sobota, 15 czerwca 2019


Służąca usługiwała nie tylko pani, ale i jej mężowi oraz paniczom. W mieszczańskich domach był taki zwyczaj, że wieczorami wystawiało się do przedpokoju buty, żeby służąca wiedziała, które ma wyczyścić. Jak już je wyczyściła, to - jeśli była zima - rozpalała w piecach, szła po świeże bułki, zajmowała się dziećmi. W mniej zamożnych rodzinach klasy średniej była zwykle jedna służąca, w arystokratycznych służba była bardziej rozbudowana. Ale nawet i w zamożniejszych domach inteligencji, gdy dom był duży, służba liczyła kilka osób. Pisarze Józef Wittlin czy Jarosław Iwaszkiewicz mieli i kucharkę, i służącą, i nianię. Jak ktoś miał służbę męską, czyli lokaja i kamerdynera, to znaczyło, że rodzina jest naprawdę zamożna.

Ile zarabiała służąca?

Średnio 7 złotych tygodniowo, czyli około 30 złotych miesięcznie. Ale w Warszawie więcej - około 50. W fabryce taka dziewczyna zarabiałaby 70-90 złotych miesięcznie. Ale tam nie miałaby mieszkania. I jedzenia. Tak czy inaczej, stawki służących były bardzo niskie, W podręczniku z lat 30. pisano, że służąca może sobie w ciągu roku odłożyć na płaszcz, jak będzie oszczędzała połowę pensji. Ale dziewczyny pracujące w mieście żyły skromnie, bardzo często oszczędzały, głównie na to, żeby pieniądze wysyłać rodzinie na wsi, żeby ta mogła sobie na przykład konia kupić.

Gdy służąca jechała na wieś w odwiedziny, wyróżniała się pięknym ubiorem, którego miejscowe jej zazdrościły. Z opowieści Bronisławy, która nigdy wcześniej nie widziała pociągu, wynika, że praca w mieście była dla niej przygodą życia. W czasie wojny wróciła do siebie na wieś, ale stale wspominała tamte czasy jako najwspanialsze. Te, w których widziała tramwaj, telefon czy odkurzacz. Czuła się częścią wspaniałego świata.

Witka Boguszówna, która przyjechała do Warszawy z małopolskiej wsi, w stolicy po raz pierwszy zobaczyła drewniany parkiet. Zbaraniała. Zdjęła buty i chodziła po nim boso, bo się bała, że się wywróci. U niej w domu było klepisko. Szok cywilizacyjno-kulturowy był ogromny.

gazeta.pl

czwartek, 13 czerwca 2019


100 godzin tygodniowo to 14 godzin pracy dziennie przez 7 dni. 80 godzin przekłada się na 13 godzin dziennie, z wolną niedzielą. Przy 60 godzinach sprawa wygląda trochę lepiej – wystarczy pracować 12 godzin przez 5 dni i weekend ma się wolny!

Tyle czasu spędzało w biurze wielu spośród kilku tysięcy pracowników firmy Rockstar przez tygodnie, miesiące, a nawet lata poprzedzające niedawną premierę „Red Dead Redemption 2”. Szlifowali każdy aspekt i szczegół gry (sławetnym przykładem stały się końskie jądra zmieniające rozmiar pod wpływem warunków pogodowych). Wszystko, by zapewnić graczom możliwie najbardziej immersyjne doświadczenie przebywania w cyfrowej wersji Dzikiego Zachodu. I cóż, udało im się – oj, jak bardzo się udało.

100-godzinnym tygodniem pracy – przedstawiając go jako godne podziwu poświęcenie twórców dla odbiorców – pochwalił się w wywiadzie dla serwisu „Vulture” Dan Houser, współzałożyciel Rockstara i główny scenarzysta gry. Wkrótce potem dziennikarz Jason Schreier, po serii wywiadów z byłymi i obecnymi pracownikami firmy, napisał dla serwisu „Kotaku” reportaż o ich doświadczeniach przy tworzeniu „Red Dead Redemption 2”. Choć nikt nie przyznał się do spędzania aż stu godzin tygodniowo w biurze, obraz kultury pracy w Rockstarze wcale nie wygląda dzięki temu lepiej: mordercze nadgodziny były na porządku dziennym, a do dobrego tonu należało przesiadywanie w pracy w weekendy, choćby po to, by pokazać się szefostwu. Skutki były łatwe do przewidzenia: wypalenie zawodowe, rozbite związki, problemy ze zdrowiem psychicznym, nałogi. Ach tak, również znakomita gra.

dwutygodnik.com

W latach 1924-1925 sytuacja gospodarcza w Niemczech stopniowo się poprawiała. Zagłębie Ruhry opuściły wojska francuskie i belgijskie, co oznaczało formalny powrót najbardziej uprzemysłowionego obszaru pod niemiecki zarząd. W celu możliwie najszybszego odrobienia strat w przemyśle i górnictwie zniesiono 8 godzinny dzień pracy. Dzięki temu Niemcy błyskawicznie stały się węglową potęgą (drugim najważniejszym producentem węgla w Europie i trzecim na świecie). W sierpniu 1924 r. koalicjanci uzgodnili nowe korzystniejsze dla Niemiec terminy spłat reparacji wojennych (tzw. plan Dawesa). Odblokowany został także dostęp do zagranicznych kredytów.

Zmiany następowały także w polityce handlowej Niemiec. W styczniu 1925 r. wygasły postanowienia traktatu wersalskiego, które zobowiązywały Niemcy do jednostronnego objęcia towarów pochodzących z państw Ententy (w tym Polski) klauzulą najwyższego uprzywilejowania (KNU). Odtąd Niemcy już samodzielnie prowadziły politykę handlową i przyznały klauzulę najwyższego uprzywilejowania na zasadzie wzajemności tym krajom, z którymi zawarły umowy handlowe. W latach 1923-1925 Niemcy zawarły takie umowy z blisko sześćdziesięcioma krajami. Polska była najważniejszym partnerem handlowym, z którym nie podpisano takiej umowy. Negocjacje polsko-niemieckie zakończyły się jedynie utrzymaniem dotychczasowych warunków przez pierwszą połowę 1925 r. Niemcy czekali bowiem na wygaśnięcie w końcu czerwca 1925 r. postanowień Konwencji o podziale Górnego Śląska, które gwarantowały Polsce eksport 6 mln ton węgla rocznie do Niemiec.

Na kilkanaście dni przed końcem obowiązywania bezcłowego handlu produktów górnośląskich, Niemcy zaproponowały import 1 mln ton węgla na dotychczasowych warunkach w zmian za przyjęcie politycznych warunków, które dotyczyły gwarancji praw własności dla obywateli niemieckich w Polsce (tzw. optantów) oraz częściowej korekty granic. Polska odrzuciła niemieckie żądania sprzeczne z postanowieniami traktatu wersalskiego. W efekcie Niemcy wprowadziły zakaz importu węgla z Górnego Śląska, a jednocześnie od początku lipca 1925 r. znacząco wzrosły niemieckie cła w imporcie polskich produktów (ze względu na wygaśnięcie KNU). W odpowiedzi Polska ogłosiła listę zakazanych towarów w imporcie z Niemiec. Niemcy nie pozostały dłużne. Eskalacja zakazów w handlu między Polską a Niemcami wydłużała się jeszcze z obu stron.

(...)

Polsko-niemiecka wojna handlowa była jedynym takim wydarzeniem w dwudziestoleciu międzywojennym. Niemcy, wykorzystując duże uzależnienie polskiej gospodarki (w 1924 r. na Niemcy przypadało 42 proc. polskiego eksportu), starały się w ten sposób doprowadzić do destabilizacji sytuacji gospodarczej i politycznej w Polsce, w tym przede wszystkim na Górnym Śląsku. Polska wprowadziła zakaz importu towarów, które z jednej strony miały istotne znaczenie w imporcie z Niemiec, z drugiej strony można je było względnie łatwo zastąpić importem z innych europejskich krajów, aby nie zakłóciło to funkcjonowania polskich przedsiębiorstw. W wyniku wojny celnej silnie ograniczony został import z Niemiec taboru kolejowego, produktów chemicznych, skór, obuwia, tkanin oraz przetworów zbożowych (mąki). Natomiast w eksporcie, obok węgla, niemieckie restrykcje były najbardziej dotkliwe dla żelaza i stali oraz wyrobów z cynku.

obserwatorfinansowy.pl

Jak zauważył analityk Banku BGŻ BNP Paribas Paweł Wyrzykowski zaraz po odzyskaniu niepodległości przez nasz kraj powołano do życia Główny Urząd Statystyczny, który trzy lata później opublikował pierwsze dane m.in. o polskim rolnictwie. Natomiast dane o wydatkach i spożyciu pochodzą z pierwszych badań budżetów rodzin robotniczych z 1927 r.

Z danych tych wynika, że tuż po I wojnie światowej najważniejszą uprawą w Polsce było żyto (a obecnie jest to pszenica). Jego powierzchnia upraw w sezonie 1921/1922 wynosiła 4,5 mln ha, co stanowiło 25 proc. powierzchni gruntów ornych w Polsce. Pszenica, z areałem upraw na poziomie nieco powyżej 1 mln ha, uplasowała się dopiero na czwartym miejscu. Znaczące są różnice w plonach tych zbóż, 100 lat temu plony żyta były o 64 proc. mniejsze, a pszenicy o 77 proc. Dodał że wówczas powierzchnia zasiewów w porównaniu z obecną była o ok. 2 mln ha większa.

Znacznie więcej uprawiano ziemniaków, ich uprawa wówczas zajmowała 2,2 mln ha, a w 2017 r. ziemniaki zajmowały areał ok. 320 tys. hektarów

Przez 100 lat znacznie spadło pogłowie koni. Ich pogłowie w 1921 r. wyniosło 3,2 mln sztuk i było 17 razy większe niż w 2017 r. Znacznie więcej było również owiec - 2,18 mln sztuk wobec zaledwie 260 tys. w 2017 r. W 1921 r. pogłowie bydła było zaś o 22 proc. większe od notowanego w 2017 r. Znacznie mniejsze było pogłowie trzody chlewnej, w 1921 r. ukształtowało się na poziomie 5,2 mln sztuk, czyli było ich o 45 proc. mniej niż w 2017 r. - zauważył Wyrzykowski.

Przemysł spożywczy był jednym z podstawowych działów przetwórstwa przemysłowego w Polsce po odzyskaniu niepodległości. Najsilniejszą gałęzią przemysłu spożywczego były cukrownie i rafinerie cukru, gdzie znajdowało zatrudnienie 36 tys. osób. Produkcja cukru surowego w sezonie 1922/1923 odbywała się w 70 fabrykach i wyniosła 315 tys. ton, w 2017 r. cukier wytwarzało osiemnaście zakładów, które zatrudniały 3,3 tys. osób wyprodukowało 2,3 mln t cukru białego.

W latach dwudziestych ubiegłego wieku wystąpiła w Polsce hiperinflacja. W styczniu 1923 r. najczęstsze dzienne wynagrodzenie rzemieślnika w Warszawie stanowiło równowartość 6,6 kg chleba bądź 12,7 l mleka lub 0,6 kg masła lub 1,9 kg wołowiny lub 72,6 kg ziemniaków. A miesiąc później za wynagrodzenie ze stycznia można było kupić już tylko 4,2 kg chleba, 7,4 l mleka, 1,3 kg wołowiny lub 29,4 kg ziemniaków.

Warto też zauważyć, że 100 lat temu wydatki na żywność stanowiły prawie 60 proc. wydatków ogółem - podkreślił analityk. Pierwsze badania rodzin robotniczych przeprowadzono w 1927 r. w czterech ośrodkach przemysłowych (Warszawie, Łodzi, Zagłębiu Dąbrowskim i na Górnym Śląsku). Przeciętnie w rodzinie robotniczej w tym okresie przebywało 4,94 osób. Dla porównania, w gospodarstwach domowych pracowników w 2017 r. średnia liczba osób wyniosła 3,09.

W 1927 r. w rodzinach robotniczych wydatki na zakup żywności stanowiły 59,7 proc. wszystkich wydatków takiej rodziny. Obecnie gospodarstwo domowe osób pracowniczych na żywność i napoje bezalkoholowe przeznacza 23 proc. swoich wszystkich wydatków.

W 1927 r. najwięcej pieniędzy wydawano na pieczywo i mąkę, te zakupy stanowiły 31,2 proc. wszystkich wydatków na żywność. Drugą najważniejszą pozycję stanowiły mięso i ryby (16,3 proc. wydatków na żywność), a trzecią wydatki na tłuszcze (bez masła, 11 proc.). Wydatki na mleko stanowiły 8 proc., na ziemniaki i cukier po 6 proc.

Podstawą diety był chleb i ziemniaki. W 1927 r. jedna osoba w rodzinach robotniczych spożywała aż 104 kg chleba i 175 kg ziemniaków. W 2017 r. osoba w gospodarstwie domowym pracowników konsumowała 40 kg pieczywa i 38 kg ziemniaków.

Mięsa jadano mniej niż obecnie i najczęściej była to wołowina. W 1927 r. w rodzinach robotniczych stanowiła ona 2/3 konsumowanego mięsa ogółem. Przeciętnie jedna osoba rocznie spożywała 12,3 kg wołowiny, 4,4 kg wieprzowiny i tylko 0,3 kg drobiu. Teraz struktura spożycia mięsa jest zupełnie inna.

Obecnie drób jest podstawowym mięsem spożywanym w gospodarstwach domowych. W 2016 r. jedna osoba skonsumowała rocznie 16,8 kg mięsa drobiowego rocznie, 14,0 kg wieprzowiny i zaledwie ok. 1 kg wołowiny - podsumował Wyrzykowski. (PAP)

naukawpolsce.pap.pl

Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.

Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.

Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?

Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.

„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.

Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.

Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?

krytykapolityczna.pl

wtorek, 11 czerwca 2019


„HAMAS, HAMAS, JUDEN AUF DEN GAS!”, skandują kibice piłki nożnej podczas meczu w Warszawie w kwietniu 2011 roku. Siedemnastu z nich rozpoznano na zdjęciach i zostali skazani. Z przesłuchań:

Magazynier: Nie znam historii Żydów. Nie zastanawiałem się, po co to się krzyczy na meczu. Śmiałem się z tego.

Student uczelni technicznej: Z hasła „Hamas…” nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy „gas”. „Juden” nie było mi znane. Nie robiłem hitlerowskiego pozdrowienia, tylko coś pokazywałem.

Uczeń technikum informatycznego: Wiem, że Żydzi byli mordowani w komorach gazowych. Skandowałem przeciwko kibicom Widzewa. Kojarzą się oni w środowisku kibiców jako klub żydowski, nie wiem dlaczego. Nie wiedziałem, że to przestępstwo.

Fryzjer: Wiem, co znaczy to hasło, ale krzyczała cała trybuna. Krzyczałem: „Humus”. Nie chciałem, żeby ktoś zauważył, że nie dopinguję drużyny.

Student politologii:  Nie rozumiałem, bo to było po niemiecku.

Bezrobotny elektryk: Wiem, co znaczy „Hamas, Hamas…”, to „Żydzi do gazu”. Nie jestem rasistą. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Wszyscy to krzyczeli.

Fizjoterapeuta: Dałem się ponieść emocjom. Zrobiłem to nieświadomie.

Zawodowy żołnierz: Łódź była traktowana jako żydowskie miasto. Jak ktoś zapowiada doping, to krzyczę.

Wśród skazanych są także magister historii, pracownik sądu i dwaj prywatni przedsiębiorcy. Odmówili składania zeznań. Prokurator nie spytał, czy którykolwiek z nich widział kiedyś Żyda. Chyba dlatego, że z góry znał odpowiedź.

krytykapolityczna.pl

Ledwie zdążyli sami się policzyć, polscy aryjscy doktorzy, kiedy z zachodu wjechali jeszcze lepsi Aryjczycy i rozpędzili ich związek. Było ich wtedy 4.161, jedna trzecia ogółu lekarzy, członków ZLPP. W programie: rugowanie Żydów ze wszystkich fachów mających cokolwiek wspólnego z medycyną. Nie będzie im wolno pracować w aptekach, produkować stetoskopów, drukować podręczników ani recept.

W związkowym piśmie „Życie Lekarskie” doktor Ludwik Dydyński naucza, jak wytropić Żydów. Rejestr lekarzy, ku jego ubolewaniu, nie wyszczególnia rasy ani religii. Ale jeżeli ktoś nazywa się Weinberg, Rotberg, Rabinowicz albo Zelman, to sprawa jest oczywista. Także imiona mogą być wskazówką: Szymon, Bernard, Dawid. I, oczywiście, Aron albo Chana. Doktor Dydyński policzył ich wszystkich, od Poznania na zachodzie po Wilno na wschodzie. 4839. Cztery tysiące osiemset trzydzieści dziewięć osób, jedna trzecia ogółu lekarzy. Lecz przypuszczalnie jest ich więcej, wielu nosi dziś polskie nazwiska.

Na dwa tygodnie przed napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę związek lekarzy wysyła dramatyczny apel do rządu: trzeba koniecznie zabronić żydowskim lekarzom przybierania chrześcijańskich imion! Jeżeli ktoś urodził się jako Alter, to nie ma prawa nazywać się Artur. Polscy pacjenci nie mogą być oszukiwani i szukać porad lekarskich u wroga. Związek lekarzy rozkleja plakaty: Oto prawdziwi polscy lekarze! Unikajcie innych! Zdarza się, że afisze są zrywane. Związek domaga się, aby policja położyła kres temu niszczeniu. Niestety są chrześcijańscy lekarze, którym brakuje patriotyzmu i którzy protestują przeciw nowym zasadom. Tych trzeba publicznie napiętnować. Ludzie muszą poznać nazwiska tych zdrajców.

(...)

Odrodzona Polska stoi u progu lat dwudziestych zeszłego wieku przed gigantycznym problemem. Trzy zabory, które przez przeszło sto lat były od siebie oddzielone, każdy z własnym systemem szkolnictwa, językiem urzędowym, walutą, gospodarką i systemem prawnym, należy scalić w jeden kraj. Nowo wytyczone granice amputują dawne rynki – a na nowych drogi biegną w złą stronę. Są kopalnie i są stalownie, ale nie łączy ich kolej. Prawo cywilne jest w chaosie, pięć różnych systemów działa równolegle. Mieszkańców Kalisza obowiązuje ślub kościelny i zakaz rozwodów, trzydzieści kilometrów dalej na zachód ważny jest tylko ślub cywilny. Co trzeci obywatel w nowym kraju nie umie czytać ani pisać, co piąte dziecko umiera w kołysce. Co nie powinno dziwić, bo kraj cierpi na dramatyczny brak lekarzy. Ale co druga gazeta utrzymuje, że głównym obowiązkiem Polaka jest tak obrzydzić życie co trzeciemu doktorowi, żeby z Polski uciekł.

krytykapolityczna.pl

Marcin Piątkowski: Przez ostatnich sto lat polska gospodarka była na rollercosterze, bo jechaliśmy często w górę, ale też bardzo często spadaliśmy w dół. Ponad sto lat temu, na progu pierwszej wojny światowej, byliśmy mniej więcej na poziomie połowy dochodu Europy Zachodniej, ale potem było już tylko gorzej.

Dopiero kilka lat temu przekroczyliśmy relatywny poziom dochodu sprzed ponad stu lat. W czasie II RP nie udało nam się ani trochę dogonić Zachodu. Przeciwnie, mimo dużego zacofania, które powinno pomóc nam w nadganianiu, w 1938 roku mieliśmy poziom dochodu i produkcji niższy niż w 1913. Było to głównie rezultatem szkodliwej polityki gospodarczej, bo utrzymywaliśmy aż do samego końca mocny kurs złotego i nawet w czasie światowego kryzysu zamiast zwiększać wydatki budżetowe to myśmy je zmniejszali.

Centralny Okręg Przemysłowy i port w Gdyni to przedsięwzięcia, które można wspominać na rocznicowych obchodach, ale nie zmieniają one ogólnego obrazu gospodarczej porażki II RP. Później był PRL. Co ciekawe, przez pierwszych 20 lat PRL-u bardzo szybko doganialiśmy Zachód. Szliśmy mocno do przodu i oceniając pół żartem, pół serio, gdyby PRL skończył się w 1965 roku to, abstrahując od politycznych i społecznych kosztów, gospodarczo byłby on sukcesem.

(...)

II RP to była gospodarka oparta na rolnictwie ze słabym dostępem do rynków zbytu, bo ani nie mogliśmy eksportować do Związku Radzieckiego, ani do Niemiec z powodu wojny celnej. Mieliśmy też szkodliwą politykę gospodarczą i oligarchiczną strukturę społeczną, w którym państwo było rządzone przez wąską elitę na swoją korzyść, a nie całego społeczeństwa.

gazeta.pl

niedziela, 9 czerwca 2019


Prawo do posiadania broni to kolejna kwestia, która dzieli społeczeństwo na zwolenników na demokratów i republikanów. Republikańska kultura broni odzwierciedla te same siły, które kształtują jej anty-mniejszościowe poglądy. W doskonałej książce Loaded historyczka Roxanne Dunbar-Ortiz przypomina, że „dobrze zorganizowana milicja”, o której mowa w drugiej poprawce do konstytucji USA, gwarantującej prawo do posiadania broni, oznaczała watahy białych mężczyzn, którzy najeżdżali wioski rdzennych Amerykanów i polowali na uciekających niewolników.

Jak napisali Avidit Acharya, Matthew Blackwell i Maya Sen w niedawno wydanej książce Deep Roots: How Slavery Still Shapes Southern Politics, to dziedzictwo niewolnictwa i powojennej segregacji dało początek obecnej kulturze politycznej Południa. „To właśnie na obszarach, gdzie niegdyś mieszkało najwięcej niewolników, znajdziemy najwięcej białych oponentów Partii Demokratycznej, przeciwników programu wyrównywania szans i głosicieli poglądów, które można odbierać jako rasistowskie”.

Zarówno przed wojną domową, jak i po niej, biedni biali z Południa akceptowali swój niski status, ponieważ cenili własną wyższość nad jeszcze bardziej zdesperowanymi Afroamerykanami. W ten sposób polityka rasowa nie dopuściła do głosu polityki klasowej, dzięki której biedni biali i czarnoskórzy mogliby wspólnie domagać się lepszych usług publicznych, opłacanych z wyższych podatków ściąganych od białych elit.

Spośród dwudziestu sześciu senatorów reprezentujących dziś trzynaście stanów byłej Konfederacji, dwudziestu jeden to republikanie, a pięciu to demokraci. Z trzydziestu ośmiu senatorów reprezentujących obecnie dziewiętnaście stanów, które w 1861 roku należały do Północy, dwudziestu siedmiu to demokraci, a dziewięciu to republikanie (dwóch niezależnych senatorów, Bernie Sanders i Angus King, współpracuje z demokratami). Prezydent Donald Trump to geograficzna anomalia: rasista z liberalnego Nowego Jorku. Trump, gorący orędownik kultury białych mężczyzn z Południa, został odrzucony przez swój rodzimy stan (59% dezaprobaty we wrześniu 2018 roku). Więcej w nim Missisipi niż Manhattanu.

(...)

Demokraci i republikanie tworzą partie nie tylko różnych kultur i regionów, ale także różnych gospodarek. Stany Północnego Wschodu i wybrzeża Pacyfiku przewodzą w dziedzinie zaawansowanych technologii, innowacji, szkolnictwa wyższego, dobrze płatnych miejsc pracy i dochodu na głowę mieszkańca. Południe pozostaje daleko w tyle. Biali mężczyźni z klasy robotniczej z Południowego i Środkowego Zachodu bronią swego statusu i przywilejów rasowych, ale także walczą o miejsca pracy w branżach, w których automatyzacja i wolny handel stale zmniejszają zatrudnienie.

Biali reprezentanci klasy robotniczej z Południa mogliby wiele zyskać, gdyby odwrócili się od republikańskiej polityki konfliktów rasowych, a wybrali politykę klasową. To przecież białe korporacyjne elity, a nie biedni Afroamerykanie, Latynosi i inne mniejszości odbierają białym z klasy robotniczej dobre szkoły publiczne, przystępną cenowo opiekę zdrowotną i bezpieczne środowisko. Zasiadający w Senacie biali mężczyźni z Południa rozgrywają wojnę kulturową częściowo po to, by chronić ultrabogatych sponsorów Partii Republikańskiej, którzy pełnymi garściami czerpią  zyski z obniżek podatku dochodowego i deregulacji środowiskowych, podczas gdy partia wskazuje palcem kozły ofiarne – Afroamerykanów i Latynosów.

krytykapolityczna.pl

W 2011 r. samoloty MiG-29 i Su-22 trafiły do zakładu w Bydgoszczy, ponieważ w K-36 skończyły się resursy, czyli okresy ważności użytkowania. Aby te fotele mogły dalej latać, technicy w bydgoskich zakładach zrobili przeglądy i wymienili zużyte elementy.

Problem w tym, że nie mieli już wówczas dostępu do oryginalnych części zamiennych.

- Przedłużenie okresu ważności foteli nastąpiło w 2011 r. Został dokonany przegląd i wymiana niektórych części – przyznaje w rozmowie z Onetem prezes Leszek Walczak. Doprecyzowuje, że wymieniono wtedy m.in. pierścienie: – We wszystkich fotelach nastąpiły pewne ulepszenia.

Właśnie w tych „ulepszeniach” ppłk Tomasz Łyżwa, a także kilku innych pilotów, z którymi rozmawialiśmy, dopatruje się bezpośredniej przyczyny śmierci kpt. Sobańskiego: – Z przecieków wiadomo, że główną przyczyną śmierci tego pilota, czyli nieotworzenia spadochronu, było nieodpalenie zagłówka z fotela, w którym znajduje się spadochron – mówi.

- Dlaczego zagłówek miałby nie odpalić?

- Zakład w Bydgoszczy samowolnie dorobił pierścień odpowiedzialny za odpalenie spadochronu w zagłówku. Materiał, z którego ten pierścień był wykonany, był trzy razy bardziej wytrzymały niż przewidywała to technologia producenta – tłumaczy pilot.

Chodzi o wspominany już pierścień ustalający mechanizmu strzałowego. Jedna z kontrolowanych eksplozji podczas katapultowania zrywa go, powodując rozwinięcie się spadochronu. Zbyt duża wytrzymałość pierścienia może spowodować, że spadochron się blokuje i nie odpala, zatrzymując kolejne etapy procesu katapultowania. W konsekwencji pilot spada na ziemię razem z fotelem.

A tak właśnie się stało, gdy kpt. Sobański feralnej nocy próbował ratować życie.

(...)

Oficer, który zajmował się zakupami dla wojska, w rozmowie z Onetem komentuje: – Tak, dokumentację w Polsce wydaje główny inżynier wojsk lotniczych w Inspektoracie Wsparcia Sił Zbrojnych, bez konsultacji z rosyjskimi producentami samolotów Su-22 i MiG-29. W swoich biuletynach rosyjski producent zawiera informacje o każdej najdrobniejszej zmianie, każdej śrubce i rozsyła je do kooperantów, by byli na bieżąco.

– W Polsce kooperantem jest WZL2 w Bydgoszczy, ale po pogorszeniu się stosunków politycznych z Moskwą, biuletynów od producenta już nie dostaje – twierdzi nasz informator. Na jakiej zasadzie główny inżynier sam pisze więc tę dokumentację? - Chyba na takiej, jak sobie mały Kaziu wojnę wyobraża – mówi oficer.

onet.pl

Piotr Gruszka: Dlaczego Dżamal Chaszukdżi był tak groźny dla Arabii Saudyjskiej, że zdecydowano się go zabić?

Dr Mariusz Marszewski: Chaszukdżi od wielu lat był jednym z najważniejszych dziennikarzy publikujących z krajów arabskich po angielsku. W 1982 roku skończył studia w Indianie w USA i czuł się na Zachodzie jak ryba w wodzie. Młodemu księciu Muhammadowi ibn Salmanowi nie podobało się, że Dżamal Chaszukdżi nie mówi z nim jednym głosem.

Jak wyglądała ta krytyka? Chyba do najostrzejszych nie należała…

To była krytyka w stylu: "reformy tak, wypaczenia nie". Chaszukdżi deklarował wielokrotnie, że popiera księcia, popiera jego reformy, popiera jego program "Wizja Arabii Saudyjskiej 2030". Podkreślał tylko, że jest przeciwko brutalnemu jednowładztwu i bezwzględnemu rozprawianiu się z przeciwnikami politycznymi. Mówił, że powinna być obecna w Arabii Saudyjskiej jakaś forma konsultacji społecznych. Dżamal Chaszukdżi krytykował też ślepy sojusz Rijadu z prezydentem Donaldem Trumpem. Mówił, że jest on bezrefleksyjny i nie do końca są brane pod uwagę interesy Arabii Saudyjskiej. Potępiał również wojnę rozpętaną przez władze Arabii Saudyjskiej w Jemenie. I to wystarczyło.

Dla księcia zachowanie Chaszukdżiego to była zdrada. Nie może tak być, że człowiek, którego rodzina, dzięki dynastii panującej, przez pokolenia dorobiła się sporych majątków, który sam jest częścią establishmentu, atakuje (przez brak jednomyślności i podporządkowania) władzę nowego następcy tronu.

Powiązania rodzinne też miał bardzo ciekawe...

Tak. Pochodził z rodziny, która doskonale osadzona i znana jest na Zachodzie. Jego stryj, miliarder Adnan Chaszukdżi, w latach 80. był jednym z najważniejszych handlarzy bronią na świecie, zamieszanym w aferę Iran-Contras, nieformalnym pośrednikiem pomiędzy USA i antyamerykańskim Iranem a popieraną przez Waszyngton antykomunistyczną partyzantką w Ameryce Łacińskiej. Najsłynniejszym kuzynem Dżamala Chaszukdżi był natomiast brytyjski milioner pochodzenia egipskiego Dodi Al-Fayed – kochanek księżnej Diany, który wraz z nią tragicznie zginął. Ciotki Dżamala to wybitne pisarki z rodziny Chaszukdżi tworzące po angielsku i arabsku - Samira i Soheira. Jego kuzynki to pochodzące z Libanu zachodnioeuropejskie milionerki Emad i Nabila Chaszukdżi zajmująca się globalnym handlem nieruchomościami, związane ze światem mody, projektowania wnętrz, finansów, inicjatyw filantropijnych, itd.

Chaszukdżi był więc kimś więcej poza wpływowym dziennikarzem.

Pracował również dla saudyjskiego MSW, jeździł do Osamy bin Ladena, by przeprowadzać z nim wywiady, a jednocześnie go szpiegować. Jako wysłannik saudyjskich służb przedstawiał mu najprawdopodobniej propozycję pokojową, w myśl której bin Laden będzie mógł powrócić do kraju, ale w zamian za to musiałby się pokajać.

Formalnie na czele państwa stoi król Salman, ale de facto rządzi nim następca tronu książę Muhammad ibn Salman. Jak to jest możliwe?

W Arabii Saudyjskiej przez dziesiątki lat władza, zgodnie z zasadami tradycyjnej sukcesji, przechodziła ze starszych na młodszych braci lub na najstarsze osoby w rodzinie. Działo się to po to, by to osoby starsze i bardziej doświadczone przejmowały ster rządów oraz aby różne gałęzie rodziny panującej miały dostęp do władzy. Sytuacja zmieniła się w zeszłym roku, kiedy król jako swojego następcę, wskazał swojego syna. Pierwszy raz dochodzi do sytuacji, że władzę ma objąć osoba o 50 lat młodsza od panującego króla. To jest kolosalna różnica pokoleniowa. Miała ona ułatwić reformy, adresowane przede wszystkim do młodzieży.

Trzeba także pamiętać, że samo Królestwo Arabii Saudyjskiej jako państwo jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jej powstanie zostało ogłoszone w 1932 roku. Dynastia panująca dba, by nie mając legitymizacji historycznej mieć legitymizacje religijną. Stąd w kraju ogromną rolę przykłada się do religii, do miejsc świętych całego islamu, do uczonych muzułmańskich (alimów). Oni to pełnią rolę kleru muzułmańskiego. Są elementem dystrybucji wiedzy religijnej oraz władzy dynastii panującej w społeczeństwo.

onet.pl