wtorek, 20 sierpnia 2019


Emeryci, już i tak biedni, lecz rząd traktuje ich tak, jakby stanowili jaskinię Ali Baby. Kobiety, które samotnie wychowują dzieci i z trudem egzekwują alimenty od swoich byłych partnerów, często tak ubogich jak one. Pary, które się rozstały, lecz muszą razem mieszkać, gdyż nie stać ich na płacenie dwóch czynszów. Nowe obowiązkowe wydatki, Internet, komputer i smartfon, nie dla przyjemności wynikającej z oglądania filmów na Netflixie, lecz dlatego, że racjonalizacja usług poczty, fiskusa, kolei, a także zniknięcie kabin telefonicznych, sprawia, iż bez nich nie da się żyć. Porodówki, które się zamyka, sklepy, które się ulatniają, Amazon, który wszędzie rozkłada się ze swoimi magazynami.

Cały ten świat anomii społecznej, przymusu technologicznego, kwestionariuszy do wypełnienia, wydajności do zmierzenia, a także samotności, istnieje nie tylko we Francji, lecz plus minus wszędzie, w ramach różnych ustrojów politycznych i poprzedza wybór Macrona. Tylko że, jak się wydaje, francuski prezydent lubi ten nowy świat i zrobił z niego swój projekt społeczeństwa. Również dlatego jest znienawidzony.

Lecz nie przez wszystkich: ci, którym się powodzi, mają dyplomy, są mieszczanami, mieszkają w metropolii, podzielają optymizm prezydenta. Dopóki w kraju panuje spokój lub rozpacz, co wychodzi na jedno, świat i przyszłość do nich należą. Pewna „żółta kamizelka”, właściciel jednego z tych domków, które w latach 70. były symbolem awansu społecznego, ironizuje z goryczą: „Kiedy samoloty przelatują na małej wysokości nad działką, człowiek mówi sobie: No proszę, ci paryżanie mogą sobie pozwolić na wyjazd na wakacje i na dodatek zanieczyszczają atmosferę.”

Macron może liczyć na inne wsparcia, a nie tylko na stołecznych mieszczan-nomadów, w tym dziennikarzy. Np. na poparcie Unii Europejskiej. Kiedy Wielka Brytania powraca do swojej wyspiarskości, Węgry wierzgają, Włochy okazują nieposłuszeństwo, a Biały Dom ich podburza, Unia nie może obejść się bez Francji ani ukarać jej tak jak Grecji, kiedy francuskie rachunki wymykają się spod kontroli. Choćby nie wiadomo jak osłabiony Macron pozostaje jedną z rzadkich na szachownicy Europy liberalnej figur, które się liczą. Bruksela i Berlin czuwają więc nad tym, aby się trzymał.

www.facebook.com/notes/le-monde-diplomatique-edycja-polska/

poniedziałek, 12 sierpnia 2019


Już na samym początku Goggins zaleca nam, abyśmy „wyszli ze strefy komfortu”, przestali „szukać wymówek” i „porzucili mentalność ofiary”. Jeśli to was nie przekonuje, może zrobi to cytat z Heraklita. Na polu bitwy „na stu ludzi dziesięciu nie powinno tam nawet być, osiemdziesięciu to tylko mięso armatnie, dziewięciu potrafi walczyć, ale tylko jeden jest prawdziwym wojownikiem”. Od ciebie zależy, czy chcesz odgrywać rolę wojownika. „Pora pójść na wojnę z samym sobą” – zachęca Goggins.

W pierwszym odruchu można zlekceważyć Can’t Hurt Me jako przykład poradnikowego kiczu, marginesu kulturowego dla czytelników o wyjątkowo złym guście, którzy łakną motywacyjnych formułek. Problem polega na tym, że to wcale nie jest margines. Nie chodzi tylko o to, że książka Gogginsa sprzedaje się znakomicie. Rzecz w tym, że jest częścią o wiele szerszego zjawiska, które znajduje się w samym centrum naszej współczesnej kultury.

Mogliście wcześniej nie słyszeć o Gogginsie, ale na pewno znacie Arnolda Schwarzeneggera. Na YouTube znajdziecie filmik z jego przemową motywacyjną. Choć został opublikowany niecały miesiąc temu, ma już ponad siedem milionów wyświetleń. Schwarzenegger mówi mniej więcej to samo co Goggins. Przytacza na przykład statystyki, z których wynika, że 74% Amerykanów jest niezadowolonych ze swojej pracy. Można by pomyśleć, że jako człowiek aktywnie działający w polityce zaproponuje jakieś systemowe rozwiązanie tego problemu. Albo przynajmniej zaduma się nad tym, co stało się z amerykańskim rynkiem pracy. Nic z tego. Schwarzenegger twierdzi, że rozwiązanie jest proste. Każda z tych niezadowolonych osób musi, w pojedynkę, wziąć się za siebie. Musi znaleźć motywację i cel w życiu. Taka hollywoodzka wersja hasła „weź kredyt i zmień pracę”. W trakcie słuchania przemowy możemy podziwiać fragmenty filmików, na których półnagi Schwarzenegger podnosi kolejne ciężary. W tle przygrywa inspirująca muzyka.

(...)

Ten wizerunek zaradnego twardziela również doskonale wpisuje się w kulturę coachingu. Największą karierę robią w tej branży mężczyźni. I często bazują oni na stereotypowych wyobrażeniach męskości: wysportowane ciało, emocjonalność sprowadzona do wulgaryzmów, kult twardości oraz wojowniczości. Świat to dżungla, nieustanna rywalizacja i tylko prawdziwy facet może dać sobie z nim radę – do tego wielokrotnie sprowadzają się nauki wszelkiej maści coachów.

(...)

Tak jak książka Gogginsa jest częścią szerszego zjawiska coachingu, tak też sam coaching jest tylko wyjątkowo jaskrawym przejawem tego, jak wyglądają współczesne społeczeństwa kapitalistyczne. Nietrudno zauważyć, że we wszystkich wymienionych przykładach powracają dwa wątki: indywidualizacja szczęścia i wspomniany już ideał zaradnego twardziela. Jedno i drugie są charakterystyczne dla kultury późnego kapitalizmu.

William Davies, brytyjski socjolog, w książce The Happiness Industry twierdzi, że coraz rzadziej potrafimy myśleć o szczęściu inaczej niż w kategoriach indywidualnej odpowiedzialności. Komuś nie podoba się jego praca? Jest wypalony i popadł w depresję? Mało kto pyta o systemowe, społeczne powody tej sytuacji. O stan gospodarki czy prawa pracownicze. Problem niemal natychmiast zostaje sprowadzony na poziom jednostkowy. Rozwiązaniem może być terapia, tabletki, filmik motywacyjny ze Schwarzeneggerem – cokolwiek, byle uwaga pozostała skupiona wyłącznie na osobie, która źle się czuje. Szczęście staje się indywidualnym zadaniem każdego z nas. Wymiar polityczny i zbiorowy nie grają tu żadnej roli. (...)

Davies zauważa, że jest to sytuacja wręcz idealna z perspektywy osób znajdujących się na szczycie systemu kapitalistycznego. Ludzie są tak bardzo pochłonięci robieniem z siebie coraz wydajniejszych pracowników, że nie mają czasu ani chęci, żeby zastanawiać się nad systemowymi powodami swojej sytuacji. Pracownicy zaczytani w książkach takich jak Can’t Hurt Me nie zorganizują strajku, bo zbiorowy protest nie będzie mieścił się w granicach ich światopoglądu.

Zwycięzcy, ludzie na szczycie drabiny społecznej, nie tylko nie muszą się obawiać zbiorowych protestów, ale mają sporą szansę stać się wzorami do naśladowania. Bo są symbolem męskiego bohaterstwa – kultury zaradności, w której władza i pieniądze to najlepszy dowód, że dana osoba zamiast użalać się na sobą, wdrapała się na szczyt w twardym świecie rywalizacji. Właśnie dlatego taką popularnością cieszą się bogaci biznesmeni.

Carl Rhodes i Peter Bloom, autorzy książki CEO Society, przekonują, że ludzie tacy jak Trump, Jobs czy Zuckerberg już dawno przestali być symbolem sukcesu tylko w biznesie. Dla wielu stanowią oni uniwersalny wzór tego, jak należy żyć. Ich sposób działania można wykorzystać w dowolnej sferze rzeczywistości, od kontaktów towarzyskich po politykę. Nie bez przyczyny Trump w kampanii prezydenckiej nieustannie podkreślał swoje – prawdziwe bądź nie, to bez znaczenia – sukcesy biznesowe. Nieprzypadkowo stylizował się na twardziela, który nigdy się nie waha i zawsze wie, co należy zrobić. Wiedział, że do ludzi to przemówi. Bo dzień w dzień jesteśmy uczeni podziwiać genialne jednostki, twardych herosów, którzy w pojedynkę rozwiążą nasze problemy.

„Wolny rynek i globalizacja wytwarzają ogólne poczucie lęku i bezradności. Nie da się nic zrobić z utratą miejsc pracy, z zamykaniem sklepów i fabryk, z outsourcingiem oraz masową degradacją środowiska. Lista współczesnych dolegliwości kulturowych wydaje się nie mieć końca” – piszą Rhodes i Bloom. I dodają, że dla wielu ludzi marzenie bycia kimś takim jak Zuckerberg czy Trump „stanowi antidotum na te lęki”. Ludzie utożsamiają się z figurą zaradnego, twardego miliardera i przyjmują jego skrajnie indywidualistyczny etos, bo wierzą, że dzięki temu też mogą uzyskać kontrolę nad otaczającą ich rzeczywistością.

krytykapolityczna.pl

Mogłoby się wydawać, że punkty widzenia lekarza i pacjenta powinny być zbieżne, tak jak ich interesy: pacjent chce się poczuć lepiej, lekarz chce mu pomóc. Nie jest to jednak cała prawda. Adam – będę używała imienia, bo autor wchodzi z czytelnikiem w układ kumpelski – narzeka na to, że pacjenci nie rozumieją, że lekarz właśnie został po godzinach, żeby przyjąć wszystkich, ma też rodzinę, chciałby mieć jakieś życie towarzyskie, więc, co oczywiste, pacjent jest dla niego tylko jednym z przypadków. Dla pacjenta, który oczekiwał czasem kilka godzin przed gabinetem, żeby dostać 10-15 minut, ten czas ma inne znaczenie. Wreszcie będzie mógł przedstawić swój problem, który jest dla niego oczywiście wyjątkowy i pojedynczy.

Adam zabawnie opisuje kobietę, która przychodzi na porodówkę z bardzo szczegółowym planem porodu (to nie jest nic nadzwyczajnego, także w Polsce zachęca się kobiety, żeby to robiły). W tym planie są i świece, i odpowiednia muzyka, i rozmaite bajery. On przyjął ponad 1200 porodów, a dla kobiety to jest może najważniejsze życiowe doświadczenie, więc może nie ma się z czego śmiać. I to miłe, jak często kobietom towarzyszą ich partnerzy, nawet jeśli czasem przeszkadzają.

(...)

Najgorsze jest stałe przepracowanie. Dopóki nie zostaniesz specjalistą, siedzisz w szpitalu właściwie non stop, wbrew wszelkim przepisom kodeksu pracy. Na początku musisz też stale zmieniać miejsce zamieszkania, bo masz praktyki w różnych szpitalach – nikt ci za to nie zapłaci. Prowadzenie normalnego życia rodzinnego czy towarzyskiego czy zaplanowanie wakacji staje się prawie niemożliwe. Adam ma stałego partnera, który nie zawsze najlepiej to znosi. To zmienia się, kiedy minie okres terminowania i zostaje się „gotowym lekarzem”, co oznacza od razu mniej pracy i dużo więcej pieniędzy. A profesora w klinice Adam widział podobno raz, kiedy telewizja przyjechała coś filmować. Pod okiem kamery profesor mówi: „Gdyby coś się działo, dzwoń do mnie!”. Kiedy zostaje wyłączona, rzuca na odchodnym: „Oczywiście nie dzwoń”.

krytykapolityczna.pl

W 1999 r. powszechnie uważano, że na wprowadzeniu euro najwięcej stracą Niemcy. Istniały obawy, że EBC nie będzie zwalczać inflacji tak stanowczo jak Bundesbank. Do tego niemiecka marka była wówczas przewartościowana, a Niemcy notowały deficyt na rachunku obrotów bieżących. Uważano wtedy, że ustalenie kursu wymiany na takim poziomie stanowić będzie poważne wyzwanie dla konkurencyjności niemieckiego przemysłu.

Tymczasem po 20 latach inflacja jest jeszcze niższa niż w okresie, gdy odpowiadał za nią Bundesbank, a Niemcy utrzymują niezmiennie wysokie nadwyżki na rachunku obrotów bieżących, co uważane jest za dowód na to, że niemiecki przemysł jest zbyt konkurencyjny.

(...)

Tym niemniej samo utworzenie strefy euro oparte było na wnioskach wyciągniętych z przeszłości. W latach 70. i 80. XX wieku głównym problemem była wysoka i zmienna inflacja, często napędzana dwucyfrowym tempem wzrostu płac. Kryzysy finansowe prawie zawsze związane były ze skokowymi wzrostami inflacji, ale zakres kryzysów był we wcześniejszych okresach ograniczony, ponieważ rynki finansowe były mniejsze i nie były ze sobą głęboko powiązane.

Wraz z utworzeniem strefy euro wszystko się zmieniło. Presja płacowa osłabła w całym rozwiniętym świecie. Doszło jednak do gwałtownego wzrostu tłumionej przez dziesięciolecia aktywności na rynkach finansowych, w tym zwłaszcza operacji transgranicznych w obrębie strefy euro. Na przykład, transgraniczne aktywa krajów członkowskich strefy euro, głównie w formie kredytów bankowych i innych, wzrosły z poziomu około 100 proc. PKB pod koniec lat 90. XX wieku do 400 proc. PKB w 2008 roku.

Następnie, dekadę temu, wybuchł globalny kryzys finansowy, co zaskoczyło Europę. Pierwszy kryzys deflacyjny od lat 30. XX wieku był w Europie szczególnie bolesny z powodu wielkiej góry długów nagromadzonych w ciągu poprzednich dziesięciu lat, kiedy uwaga państw europejskich wciąż skupiona była na przeszłości.

Strefa euro nie była oczywiście jedynym podmiotem zaskoczonym kryzysem finansowym, który rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych od rzekomo bezpiecznych papierów wartościowych opartych na kredytach hipotecznych typu subprime. Jednak Stany Zjednoczone, ze swoim zunifikowanym systemem finansowym i politycznym, były w stanie stosunkowo szybko przezwyciężyć kryzys, podczas gdy w strefie euro wiele państw członkowskich doświadczyło rozlewającego się powoli kaskadowego kryzysu.

Na szczęście EBC potwierdził swoją siłę. Jego kierownictwo dostrzegło konieczność przesunięcia uwagi ze zwalczania inflacji – czyli celu, do realizacji którego EBC został powołany – na ograniczanie deflacji. Ostatecznie euro przetrwało, ponieważ gdy zaszła taka konieczność, przywódcy państw strefy euro zużytkowali swój kapitał polityczny do przeprowadzenia niezbędnych reform. Mimo, że wcześniej twierdzili, że to waluta euro generuje problemy ich krajów.

Ten wzorzec zachowania, w którym decydenci najpierw demonizują euro, a następnie uznają potrzebę ochrony wspólnej waluty, utrzymuje się do chwili obecnej. Powinien on stanowić drugą lekcję z ostatnich 20 lat. Populistyczny rząd koalicyjny we Włoszech odważnie zapowiadał lekceważenie zasad strefy euro, a niektórzy jego członkowie opowiadali się nawet za wyjściem ze strefy euro w ogóle. Kiedy jednak na rynkach finansowych wzrosła premia za ryzyko, a włoscy inwestorzy i oszczędzający przestali kupować obligacje własnego rządu, rządząca koalicja szybko zmieniła zdanie.

W rzeczywistości wyniki gospodarcze strefy euro nie były tak złe, jak sugerowałby niekończący się strumień ponurych nagłówków prasowych. Wzrost PKB per capita rzeczywiście zwolnił w ciągu ostatnich 20 lat, ale nie bardziej niż w Stanach Zjednoczonych czy innych rozwiniętych gospodarkach.

Ponadto na rynkach pracy w Europie kontynentalnej doszło do częściowo niedoszacowanych pozytywnych zmian strukturalnych, a współczynnik aktywności zawodowej rósł z każdym rokiem, nawet w czasie kryzysu. Obecnie w strefie euro współczynnik aktywności zawodowej w populacji dorosłych jest wyższy niż w Stanach Zjednoczonych. Zatrudnienie osiągnęło rekordowe poziomy, a bezrobocie stale spada, choć wciąż pozostaje wysokie w niektórych krajach południowych.

obserwatorfinansowy.pl

Zombie to firmy, które nie są w stanie pokryć kosztów obsługi długu z bieżących zysków przez dłuższy czas. Zombie to firma już dojrzała, bo młode niekiedy muszą chłonąć kapitał zanim dadzą stopy zwrotu. Bieżąca rentowność nie musi być kluczowym kryterium, bo można sobie wyobrazić firmę, która dużo inwestuje, wskutek czego nie przynosi zysków.

(...)

OECD uznała, że ten rodzaj przedsiębiorstw charakteryzują zazębiające się ze sobą trzy cechy: niska produktywność, w tym niska wydajność pracy, niewłaściwa alokacja kapitału oraz hamowanie technologicznej dyfuzji. Trwanie zombie jest z tego powodu dla gospodarki szkodliwe. Ponieważ są szkodliwe, powinno się im ułatwiać wychodzenie z rynku. W ocenie OECD pomóc mogą w tym dobre systemy niewypłacalności, upadłości i restrukturyzacji.

Nic jednak z tego, bo „hodowaniem” zombie zajmują się banki. Rozrost tej „populacji zombie” jest pochodną słabości systemu bankowego, nieskłonnego do wypowiadania umów kredytowych, choćby z powodu niskiego współczynnika pokrycia kredytów rezerwami. Odpowiedzialne za łatwość, z jaką rolują zadłużenie są powszechne na świecie preferencje podatkowe dla finansowania długiem w stosunku do finansowania kapitałem.

(...)

OECD policzyła natomiast, jak liczna jest populacja zombie w 10 krajach należących do tej organizacji. I tak w 2013 roku największy ich odsetek znajdował się w Hiszpanii, gdzie stanowiły ok. 10 proc. wszystkich przedsiębiorstw. Najwięcej kapitału zombie pochłonęły natomiast we Włoszech – niemal 20 proc. W Hiszpanii zatrudniały ok. 12 proc. pracowników z sektora przedsiębiorstw.

Według badań Banku Finlandii, tamtejsza populacja zombie stanowi nieco ponad 4 proc. wszystkich firm, ale pracuje w nich aż 10 proc. zatrudnionych. W Belgii to aktualnie ok. 10 proc. przedsiębiorstw, które zatrudniają 13 proc. pracujących – podał podczas konferencji NBP „The Mystery of Low Productivity Growth in Europe” Luc Dresse, główny doradca w Narodowym Banku Belgii.

(...)

Literatura naukowa szeroko omawia gospodarcze skutki funkcjonowania zombie. Analitycy BIS podsumowują: „zamrażają” one duże zasoby (nieefektywnie wykorzystywane aktywa, kapitał, praca) i utrudniają ich realokację. Co jeszcze?

Zombie sprzedają znacznie mniej aktywów niż dochodowe firmy. Wpływają na ceny produktów w całych branżach, uniemożliwiają ich podnoszenie. Zawyżają płace w sposób niepowiązany z wydajnością, zwiększają koszty finansowania, zaburzają konkurencję o zasoby. Powodują, że nie-zombie zmniejszają inwestycje. Wzrost populacji zombie w danym sektorze o 1 punkt proc. powoduje odpowiednie zmniejszenie o 1 pkt proc. nakładów inwestycyjnych nie-zombie.

Prawdopodobnie to właśnie zombie w największym stopniu odpowiadają za spadek produktywności w większości gospodarek Zachodu. Szacunki BIS pokazują, że gdy udział zombie w gospodarce wzrośnie o 1 proc., wzrost produktywności spada o ok. 0,3 punktu proc.

Co więcej, przyczyny powstawania zombie powodują skutki, które z kolei te przyczyny wzmacniają. Powstaje błędne koło: więcej zombie w gospodarce to niższa produktywność, a spadek produktywności oznacza niższe stopy procentowe. A te sprzyjają zombie.

obserwatorfinansowy.pl

Tylko w ubiegłym roku majątek ponad 2,2 tys. miliarderów powiększył się o 900 mld dolarów, czyli rósł o 2,5 mld dol. dziennie. Gdy majątek najbogatszych wzrósł o 12 proc., biedniejsza część populacji zubożała o 11 proc. względem 2017 r.

(...)

W latach 2017-2018 co dwa dni pojawiał się nowy miliarder. Przy czym te największe fortuny skoncentrowane są w rękach kilkudziesięciu osób, w ubiegłym roku 26 z nich dysponowało łącznie majątkiem równym temu co posiada 3,8 miliarda ludzi, stanowiących biedniejszą połowę ludzkości.

(...)

W raporcie autorzy zauważają, że podczas gdy najbogatsi nadal korzystają z powiększających się fortun, od dziesięcioleci korzystają również z najniższego opodatkowania.

W krajach bogatych średnia najwyższa stawka podatku dochodowego od osób fizycznych spadła z 62 proc. w 1970 r. do 38 proc. w 2013 r.

W krajach rozwijających się średnia najwyższa stawka podatku dochodowego od osób fizycznych wynosi 28 proc. W niektórych krajach, takich jak Brazylia i Wielka Brytania, najbiedniejsi płacą 10-proc. podatek - taki sam, jak najbogatsi. Przy czym pracownicy Oxfam zauważają, że skala porównania jest inna, bo np. 10 proc. dla najbiedniejszych Brazylijczyków stanowi niebywale ważną część w ich domowym budżecie.

Gdyby sytuacja była odwrotna, a więc bogatsi płaciliby wyższe podatki niż biedni, to większość rządów dysponowałaby wystarczającymi środkami na zapewnienie powszechnych usług publicznych - twierdzą autorzy raportu. Dodatkowe dochody podatkowe pochodzące od miliarderów i milionerów mogłyby zostać wykorzystane na wsparcie humanitarne krajów najbiedniejszych.

polsatnews.pl

Wzrost PKB jest obecnie najpopularniejszym wskaźnikiem makroekonomicznym na świecie. O ile w większości przypadków uznaje się, że pomiar produktu krajowego brutto ma sens (choć nie tak duży, jak chcieliby jego zwolennicy), ponieważ najlepiej oddaje kondycję gospodarczą państwa, regionu czy świata, to w przypadku Chin tak po prostu nie jest.

I nawet nie chodzi o to, że Chińczycy fałszują statystyki - manipulując danymi już na poziomie lokalnym i przekazując je potem do Pekinu, czy "dostosowując" wysokość deflatora PKB (miary zmiany cen) tak, by z nominalnego tempa wzrostu wyszedł "właściwy" wzrost realny. Wzrost PKB jest z góry znany - wyznacza go centrala, ale pozostałe podmioty (statystycy są ostatnim ogniwem w tym łańcuchu) muszą go zrealizować. Jest przyczyną, nie konsekwencją aktywności gospodarczej. W efekcie PKB rośnie jak od linijki, zgodnie z wolą Partii. W samym IV kwartale ubiegłego roku zwiększył się realnie o 6,4 proc. i był co prawda najwolniejszy od 2009 r., ale tylko o 0,4 p. proc. niższy niż trzy lata temu.

W wielu przypadkach nie ma znaczenia, czy dana inwestycja (czyli wydatek) ma ekonomiczny sens, czyli istnieje realna szansa, że przyniesie w przyszłości określoną korzyść albo chociaż pozwoli na spłatę zaciągniętego na jej realizację długu. Wzrost PKB jest miarą ilościową, a nie jakościową, szczególnie za Murem.

bankier.pl

niedziela, 11 sierpnia 2019


Zasady korzystania z Facebooka są tak naprawdę rozbite na wiele różnych dokumentów takich jak „Oświadczenie dotyczące praw i obowiązków”, „Zasady wykorzystania danych”, „Zasady platformy Facebooka” i wiele innych. Warto mieć więc na uwadze, że jeśli na przykład korzystamy z serwisu za pomocą aplikacji na telefon, musimy zaakceptować kolejne regulaminy, które wiążę się z kolejnymi uprawnieniami dla Facebooka i to niemałymi, np. korzystając z aplikacji na Androida musimy się liczyć z tym, że może ona czytać wszystkie nasze SMSy, ma informację na temat naszego położenia, czy też ma dostęp do kamery i głośnika naszego telefonu, nawet jeśli aktualnie nie korzystamy z aplikacji Facebooka. Oczywiście, jeśli któryś z zapisów Terms of Service nam nie odpowiada, mamy wybór jak w PRL’owskiej stołówce, możemy jeść, albo nie jeść. Tak, użytkownik nie ma żadnej możliwości, żeby modyfikować indywidualnie zapisy regulaminu, żadne wpisy na wallu, nawet te, w których powołujemy się na Konwencję Berneńską czy Konstytucję RP, nie zmienią naszej sytuacji, możemy je tylko akceptować lub nie, co wiąże się z niemożliwością korzystania z serwisu, lub konkretnej funkcji.

Warto mieć na uwadze, że w momencie kiedy postawiliśmy „fajeczkę” i zgodziliśmy się dołączyć do Facebooka, nawet jeśli regulamin wyświetlił się nam w języku polskim, podpisaliśmy umowę z amerykańską firmą i jest ona regulowana przez amerykańskie prawo. Więc gdyby ktoś z nas dopatrzył się, że portal narusza własny regulamin musiałby się liczyć z tym, że swoich praw musiałby dochodzić przed amerykańskim sądem. Chyba że jesteśmy w Niemczech, bo mieszkańców tego kraju, jako jedynych z całego globu obowiązuje odrębny regulamin.

Dobrą wiadomością dla każdego użytkownika Facebooka jest to, że wszystkie wpisy, zdjęcia, filmy i inne materiały mogące być chronione przez prawo własności intelektualnej które wrzucamy na portal pozostają naszą własnością, dajemy mu za to bardzo szerokie uprawnienia do korzystania z nich. Akceptując regulamin portalu zgadzamy się, że każde przesłanie treści na jego serwer wiąże się z przekazaniem mu „niewyłącznej, zbywalnej, obejmującej prawo do udzielania sublicencji, bezpłatnej, światowej licencji” na nie. Facebook może więc bez naszej wiedzy odsprzedawać nasze treści dowolnym partnerom. Co zresztą robi na masową skalę. Wiadomo, że współpracuje z firmami zajmującymi się brokerką danych i data miningiem. Co więcej, współpraca z tymi firmami polega nie tylko na sprzedawaniu, ale też na kupowaniu danych branych z innych usług i portali internetowych – sprawia to, że nawet jeśli np. korzystamy z telefonu na którym nigdy nie logowaliśmy na Facebooka, ale korzystamy na nim z maila jest bardzo prawdopodobne, że korporacje i tak będą wiedzieć z jakiego telefonu korzystamy. A dane z Facebooka są automatycznie wysyłane do takich serwisów jak Bing, Pandora, TripAdvisor, czy Yelp.

Jedynym sposobem na to, żeby odzyskać pełną własność nad naszymi treściami jest usunięcie konta, bądź usunięcie konkretnego materiału, przy czym muszą go również usunąć ze swoich profili wszystkie osoby, które tą treść przekazali dalej. Co biorąc pod uwagę viralowy charakter sieci społecznościowych jest bardzo trudne i trzeba zdawać sobie sprawę, że jeśli już coś wrzucimy na Facebooka, to ile nie włożymy bardzo dużo starań żeby to usunąć, już to tam pozostanie. Na pewno skutecznym rozwiązaniem nie jest tutaj ograniczanie widoczności naszych wpisów – wpływa to jedynie na to, którzy użytkownicy zobaczą nasz wpis, a nie na to, jakie dane przesyłamy do amerykańskiej korporacji.

Kiedy już zastanowimy się nad tym, co Facebook może robić z naszymi danymi, kluczowe staje się pytanie co faktycznie i w jakim celu z nimi robi. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że głównym celem który przyświeca Facebookowi jest maksymalizacja zysków z wyświetlanych reklam. Wszystko to, co wrzucamy na portal, jak również metadane mówiące o tym, gdzie przebywamy, co robimy, z kim się kontaktujemy służą stworzeniu dokładnego profilu reklamowego, dzięki czemu możemy zostać uraczeni reklamami jak najlepiej dopasowanymi do naszych preferencji. Facebook zbiera nawet informacje o tym, czego nie zrobiliśmy (np. kiedy zaczęliśmy pisać wiadomość, ale w trakcie pisania zmieniliśmy zdanie i ją usunęliśmy, trafia ona i tak na serwery i jest analizowana) i kiedy z niego nie korzystamy, dzięki temu, że instaluje pliki cookies w przeglądarce zbiera informacji o wszystkim stronach internetowych które odwiedzamy. Oprócz lepszego dopasowania reklam, zbieranie danych służy również usprawnieniu działania portalu. Wiadomo też, że nasze dane są wykorzystywane przez FB do przeprowadzenia „badań”, chociaż sama firma oprócz zapewnień, że przed rozpoczęciem każdego projektu badawczego zbiera opinie od naukowców, etyków i organizacji rządowych na temat etyczność przeprowadzonych badań, nie chce się chwalić, czego konkretnie te badania dotyczą. Wiadomo, że w przeszłości Facebook badał, w jaki sposób dobór wyświetlanych nam treści może wpłynąć na nasze samopoczucie – za co był mocno krytykowany. Co jakiś czas publicyści zwracają uwagę, że dzięki temu, że Facebook stał się dla wielu ludzi głównym źródłem informacji, może też łatwo manipulować opinią publiczną. Temat wraca przy okazji każdych wyborów, ale szczególnie mocno mówiło się o tym przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Chociaż sama korporacja zaprzeczyła, że w jakimkolwiek stopniu manipulowała algorytmami odpowiedzialnymi za dobór treści, łatwo sobie wyobrazić, jakie byłyby konsekwencje takich działań. Faktem jest, że od kilku miesięcy jednym z priorytetów portalu stała się walka z „fake news”, które regularnie pojawiają się na naszych tablicach.

pokojadwokacki.pl

wtorek, 6 sierpnia 2019


W czerwcu 1944 roku pewien młody żołnierz poddał się amerykańskim spadochroniarzom po alianckiej inwazji na Normandię. Początkowo Amerykanie sądzili, że to Japończyk, ale w istocie był Koreańczykiem. Nazywał się Yang Kyoungjong.

W 1938 roku Japończycy przymusowo wcielili osiemnastoletniego Yanga do swojej Armii Kwantuńskiej w Mandżurii. Rok później Armia Czerwona wzięła go do niewoli po bitwie nad Chalchyn gol i zesłała do obozu pracy. Radzieckie władze militarne w kryzysowym okresie 1942 roku wcieliły go wraz z tysiącami innych więźniów do sowieckiego wojska. Potem, na początku 1943 roku, znalazł się jako jeniec u Niemców po bitwie pod Charkowem na Ukrainie. W roku 1944, już w niemieckim mundurze, został wysłany do Francji, aby służyć w Ostbataillon, teoretycznie mającym wzmacniać obronę Wału Atlantyckiego u podstawy półwyspu Cotentin, koło plaży „Utah”. Po okresie spędzonym w obozie jenieckim w Wielkiej Brytanii wyjechał do Stanów Zjednoczonych, nie wspominając o swojej przeszłości. Osiadł tam i ostatecznie zmarł w Illinois w 1992 roku.

Antony Beevor - Druga wojna światowa

Do 55-letniego senatora Grzegorza Biereckiego, przewodniczącego senackiej komisji finansów, jak bumerang znów wróciły sprawy SKOK. Dziś uparcie się od nich odcina. Co dziwi, zważywszy, że przez lata był ich dumnym ojcem założycielem, ich twarzą, a przez 20 lat szefował Kasie Krajowej. Do dziś czerpie z tego systemu sowite profity przez skomplikowaną sieć spółek, które narosły wokół SKOK.

Nową burzę wokół SKOK rozpętało kilka zdań rzuconych niejako mimochodem przez bankiera Leszka Czarneckiego w końcówce nagranej i ujawnionej niedawno rozmowy z szefem KNF Markiem Chrzanowskim. „Wie pan, też taka ciekawa historia ze SKOK…” – zaczął bankier. „Kiedy zaczęło być bardzo gorąco koło kas SKOK, i tej fundacji Biereckiego, Luxemburg, on przyszedł do nas do banku z prośbą włożenia depozytu. Już w tej chwili nie pamiętam – 60, 70 mln zł (…)? Ostatnia rzecz, której ja chciałem, to przyjmować depozyt od Biereckiego (…). Zadzwoniłem wtedy do Kwaśniaka i powiedziałem, że ja wiem, że zgodnie z prawem mi nie wolno odmówić przyjęcia depozytu, ale my go nie przyjmiemy (…). Ja się po prostu boję tych pieniędzy. Nie wiem, co będzie dalej, czy przypadkiem nie będę gdzieś tam miał podejrzenia o współudział w praniu brudnych pieniędzy, jak się okaże, że on te pieniądze ma nielegalnie wyciągnięte ze SKOK”.

O finansowych poczynaniach Biereckiego wiadomo też z upublicznionego w marcu 2015 r. pisma KNF do najważniejszych osób w państwie – premiera, marszałków Sejmu i Senatu, a także szefów ABW i CBA. KNF informował w nim o wyprowadzaniu pieniędzy z systemu SKOK do prywatnych spółek powiązanych z Grzegorzem Biereckim. Zdaniem komisji 77 mln zł z konta Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych trafiło do prywatnej spółki Spółdzielczy Instytut Naukowy, założonej przez Grzegorza Biereckiego, jego brata Jarosława i prawnika Adama Jedlińskiego. Do tego jeszcze z systemu SKOK do zarejestrowanej w Luksemburgu innej prywatnej spółki SKOK Holding wypłynęło 80 mln zł.

Bianka Mikołajewska pisała o tym w POLITYCE już dawno temu, ale za tekstami nie poszły działania prokuratury ani konsekwencje dla Biereckiego. Raportu KNF nie można było przemilczeć. W kontekście fali upadłości SKOK, wypłat idących w miliardy złotych dla klientów, których oszczędności nagle gdzieś zniknęły, raport był dla PiS – w czasie trwającej kampanii parlamentarnej – wizerunkową katastrofą. PiS zatem spektakularnie wyrzuciło Biereckiego jak zbędny balast za burtę, zawieszając go w prawach członka. Jarosław Kaczyński mówił wtedy: „Nie chcę w tej chwili oceniać czyjejś uczciwości. Senator jest zawieszony i moralne aspekty sprawy są badane (…)”.

W tamtym czasie wieszczono koniec Biereckiego. „Myśli pan, że Grzegorz leży i jest bliski klęski?” – pytał dziennikarz „GW” jednego z dawnych przyjaciół Biereckiego. Ten odpowiadał: „Na to wygląda. Ten raport Komisji Nadzoru Finansowego nie brzmi dobrze. Było 77 mln zł, niby wspólny kapitał całego ruchu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, a teraz okazuje się, że te pieniądze poszły do spółki Biereckiego. Wyborcy są czuli na takie sprawy”. Ale może nie był do końca pewien upadku senatora, bo na wszelki wypadek wolał zachować anonimowość. Tłumaczył: „Nie warto się narażać na proces, a wiadomo, że Bierecki otacza się świetnymi prawnikami i pozwy sądowe są w jego działaniach po prostu metodą walki”.

(...)

Zaplecze finansowe zawsze było dla Jarosława Kaczyńskiego ważne. Żadna inna partia w Europie nie dorobiła się takiego dużego majątku tak szybko i na skróty. Zaraz po 1989 r., przy okazji likwidacji RSW Prasa Książka Ruch, działacze PC, poprzedniczki dzisiejszego PiS, zajęli cztery nieruchomości na warszawskiej Woli. Zakręcili tak, że za budynek przy Nowogrodzkiej zapłacili czynszem, który Bank Przemysłowo-Handlowy zapłacił im jednorazowo za 13 lat z góry.

– W gestii samego kierownictwa PiS, czyli prezesa, jest spółka Srebrna, która obrosła w spółki-córki, i to jest podstawowe narzędzie finansowania i także kontroli, ale drugim są kasy SKOK czy Kasa Krajowa SKOK. Daje pracę, pieniądze, ogłoszenia – uważa polityk PiS. I dodaje: – Silna pozycja Grzegorza Biereckiego bierze się z jego umiejscowienia w pewnej architekturze finansowej całego przedsięwzięcia pisowskiego i nie mówię tutaj o partii. Mówię o pewnym konglomeracie finansowo-medialnym, w którym pan Bierecki odgrywa dużą rolę. I jak ten element, choć ma mniejszą wagę niż holding Srebrna, się wyciągnie, to wszystko się tam zacznie chwiać. Może się nie rozsypie, ale będzie niestabilnie.

polityka.pl

Przede wszystkim jednak warto pamiętać, że Wschód tym się różni od Zachodu, iż przypadki rzadko bywają tam przypadkami. Autorowi tego tekstu tłumaczył to przed laty w Moskwie, za pomocą anegdoty, ambasador RP w Rosji i późniejszy szef dyplomacji Stefan Meller. Ambasador Meller spytał mnie, czy rozumiem Wschód i nim zdążyłem odpowiedzieć zadał mi kolejne pytanie: czy wiem czym się różni skandal w operze w Paryżu od skandalu w operze w Moskwie.

Wyjaśnił, że jeśli baletnica w Paryżu pokaże "gołą d..." to oznacza to tyle, że na widowni był jej kochanek. Jeśli jednak baletnica uczyni to samo w Moskwie, to powstaje pytanie czy w Loży Prezydenckiej znajdował się Władimir Putin. Jeśli tak, to powstaje drugie pytanie: kto stoi za tym, że baletnica ośmieliła się pokazać Władimirowi Putinowi gołą d... i czy nie oznacza to aby, że Władimir Putin słabnie, a jego dni na tronie są już policzone. Jeśli natomiast Władimira Putina w Loży Prezydenckiej nie było, to powstaje pytanie, komu na Kremlu Władimir Putin - zlecając baletnicy pokazanie gołej d... w kierunku pustej Loży Prezydenckiej - chciał uświadomić, że nawet gołej d... nie można mu pokazać bez jego zgody.

onet.pl