piątek, 17 sierpnia 2018


Rafał Matyja: (...) Jesteśmy zatem w pułapce rozdętego do granic konfliktu politycznego, który rozgrywa się między PO i PiS – dwiema partiami centroprawicowymi, które w genezie były do siebie bardzo podobne.

Kto zaczął?

To jest pytanie z poziomu piaskownicy, trzeba by je zadać uczestnikom sporu. Próbowałem kiedyś prześledzić jego historię: wcześniej artykułował go Tusk, ale jednak prowokowany przez wypracowany przez Kaczyńskiego podział na Polskę solidarną i liberalną. Stało się to w 2005 roku, kiedy okazało się, że koalicja PO-PiS nie jest możliwa, choć wcześniej przecież politycy obu partii mówili o „braciach z Platformy i braciach z PiS-u”. Myślę, że Kaczyński i Tusk decyzję o tym, że nic z tego nie będzie, podjęli jednocześnie, bo te partie były zbyt blisko siebie, i potem już tylko sprawdzali, na ile można grać z partnerem va banque. Obydwu panom było to bardzo na rękę.

Być może to się musiało załamać? Wątły konsensus, który pozwolił Polsce przetrwać lata 90. w jako takim politycznym spokoju, oparty był na wizji wejścia Polski do UE i NATO. W 2005 roku te marzenia już się spełniły…

Nie, ja dostrzegam tutaj inną przyczynę. W 2004 roku załamały się wpływy SLD, który zgarniał dużą część wyborców lewicowych i liberalnych, znacznie większą, niż by to wynikało z jego postkomunistycznego charakteru. Jednocześnie w roku 2005 do Sejmu weszły ponownie dwie antyeuropejskie partie, czyli Samoobrona i LRP, co pokazuje, że ten konsensus nie był pełny. I z analizy elektoratów wyszło, że PiS, idąc na walkę z PO, miał drogę otwartą do pozyskania wyborców Samoobrony i LPR, bo ci przede wszystkim nie znosili liberałów. Tusk natomiast mógł przejąć dużą część elektoratu SLD, który przede wszystkim nie lubił PiS-u i Kościoła.

Ale chyba nie tylko politycy odpowiedzialni są za podsycanie konfliktu, który wtedy się rozpoczął.

Również media, które nazywam tożsamościowymi, czyli te, które dostarczają pociechy swoim odbiorcom i utwierdzają ich w przekonaniu, że wartości przez nich wyznawane są słuszne. Na szczęście istnieją media i dziennikarze, którzy mimo swoich poglądów – lewicowych, liberalnych czy prawicowych – wznoszą się ponad logikę dwóch walczących armii. Media tożsamościowe są niebezpieczne, bo nie dość, że podsycają konflikt, to odwracają uwagę odbiorców od rzeczywistych wyzwań, które nie mieszczą się w logice debaty PiS – antyPiS. A wiemy, że tematy dotyczące spraw spoza tego sporu – peryferyjności, kwestii społecznych, rynku pracy – przebijają się w mediach z trudem. Wielu dziennikarzy reaguje znudzeniem, gdy próbuję mówić o samorządach, centrum rządu. Czekają, by zadać jeszcze jedno pytanie o Kaczyńskiego czy Tuska lub o którąś z symbolicznych awantur.

krytykapolityczna.pl

poniedziałek, 13 sierpnia 2018


W biedniejszych – i przez to często patologicznych – środowiskach stosuje się inne niż w warstwach uprzywilejowanych modele wychowania. To one w dużym stopniu odpowiadają za gorsze wyniki w nauce i testach na inteligencję. Problemem zajęła się Annette Lareau z University of Pennsylvania, badaczka norm kulturowych w różnych kręgach społeczeństwa amerykańskiego. Razem ze swoimi asystentami spędziła ponad 20 lat w salonach i nędznych przyczepach kempingowych służących za mieszkania, obserwując funkcjonowanie rodzin. Zauważyła, że przedstawiciele klas wyedukowanych i nizin społecznych nie reprezentują stylów rodzicielstwa z przeciwnych końców tego samego kontinuum, ale tworzą zupełnie różne teorie i wzorce wychowania dzieci.

Dzieci z tzw. dobrych domów wzrastają w atmosferze określanej przez Lareau zgodnym wychowaniem. Ich rodzice angażują się we wszystkie dziedziny życia swoich pociech. Podejmują spójne wysiłki, by dostarczyć im nieprzerwany strumień stymulujących informacji, wrażeń i doświadczeń. Wożą je z jednych zajęć na drugie i pilnują, by w trakcie 10-minutowej przerwy między tenisem a nauką kodowania ich latorośl odrobiła pracę domową z fizyki jądrowej. Reżim nie do pozazdroszczenia. Ale czy będąca jego skutkiem dojrzałość społeczna nie jest warta największego wysiłku? Dzieci wiedzą, jak się obracać w świecie zorganizowanych instytucji, sztywnych reguł i konwenansów. Umieją występować przed publicznością, robić dobre wrażenie i rozmawiać z dorosłymi, patrząc im prosto w oczy. Niektóre nawet przewidują konsekwencje swoich czynów.

Gdy Annette Lareau pokazywała gorzej sytuowanym rodzicom grafik zajęć pewnej zamożnej rodziny, łapali się za głowę. Uważali, że z powodu stresu, tempa i obciążeń dzieciaki z bogatych domów muszą być niewiarygodnie smutne. Przedstawiciele niższych klas społecznych byli pewni, że pozwalając własnym dzieciom na więcej wolności, uszczęśliwiają je i uczą samodzielności. Rzeczywiście, były bardziej rozluźnione, energiczne i spontaniczne. Rzadziej też narzekały na nudę. Lareau dostrzegła wiele zalet modelu wychowania w niższych klasach. Ale zwróciła też uwagę na jego wady. Za małą wagę przywiązuje się w nich do wpajania zasad współczesnej ekonomii – oceniała. Wprawdzie uboższe dzieci mają lepszy kontakt z dalszymi krewnymi i kolegami z podwórka, lecz w sytuacjach publicznych, oficjalnych tracą całą pewność siebie. Ich zdolności komunikacyjne, językowe pozostawiają wiele do życzenia, co zdecydowanie odróżnia je od rówieśników z elitarnych dzielnic i szkół prywatnych. Słabiej też kontrolują swoje emocje i impulsy.

„Efekty widać gołym okiem. Studenci z najbiedniejszych ćwierci populacji mają 8,6 proc. szansy na zdobycie dyplomu. Studenci z najbogatszej ćwierci – aż 75 proc.” – pisze David Brooks w książce „Projekt życie”. I cytuje Jamesa J. Heckamana, laureata Nagrody Nobla z ekonomii: „50 procent różnic w dochodach w trakcie całego życia determinują czynniki obecne w życiu człowieka przed ukończeniem osiemnastu lat. Większość tych różnic wiąże się ze zdolnościami nieuświadomionymi, takimi jak postawy, postrzeganie i normy”.

focus.pl

„Naprawdę nie chciałem zepsuć internetu” – mówi Ethan Zuckerman, który wynalazł reklamy pop-up. „Naprawdę nie chciałem truć ludziom życia. Jest mi niesłychanie przykro”.

„Budzę się często zlany potem i myślę: »co zgotowaliśmy światu«?” – to Tony Fadell, jeden z ojców iPoda.

„Znacie ten odcinek Black Mirror, w którym każdy ma obsesję na punkcie lajków?” – pyta Leah Pearlman, współwynalazczyni lajków. „Nagle zaczęłam się bać, że stanę się takim człowiekiem. I że sama to innym umożliwiłam”.

„Byliśmy głupi” – mówią jednym głosem złote dzieci Doliny Krzemowej. „Myśleliśmy, że pchając technologię do przodu łączymy ludzi, niesiemy Globalnemu Południu narzędzia budowania demokracji i udostępniamy darmową wiedzę”.

Nie wyszło, bo – jak opowiadają „New York Magazine” – wszystko zepsuł pan kapitalizm. Żeby internet pozostał darmowy, trzeba było zbudować potężny model biznesowy oparty na pochłanianiu uwagi internautów. A jak najłatwiej zwrócić czyjąś uwagę, wiedziano już od czasu powstania mediów masowych: szokowaniem, wkurzaniem i podsuwaniem wrogów.

„Marzenie Doliny Krzemowej o stworzeniu usieciowionej utopii skończyło się globalną budą z jednorękimi bandytami opanowaną przez spam, cybersebiksów i Władimira Putina” – pisze Noah Kulwin, autor wywiadu, zauważając, że ostatnie lata w coraz bardziej spersonalizowanym, ubańkowionym internecie przyniosły światu niespotykaną do tej pory polaryzację postaw, nienawiść reprodukowaną kliknięciami użytkowników. A w efekcie – Trumpa i Brexit.

Putin jest oczywiście zachwycony, że udało mu się przyczynić do czegoś, co politologowie nazywają „powrotem wielobiegunowego świata”, gdzie Putin, rzecz jasna, jest jednym z biegunów. Co wolno kapitałowi na Zachodzie – dzielić i rządzić (w rozproszeniu) – nie wolno jednak w Rosji, która od lat kroczy w awangardzie cenzurowania internetu. Czynność ta w krajach liberalnej demokracji pozostaje (jeszcze) tabu. Od 2008 roku w Rosji funkcjonuje rejestr stron zakazanych, a wprowadzane później ustawami zakazy używania brzydkich słów, propagowania homoseksualizmu czy ekstremizmu uderzają przede wszystkim w internetowych aktywistów.

Teraz Rosja – a dokładnie Roskomnadzor, federalna służba odpowiadająca za kontrolę mediów – wzięła się za komunikator Telegram, jeden z najbardziej znanych dzieł rosyjskiej branży IT. Jego twórca, Paweł Durow, odmówił udostępnienia służbom – oczywiście w celu walki z ekstremizmem – kluczy kryptograficznych do deszyfrowania wiadomości przesyłanych przez użytkowników. W odpowiedzi dokonano próby zablokowania komunikatora, ale oczywiście nie jest to tak proste, jak w przypadku pojedynczej witryny.

W wyniku ścigania się z Durowem (i VPN-ami), czyli blokowania milionów adresów IP związanych z Telegramem, Roskomnadzorowi udało się, według doniesień mediów, doprowadzić np. do problemów z funkcjonowaniem m.in. terminalów płatniczych i kas w supermarketach, Asany, Vibera, Microsoft Office’a, Play Station, Xbox Live, a nawet Tindera. Przypadkowo odblokowano też wpisane w 2014 roku na czarną listę opozycyjne portale internetowe: kasparov.ru i grani.ru. Roskomnadzor zaczął temu wszystkiemu na swojej stronie zaprzeczać, ale dementi nie można było przeczytać, gdyż strona padła ofiarą ataków DDoS.

Roskomnadzor wkurzył się tą kompromitacją i ogłosił, że zamierza zatem do końca roku zablokować na terenie Rosji Facebooka, od którego już od lat bezskutecznie żąda przechowywania danych rosyjskich użytkowników na serwerach znajdujących się na terenach Rosji.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 7 sierpnia 2018


Volkswagen, BMW i Daimler czy może jednak Tesla? Barclays na prawie 90 stronach raportu zestawia spółkę Elona Muska z pomysłami na samochody elektryczne weteranów branży motoryzacyjnej. Najbliższe lata mają być kluczowe, bo weterani nie zamierzają odpuszczać pomimo wielu lat na karku. 

Brytyjski bank nie obstawia jeszcze zwycięzców i przegranych wyścigu o prym na rynku samochodów elektrycznych, ale postanowił zestawić muskową pogoń za automatyzacją z ideą przemysłu 4.0 forsowaną przez największe przedsiębiorstwa branży motoryzacyjnej.

(...)

Ta pogoń niestety okazała się zbyt idylliczna – sam Musk w tweecie z połowy kwietnia przyznał, że ludzie są niedoceniani i automatyzacja powinna nieco zwolnić tempa, a nawet częściowo zawrócić. Zrzucenie większości procesów na „barki” robotów skończyło się dla Tesli ciągłym łataniem procesów i walki z wąskimi gardłami, które na stałe wpisały się już w harmonogram produkcji modelu 3.

I w tej kwestii szale przeważają na korzyść niemieckich producentów i „innych dinozaurów”, którym Tesla miała pokazać, kto rządzi na dzielni. Dinozaury natomiast skupiły się na przemyśle 4.0, czyli harmonizowaniu pracy robotów, ludzi i procesów – i niewątpliwie mają w tym znacznie dłuższe doświadczenie niż Tesla w automatyzacji. Przykładowo Toyota od lat implementowała w swoich fabrykach idee just-in-time czy Lean management. Jednym z elementów całej układanki stała się także judoka, czyli automatyzacja „z ludzkim sznytem” – skupienie na zatrzymywaniu problematycznych procesów i natychmiastowe ich rozstrzyganie. Japoński producent był przekonany, że w tym procesie niezbędny jest człowiek ze swoimi oczami, uszami i doświadczeniem.

bankier.pl

niedziela, 5 sierpnia 2018


- Im szybciej zaakceptujemy fakt, że w gruncie rzeczy straciliśmy naszą prywatność, tym szybciej możemy usiąść i odbyć bardzo ważną debatę, która zapewni, że ten nowy świat będzie nadal bezpiecznym i nadającym się do zamieszkania miejscem do życia – mówił dr Kosiński w rozmowie z „CBS Evening News”.

Metodologia badania społecznego dr Kosińskiego jest niezwykle precyzyjna i skuteczna. Ślady jakie zostawiają w sieci internauci pozwalają dokładnie określić nie tylko ich pochodzenie etniczne, wyznanie, poglądy polityczne i preferencje seksualne ale nawet wygląd, poziom inteligencji czy zainteresowania.

- To nie moja wina. To nie ja zbudowałem bombę. Ja tylko pokazałem, że ona istnieje – mówi naukowiec.

(...)

- Na podstawie lajków z Facebooka, algorytm jest w stanie przewidzieć ze skutecznością od 60 do 93 proc. fakty na temat życia każdej jednostki – tłumaczył dr Michał Kosiński na jednym ze spotkań branżowych. – Na podstawie 70-100 lajków, algorytm jest w stanie zdobyć podobną wiedzę na temat jednostki, co jego rodzina. Na podstawie 250 lajków, system będzie znał nas lepiej niż małżonek.

forsal.pl

środa, 1 sierpnia 2018


Po wejściu w życie ustawy Smoota–Hawleya do końca 1932 r. obroty w handlu światowym spadły o 47 proc. Wkrótce w krajach uprzemysłowionych pracę straciło 34 mln ludzi. Do tego jeszcze niemal ustał międzynarodowy handel żywnością. W tym sektorze gospodarki wartość zawieranych kontraktów zmalała o 75 proc. Dla amerykańskich farmerów oznaczało to wyrok śmierci. Lato 1930 r. przyniosło im wspaniałe plony z obsianych po same brzegi pól. Tylko nikt nie chciał ich kupić. Do tego jeszcze nisko oprocentowane pożyczki z budżetu federalnego zachęcające do zwiększenia produkcji nagle stały się kamieniem u szyi. „Ceny produktów rolnych spadły, co doprowadziło do bankructwa dziesiątki tysięcy rolników. Buszel pszenicy, który w 1929 roku był sprzedawany za dolara, około 1932 roku kosztował jedynie 30 centów” – pisze Lawrence W. Reed.

forsal.pl

Na ulicach Węgrowa w dniu likwidacji getta zabito około tysiąca Żydów. Przyglądający się rzezi Polacy zrywali z martwych ubrania i wyrywali im złote zęby. „Złote koronki z zębów ściągano różnymi narzędziami. Z tego powodu nazywano ich w Węgrowie 'dentystami'. Dentyści sprzedawali swój towar przy pomocy różnych pośredników. Gdy jednemu z tych pośredników, który był urzędnikiem sądowym, powiedziano, że na tym złocie jest ludzka krew, odpowiedział: 'nic podobnego, sam je dokładnie oczyściłem'”.

Inne przytoczone przez profesora Grabowskiego świadectwo pochodzi od strażaka Janiszewskiego: „Zdjąłem trupowi kolczyki i pierścionek i oddałem je komendantowi policji granatowej. A za to otrzymałem pozwolenie zatrzymania butów zdjętych z trupa zabitej Żydówki. W tych butach chodziła później moja żona”. Tenże sam Janiszewski zobaczył innym razem, że „obok trupa leżała szczęka kauczukowa ze złotą koronką, od której szpadlem odrąbałem koronkę i schowałem do kieszeni”.

Członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej najmowali się do pomocy Niemcom bez przymusu, wręcz na ochotnika. Po likwidacji getta w Węgrowie wraz z granatową policją i miejscową ludnością przeczesywali dom po domu, wyciągając Żydów z kryjówek. „Dodatkową zachętę stanowiło ćwierć kilo cukru, które Niemcy obiecali wydać polskim ochotnikom za każdego doprowadzonego Żyda” – pisze prof. Grabowski, przytaczając relację Efraima Przepiórki.

Innym razem ochotnikom rozdawano wódkę: „Jeden z żandarmów wezwał osoby biorące udział w łapaniu Żydów, by podniosły rękę do góry. Dużo osób podniosło ręce. Niemcy zaczęli rozdawać wódkę. Najbardziej zasłużeni dostawali po półtora litra wódki, a reszta po pół litra”.

Wyłuskiwanych z kryjówek Żydów prowadzono najczęściej na miejscowy kirkut, gdzie dokonywano egzekucji. To właśnie podczas tej ostatniej drogi żonie Fiszmana „gdyby nie była w stanie dość szybko ściągnąć kolczyków – próbowali obciąć uszy”. A do towarzyszącej jej Żydówki „Polacy wołali: 'oddaj nam swoje buty!'. A ona na to: 'Nie chcecie poczekać, aż mnie zabiją?'. Na to Niemiec kazał zdjąć jej buty (…) i powiedział do Polaków – teraz weźcie sobie jej buty”.

newsweek.pl

Wiktoria Bieliaszyn: Putin obiecał, że nie będzie kandydować w 2030 roku. Słyszałeś coś o tym?

Dmitry Glukhovsky: Nie odebrałbym tego jako obietnicy. Putin powiedział wprawdzie, że będzie już wtedy bardzo stary, ale zadał przy tym, niby żartem, pytanie: „Chcecie, żebym był prezydentem w wieku stu lat?”. I tak mi się wydaje, że gdyby to pytanie znowu padło, załóżmy, przed wyborami 2030, to społeczeństwo odpowiedziałoby: tak! (śmiech). Zresztą, teraz też się upewniał: „Chcecie, żebym był waszym prezydentem?” i, rzecz jasna, wszyscy powiedzieli: „Tak. Bardzo chcemy, żeby był pan naszym prezydentem przez kolejne sześć lat, które miną jak z bicza strzelił”.

Trudno sobie wyobrazić Rosję bez Putina?

Wręcz przeciwnie. Jak na pewno wiesz, śmierć Józefa Stalina była prawdziwą tragedią narodową. Miliony ludzi wyszły wtedy na ulicę, a w zamieszkach zginęło wiele osób. Niemalże wszystkim wydawało się wtedy, że to koniec, że nasze państwo nie będzie w stanie funkcjonować bez takiego przywódcy. I co się stało? Krótko po jego śmierci sytuacja nie tylko się nie pogorszyła, ale wręcz przeciwnie, widoczna była znacząca poprawa. Państwo świetnie funkcjonowało bez Stalina. Skoro więc poradziliśmy sobie ze stratą dyktatora, to czy można mieć wątpliwości, że poradzimy sobie bez Putina, który sprawuje władzę o wiele bardziej kolegialnie? Którego cechy osobiste w znacznie mniejszym stopniu przekładają się na sposób rządzenia? I wreszcie, co również ważne, który nie jest tak zideologizowany?

Po śmierci Stalina ludziom w kraju zaczęło żyć się lepiej, więc nie ma powodu, żeby bać się odejścia Putina?

Rosja już przecież przeżyła krótki moment bez Władimira Władimirowicza – myślę o kadencji Dmitrija Miedwiediewa w latach 2008-12. Wzrósł wtedy poziom społecznej odpowiedzialności, nabrała znaczenia klasa średnia, poprawił się stan rosyjskiej gospodarki, pojawiła się swoista transparentność. I chociaż wielu śmiało się do rozpuku z aparycji Miedwiediewa, jego komicznych gestów czy zachowań, to trzeba przyznać, że kiedy on sprawował urząd prezydenta, rosyjska retoryka uległa zmianie i nasze państwo obrało właściwy kurs. Jedyny problem z Miedwiediewem polegał na tym, że ludzie zaczęli wierzyć w jego obietnice. A kiedy różnica między tym, co obiecano, a tym, co rzeczywiście się działo, stała się już tak wielka, że nie można było jej ignorować, pojawiło się zniecierpliwienie i pytania: czy to były tylko żarty? A może działania służb?

Ale wrócił Putin i to wszystko chyba straciło na znaczeniu?

Bynajmniej. Powrót Putina doprowadził do tego, że rozwinęła się jakakolwiek aktywność protestacyjna. Ludzie wcale nie mieli ochoty wracać do hermetycznego modelu państwa KGB. Po jakimś czasie przekonaliśmy się jednak, że ci, którzy rządzą telewizją, rządzą też państwem. Ludzi można dowolnie nastroić, nawet zmienić ich punkt widzenia o 180 stopni, zwłaszcza, jeśli używa się do tego pewnych archetypów i mitów.

Na przykład?

Na przykład mit oblężonej twierdzy, przekonanie o ciągłej rywalizacji, przeświadczenie o istnieniu wroga, którego celem jest zniszczenie nas, poszukiwanie piątej kolumny, poszukiwanie wroga działającego od wewnątrz… Tworzenie atmosfery strachu. Wykształcanie potrzeby posiadania przywódcy. To wszystko mechanizmy wykorzystywane od wieków, zarówno w europejskich, jak i nieeuropejskich społeczeństwach. Tutaj po raz kolejny zadziałały.

krytykapolityczna.pl

sobota, 28 lipca 2018


Wróćmy jeszcze do składowania odpadu. Na przykład Niemcy wywożą swój plastik do Chin.

Tak – i potem ładnie wyglądają w statystykach. Ale na pewno teraz się to zmieni. Chiny przez długi czas wykupywały dużą część odpadów, trudno powiedzieć dlaczego, bo ich system gospodarowania odpadami nie jest zbyt przejrzysty. Prawdopodobnie obliczyli, że będzie im się opłacać spalanie ich na produkcję energii. Jednak kilka miesięcy temu zrezygnowali z tego, przestali importować plastikowe odpady. I nagle powstał ogromny problem – okazało się, że nikt inny nie jest nimi zbyt zainteresowany, ceny wykupu spadły o kilkadziesiąt procent. Firmom recyklingowym nie opłaca się ich sprzedawać, więc plastik gromadzi się i nikt nie wie, co z nim zrobić. To tylko kolejny wykrzyknik pokazujący, że już naprawdę najwyższy czas przewartościować obecny krótkowzroczny, linearny sposób produkcji i wyrzucania.

Jakie są inne konsekwencje nadmiernej produkcji śmieci? Oprócz tego, że już nie mamy gdzie ich przechowywać.

Na przykład to, że mnóstwo śmieci ląduje w oceanach. Według raportu przygotowanego dwa lata temu na Światowe Forum Ekonomiczne w 2050 roku będzie w oceanach więcej plastiku niż ryb, a już teraz jest go więcej niż planktonu. Zwierzęta zjadają większe kawałki plastiku i blokują sobie układ pokarmowy, w wyniku czego umierają. Część plastiku rozpada się na tzw. mikrocząsteczki, które fauna morska myli z planktonem – w ten sposób dostają się do łańcucha pokarmowego, którego częścią jesteśmy też my, ludzie. Mikrocząsteczki znajdują się już niemal wszędzie – w soli, ale i w wodach śródlądowych czy w atmosferze. Więc plastik wraca do nas niczym bumerang, trafiając nawet do naszych organizmów.

Często mówi się też o toksynach w materiałach opakowaniowych, co jest dość kontrowersyjnym tematem. Istnieją dwa obozy. Jeden twierdzi, że takie substancje jak ftalany, bisfenole i substancje zmiękczające używane do produkcji jednorazowych opakowań są toksyczne i mogą przedostawać się do żywności. Drugi, wspierający producentów jednorazowych opakowań, zaprzecza temu.

krytykapolityczna.pl

W poniedziałek kanał Channel 4 News wyemitował nagrane z ukrycia rozmowy reportera stacji z czołowymi postaciami w Cambridge Analytica, w tym m.in. z Nixem oraz dyrektorem zarządzającym spółki zależnej Cambridge Analytica - CA Political Markiem Turnbullem; z nagrań wynika, że firma proponowała potencjalnym klientom usługi polegające na szantażowaniu politycznych rywali i rozpowszechnianiu fałszywych informacji, aby zniszczyć ich reputację.

Nix tłumaczył m.in., że oprócz wyszukiwania kompromitujących informacji o politycznych rywalach firma jest także w stanie przeprowadzić pokazowe próby działań korupcyjnych, które byłyby nagrane ukrytą kamerą i opublikowane w internecie, a nawet zastawić pułapki przy udziale prostytutek.

We wtorek Channel 4 wyemitowało kolejne nagrania rozmów, w których Nix oraz Turnbull przechwalali się zakresem pracy na rzecz kampanii wyborczej amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w trakcie wyborów w 2016 roku. Dokładna rola CA w wyborze Trumpa na prezydenta USA nie jest znana, ale firma informuje na swojej stronie internetowej, że "zapewniła kampanii (...) wiedzę ekspercką, która pomogła zdobyć Biały Dom". Zgodnie z oficjalnymi sprawozdaniami za usługi świadczone od czerwca 2016 roku CA otrzymała co najmniej 6,2 mln dolarów.

Prezes Cambridge Analytica ocenił m.in., że kandydat w wyborach jest zawsze "marionetką" swojego zespołu, która "nigdy, nigdy nie jest zaangażowana" w ustalanie szczegółów kampanii.

"My zrobiliśmy całe przygotowanie, wszystkie dane, całą analizę, całe przygotowanie pod kątem określonego wyborcy, całą kampanię cyfrową i telewizyjną" - mówił Nix.

Z kolei Turnbull tłumaczył reporterowi Channel 4 - który podał się za potencjalnego klienta - w jaki sposób Cambridge Analytica wykorzystuje inne organizacje do rozpowszechniania negatywnych przekazów o konkurentach politycznych ich klientów.

"My tylko wrzucamy to do obiegu i patrzymy, jak to rośnie; czasem tylko popchniemy trochę tu i tam, żeby nabrało kształtów. Te rzeczy przenikają do społeczności internetowej i rosną, bez użycia żadnej marki - więc nie da się tego nikomu przypisać ani znaleźć źródła" - mówił.

Wcześniej w niedzielnym wydaniu "Observera" ujawniono, że firma prawdopodobnie naruszyła prawo, pozyskując i wykorzystując w celach komercyjnych dane dotyczące nawet 50 milionów osób zarejestrowanych na Facebooku (ok. 1/3 wszystkich użytkowników w Ameryce Północnej), które były następnie wykorzystywane w celu przewidywania ich decyzji wyborczych i wpływania na nie w kampanii prezydenckiej w 2016 roku.

"Użyliśmy Facebooka do pozyskania milionów profili osób, a następnie zbudowaliśmy modele, które wykorzystywały to, co o nich wiedzieliśmy, i ich wewnętrzne demony (w celu tworzenia skutecznych przekazów politycznych). To był fundament, na którym zbudowano całą firmę" - powiedział w rozmowie z "Observerem" były szef działu badań CA, Chris Wylie.

PAP

wtorek, 24 lipca 2018


Spiker rumuńskiej telewizji oznajmia, że sekretarz generalny partii Nicolae Ceausescu głęboko boleje nad postawą Rumunek, które nie chcą rodzić dzieci. Żeby pomóc im zmienić to egoistyczne nastawienie, towarzysz Ceausescu wprowadza Dekret nr 770, na mocy którego dokonywanie aborcji będzie odtąd karane więzieniem.

- W ten sposób - oświadcza spiker - zapisujemy nową kartę historii w naszej chwalebnej walce przeciwko dekadencji imperializmu.

Od 1 października 1966 roku prawo do antykoncepcji i aborcji mają tylko te kobiety, które wywiązały się z patriotycznego obowiązku i urodziły przynajmniej czworo dzieci. Albo skończyły czterdzieści lat i wzrasta ryzyko, że powiją dziecko ułomne, gdy tymczasem naród potrzebuje „witalności, młodości i wigoru”.

(...)

Nazajutrz dzienniki z niekłamanym uznaniem piszą o dalekowzrocznej polityce sekretarza generalnego, który dokłada wszelkich starań, by uczynić z Rumunii światową potęgę. Partia ukuwa hasło „Dwadzieścia pięć milionów Rumunów w 2000 roku!”. Brakuje jeszcze sześciu milionów, dlatego obywatelki muszą brać się do roboty.

Będzie im łatwiej, bo ze sklepów znikają prezerwatywy. Czasem można jeszcze kupić spod lady globulki z chininą, które pieką tak bardzo, że bardziej przypominają środek żrący niż antykoncepcyjny. Ale i tak wszyscy są przyzwyczajeni, że problem niechcianych ciąż rozwiązuje się aborcją.

Rumuni są zdezorientowani: uchwałę przyjęto z dnia na dzień, a większość kobiet nie ma pojęcia o swojej fizjologii. Edukacja seksualna nie istnieje, mało która matka potrafi rozmawiać z córką o zapobieganiu ciąży. Koleżanki szepczą sobie na ucho: „Wlej do środka wrzącą mamałygę”, „Skacz na jednej nodze”, „Biegaj po schodach”.

W 1967 roku w Rumunii przychodzi na świat dwa razy więcej niemowląt niż jeszcze rok wcześniej. Dzieci z tego rocznika, rekordowego w historii kraju, jak żadne inne poczują na własnej skórze niewydolność państwa: zabraknie dla nich miejsc w żłobkach, przedszko-lach, szkołach, zabraknie dla nich pracy i mieszkań.

(...)

Pani Oana jest pulchną sześćdziesięciolatką o mahoniowych włosach. Mówi szybko i często się śmieje, nawet z rzeczy, które mało kogo by śmieszyły. Kiedyś była inżynierem, teraz jest już na emeryturze.

- Każdy zna te historie. Ktoś doniósł, więc ktoś dostał wyrok. Kobieta, która miała aborcję, szła na sześć miesięcy do więzienia, lekarzowi wlepiali jakieś dwa lata i grzywnę. W szpitalach były specjalne komisje, które badały, jak wyglądało łyżeczkowanie pacjentki z krwotokiem: czy jej ktoś wcześniej nie pomagał poronić. Kobiety wkładały do macicy wszystko, co było ostre. Wiadomo, robiły się rany, ale o to chodziło, żeby wywołać krwotok i żeby to się wreszcie wylało. Na wsi to się używało wrzeciona, drutów, szydełek, ale też korzenia chrzanu, łodyg jakichś roślin, dziurawca, lubczyku. Najlepszy był łopian, bo miał długą, twardą łodygę, stosowało się go do leczenia ran. Łopian działał odkażająco i był jak nóż. Idealny. Nie mogę patrzeć spokojnie, jak kobieta robi na drutach. Mnie się te druty kojarzą z jednym. Może to jakaś obsesja jest, nie wiem. Ja mam prawie sześćdziesiąt jeden lat, to chyba powinnam już o tym zapomnieć, prawda? Wyjechaliśmy z mężem za miasto niedawno, on łowi ryby, ja sobie usiadłam na kocu, patrzę na krzewy, na piołun, pokrzywę, osty, myślę: „Tym by się dało; tym nie”.

Kobiety umierały od tego. Wykrwawiały się albo zabijało je zakażenie.

- A nie wolno było udzielić pomocy krwawiącej kobiecie, póki nie wyda tego, kto przeprowadzał aborcję. To sobie pani może wyobrazić, jaki to był wybór. Trafiali na przykład na trop akuszerki, a ona miała w ciągu ostatniego miesiąca trzy kobiety u siebie. No to trafiali też do tych kobiet. A u nich w domu po dwoje, troje dzieci i nikt się nie zastanawia, co z nimi będzie, jak matka trafi do więzienia. Tyle złamanych ludzkich życiorysów.

(...)

Dan, rocznik 1974, pierwsze dziecko, opowiada:

- Mój dobry kolega z podstawówki wychowywał się bez matki i nigdy o niej nie wspominał. Dopiero gdy mieliśmy już po dwadzieścia parę lat, a znaliśmy się przecież od dziecka, upił się ze mną i powiedział, że jego matka umarła z wykrwawienia, w szpitalu, bo nie chciała wydać człowieka, który przeprowadzał aborcję. Jego ojciec siedział przy jej łóżku i błagał ją, by powiedziała, bo jest z nią bardzo źle, bo umiera, a on nie da sobie rady z dzieckiem. Ale ona się zaparła. Powiedziała, że nie chce żyć w takim kraju. Mój kolega opowiadał mi o tym i płakał.

W filmie dokumentalnym Dzieci z dekretu Florina Iepana pokazano, jak traktowane były „zdrajczynie narodu”. Te, które umarły wskutek nieudanej aborcji, były publicznie potępiane na uniwersytetach i w zakładach, w których pracowały. Zdarzały się sytuacje skrajne: w 1985 roku, po śmierci młodej robotnicy z fabryki tekstyliów w Bukareszcie, władze zażądały, by orszak pogrzebowy zatrzymał się pod oknami fabryki. Każda z pracownic miała zobaczyć na własne oczy, czym może się skończyć nielegalny proceder. Wszystko działo się na oczach trojga dzieci zmarłej, które płakały i krzyczały: „Mamo!”.

(...)

Na początku 1988 roku Ceausescu ogłasza narodziny dwudziestotrzymilionowego obywatela.

- Jesteśmy wolnymi ludźmi i panami własnego losu - uświadamia dyktator swój naród. - Mamy wspaniałą ojczyznę o wysoko rozwiniętej gospodarce objętej procesem modernizacji.

Przekaz dla ludu zajmuje niemal cały czas antenowy tamtego dnia - ze względu na galopujący kryzys sygnał telewizyjny jest nadawany tylko przez dwie godziny dziennie, od dwudziestej do dwudziestej drugiej. Poza tym - czarna plansza.

W latach osiemdziesiątych Ceausescu postanowił, że energia narodu zostanie prze-znaczona na spłatę zadłużeń, by Rumunia mogła stać się w pełni niezawisła. Produkty spożywcze i surowce eksportowano, zostawiając niewielkie ilości na rynek wewnętrzny. Po domach chodziły specjalne komisje, które sprawdzały, czy nikt nie oświetla pokoju więcej niż jedną żarówką i o mocy nie większej niż czterdzieści watów. Zimą temperatura w mieszkaniach rzadko dochodziła do dziesięciu stopni. Oficjalnie nie mogło być więcej niż dwanaście, ale dwanaście to już prawdziwy gorąc. Nawet szpitale nie były ogrzewane, wyjątkiem była sala, do której trafiały noworodki. Jeśli śmiertelność nowo narodzonych dzieci przekroczyła pułap określony w ustawie, lekarze mieli potrącane dwadzieścia procent pensji.

Statystykami śmiertelności kobiet nikt się specjalnie nie interesował. W 1989 roku umieralność matek w Rumunii była najwyższa w Europie.

rekolektyw.pl