji poświęcił kilkanaście wpisów w mediach społecznościowych, a liderów ugrupowania określił jako „ludzi urwanych z choinki”, którzy nawiązują do „najbardziej dla Polski szkodliwych haseł” i „służą nie wiadomo komu, ale na pewno nie Polakom”. Wtórował mu Marian Kowalski, który na antenie TVP Info jako „ekspert” opowiadał o tym, że „sitwa wokół Brauna” tworzy frakcję prorosyjską w Polsce.
(...)
Mentzen zaczął swój wywód od rytualnej krytyki demokracji, bo przecież uczestnictwo w wyborach jest z rozumowego punktu widzenia bez sensu – bardziej prawdopodobne jest to, że w drodze do lokalu wyborczego potrąci nas samochód niż to, że nasz głos cokolwiek realnie zmieni. Następnie tłumaczył następnie, że jedyny przekaz, który się liczy, to przekaz emocjonalny. Skoro sama decyzja o pójściu na wybory jest nieracjonalna, to nikt, kto się takiego wysiłku podjął, nie będzie podejmować racjonalnych decyzji. Jako przykład polityka, który nie rozumie, jak należy robić politykę, Mentzen wymienił Roberta Gwiazdowskiego, który skupiał się na argumentach gospodarczych, zamiast odwoływać się do kwestii światopoglądowych. I to właśnie z niepowodzeń Polski Fair Play lekcje wyciągnąć miała Konfederacja.
Jakie to lekcje? Po pierwsze, nowe projekty polityczne muszą być radykalne, a nie szukać wyborców w centrum. Strateg Konfederacji uważa, że wyborcy centrowi nie interesują się polityką, dlatego nie głosują na wyraziste partie. Trzeba zatem mówić do ludzi, do których przemawiają „wielkie i radykalne idee”. Niezbędny jest również lider i tu Mentzen zestawia ze sobą porażkę Gwiazdowskiego z sukcesem Roberta Biedronia, tłumacząc go właśnie charyzmą przywódcy Wiosny, który nie walczy o centrum, a o „skrajnie lewicowego wyborcę”.
Wreszcie, Konfederaci doszli do wniosku, że cel uświęca nawet najbardziej obrzydliwe środki. Jak mówił Mentzen, „i już kiedy komuś się wydaje, że tym razem Konfederacja przegięła, bo batożenie homoseksualistów to naprawdę jest przesada – to nam poparcie rośnie!”. Do tego dochodzą „najlepsze wzorce z kampanii brexitowej i Donalda Trumpa” – badania fokusowe i targetowane reklamy na Facebooku.
W efekcie powstała „piątka Konfederacji”, która przebiła się poza radykalną bańkę i obiegła tradycyjne media. Jej treść to, mówi Mentzen: „Nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej”. Po tych słowach na sali słychać głośny aplauz. W podobny sposób polityk mówi o temacie ewentualnych żydowskich roszczeń: „trzeba mówić ludziom, że Żydzi dostaną naszą polską ziemię. To bardziej chwyci. I co więcej, myślą państwo, że jak dostaną tę naszą polską ziemię, to będą ją sami uprawiać? Oni zatrudnią Polaków. Założą Polakom chomąto i będą uprawiać nimi pole”.
W odpowiedzi na tytułowe pytanie swojego wykładu – „I kto tu jest szurem?” – Mentzen mógłby przedstawić swoją wyborczą drużynę. Bo to Krzysztof Bosak podczas telewizyjnej debaty przedwyborczej mówił o homoseksualizmie jak o zboczeniu, a jego koleżanka z listy Kaja Godek błysnęła frazą, że „geje chcą adoptować dzieci po to, żeby je gwałcić i molestować”. Z kolei Konrad Berkowicz w debacie z kandydatką PiS-u, przyłożył jej do głowy jarmułkę. Dodatkowo, Konfederacja uzyskała również poparcie antyszczepionkowego guru i fanatyka lewoskrętnej witaminy C Jerzego Zięby, a także Huberta Czerniaka, który przekonuje o śmiercionośnych zagrożeniach związanych z siecią 5G.
Cała polityczna zręczność Konfederacji sprowadza się do żerowania na najbardziej prymitywnych ludzkich instynktach i polskich fobiach. Trudno być z tego dumnym. Szczucie na uchodźców, imigrantów i Żydów nie znajduje usprawiedliwienia, więc nic dziwnego, że przyłapane na tym osoby dziwnym trafem zwykle tłumaczą się tym, że użyły tylko „figury retorycznej”, przenośni czy skrótu myślowego. Wystarczy zerknąć na sekcję komentarzy pod wystąpieniami Konfederatów, żeby przekonać się, w jaki sposób te rzekome metafory rozumie ich elektorat.
kulturaliberalna.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)