czwartek, 4 kwietnia 2019
Prawosławni w Polsce. Swoi czy obcy? – pytano w różnych epokach. Obcy – brzmiała oficjalna odpowiedź w okresie międzywojennym. Polska tworzyła wtedy niepodległy byt, zszywając w jeden organizm ziemie pozostające przez 123 lata w trzech zaborach. Była państwem wielonarodowym i wieloreligijnym – Polacy stanowili 65% społeczności – ale chciała być jednolitym narodowo i wyznaniowo, w którym Polak znaczy katolik. Polak znaczy lepszy, Białorusin czy Ukrainiec zaś „gorszy gatunek Polaków” – to określenie Romana Dmowskiego, przywódcy Narodowej Demokracji. Dlatego w końcu międzywojnia płk Marian Turkowski nakazywał: „Stać twardo na stanowisku, że w Polsce tylko Polacy są gospodarzami, pełnoprawnymi obywatelami i tylko oni mają coś do powiedzenia. Wszyscy inni są tylko tolerowani. Wytworzyć wśród mas polskich kompleks wyższości w stosunku do ludności niepolskiej. Mowa polska winna być wyrazem wyższości tak kulturalnej, jak i obywatelskiej. Polak musi zwracać się do ludności niepolskiej tylko po polsku. A już w żadnym wypadku funkcjonariusz państwowy czy też samorządowy nie może używać innego języka niż polski” („Dalsze wytyczne do akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej”, pkt 5, 24 stycznia 1938).
Prawosławnych Białorusinów i Ukraińców było najwięcej wśród mniejszości – ok. 4 mln. Wyprzedzali Żydów (3,1 mln), Niemców (0,9 mln) czy Czechów. W wielu wschodnich powiatach stanowili większość – w hrubieszowskim 78%, w poleskim 77%, w wołyńskim 70%, w nowogródzkim ponad 50%. Ich obecność państwo uważało za najtrudniejszy problem w polityce wewnętrznej. Badacz tego okresu, historyk prof. Eugeniusz Mironowicz, uważa, że nierozwiązywalny. Dlaczego? Ponieważ polskie elity polityczne nie miały koncepcji tworzenia państwa wielonarodowego. Nie uwzględniały aspiracji Białorusinów i Ukraińców do pielęgnowania swojej tradycji, posiadania pewnej autonomii w ramach odrodzonego państwa.
Stworzono program asymilacji milionów prawosławnych. Akcję nazwano rewindykacyjno-polonizacyjną. Uznano, że prawosławny jest obcy, a Cerkiew to rozsadnik rosyjskości, ostoja carskiej reakcji, relikt zaborów. Wyrzucono ze świadomości fakt, że Cerkiew na ziemiach II RP istniała wtedy, gdy nie było ani Imperium Rosyjskiego, ani Księstwa Moskiewskiego. Jej obecność, zdaniem wielu badaczy, datuje się na czasy misji Cyryla i Metodego, czyli IX w., wiek wcześniej, niż dokonano oficjalnego chrztu Polski.
Akcję, która głęboko zraniła obywateli prawosławnej społeczności II RP, przeprowadzono w przeddzień wybuchu wojny, w której prawosławni żołnierze bronili ojczyzny, a ich lojalność wobec państwa budziła zdziwienie dowódców. Stanisław Cat-Mackiewicz, oceniając politykę państwa wobec prawosławia, sugestywnie stwierdzał: „Lojalność Cerkwi prawosławnej była tak dużą i tak szczerą, że tylko cud mógł duchowieństwo prawosławne z tej drogi zawrócić. Tym cudem była głupota naszych władców, istotnie niepospolita”. Dalej dodawał: „Dzikie, głupie i nikczemne wybryki wyrządziły niesłychaną szkodę naszemu państwu, a były przecież absolutnie niczym nieuzasadnione, ponieważ (…) ze wszystkich mniejszości narodowych właśnie koła duchowieństwa prawosławnego były najlojalniejsze”. Od uzyskania niepodległości państwo polskie ostro ingerowało w życie Cerkwi i traktowało ją najbardziej restrykcyjnie spośród wszystkich Kościołów.
Były trzy ich fale. Pierwsza w latach 1918-1924. Katolicy zajmowali wtedy cerkwie w 70% żywiołowo, nie zawsze czekając na decyzje władz centralnych, mając jednak ich przyzwolenie. Według prof. Mirosławy Papierzyńskiej-Turek przejęto wtedy 215 cerkwi. Symbolem tamtych czasów było zburzenie wspaniałej cerkwi św. Aleksandra Newskiego na placu Saskim w Warszawie.
Druga fala – rok 1929. Rzymskokatolicki episkopat złożył do sądów 755 pozwów, roszcząc sobie prawo do około połowy posiadanych jeszcze wtedy przez Cerkiew świątyń i monasterów. Domagano się soborów katedralnych w Pińsku, Krzemieńcu, Łucku, monasteru w Jabłecznej nad Bugiem, a nawet ławry Poczajowskiej. Sąd Najwyższy uznał jednak 23 stycznia 1934 r. tę drogę za niewłaściwą. Władze obawiały się rozruchów na tle religijnym i skandalu międzynarodowego. W tym okresie zdołano zniszczyć 23 cerkwie, choć na listę „zbędnych” trafiło 97.
Statystykę podaję za Małgorzatą Winiarczyk-Kossakowską: w latach 1918-1933 Cerkiew straciła ok. 500 świątyń, w tym 346 na Chełmszczyźnie i Podlasiu. Spośród nich na kościoły katolickie wyświęcono 137, zamknięto 104, 91 zniszczono.
tygodnikprzeglad.pl
– We wrześniu do naszej kamienicy przyszli jacyś ni to powstańcy, ni to policjanci, raczej ci drudzy, tyłowi, bo choć z rozpylaczami na szyjach, to bez bitewnego kurzu i znoju na mundurach i twarzach – opowiadała Krystyna Narożna, w powstaniu 16-letnia pracownica punktu medycznego dla ludności cywilnej na ul. Złotej. – Przynieśli jakieś mięso, niewielkie, obdarte ze skóry zwierzę. Poprosili sąsiadkę, żeby przyrządzić ucztę, bo złapali i ubili królika. Sąsiadka poprosiła, żeby zostawili jej kosteczki dla jej głodującego pieska – jamniczka. Popatrzyli dziwnie, ale natychmiast skwapliwie się zgodzili. Kilka dni później wydało się, że nie królika ubili, tylko tego jamniczka właśnie.
newsweek.pl
Jeśli chodzi o komunikację strategiczną to zrozumieliśmy, że w wielu aspektach cyberataki są w pewnym stopniu powiązane z fałszywą komunikacją angażującą podmioty państwowe. Nie możemy przecież mówić o wolnych mediach w państwach autorytarnych takich jak Rosja. O wiele łatwiej jest im manipulować przekazem informacyjnym. Jeśli czytamy rosyjską doktrynę wojskową to widzimy, że komunikacja jest elementem działań w obszarze wojskowym i manipulacja jest tu czymś normalnym. Stwierdził to w przeszłości Carl von Clausewitz, Sun Tzu, japoński strateg Musashi czy inni. Chodzi tutaj o percepcję.
Państwa autorytarne wykorzystują przeciwko nam naszą największą zaletę, czyli wolność słowa i otwartość?
Wykorzystują przeciwko nam naszą otwartość. Możemy powiedzieć, że w wielu obszarach związanych z komunikacją strategiczną Rosjanie nas wyprzedzają, ponieważ mogą działać szybciej i wykorzystywać wiele narracji. To jest kwestia asymetryczności. Jeśli jest się mniejszym i słabszym, trzeba znaleźć słabe punkty potencjalnie silniejszego, żeby mieć możliwość wpływania na niego. Rosjanie rozumieją, że w konflikcie z Zachodem są stroną słabszą, ponieważ poza bronią atomową udział ich PKB w światowym PKB wynosi tylko 2,5 %, podczas gdy udział Unii Europejskiej to 25 %, a następne 25 % to Stany Zjednoczone. Biorąc pod uwagę gospodarkę, nie mają oni szans konkurować z nami. Dlatego muszą znaleźć jakieś środki, które umożliwią im skuteczną rywalizację. Cyberataki, komunikacja strategiczna, fake newsy oraz inne asymetryczne środki pozwalają Rosjanom na uzyskanie dźwigni nacisku. Proszę zobaczyć jak działa RT, a jak tradycyjne agencje informacyjne. Komunikat kierowany przez aparat propagandowy Kremla do Rosjan musi podkreślać wielkość ich kraju. Jeśli ludzie oglądają te wydarzenia i wierzą w te absurdalne kłamstwa, które są tam prezentowane - to jestem przerażony.
(...)
W tym samym czasie obserwujemy również wzrost popularności haseł i partii populistycznych w Europie. Czy możemy zidentyfikować jakiś element łączący to zjawisko z Rosją?
Jest to zdecydowanie bardziej skomplikowane niż się niektórym wydaje. Obecnie, coraz częściej obserwujemy złą stronę mediów społecznościowych. Media społecznościowe dały możliwość uczestniczenia w życiu politycznym i napisania czegokolwiek każdej osobie. Nie oznacza to jednak, że przyczyniają się one do zwiększenia naszej wiedzy i zdolności rozumienia procesów politycznych. Musimy pamiętać, że demokracja jest oparta na dobrze wyedukowanych obywatelach. Czy możemy powiedzieć, że dzięki mediom społecznościowym obywatele są lepiej wykształceni niż 10 lata temu?
Powiedziałbym, że nawet gorzej.
Dokładnie tak jest. Facebook, Twitter dają szansę przeczytania krótkiego tekstu bez konieczności głębszej analizy. Rozwój mediów społecznościowych wraz z ukierunkowaną propagandą zwiększa naszą podatność. Wcześniej komunikacja strategiczna nie była używana do wpływania na umysły ludzi. Obecnie jest to możliwe i wykonalne dzięki nowoczesnej technologii i dlatego jesteśmy wyjątkowo wrażliwi a demokracja znajduje się w odwrocie. New York Times napisał, że system naszych niepisanych zasad, w jaki sposób organizujemy nasz dyskurs publiczny stale się zmniejsza. Świadczą o tym tweety Trumpa czy innych polityków, obniżający się poziom dyskusji w parlamentach narodowych np. w Bundstagu, po tym jak AfD dostało się do niego. Nie jestem zwolennikiem poprawności politycznej, unikania dyskusji, ale jedną rzeczą jest mówienie otwartym i bezpośrednim językiem, ale czym innym jest ograniczanie dyskusji. To dokładnie się obecnie dzieje na poziomie elit politycznych.
cyberdefence24.pl
czwartek, 21 marca 2019
Prezydent Trump, który obiecywał roczny wzrost na poziomie „czterech i pół, a nawet sześciu procent”, wraz z republikańskimi pomagierami w Kongresie doprowadził do bezprecedensowych deficytów. Według najnowszej prognozy Biura Budżetowego Kongresu (CBO) tegoroczna dziura budżetowa wyniesie 900 miliardów dolarów i każdego roku po 2021 będzie przekraczać sumę 1 biliona dolarów. A mimo zaangażowania takich środków cukrowy haj w gospodarce, wywołany przez ostatnie pogłębienie deficytu, już przemija. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że wzrost gospodarczy USA, który w 2018 wynosił 2,9 procent, w bieżącym roku spadnie do 2,5 procent, a w 2020 wyniesie tylko 1,8 procent.
Na problem niskiego wzrostu połączonego z dużymi nierównościami pracuje wiele czynników. Po źle zaprojektowanej „reformie” systemu podatkowego, którą przeprowadził Trump i republikanie, istniejące wcześniej wady systemu zostały pogłębione, jeszcze większy strumień zysków popłynął do najlepiej zarabiających. Ameryka wciąż nie zarządza dobrze procesami globalizacji, a rynki finansowe dalej są nastawione bardziej na czerpanie zysku (renty ekonomicznej) niż na świadczenie użytecznych usług.
Dyrektorzy amerykańskich korporacji zadbali na przykład o to, by korzyści z obniżki podatków poszły głównie w dywidendy i wykupy akcji przez macierzyste przedsiębiorstwa, które w 2018 roku osiągnęły rekordową wartość ponad 1,1 biliona dolarów. Wykupywanie akcji winduje ich ceny i poprawia wskaźnik zysku z akcji (EPS), od którego są uzależnione zarobki wielu dyrektorów. Tymczasem inwestycje pozostały na niskim poziomie (13,7 procent PKB), a programy emerytalne wielu przedsiębiorstw dalej są niedofinansowane.
Dowody na rosnącą pozycję rynkową garstki przedsiębiorstw widać niemal na każdym kroku. Wysokie narzuty przekładają się na olbrzymie zyski. W wielu branżach – od niewielkich, takich jak producenci karmy dla kotów, po największe: telekomunikację, sieci kablowe, linie lotnicze i platformy technologiczne – kilka dominujących firm kontroluje 75–90 procent rynku. W niektórych przypadkach wskaźnik ten bywa nawet wyższy, a na poziomie lokalnym problem jest jeszcze bardziej zauważalny.
(...)
Za wzrost pozycji rynkowej przedsiębiorstw odpowiada wiele czynników. Jednym z nich jest rozwój sektorów, w których duże znaczenie ma efekt sieciowy (kiedy wartość danego dobra wzrasta wraz ze zwiększaniem się liczby jego konsumentów) i które łatwo może zdominować jedna firma – taka jak Facebook albo Google. Innym czynnikiem jest powszechne wśród czołowych biznesmenów nastawienie, że rynkowa dominacja to jedyna droga do zapewnienia stabilnych zysków. Warto przypomnieć słynne stwierdzenie inwestora i szefa funduszu hedgingowego Petera Thiela: „konkurencja jest dla frajerów”.
(...)
Co więcej, z perspektywy strony podażowej wysoka pozycja rynkowa zniechęca do inwestycji i wypracowywania innowacji. Firmy wiedzą, że jeśli zwiększą produkcję, będą musiały obniżyć ceny. Dlatego inwestycje w USA pozostają na niskim poziomie, mimo że przedsiębiorstwa odnotowują rekordowe zyski, a w rezerwach gotówkowych ulokowały już biliony dolarów. Poza tym po co się trudzić zwiększaniem produkcji czegoś, co ma wartość dla konsumentów, jeśli dzięki politycznym wpływom można manipulować rynkiem i ciągnąć jeszcze wyższą rentę ekonomiczną? Polityczne inwestycje w obniżanie podatków przynoszą znacznie wyższe zyski niż realne inwestycje w fabryki albo sprzęt.
Na domiar złego niska relacja wpływów z podatków do PKB (która wynosiła tylko 27,1 procent, zanim jeszcze Trump obniżył podatki) sprawia, że brakuje pieniędzy na inwestycje w infrastrukturę, edukację, opiekę zdrowotną i badania podstawowe, które pozwalają na utrzymanie wzrostu w przyszłości. To są akurat takie rozwiązania ze strony podażowej rynku, gdzie naprawdę sprawdza się teoria skapywania: zyski w jednym obszarze gospodarki po pewnym czasie przynoszą korzyści wszystkim.
krytykapolityczna.pl
poniedziałek, 11 marca 2019
Gwoli sprawiedliwości, sektor technologii był w ostatnich dziesięcioleciach dumą i radością gospodarki Stanów Zjednoczonych oraz pozornie nieskończonym źródłem innowacji. Szybkość i moc wyszukiwarki Google zapiera dech w piersiach, dając nam dostęp do nieograniczonej wiedzy na wyciągnięcie ręki. Telefonia internetowa, przy bardzo niskich kosztach, pozwala przyjaciołom, krewnym i współpracownikom na kontakt twarzą w twarz z drugiego końca świata.
Pomimo wszystkich tych innowacji, tempo wzrostu produktywności w szerzej pojętej gospodarce pozostaje jednak słabe. Wielu ekonomistów opisuje obecną sytuację jako „drugi moment Solowa”, nawiązując do słynnej uwagi Roberta Solowa, legendarnego ekonomisty z MIT, z 1987 roku: „Erę komputerów można zobaczyć wszędzie, za wyjątkiem statystyk produktywności”.
Istnieje wiele powodów powolnego wzrostu produktywności, w tym przede wszystkim dekada niskiego poziomu inwestycji w związku z globalnym kryzysem finansowym z 2008 roku. Mimo tego są podstawy do obaw, że piątka największych firm technologicznych stała się tak dominująca, tak dochodowa i tak wszechogarniająca, że obecnie start-upom bardzo trudno jest rzucić im wyzwanie, co prowadzi do zahamowania innowacyjności. Oczywiście, kiedyś początkujące firmy takie jak Facebook i Google zmiażdżyły Myspace i Yahoo. Ale stało się to zanim wyceny firm technologicznych wystrzeliły do kosmicznych poziomów, dając zakorzenionym na rynku graczom ogromną przewagę finansową.
Dzięki swojemu bogactwu, wielkie firmy technologiczne (tzw. Big Tech) mogą przejąć lub zablokować działania każdej nowej firmy, która – choćby tylko pośrednio – zagraża ich podstawowym źródłom zysków. Oczywiście nieustraszony młody przedsiębiorca wciąż może odrzucić ofertę wykupu, ale jest to łatwiejsze w teorii niż w praktyce. Niewiele osób jest wystarczająco odważnych (lub na tyle głupich), aby dzisiaj odrzucić ofertę miliarda dolarów, w nadziei na znacznie większe zyski w przyszłości. Ponadto istnieje ryzyko, że technologiczni giganci wykorzystają swoje ogromne armie programistów do opracowania prawie identycznego produktu oraz swoje ogromne zasoby prawne do jego obrony.
(...)
To prawda, że są pewne sukcesy. Niezwykła brytyjska firma z sektora sztucznej inteligencji DeepMind, wykupiona przez Google w 2014 roku za 400 milionów dolarów, wydaje się szybko rozwijać. DeepMind słynie z opracowania pierwszego na świecie programu, który pokonał mistrza świata w grze Go. Wydarzenie to podobno skłoniło chińską armię do rozpoczęcia wszechstronnych wysiłków na rzecz uzyskania dominacji w obszarze sztucznej inteligencji. Ale ogólnie rzecz biorąc DeepMind wydaje się być wyjątkiem.
Problemem organów regulacyjnych jest to, że standardowe ramy antymonopolowe nie mają zastosowania w świecie, w którym koszty ponoszone przez konsumentów (głównie w postaci danych i prywatności) są całkowicie nieprzejrzyste. Jest to jednak słaba wymówka dla braku interwencji w przypadku stosunkowo oczywistych działań ograniczających konkurencję, jak na przykład wtedy, gdy Facebook wykupił Instagram (wraz z jego szybko rozwijającą się siecią społecznościową) lub gdy Google wykupił Waze, swojego konkurenta w obszarze map internetowych.
obserwatorfinansowy.pl
czwartek, 7 marca 2019
- Lekarze poznają pracowników po stopach. Są często owrzodzone. Pracownicy mają otwarte rany, problemy z kręgosłupem, depresję. Nie biorą zwolnień, bo to się kończy wyrzuceniem z pracy - (...)
- Co miesiąc trzeba wyrobić większą normę. Jeżeli komuś nie uda się cztery razy, zostaje zwolniony. Pracownik "robi" 20 km dziennie - (...)
Jak mówiła, firmy takie jak Amazon szantażują państwa, wymuszając na nich swoje zasady traktowania pracowników. Dziennikarka tłumaczyła, że korzystają one z różnych luk prawnych. Mogą ustalać sobie dowolne normy pracy, bo kodeks pracy tego nie reguluje, a PIP nie ma narzędzi, żeby kontrolować.
Jak to wygląda w praktyce, wyjaśniał w TOK FM Grzegorz Ilnicki z Ogólnopolskiego Pracowniczego Związku Zawodowego Konfederacja Pracy
- Wątki dotyczące naruszania praw pracy funkcjonują w wysublimowany sposób. Amazon, kiedy broni się przed oskarżeniami, pokazuje czyste hale i mówi "zobaczcie, to wcale nie wygląda tak źle".
- A problem polega na wyśrubowanych normach pracy, czyli liczbie czynności, które trzeba wykonać w określonym czasie - mówił Ilnicki.
Tłumaczył, że Kodeks pracy mówi, że normy są ustalane z uwzględnieniem osiągniętego poziomu techniki i organizacji pracy. Mogą być one zmieniane w miarę wdrażania technicznych i organizacyjnych usprawnień zapewniających wzrost wydajności pracy.
- Co takiego dzieje się z kwartału na kwartał, co usprawiedliwiałoby mówienie ludziom, że muszą pracować wydajniej? - pytał retorycznie.
(...)
Przypomnijmy - Jeff Bezos, założyciel i największy udziałowiec Amazona, jest na pierwszym miejscu listy najbogatszych ludzi świata sporządzonej przez Bloomberga. Jego pracownicy nie są jednak zadowoleni ze sposobu, w jaki firma pomnaża swoją fortunę. Stworzyli międzynarodową akcję protestacyjną.
W ubiegłym tygodniu, w czasie Prime Day, czyli dni specjalnych wyprzedaży, pracownicy w kilku krajach w Europie uzgodnili, że przeprowadzą akcje protestacyjne. W Hiszpanii w strajku wzięło udział 1800 osób, w Niemczech strajkowało już osiem centrów logistycznych.
tokfm.pl
Liczne afisze, które rozwieszono na ulicach Budapesztu, przyciągały wzrok już od kilku miesięcy. Na zarys Królestwa Węgier – które do 1918 r. rozciągało się od Adriatyku aż po Siedmiogród – nałożono współczesne granice kraju w kolorze krwistej czerwieni. W ten sposób zachęcano mieszkańców stolicy do przyjścia na pl. Bohaterów, by obejrzeli plenerową „Rock operę o Trianon” opowiadającą o traktacie, na mocy którego po I wojnie światowej państwo utraciło 72 proc. terytorium i 64 proc. ludności.
Widowisko, wystawione na początku czerwca w 98. rocznicę podpisania układu, przygotowano z rozmachem. Cztery sceny, fajerwerki, 20 aktorów, 200 tancerzy i ponad 100 statystów, do tego konie, motocykle oraz samochody. Nie zabrakło również admirała Miklósa Horthyego, który pojawił się na scenie dwukrotnie. Pierwszy raz na białym koniu, co symbolizowało jego wjazd do Budapesztu 16 listopada 1919 r. To zdarzenie oznaczało przejęcie przez niego władzy i koniec Węgierskiej Republiki Rad. Drugi raz, kiedy w tle odtwarzano jego słowa z 1938 r. Regent oznajmiał w przemówieniu, że po arbitrażu wiedeńskim należące do Czechosłowacji Koszyce wracają do Węgier. Obydwu momentom towarzyszyły brawa kilku tysięcy widzów, choć jest postacią niejednoznaczną. Po II wojnie światowej skazano go na zapomnienie jako sojusznika III Rzeszy, ale od 2010 r., od wygranych przez Fidesz wyborów, przywraca się pamięć o nim i o jego epoce. Przed rokiem premier Viktor Orbán nazwał regenta „wyjątkowym węgierskim patriotą”.
forsal.pl
Wczoraj dziennikarz Fox News zapytał Donalda Trumpa: „Dlaczego mój syn miałby jechać do Czarnogóry, by bronić jej przed napaścią”. – Rozumiem, co mówisz. Sam zadaję sobie to pytanie. (Czarnogórcy – red.) to bardzo silni ludzie. Mogą stać się agresywni i gratulacje, mamy III wojnę światową – odpowiedział prezydent USA. Tymczasem w stołecznej Podgoricy trwa proces najemników, którzy w 2016 r., u progu sfinalizowania procesu akcesji do NATO, próbowali dokonać tam prorosyjskiego zamachu stanu. Rosja wszystkiemu zaprzecza.
Właściciel piłkarskiego klubu PAOK Saloniki Iwan Sawwidi, w Grecji znany jako Sawidis, trafił na czołówki portali w marcu 2018 r., gdy wtargnął z bronią w ręku na boisko i groził śmiercią sędziemu podczas ligowego meczu z AEK Ateny. Ten urodzony w greckiej wiosce w Gruzji biznesmen jest najbogatszym rosyjskim Grekiem. Dobry znajomy prezydenta Władimira Putina przez osiem lat był deputowanym do rosyjskiej Dumy z ramienia kremlowskiej Jednej Rosji. W Grecji poza klubem piłkarskim inwestuje także w miejscowe media. Wspiera prowadzącą w sondażach konserwatywną Nową Demokrację (ND).
ND sprzeciwia się porozumieniu zawartemu w czerwcu przez lewicowego premiera Aleksisa Tsiprasa z jego macedońskim odpowiednikiem Zoranem Zaewem. Układ, na którego mocy postjugosłowiańskie państwo przybiera nazwę Macedonii Północnej, a Ateny w zamian odblokowują jego starania o wejście do NATO i UE, został zgodnie oprotestowany przez opozycję w obu państwach. Tsipras musiał się zmierzyć ze zgłoszonym przez ND wnioskiem o wotum nieufności, a neonazistowski poseł Konstandinos Barbarusis nawoływał nawet do wojskowego puczu. Zaew zaś musiał obalić w parlamencie weto wywodzącego się z opozycji prezydenta Dźorgego Iwanowa.
dziennik.pl
Proceder wywożenia z ziem polskich młodych dziewcząt i sprzedawania ich do domów publicznych całego świata, mimo działań podejmowanych przez społeczników i policję, trwał w latach 20. w najlepsze. Rozpoczął się w latach 60. XIX w., kiedy wielkie porty oceaniczne zostały połączone liniami kursujących regularnie parowców. Obie Ameryki ściągały wtedy z Europy miliony poszukujących pracy imigrantów, wśród których przeważali samotni mężczyźni. W miastach Argentyny, Brazylii, Chile, Stanów Zjednoczonych czy Kanady powstawały niezliczone burdele wszelkich kategorii: od pośpiesznie skleconych bud i namiotów, w których niewykwalifikowani robotnicy płacili za kwadrans z dziewczyną, po wykończone marmurami, kryształami i czerwonym pluszem pałace rozpusty. Brytyjscy dżentelmeni wysyłani do miast kolonii imperium: Kalkuty, Bombaju, Johannesburga, a także do europejskich faktorii handlowych w krajach Dalekiego Wschodu: Szanghaju, Pekinu, Jokohamy, domagali się od przedsiębiorców oferujących usługi seksualne, aby w ofercie mieli przede wszystkim białe dziewczęta.
Otworzył się gigantyczny globalny rynek usług seksualnych, z ogromnym zapotrzebowaniem na pracujące niewolniczo lub półniewolniczo młode kobiety. Początkowo były zwożone przez alfonsów z całej Europy: z Anglii, Francji, Niemiec, Belgii i Holandii. Jednak w tych krajach protestancka i katolicka opinia publiczna bardzo szybko zaczęła się domagać od władz państwowych zdecydowanych działań, by ukrócić zamorski „handel dziewczęcym mięsem”, jak ów proceder wtedy nazywano. Powstały liczne państwowe, wyznaniowe i społeczne organizacje, zazwyczaj sprawnie funkcjonujące, podpisywano międzynarodowe konwencje.
Jednak Rosja nie uczestniczyła w międzynarodowych działaniach zmierzających do ograniczenia zjawiska, Austro-Węgry zaś nie wykazywały specjalnego zaangażowania. Dlaczego? W Rosji porywaniem i wywozem dziewcząt zajęły się żydowskie szajki działające przede wszystkim na ziemiach polskich, gdzie władze rosyjskie ustaliły strefy osiedlenia dla Żydów przepędzanych z innych rejonów imperium. Urzędnicy i policjanci, zgodnie z oficjalną doktryną rosyjskiego państwowego antysemityzmu, nie widzieli powodu, żeby powstrzymywać gangi wywożące w siną dal, najczęściej już na zawsze, żydowskie dziewczęta. Austriacy również chętnie pozbywali się Żydów, niezależnie od płci i wieku. Wkrótce zresztą do żydowskich stręczycieli dołączyli polscy koledzy, pozyskujący dla zamorskich lupanarów katolickie dziewczęta (w Ameryce Południowej, Azji i Afryce najwięcej płacono za blondynki o jasnej skórze), lecz dla władz rosyjskich i austriackich wciąż nie było to powodem do podejmowania działań zapobiegawczych.
tygodnikprzeglad.pl
niedziela, 3 marca 2019
W ciągu tych nieco ponad dwóch lat Polska kompletnie zniszczyła kapitał, który kolejne, różne polskie rządy gromadziły w Europie przez ostatnich dwadzieścia pięć lat. Nie jestem w stanie panu opisać, jak bardzo politycy na Zachodzie są Polską zawiedzeni. Jeszcze trzy lata temu politycy w Paryżu byli zaniepokojeni dobrymi stosunkami polsko-niemieckimi, bo bali się, że Francja może stracić wpływy w Berlinie właśnie na rzecz Polski. Mówiło się o tym, że Francja potrzebuje więcej dyplomatów mówiących po polsku. Francuzi nagle zorientowali się, że Europa Środkowa staje się bardzo ważna.
Ale od czasu zerwania umowy na helikoptery z Airbusem, a potem na skutek rozmontowywania przez Polskę własnego wymiaru sprawiedliwości, cały ten nastrój prysł. Dziś ludzie mówią, że Polska przestała być potrzebna, bo nie wiadomo nawet, jak długo zostanie w Unii Europejskiej i czy to kraj, który chce być częścią tej Europy. Odżywają wszystkie negatywne stereotypy na temat Polski, które – jak sądziłam – zostały już pokonane. Wiele z nich jest niesprawiedliwych i nieuzasadnionych – o tym, że Polacy są zacofani, radykalnie prawicowi, że powszechny jest antysemityzm – ale prowadzą do przekonania, że tego narodu nie da się zintegrować z resztą zachodniej Europy.
kulturaliberalna.pl
Żyjemy w epoce…
Kapitalizmu inwigilacji.
Jakiej?
Do niedawna trwał kapitalizm informacji. Ale szybko się wyczerpał, a przejście od informacji do inwigilacji dokonało się dla większości w sposób niezauważony. Jednak zacznijmy od kapitalizmu informacji, zwanego także kapitalizmem wiedzy. Ten termin pojawił się w latach 90. XX w., gdy zaczęły się rozwijać nowe technologie komunikacji. To właśnie dzięki nim wiedza i informacje miały stać się fundamentem gospodarek. Przy czym przyjęło się uważać, że to po prostu kolejna forma tradycyjnego kapitalizmu. Dużo szkody narobiły prace Manuela Castellsa, hiszpańskiego socjologa, badacza społeczeństwa informacyjnego, który uspokajał, że przejście do nowej ery nie wiąże się z żadnymi wielkimi zmianami. Że wszystko pozostanie po staremu, prócz tego, że w epoce informacji będziemy wykonywać pracę szybciej, wydajniej oraz przy niższych kosztach. Przyjęliśmy bezkrytycznie tę narrację i dopiero po jakimś czasie okazało się, jak błędne było to myślenie. Okazało się, że mieliśmy do czynienia z rewolucją.
Czyli?
Na początku powstały nowe zjawiska rynkowe wymyślone na potrzeby mediów cyfrowych, niezdolne istnieć poza nimi. Zaczęły także obowiązywać nowe reguły gry – pojawiły się niezbyt jeszcze efektywne praktyki śledzenia naszej aktywności w internecie, jak ciasteczka (cookies). Wraz z tym doszło też do pierwszych debat, a nawet prób legislacyjnych, by chronić prywatność oraz dane użytkowników sieci. Niestety, nie przykładaliśmy wtedy do tego należytej wagi, bo w latach 1996–2001 internetowa branża wciąż szukała na siebie pomysłu, a inwestorzy nie mieli pewności, czy w ogóle może ona na siebie zarabiać. Temu przepoczwarzaniu – z ery informacji w epokę inwigilacji – pomogło też to, że zachodnia gospodarka w tamtym czasie przybrała wyjątkowo odrażającą formę. Była nastawiona na skrajną eksploatację konsumenta, nic nie dając mu z zamian. Podsumowując – nie tylko kapitalizm informacji okazał się czymś o wiele istotniejszym, niż myśleliśmy, ale kolejne jego wcielenie – kapitalizm inwigilacji, zaczął rozwijać się, nie napotykając przeszkód i w efekcie stając się dominującą formą dla całej ekonomii, nie tylko tej związanej z siecią.
Z pani prac można się dowiedzieć, że przełomowy dla kapitalizmu inwigilacji był 2001 r. Dlaczego?
Pękła internetowa bańka i Krzemowa Dolina wpadła w panikę. W opałach znalazł się też Google, wówczas firma raczkująca, oferująca bardzo dobrą wyszukiwarkę, lecz wciąż niegenerująca zysków – a więc pod presją ze strony inwestorów. W owym czasie relacje koncernu z reklamodawcami były tradycyjne. Firma kojarzyła ich produkt ze słowem kluczem wpisanym przez internautę do wyszukiwarki i pokazywała mu ogłoszenie. Inżynierowie Google’a zaczęli jednak przeglądać serwery z danymi pozostawionymi przez użytkowników i odkryli, że pozostawiają oni po sobie dużo więcej informacji niż tylko wpisana fraza. Że zostaje po nich ślad informacyjny, czyli dane o tym, kim są, w jakim wieku, gdzie mieszkają, co ich interesuje czy czego szukają w sieci. Pojawił się pomysł, by ten ślad wykorzystać do próby przewidzenia zachowania klientów – i od wyników tej projekcji uzależnić wyświetlanie reklam. To był całkowicie nowy rodzaj gry. Do tego Google zastrzegł, że nie wyjawi światu swojego „patentu”. Nikomu się to nie podobało, ale też nikt za bardzo nie narzekał, bo nowa strategia okazała się sukcesem. Między 2001 r. a 2004 r., kiedy to firma dopracowała technologię, jej przychody wzrosły o 4 tys. proc.
I zaczął się kapitalizm inwigilacji.
Dokładnie. Na rynku pojawił się nowy produkt, możliwy dzięki zupełnie nowemu surowcowi. Surowcem stał się ślad, jaki pozostawiamy po sobie w internecie, zaś produktem – przewidywanie naszych zachowań. Ten produkt jest sprzedawany na rynki, które skupił wokół siebie Google. Powszechnie myśli się, że to branża reklamowa, ale to błąd. Te rynki też są nowe. To rynki przewidywania przyszłych zachowań ludzkich (behavioral futures markets). Zostały stworzone, by służyć reklamie na podobnej zasadzie, co masowa produkcja branży motoryzacyjnej – taśmę wymyślono po to, by zwielokrotnić zyski. Dzisiaj już widzimy obecność tych nowych rynków w bardzo wielu sferach naszego życia: w ubezpieczeniach, handlu, bankowości, polityce – co pokazała nam afera związana z Facebookiem i firmą Cambridge Analytica. FB właśnie odpowiedział na pytanie rządowego US House Energy & Commerce Committee – w 750-stronicowym dokumencie przyznał się, że dane użytkowników przekazywał lub sprzedawał 52 firmom z branży IT. Warto także wiedzieć, że nad technologią będącą fundamentem kapitalizmu inwigilacji pracowała w Google’u Sheryl Sandberg, obecna szefowa operacyjna Facebooka, nie dziwi więc, że to te dwie firmy są liderami nowej formy gospodarki. Na bazie ich sukcesu ten model rynkowy stał obowiązujący. I gdziekolwiek spojrzymy, tam trwa wyścig o zbieranie danych o naszych zachowaniach w celu kreowania produktu zgodnego jak najbardziej z naszym pożądaniem. Kapitalizm inwigilacji wylał się z sieci nawet do świata offline’u. A to przecież nie koniec, bo rynek, jak natura, jest wciąż w ruchu, ewoluuje.
Dokąd więc zmierzamy?
Jak zawsze – toczy się odwieczna walka o to, kto będzie miał najlepszy produkt na rynku. Surowcem jest ślad informacyjny, wobec czego rynek poszukuje sposobów na usprawnienie metod projektowania naszych oczekiwań. A o wiele łatwiej coś przewidzieć, jeśli najpierw dokona się ingerencji w zachowanie tak, by przybrało ono pożądane formy. Co więc się dzieje? Dynamika kapitalizmu inwigilacyjnego prze coraz bardziej w kierunku wcielania w życie programów modyfikacji naszych zachowań. Mówiąc wprost – rynek usiłuje nas, jako klientów i konsumentów, coraz mocniej popychać w preferowanym przez siebie kierunku, próbuje wpływać na nasze opinie, niekiedy wręcz zaganiać w określone miejsca niczym owce na pastwisku. To jest obecny kierunek rozwoju rynku.
forsal.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)





