niedziela, 9 czerwca 2019


Skoro miasta narażone są na ryzyko powodziowe, najłatwiejszym rozwiązaniem podnoszącym poziom bezpieczeństwa jest odgrodzenie ich od rzek. Mieszkańców uspokaja widok wałów przeciwpowodziowych. Profesor Kazimierz Dębski – klasyk polskiej hydrologii – porównał je jednak do aspiryny, która uśmierza ból, ale nie leczy przyczyn dolegliwości. Wały przeciwpowodziowe to prosta konstrukcja ziemna wznoszona w celu ograniczenia zasięgu wezbrań i ochrony terenów zalewowych. Ze względu na niski koszt wykonania i nieskomplikowaną konstrukcję, budowle te znane są od czasów starożytnych.

W Polsce wiele wałów powstało jeszcze w XIX wieku i liczne z nich zbudowano siłami mieszkańców, z materiałów dostępnych w ich miejscach zamieszkania. Przeludnienie wsi i ogromny deficyt ziemi przekonywały w przeszłości mieszkańców do walki o każdy hektar ziemi wydarty rzece, dlatego dawne wały przeciwpowodziowe zbyt mocno zacieśniły drogę przepływu wody o ekstremalnie wysokim stanie (tzw. wód wielkich). Ich wadą jest także kiepski stan techniczny i częste usytuowanie na gruntach, które przepuszczają wodę pod korpusem wału. Wały budowane są przy tym jako odpowiedź na wodę o założonym prawdopodobieństwie wystąpienia (1 proc. oznacza, że możemy mieć z nią do czynienia raz na sto lat). Nie wiemy, kiedy pojawi się ta niebezpieczna sytuacja, możemy tylko oszacować prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Wielkie powodzie na rzece Missisipi w 1993 roku, Odrze w 1997, Łabie w 2001 i Wiśle w 2010 pokazały jednak, że wały przeciwpowodziowe są wysoce zawodną formą ochrony przeciwpowodziowej. Czy warto więc w nie inwestować?

Jednym z najbardziej efektywnych sposobów zmniejszania ryzyka powodziowego jest ograniczanie ekspozycji na niebezpieczeństwo, czyli lokalizacja zabudowy w bezpiecznych miejscach. Tylko gdzie sprawdzić, jaki jest poziom ryzyka powodziowego w miejscu naszego zamieszkania? Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć w opracowaniach wykonanych pod koniec 2015 r. w ramach unijnej Dyrektywy Powodziowej. Należą do nich mapa wstępnej oceny ryzyka powodziowego (WORP), mapy zagrożenia powodziowego (MZP), mapy ryzyka powodziowego (MRP) i plany zarządzania ryzykiem powodziowym (PZRP). Za powstanie tych dokumentów odpowiada Prezes Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej, a wyniki opracowań udostępnianie są w Internecie w ramach projektu „Informatyczny System Osłony Kraju przed nadzwyczajnymi zagrożeniami” (ISOK).

Mapy zagrożenia powodziowego przedstawiają obszary, na których prawdopodobieństwo wystąpienia powodzi jest niskie (raz na 500 lat), średnie (raz na 100 lat) i wysokie (raz na 10 lat). Pokazują także tereny zagrożone powodzią w przypadku zniszczenia lub uszkodzenia wału przeciwpowodziowego. Istotną dostarczaną przez nie informacją (przydatną przy podejmowaniu decyzji lokalizacyjnych) jest głębokość zatopienia terenu, a w kontekście obszarów miejskich także prędkość przepływu wody w przypadku powodzi. Informacje przedstawione na mapach wypracowano przez porównanie rzędnych terenu z wysokością wezbranej wody uzyskaną za pomocą matematycznego modelu rzeki. W procesie modelowania wykorzystane zostały bardzo dokładne dane opisujące ukształtowanie terenu, które pozyskane zostały techniką LIDAR, czyli lotniczego skaningu laserowego. Uzyskane w ten sposób cyfrowe modele terenów prawie całego kraju należą do najlepszych w Europie, a ich dokładność wysokościowa sięga 10–15 cm.

(...)

Analizując ryzyko powodziowe w miastach, trzeba też pamiętać o nowym problemie, czyli występowaniu powodzi miejskich, których przyczyną są intensywne opady w obszarach silnie przekształconych przez gęstą zabudowę miejską i uszczelnienie podłoża. Z badań nad rodzajami zachmurzenia nad Polską w latach 1966–2000 wynika, że w ciągu prawie czterech dekad istotnie zmieniła się częstotliwość pojawiania się konwekcyjnych chmur opadowych. Jest to skutek ewolucji warunków cyrkulacyjnych i wzrostu temperatury. Ze zmianami w składzie rodzajowym chmur wiąże się wzrost częstości pojawiania się opadów burzowych, stanowiący ogromne wyzwanie dla sieci kanalizacji deszczowych w polskich miastach. W przeważającej części była ona projektowana według zaleceń z lat 60. XX wieku, a w przypadku sieci położonych w śródmieściu Warszawy i Łodzi nawet według norm z przełomu XIX i XX stulecia. Przypadki występowania powodzi opadowych w zlewniach miejskich związanych z niedostateczną przepustowością kanalizacji deszczowej są więc wynikiem nie tylko pojawiania się nawałnic, ale także przestarzałych założeń technicznych kanalizacji. Problem ten wyraźnie podnosi ryzyko powodzi w naszych miastach.

magazynmiasta.pl

W ciągu ostatnich dwóch dekad afrykańska narracja przeszła głęboką metamorfozę. Wymęczona i wyświechtana fabuła niemal każdej historii o Czarnym Lądzie – utkana ze stereotypowych wątków biedy, chorób i krwawych wojen domowych – ustąpiła miejsca bezprecedensowym dla tego kontynentu obrazom wzrostu gospodarczego i względnej stabilizacji ustrojowej.

Do nowobogackiej Afryki, która inwestuje w rozwój megamiast, podążając śladem globalnych trendów, zjeżdżają renomowani starchitekci z całego świata. Chcą uczestniczyć w szeroko zakrojonych projektach urbanistycznych mających przebudować zastaną tkankę miejską i stworzyć ją od zera. Nowe miasta zazwyczaj wyrastają spomiędzy gruzów wczorajszych slumsów i dzielnic biedy rozsianych wzdłuż i wszerz całego kontynentu.

Równie szybko na tle afrykańskiego nieba wyrastają lśniące drapacze chmur, przepastne centra handlowe oraz ambitne projekty inteligentnych miast. Jednym z przykładów najnowszych realizacji urbanistycznych jest Eko Atlantic City, megamiasto położone w Nigerii. Rozciąga się ono wzdłuż nadbrzeżnej działki o powierzchni 10 km2 usytuowanej w stanie Lagos w południowo-zachodniej części Nigerii. Teren ten wydzielono z Oceanu Atlantyckiego dzięki osuszeniu nabrzeża i naniesieniu ogromnych ilości piasku oraz kamieni.

Miasto, które po zakończeniu planowanej budowy ma pomieścić 250 tys. mieszkańców, spełnia najwyższe standardy budownictwa XXI wieku pod każdym względem i będzie wyposażone w rozbudowaną sieć transportu, zrównoważony system gospodarki odpadami oraz wszelkie udogodnienia i luksusy charakterystyczne dla futurystycznych wizji miast przyszłości. Eko Atlantic City zostało też okrzyknięte pierwszym centrum finansowym Nigerii, wzorowanym zresztą na nowojorskim Manhattanie – zarówno pod względem skali, jak i stylu.

Podobne miasta znajdują się w całej Afryce – spójrzmy na przykład na Ebene Cyber City na Mauritiusie, Konza Technology City w Kenii, Safari City w Tanzanii, Le Cite du Fleuve w Kongo, Appolonia City w Ghanie i wiele innych ośrodków. W Afryce znajduje się obecnie przynajmniej dwadzieścia nowo wybudowanych megamiast, a około dwa razy tyle jest w trakcie budowy. Gigantyczne projekty urbanistyczne nieodwracalnie zmieniły afrykańską tkankę miejską, zastępując mdłą stylistykę kolonialnej architektury, z której znana była do tej pory. (...)

Co więcej, ta nowa narracja jest niestety tylko niewinną powłoką, za którą kryje się znacznie bardziej niepokojący obraz afrykańskiej urbanistyki. Wszystkie nowoczesne projekty są dostępne wyłącznie wąskiej grupie lokalnej społeczności. W rezultacie euforia, która towarzyszyła początkowo otwarciom nowych miast, stopniowo zaczyna przeradzać się w gniew i strach. Większość Afrykańczyków jest rozczarowana wysokim kosztem społecznym przemian urbanistycznych. Sami są postrzegani jako łup wojenny do zdobycia w walce trwającej między górą i dołem piramidy społecznej.

Warunki mieszkaniowe w ekskluzywnych dzielnicach znacznie różnią się od warunków, w których przychodzi żyć biedniejszym społecznościom, nierzadko pozbawionym podstawowej infrastruktury: dróg, dostępu do bieżącej wody oraz efektywnego systemu zarządzania odpadami. Taka nierówna dystrybucja dóbr publicznych staje się niepokojącym trendem w większości afrykańskich miast. I jakby tego było mało, przez wiele biednych społeczności przetacza się bezwzględna fala eksmisji i konfiskat mająca na celu usunięcie niepożądanych lokatorów i utorowanie drogi pod nowe budownictwo.

Kilka miesięcy temu mieszkańców Otodo-Gbame, rybackiej osady w Lagos, obudził dźwięk wystrzałów z karabinów – przerażeni zobaczyli grupę ponad sześćdziesięciu policjantów w towarzystwie buldożerów oraz robotników, jak się później okazało, przysłanych przez rząd stanowy w Lagos (LASG) do prac rozbiórkowych. Rozpoczęto wyburzanie domów położonych na lądzie, a palafity[i] stojące na palach wbitych w dno podpalono. Spanikowani mieszkańcy w pośpiechu ratowali swój dobytek, dusząc się od dymu i gazu łzawiącego, pospieszani przez policjantów, którzy bezlitośnie do nich strzelali. Zrozpaczeni mogli tylko patrzeć z oddali, jak ogień pożera pozostałości budynków, które jeszcze przed chwilą były ich domami.

magazynmiasta.pl

Załóżmy, że mamy milion dzieci, z których 99 proc. jest szczepionych na ospę a 1 proc. nie. Z tych 990 tys. zaszczepionych 9.900 zareaguje negatywnie a 99 umrze. Z 10 tys. które nie zostanie zaszczepionych 200 zachoruje na ospę a umrze 40. Z tego można by wysnuć wniosek, iż więcej dzieci umiera na powikłania po szczepionce, niż na ospę. I faktycznie wielu rodziców patrzy na podobne dane i alarmuje, że ich zdaniem „szczepionki zabijają”. Jednak prawidłowe rozumowanie wymaga założenia, że nie szczepimy nikogo. Wówczas z miliona dzieci na ospę zachoruje 20 tys. z których umrze 4 tys. Tak więc tym razem może konkludować, iż szczepionki ocaliły życie 3.861 dzieciom (różnica między 4 tys. a 139).

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 7 czerwca 2019


Gdy Recep Erdogan został po raz pierwszy premierem Turcji w 2003 roku, ślubował, że będzie szanować demokratyczne instytucje kraju, i obiecał odejść, jeśli kiedykolwiek straci zaufanie społeczne. Rzeczywistość rządów Erdogana okazała się jednak bardziej ponura. Chociaż międzynarodowe gazety i tygodniki początkowo przedstawiały go jako demokratycznego reformatora, Erdogan systematycznie rozszerzał zakres swojej władzy i przeprowadził czystkę na najwyższych stanowiskach w armii, służbie cywilnej oraz instytucjach edukacyjnych. Gdy latem 2016 roku dawni sojusznicy przeprowadzili zamach stanu, próbując odsunąć go od władzy, wykorzystał okazję, by umocnić swoją władzę nad krajem. Dzięki szerokim uprawnieniom, które otrzymał kilka dni po nieudanym zamach stanu, mógł zdymisjonować dziesiątki tysięcy urzędników państwowych, których uznał za politycznie niepewnych. Zamknął też w więzieniu najbardziej znanych tureckich dziennikarzy.

Jednak nawet gdy rządy Erdogana stały się wyraźnie autorytarne, zaś prawo do krytykowania go jeszcze bardziej ograniczone, Turcja zorganizowała wielopartyjne wybory, co dawało opozycji jakąś możliwość rywalizacji przy urnach. W czerwcu 2018 roku Erdogan zdobył [w wyborach prezydenckich – przyp. red.] 53 procent głosów, choć wielu obserwatorów podkreślało, że wyniki wyborów zostały spaczone przez brutalne ataki na opozycję. Od tego czasu Erdogan kreował się na przywódcę całej Turcji.

Wydawało się, że dzięki tym wyborom Erdogan za jednym zamachem osiągnął dwa cele: z jednej strony, kontrola nad kluczowymi instytucjami, takimi jak komisja wyborcza, pozwoliła mu nie obawiać się o wynik wyborów i utratę władzy; z drugiej, wybory pomogły mu w legitymizacji jego władzy tak w kraju, jak i za granicą. Chociaż wszyscy obserwatorzy, od OBWE po Freedom House, podkreślali, że wybory nie były wolne i sprawiedliwe, to światowi liderzy na czele z Donaldem Trumpem i Angelą Merkel publicznie pogratulowali Erdoganowi „zwycięstwa” przy urnach. Jak ujął to Timur Kuran, turecki ekspert do spraw rządów autorytarnych, Erdogan usiłował połączyć „iluzję wolnych wyborów” ze „z góry określonym wynikiem”.

Pomimo ogromnej władzy, jaką dysponuje Erdogan, w zeszłym miesiącu zjednoczona opozycja była w stanie odnieść kilka niespodziewanych zwycięstw w wyborach samorządowych. Wykorzystując złość obywateli na narastający w Turcji kryzys gospodarczy, a także dzięki wystawieniu nowych kandydatów, łączących charyzmę z pojednawczym tonem, opozycja była w stanie zanotować dwa symboliczne zwycięstwa. Zarówno w stolicy kraju, Ankarze, jak i w największym mieście, Stambule.

Na skutek tych wydarzeń Erdogan, po raz pierwszy od czasu zamach stanu, stanął przed poważnym dylematem. Czy należy uznać wyniki wyborów, tym samym uznając rosnące niezadowolenie społeczne z jego rządów? Czy też, wykorzystując swoją władzę nad tureckimi instytucjami, unieważnić wyniki wyborów i otwarcie pokazać, że nad Bosforem demokracja umarła?

(...)

„Jesteśmy spragnieni demokracji”, mówił Ekrem Imamoglu do tłumów trzy tygodnie po wygraniu wyborów w Stambule. „Nikt nie może przeciwstawić się woli ludu”.

Ale jeszcze zanim wygłosił swoje inspirujące przemówienie, Imamoglu wiedział już, że Erdogan wygrał z wolą ludu. Po tym, jak przy użyciu krajowych mediów, prezydent Turcji rozpowszechnił niewiarygodne teorie spiskowe, jakoby bezsilna opozycja była w stanie sfałszować wyniki wyborów, następnie wykorzystał swoją kontrolę nad sądownictwem, aby anulować wyniki wyborów. Uzasadniając to nieprawidłowościami, komisja wyborcza ogłosiła w poniedziałek, że w Stambule odbędą się w czerwcu nowe wybory.

Anulowanie wyników wyborów i zapowiedź ich powtórzenia jest kluczowym punktem zwrotnym w historii politycznej Turcji. Żaden świadomy obserwator nie jest w stanie negować rzeczywistości. Kraj, którego prezydent może anulować wyniki wyborów, gdy tylko ich rezultat mu nie odpowiada, jest w sposób oczywisty dyktaturą. Od teraz, ktokolwiek nazywa Turcję demokracją lub uważa wyniki wyborów za miarodajne, jest jedynie kłamcą lub głupcem.

kulturaliberalna.pl

sobota, 1 czerwca 2019


Pod koniec lat 20. XX w. w gospodarce światowej panował system walutowy zwany „standardem złota”. W ramach tego systemu, do którego należała również Polska, poszczególne kraje gwarantowały wymienialność swoich walut na złoto według sztywnego parytetu.

Wielki Kryzys, rozpoczęty krachem na giełdzie nowojorskiej w listopadzie 1929 r., wystawił ów system na ciężką próbę. Prawdziwym wstrząsem było wyjście z niego Wielkiej Brytanii, uchodzącej za ostoję międzynarodowego ładu walutowego. Brytyjczycy w 1931 r. zawiesili wymienialność swojej waluty na złoto i pozwolili na dewaluację funta o ok. 30 proc. Wiele państw natychmiast podążyło ich śladem, obniżając wartość własnych walut. Kolejnym wstrząsem było porzucenie standardu złota przez Stany Zjednoczone. W 1933 r., gdy prezydentem został Franklin Delano Roosevelt, USA zawiesiły wymienialność dolara na kruszec, a następnie dokonały jego dewaluacji o 40 proc. W systemie standardu złota pozostało wówczas już tylko kilka krajów europejskich, które pod przywództwem Francji utworzyły w 1933 r. „złoty blok”, zobowiązując się do zachowania wymienialności walut na złoto i utrzymania swobody przepływów kapitałowych. Członkiem tego elitarnego „złotego bloku” była również Polska. Z roku na rok zwiększał się jednak kontrast między recesją w krajach bloku a ożywieniem gospodarki w państwach, które odeszły od tego modelu. W 1936 r., a więc w siódmym roku od początku światowego kryzysu, różnica w wartości indeksu produkcji przemysłowej w stosunku do poziomu przedkryzysowego między gospodarkami, które zdewaluowały swoje waluty, a tymi należącymi do „złotego bloku”, przekraczała już 40 pkt proc. Mianowicie w pierwszej grupie produkcja przemysłowa w 1936 r. wynosiła średnio ponad 127 proc. poziomu z 1929 r., a w drugiej średnio zaledwie 86 proc. (przy czym w Polsce tylko 72 proc.).

Warto w tym miejscu podkreślić istotę korzyści, jakie odnosiły kraje odchodzące w okresie Wielkiego Kryzysu od standardu złota. Gospodarki znajdowały się wówczas w stanie recesji, miały niewykorzystane moce produkcyjne, wysokie bezrobocie i przeżywały spadek cen detalicznych i hurtowych. Sytuacja ta stwarzała przestrzeń do tego, aby poprzez ekspansję monetarną i fiskalną zwiększyć zatrudnienie i produkcję, bez wywoływania inflacji. Jednakże taka ekspansja spowodowałaby pogorszenie bilansu handlowego, wypływ rezerw walutowych i w efekcie utratę możliwości utrzymywania ustalonego kursu walutowego. Stąd w warunkach standardu złota nie było to możliwe. Natomiast w przypadku odejścia od parytetu kraj mógł prowadzić politykę zwiększania popytu wewnętrznego i ożywiania gospodarki, wykorzystując dostosowanie kursu walutowego jako instrumentu zapobiegającego powstaniu deficytu handlowego.

Polska pozostawała wierna standardowi złota i odrzucała kolejne nadarzające się okazje, aby obniżyć wartość zbyt silnej waluty. Pretekstem mogła być choćby dewaluacja amerykańskiego dolara w styczniu 1934 r. (Dolar był przedtem dość powszechnie używany jako waluta równoległa w Polsce i stabilność złotego oznaczała dla wielu po prostu stały kurs dolara w złotych. Można więc było w momencie dewaluacji dolara to samo zrobić ze złotówką, zachowując niezmienioną relację kursową dolar – złoty). Nie zdecydowano się na to i w efekcie złoty umocnił się wobec dolara. Przyniosło to wzrost zaufania do polskiej waluty, co bardzo ucieszyło władze Banku Polskiego. Tę radość wyrażano w piątym roku kryzysu, gdy polska gospodarka przeżywała dramatyczne załamanie – produkcja przemysłowa była o 37 proc. niższa niż w 1929 r. Nasuwa się tu analogia między sytuacją Polski w 1934 r. a sytuacją krajów południa strefy euro (Grecji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii) 80 lat później. Kraje te (Polska w 1934 r., a kraje południa strefy euro w 2014 r.) miały solidne i budzące zaufanie waluty, a ich gospodarki pogrążone były w głębokim kryzysie, zaś rządzący starali się nie dostrzegać związku między kryzysem gospodarki a istniejącym rozwiązaniem walutowym.

Polska pozostawała w „złotym bloku” do kwietnia 1936 r., gdy wobec spadku rezerw wprowadzono reglamentację walutową i tym samym ograniczono możliwość wymiany złotego na złoto. „Złoty blok” przetrwał jeszcze tylko kilka miesięcy, do września 1936 r., gdy jego ostatni uczestnicy – Francja, Szwajcaria i Holandia – zdecydowali się na dewaluacje.

W Polsce nie osłabiono kursu, ale wprowadzone w kwietniu 1936 r. rozwiązanie zastępcze w postaci reglamentacji walutowej umożliwiło zasadniczą zmianę polityki makroekonomicznej. Możliwe było bowiem zwiększenie podaży pieniądza bez obawy, że naruszy to zdolność Banku Polskiego do realizacji obowiązku wymiany złotego na dewizy po stałym kursie (gdyż reglamentacja zwolniła faktycznie Bank Polski z tego obowiązku). Rozpoczął się wówczas okres bardzo aktywnej polityki pieniężnej i budżetowej – mogła ruszyć budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Dzisiaj badacze uważają, że system standardu złota był zasadniczym źródłem Wielkiego Kryzysu i że bez odejścia od parytetu ożywienie w gospodarce światowej nie byłoby możliwe. Konsensus w tej sprawie ukształtował się na przełomie lat 80. i 90. XX w., a najbardziej reprezentatywną prezentacją tego poglądu jest książka Barry’ego Eichengreena „Golden Fetters: The Gold Standard and the Great Depression 1919–1939” (Złote kajdany. Standard złota i Wielki Kryzys 1919–1939), która ukazała się w 1992 r.

Polscy i zagraniczni naukowcy są zgodni, że pozostawanie przez Polskę w latach 30. XX w. w systemie standardu złota było nieporozumieniem, błędem i przyniosło gospodarce szkody. W wyniku tej polityki II RP trwała w stagnacji. Strat tych nie zdołała już odrobić. Niemiecki historyk gospodarczy Nikolaus Wolf uważa, że uporczywe pozostawanie w systemie parytetu złota było konsekwencją dążenia marszałka Józefa Piłsudskiego do utrzymywania silnych relacji wojskowych i gospodarczych z Francją. Wymuszało to jednak stosowanie polityki deflacyjnej, a więc polityki ograniczania popytu wewnętrznego. Witold Staniewicz, ekonomista i minister rolnictwa w rządach piłsudczykowskich, zwracał uwagę, że dopiero po odejściu od systemu standardu złota w 1936 r. możliwe stało się rozpoczęcie budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Pierwsze seryjnie produkowane czołgi, działa i samoloty zaczęły opuszczać fabryki COP tuż przed wybuchem wojny w 1939 r. Gdyby budowę COP rozpoczęto wcześniej, to polska armia przystąpiłaby do wojny znacznie lepiej wyposażona w nowoczesny sprzęt. Nie mogło się jednak tak stać, gdyż decyzje dotyczące systemu walutowego podporządkowano nie interesowi gospodarki, lecz – jak twierdzi Wolf – relacjom w ramach sojuszu politycznego i wojskowego. Warto przemyśleć ten przypadek, w którym kierowanie się przesłankami politycznymi przy wyborze rozwiązania walutowego nie przyniosło żadnych korzyści politycznych, natomiast zaszkodziło gospodarce i obniżyło bezpieczeństwo kraju.

forsal.pl

Otóż Nordhaus postanowił sprawdzić, jak na przestrzeni dziejów zmieniała się cena światła. Zaczął od przetestowania i przeliczenia lumenogodzin z otwartego paleniska, które wykorzystywano w paleolicie, a także w średniowieczu, na czas pracy.

Zrobił to najprostszym możliwym sposobem – porąbał i zapalił dziewięć kilogramów drewna, a później zmierzył, jak długo i jak jasno świecił się płomień. Wyszło, że uzyskanie 1000 lumenów przez jedną godzinę, wymagało tygodnia pracy. I to nie byle jakiego tygodnia, bo rąbać trzeba było przez sześć dni po 10 godzin dziennie. Później kupił prostą lampę olejową z czasów antycznego Rzymu i w podobny sposób – z tym, że nie rąbał już drewna – sprawdził, ile wtedy kosztowało 1000 lumenogodzin. Ustalił, że przeciętny robotnik w Babilonie musiał na nie pracować aż 42 godziny.

Dalej poszło już łatwiej, bo można było sięgnąć po cudze wyliczenia. A z anegdotami pospieszyli też czytelnicy. Na przykład z połowy XVIII wieku, kiedy będący rektorem Harvardu wielebny Edward Holyoake żalił się w pamiętniku, że całe jego gospodarstwo domowe poświęciło dwa dni na produkcję świec. Te starczyły na sześć miesięcy i były bardzo, ale to bardzo drogie. Na zapewnienie sobie światła przez 2 godziny i 20 minut każdego wieczora w roku trzeba było pracować tydzień. Chyba, że ktoś – tak jak Jerzy Waszyngton – lubił lepsze świece, które robiono ze spermacetu. Wtedy musiał w ciągu rok wydać równowartość około 1000 dzisiejszych dolarów.

Przez kilka tysięcy lat było więc coraz lepiej, ale postęp był bardzo wolny. To zmieniło się wraz z rewolucją przemysłową. I wynalezieniem żarówki. W 1900 roku tydzień pracy [wyliczenia na podstawie artykułu Nordhausa przeprowadził Tim Harford z BBC] kupował 10 dni światła 100 razy jaśniejszego niż to, które dawała świeca. 20 lat później zapewniał już pięć miesięcy światła. W 1990 roku – 10 lat. Świetlówki kompaktowe wydłużyły ten czas do 50 lat, a wprowadzenie LED-ów jeszcze go wydłuża. Praca, która zaledwie kilkaset lat temu, zapewniała kilkanaście minut światła, dziś może dać go nam przez całe życie.

smoglab.pl

Dotychczas utrzymywano w Polsce trzy dywizje ogólnowojskowe, ale mające swoje zadania w ramach systemu. Sami wysocy dowódcy Sił Zbrojnych RP zdawali sobie sprawę, że nie są to dywizje o spektrum możliwości dowodzenia, kierowania i oddziaływania niczym amerykańskie, lecz klasyczne związki taktyczne niezdolne do zarządzania polem walki poziomu operacyjnego, ze słabymi sztabami i narzędziami, współpracujące już w czasie pokoju w ramach tzw. modułów szkoleniowych z pododdziałami wsparcia (np. pułkami rozpoznawczymi, chemicznymi czy saperów). W ramach systemu trójkowego, przygotowanego do działań poza granicami kraju w ramach NATO, polskie dywizje posiadają także narodową specyfikę: dwie są zmechanizowane, jedna pancerna. Dotychczas była świadomość, że operacja obronna będzie wiązać się z dużymi, czasowymi, stratami terytorium Polski. Taka jest specyfika dynamicznych i manewrowych dziś działań poziomu operacyjnego, wyzwaniem jest także w naszym wypadku potencjał ewentualnego oponenta. Decyzją decydentów system ten ulega zmianie. Myślą przewodnią jest obrona każdej części terytorium Polski – czego konsekwencją jest budowa dwóch batalionów czołgów Leopard 2 w warszawskiej, nie tylko w nazwie wyróżniającej, 1. Brygadzie Pancernej.

W oczach piszącego te słowa, podobna jest myśl związana z utworzeniem 18. Dywizji Zmechanizowanej. Chodzi o posiadanie odwodu ciężkiego nie na poziomie dowódcy operacji (dywizja kawalerii pancernej), ale już na wschód od Wisły. Żelazna Dywizja posiadać będzie zatem dwie manewrowe brygady na KTO mające powstrzymywać i kanalizować ruch przeciwnika w dogodnym dla strony polskiej czasie i miejscu, gdzie rozbiją się na pancernym kowadle, a potem młocie 1. Brygady Pancernej. Mowa zatem o jak najmniejszych stratach terytorium. Otwartym pozostaje pytanie, raczej z podłożem pesymistycznym, jakie możliwości utrzymania inicjatywy w takim starciu (aktywnego oporu) będą miały polskie pododdziały z KTO Rosomak. Wydaje się, że jednak skromne, nawet jeśli generał Gromadziński zapewni dowódcom batalionów wozy Rosomak posiadające ppk, zwiększy dwukrotnie liczbę przenośnych Spike-LR czy doda trzeci pluton RAK-ów w batalionowej kompanii. Podstawą działań w takim konflikcie pozostają wojska pancerne i zmechanizowane, tak jest także w obowiązującym w Siłach Zbrojnych RP doktrynalnym podejściu do podziału zadań i wskazaniu środka ciężkości do ich wykonania. Piechota zmotoryzowana może działać na kierunkach pomocniczych, skrzydłach czy wykonywać dalekie rajdy, połączone nawet z działaniami aeromobilnymi. Oczywiście zaraz można przytoczyć przykład amerykańskiej kawalerii (chodzi o brygady Stryker), ale trzeba mieć świadomość, jaką wagę amerykańscy wojskowi przywiązują do zdobycia – przetworzenia – wykorzystania informacji, jakie mają także narzędzia do efektywnego i precyzyjnego wsparcia ogniowego swoich lekkich (dla klasycznego pola walki) pododdziałów KTO Stryker. W Polsce nie ma ani jednego, ani drugiego. Piszący te słowa, być może przykład narodowego sceptycyzmu, uważa, że taki stan będzie jeszcze długo obecny w naszych Siłach Zbrojnych. Oczywiście można zakładać, że informację i precyzyjne rażenie (śmigłowce szturmowe, artyleria dalekiego zasięgu) zapewni naszym dowódcom kluczowy sojusznik – amerykański system militarny. Na to jednak może nie być ani woli politycznej ani czasu, a 18. Dywizja Zmechanizowana wraz z pododdziałami WOT stanie przed wyzwaniem, gdzie decydujące dla uzyskania przewagi (wielodomenowej) staną się maksymalnie godziny, a nie nawet dni.

dziennikzbrojny.pl

Jednym z najbardziej widocznych - i to widocznych już teraz - efektów zmian klimatycznych jest częstsze występowanie susz. Nie chodzi o to, że deszczu będzie mniej, tylko będzie on miał bardziej nierównomierny charakter. Czyli z jednej strony będziemy mieć dłuższe okresy bez deszczu, a z drugiej przerwane one będą gwałtownymi opadami. Takim obszarem, któremu grozi silne pustynnienie jest województwo łódzkie.

"Obszar deficytu wody obejmować będzie znaczną część województwa. Będzie on potęgowany występowaniem strefy niskich opadów i strefy o wysokim niedoborze wód w sezonie wegetacyjnym w północnej części regionu oraz strefy bardzo silnego pustynnienia w północno-zachodniej części regionu. Szacuje się, że na 90 proc. terytorium województwa łódzkiego już teraz istnieje zagrożenie wystąpienia opadów poniżej 400 mm rocznie" - wyjaśnia raport MŚ. Suszą zagrożone jest też województwo kujawsko-pomorskie, szczególnie Kujawy, oraz Pojezierza Dobrzyńskie i Chełmińskie.

Polska w ogóle jest krajem z relatywnie niskimi zasobami wody, których w dodatku nie potrafi do końca dobrze wykorzystać. A poziom wód gruntowych jeszcze będzie się obniżać.

Między okresami suszy coraz częściej mogą występować krótkotrwałe, ale gwałtowne opady deszczu. Na przykład województwu łódzkiemu, które będzie powoli zamieniać się w pustynię, czy raczej zapewne step, jednocześnie grożą powodzie w dolinach największych rzek. Podobnie sytuacja ma wyglądać w województwie kujawsko-pomorskim. Zagrożenie powodziami występuje też w województwie opolskim (duże miasta) i podkarpackim. Tak naprawdę w całym kraju to ryzyko wzrośnie, a to dlatego, że po pierwsze, dużej ilości opadów w krótkim okresie nie będą w stanie przyjąć istniejące zbiorniki retencyjne, a po drugie, rozbudowując miasta mamy coraz więcej powierzchni, które nie przepuszczają wody.

gazeta.pl

W ostatnich latach zaczęliśmy się bardziej wnikliwie przyglądać korporacjom internetowym, ponieważ do perfekcji opanowały tajemną sztukę, której pionierami były gazety, radio i telewizja: sztukę przyciągania i przykuwania naszej uwagi po to, by sprzedać dostęp do niej reklamodawcom. O ile jednak czytelnicy, słuchacze i widzowie tradycyjnych mediów byli klientami kupującymi określone produkty, o tyle komercyjne media elektroniczne nauczyły się czerpać zyski wyłącznie z transakcji zawieranych bezpośrednio ze sprzedawcami towarów i usług, a nas samych i informacje o nas sprowadziły do roli biernego towaru – przedmiotu tych transakcji.

Firmy takie jak Google czy Facebook mogły udoskonalić ten specyficzny proces produkcji, w którym przedmiotem wymiany handlowej jest nasza uwaga, i uczynić z niego żyłę złota dlatego, że w bezprecedensowym stopniu decydują o tym, co pojawia się na naszych ekranach. Inaczej niż ich poprzednicy na tym polu, potrafią przykuć naszą uwagę komunikatami precyzyjnie dobranymi do konkretnej osoby, a nawet do jej nastroju w danej chwili po to, by natychmiast sprzedać tę uwagę temu, kto za dostęp do naszych zmysłów i naszych danych zapłaci najwięcej.

krytykapolityczna.pl

Kaja Puto: Więźniowie polityczni, represje wobec dziennikarzy, wojna na Ukrainie. To Rosja, którą znamy z mediów. Z twojej książki – Buszujący w barszczu – wynika jednak, że współczesna rosyjska kontrkultura kwitnie, jakby chodziło o jakiś Nowy Jork. Jak to jest możliwe w kraju, w którym ciężko działać w partii opozycyjnej?

Konstanty Usenko: W Rosji zawsze tak trochę było, i w XIX wieku, i w czasach Związku Radzieckiego. Ciężko ogarniać naraz te dwie rzeczywistości, kiedy siedzi się w jakiejś politycznie zaangażowanej księgarni, oglądając progresywną młodzież w jednym z wielu kreatywnych zagłębi, wpatrując się w dziesiątki kulturalnych ofert każdego dnia czy widząc internetową infrastrukturę tego wszystkiego. I nie mówię tutaj tylko o Moskwie i Petersburgu – oddolna niezależna kultura kwitnie dziś też w głębi Rosji, w Kazaniu, Jekaterynburgu, Nowosybirsku, Tomsku czy Władywostoku.

Przyjezdni nie mogą się w tym wszystkim odnaleźć – z jednej strony wiedzą o Sencowie czy Pussy Riot, a z drugiej przyjeżdżają do miast tętniących życiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, wszędzie coś się dzieje, a na ulicach nie wiszą wcale portrety Putina i w porównaniu do poprzednich lat coraz mniej widać nawet nacjonalistyczne slogany. Niewiele ma to wspólnego ze światem kreowanym przez oficjalne rosyjskie kanały TV – trochę tak jak w Polsce, gdzie można przeżyć mały szok kulturowy, oglądając TVP Info, a potem zaglądając do Planu B. Tylko że to nasze TVP Info to jakiś przaśno-surrealistyczny kabaret, a rosyjskie kanały federalne emitują propagandę w wersji hi-tech z nakoksowanymi prezenterami-szołmenami w kreacjach za jakąś kosmiczną kasę, to taka perfidna kreacja rzeczywistości w 6D. Ale młode pokolenie Rosjan telewizji nie ogląda, nazywa ją „zombojaszczikiem”, czyli „zombiepudełkiem”. Tworzy własną kulturę w internecie. Te dwa równoległe światy współistnieją ze sobą.

W ogóle się nie przenikają?

Do pewnego stopnia tak, jasne, bo ważne tematy społeczne trafiają do mainstreamu, coraz częściej nawet i do federalnych kanałów. Panuje w nich dziś jakieś chaotyczne pomieszanie kontekstów, trochę jak w radiowej Trójce, gdzie po Szydłowskiej na antenę wpieprza się Cejrowski. Funkcja wentylu bezpieczeństwa w rosyjskich mediach robi się coraz bardziej zauważalna, ale widać też wymianę pokoleniową wśród copywriterów pracujących w mediach.

Zmienia się spojrzenie na sprawy społeczne na lokalnym szczeblu (dissowanie oligarchów – tych złych rzecz jasna – zawsze jest w trendzie), ale też sprawy obyczajowe. Siła rażenia dyskursu feministycznego sprawia, że nawet wśród działaczek Jednej Rosji pojawiają się nagle osoby nieśmiało mrugające okiem w tę stronę. Ale żadnym fejkiem nie są nowe kolumny z felietonami np. na łamach pisma „Ogoniok”, rosyjskiej mieszanki „Przekroju” i „Polityki”, opiniotwórczego inteligenckiego pisma z długimi tradycjami. Prowadzą je młode dziennikarki, które piętnują seksizm w rosyjskim życiu publicznym. Udało im się wywołać gorącą debatę po mundialu, kiedy pojawiło się mnóstwo obrzydliwych komentarzy na temat romansów Rosjanek z przyjezdnymi kibicami. Jeszcze parę lat temu takie debaty możliwe byłyby tylko w wąskich kręgach albo w feministycznych zinach.

krytykapolityczna.pl

Obraz sprzedano za 432,5 tys. dol. (równowartość ok. 1,6 mln zł), co przebiło oczekiwania ekspertów 45-krotnie. „Portret Edmonda Belamiego” został wygenerowany za pomocą algorytmu i bazy składającej się z 15.000 portretów namalowanych pomiędzy XIV a XX wiekiem.

To pierwszy obraz namalowany przez sztuczną inteligencję, który został sprzedany w jednym z najważniejszych domów aukcyjnych na świecie.

Sztuczna inteligencja została zaprojektowana przez paryski kolektyw artystyczny Obvious, który interesuje się łączeniem właśnie sztucznej inteligencji ze sztuką. „Chcieliśmy pokazać, że algorytmy są w stanie emulować kreatywność” – powiedział Hugo Caselles-Dupre z Obvious.

Na obrazie zamiast podpisu znalazło się równanie, które zostało wykorzystane do wygenerowania obrazu.

bankier.pl