czwartek, 12 lipca 2018


Problemy wynikające z raczej bezkrytycznego przyjęcia zewnętrznej agendy modernizacyjnej – związanej z wejściem do zachodnich struktur – zmieniły swój charakter po zakończeniu procesu akcesyjnego. Reformy, które uczyniłyby państwo polskie narzędziem panowania nad własnym, półperyferyjnym losem, dalej nie były możliwe. Choć na przeszkodzie temu w coraz mniejszym stopniu stawała neoliberalna ideologia, wystąpiły za to dwa inne, równoległe procesy. Po pierwsze, nastąpiła seria „zwrotów populistycznych” wśród wyborców, wynikająca z legitymizacji zwiększonych roszczeń wobec państwa, ogromnego zwiększenia jego możliwości inwestycyjnych (fundusze UE!), ale też zwyczajnego zmęczenia Polaków bolesnymi reformami. Na tym tle (a także za sprawą ustawy o finansowaniu partii z 2001 roku) zmieniła się też logika sporu partyjnego – dzięki funduszom unijnym rozdzielanym na poziomie województw partie stały się nie tylko „agencjami pośrednictwa pracy”, ale też głównym kanałem pozarynkowego dojścia do ogromnych środków finansowych.

W takim kontekście ujawnił się cynizm Tuska i Kaczyńskiego, twórców „partii autorskich” niedopuszczających pluralizmu wewnętrznego i legitymizujących siebie nawzajem poprzez zwalczanie przeciwnika zamiast konkurowania na wizje reformy państwa. Nie wynikał on jednak z ułomności ich charakterów, lecz z czynników „obiektywnych”. Po pierwsze, dostrzeżonego rozdźwięku między wynikami rządzenia a wynikami wyborów; po drugie, z wyraźnej niezgody Polaków na ambitne posunięcia reformatorskie, wcześniej możliwe za sprawą wyparcia gospodarki ze sfery debaty publicznej; po trzecie wreszcie, ze zdiagnozowanej wreszcie przez obydwu liderów słabości i niemocy polskiego państwa, której ukrycie przed wyborcami było największym dla nich wyzwaniem, a temu z kolei najlepiej służyło podgrzewanie konfliktu.

Matyja podkreśla, że ów zanik wszelkich wizji reformowania państwa w pierwszej dekadzie XXI wieku przynosi brzemienne skutki dziś: Polacy oczekują szybszej poprawy warunków życia, dla której miarą jest dobrobyt państw zachodniego centrum, a która to miara logicznie wynika z liberalnej opowieści o szczęśliwym końcu polskiej historii w Europie. Jednocześnie w czasach kryzysu gospodarki i społeczeństwa ich własne państwo mierzy się z nieraz większymi problemami niż zachodni sąsiedzi, posiadając do tego o wiele gorsze narzędzia i zasoby.

krytykapolityczna.pl

Edward Krzemień: Czy można oszacować, ilu Polaków i Polek ukrywało Żydów?

Alina Skibińska: Oszacować można, natomiast jest pytanie, na ile te szacunki będą w tej chwili bliskie prawdy, były bardzo różne kategorie tej pomocy. Możemy mówić o osobach, które pomagały doraźnie, jednorazowo, nie ryzykowały swoim życiem, udzielając pomocy i tych nazywamy pomocnikami. Z kolei były osoby, których nazywamy ratownikami lub ratującymi, to ci, którzy udzielali długotrwałej pomocy, takiej, która rzeczywiście pomagała przetrwać długie miesiące.

Jak Pani ocenia liczbę tych osób?

Ja badałam jeden powiat, biłgorajski, i na jego terenie 27 osób z 14 rodzin dostało medale „Sprawiedliwych”, na ogółem 190 000 tysięcy mieszkańców powiatu w okresie okupacji. Uratowali w sumie co najmniej 36 istnień ludzkich.

Z drugiej strony, gdyby wziąć pod uwagę wszystkie osoby w powiecie, które takiej czy innej pomocy udzieliły, to byłoby na pewno kilkaset osób, może nawet kilka tysięcy jeśli uwzględnimy wszelkie formy pomocy, nawet akty jednorazowego wsparcia.

Tego nigdy dokładnie się nie dowiemy. To ludzie, którzy na przykład dostarczali jedzenie ukrywającym się, lub pozwalali im nocować w swoim gospodarstwie w stodołach, oborach, przymykali na to oko, w sposób bierny pomagali, nie wypędzali ich.

Medalami są odznaczane osoby, które w sposób znaczący przyczyniły się do uratowania czyjegoś życia i robiły to bezinteresownie. W tej chwili to jest jakieś 6700 medali przyznanych Polakom przez Yad Vashem na łączną liczbę ok. 24 tysięcy.

Czy można odnieść to do liczebności osób, które były kompletnie obojętne, starały się unikać Żydów?

Ratujący to był jakiś ułamek, a nawet promil liczby mieszkańców danego terenu.

Tego nie da się policzyć, dlatego że pomoc była jednym z aktów, które możemy zaliczyć do konspiracji. Nie była dokumentowana. Tak naprawdę przekazy na temat udzielania pomocy, którymi w tej chwili dysponujemy, są bardzo ograniczone. Z moich badań wynika, że niewiele wiemy na temat osób udzielających pomocy. Materiały zbierane dla potrzeb Instytutu Yad Vashem, żeby medal przyznać, też nie były przecież gromadzone od razu po wojnie, dopiero od lat 50.

Najwcześniejsze są relacje samych Żydów zbierane tuż po wojnie przez Centralną Żydowską Komisję Historyczną, a także korespondencja napływająca do organizacji żydowskich od Polaków, którzy pomocy Żydom udzielali, że teraz oni są w złym położeniu i proszą o pomoc. O pomocy pisała też prasa żydowska.

To jest rzeczywiście temat, który powinien być dalej badany. Zbyt mało o tych osobach wiemy, także o ich motywacjach. Oni sami dosyć późno zaczęli się na temat tego, co robili, wypowiadać. Jedną z przyczyn był silny po wojnie antysemityzm.

Ci wspaniali ludzie bali się po wojnie ujawniać przed sąsiadami, że ratowali Żydów!

Czy da się ocenić liczbowo nastawienie do Żydów ogółu społeczeństwa w czasie niemieckiej okupacji?

Tych danych także dokładnie nie znamy. Jakie było doświadczenie Żyda ukrywającego się i jakie były doświadczenia z kontaktów z Polakami? Było potwornie gorzkie.

Na terenie, który ja dokładnie zbadałam, trzy czwarte ukrywających się zginęło, tylko co czwarty przeżył.

Ale te osoby, które przeżyły, doświadczyły śmierci swoich najbliższych w czasie ukrywania się. To najczęściej była decyzja całych rodzin, żeby uciekać i ukrywać się, rodziców z dziećmi, rodzeństwa. Wyzwolenia doczekały pojedyncze osoby. One wiedziały o śmierci swoich najbliższych i bardzo często ta śmierć została spowodowana denuncjacją, donosem, wyłapaniem, zabiciem, ograbieniem.

Wszyscy ocalali mają negatywne doświadczenia z kontaktów z Polakami. Mają również pozytywne doświadczenia – żeby przeżyć musieli spotkać na swojej drodze ludzi, którzy im pomogli, np. pomogli zdobyć żywność. Mieli jedne i drugie, skrajne doświadczenia.

Dodam, że używam terminu „ocalały”, a nie „ocalony”, który jest bardziej neutralny w odniesieniu do sprawczości ocalenia.

Do niedawna jeszcze sądziliśmy, że skoro tak wielka procentowo część populacji Żydów mieszkała w małych miasteczkach, sztetlach, to te sztetle były obszarem, na którym się ukrywali.

W rzeczywistości tak nie było. Na terenie małych miast nie było warunków do ukrywania się, zbyt duża była kontrola społeczna. Gros tych ludzi musiało uciec do lasu bądź na wieś i właśnie wieś i las tworzyły przestrzeń do przeżycia. To jest to, czego się dowiedzieliśmy w ostatnich latach z naszych badań.

Pani badała powiat na Zamojszczyźnie.

Badałam powiat biłgorajski, w skład którego w czasie okupacji wchodził też Szczebrzeszyn. Miasteczko, w którym mieszkał Zygmunt Klukowski, lekarz i autor słynnego dziennika, wydanego w ostatnich latach pod tytułem „Zamojszczyzna”. Dlatego zresztą ten powiat wybrałam, ponieważ bardzo często ten dziennik jest cytowany, żeby ilustrować stosunki polsko-żydowskie i przebieg zagłady Żydów na polskiej prowincji.

To jest najlepszy przekaz polski na ten temat. Byłam ciekawa, czy to była specyfika samego miasteczka Szczebrzeszyn, czy da się obserwacje i wnioski Klukowskiego ekstrapolować. Jeśli chodzi o inne miasteczka w tym powiecie, to schemat się powtarza, było tak jak w Szczebrzeszynie, ogromne zaangażowanie miejscowych w wyłapywaniu Żydów w trakcie samych akcji, w grabieniu mienia – to się powtórzyło we wszystkich miastach.

To jest 1942 rok.

Klukowski opisuje wydarzenia dotyczące losów Żydów od początku okupacji do końca 1942 roku, akcja wywózek z gett do Bełżca była w 1942 roku. Fałszywe jest myślenie, że akcje likwidacyjne odbywały się w ciągu jednego dnia i koniec. Gdzieniegdzie tak było, ale na terenie mojego powiatu w ciągu pół roku były kolejne fale i kolejne akcje w poszczególnych miejscowościach, dopiero w listopadzie 1942 na terenie całego powiatu w ciągu czterech dni przeprowadzono obławy jednocześnie i to zakończyło główny etap akcji „Reinhardt”, czyli akcji ostatecznej eksterminacji Żydów w Generalnym Gubernatorstwie.

Po tym okresie Żydzi legalnie już przebywać na terenie powiatu nie mogli. Zaczął się okres ukrywania, od listopada 1942 aż do lipca 1944 roku, do wyzwolenia.

To co pisał Klukowski o Szczebrzeszynie i okolicach, że uciekają do lasu, na wieś, że chłopi ich wyłapują, że ich denuncjują, że nawet ich mordują, to dotyczy całej okolicy, którą badałam.

Jak wielu Żydów mieszkało w tym powiecie? Ilu ocalało?

W momencie wybuchu wojny oszacowałam ludność żydowską na 16 tys. osób w całym powiecie biłgorajskim w granicach z okupacji. W momencie, kiedy zaczyna się akcja „Reinhardt”, czyli w 1942 roku, mieszka w powiecie około 14,5 tys. Żydów.

Maksymalnie 1500, minimalnie 1100 osób próbowało się ratować, uciekło. To wynik moich bardzo szczegółowych obliczeń i zestawienia wszystkich danych.

Cała reszta została zamordowana, przy czym oceniam, że połowa zginęła w egzekucjach na miejscu, na cmentarzach żydowskich, na ulicach miasteczek, w bezpośredniej świadomości i obecności Polaków. Klukowski opisuje to dokładnie, jak trupy są zbierane z ulic, a w tym samym czasie puste domy ofiar grabione, i to naprawdę miało miejsce wszędzie.

Zabijali Niemcy.

Był specjalny batalion rezerwowy policji stacjonujący w Zamościu, który realizował akcje likwidacyjne.

Pomagały siły policyjne miejscowe, czyli żandarmeria, polska granatowa policja, zaprzęgnięto do wyłapywania Żydów ukrywających się także polską straż pożarną. Częściowo cywilni Polacy też się „podczepiali” na ochotnika,

ponieważ to była okazja do grabienia i do zarobienia, bo za każdego schwytanego mogli liczyć, że dostaną nagrodę.

Próbujący się ratować uciekali na wieś lub do lasu. Jak już mówiłam, spośród nich trzy czwarte zginęło, jedna czwarta przeżyła. Co i tak jest dosyć dużo.

Te dane są możliwe do ustalenia dopiero po naprawdę wielu żmudnych badaniach i śledzeniu losów niemalże każdego człowieka, o którym pojawia się informacja w relacjach, zeznaniach, dokumentach. Tego nie można ekstrapolować na teren całego kraju, bo były różne warunki.

A od czego to zależało?

Głównie od polityki niemieckiej, czy były obozy pracy lub nie. Wielu Żydów doczekało wyzwolenia w obozach. Natomiast jeśli chodzi o lokalne warunki, to na szanse uratowania się miał wpływ choćby tak trywialny czynnik, jak ukształtowanie terenu, warunki geograficzne. W moim powiecie są dwa olbrzymie kompleksy leśne, Puszcza Solska i Lasy Janowskie. To były obszary, w których rozwinęła się partyzantka na wielką skalę, wszystkich formacji.

I na tych terenach GG, gdzie lasów nie było, szanse przeżycia Żydów były znacznie mniejsze.

Tych trzystu uratowanych Żydów w pani powiecie to jest stan na 1944 rok?

274 osoby dokładnie, z tej liczby 35 osób uratowało się poza powiatem biłgorajskim, niektórzy nawet w III Rzeszy, dokąd wyjechali na roboty na aryjskich papierach jako Polacy.

A co się z nimi stało, zostali w Polsce, wyjechali?

W lipcu 1944 roku te ziemie zostały wyzwolone, była to tzw. Polska Lubelska. W trzech miejscowościach powstały komitety żydowskie, zorganizowali je ci, którzy wyszli z lasów, z kryjówek we wsiach. Główne Tarnogród był takim miejscem, gdzie była w miarę liczna grupa ocalałych.

Do stycznia 1945 roku miały miejsce mordy, wiemy o co najmniej czternastu zamordowanych, w tym dziecka. Wszyscy po tych wydarzeniach wyjechali, bali się.

Opuszczano teren małych miasteczek, przenoszono się do większych miast. W tej okolicy były to Zamość i Lublin. Wszyscy Żydzi z mojego powiatu wyjechali do tych dwóch miejscowości, następnie niektórzy na Dolny Śląsk i stamtąd za granicę, inni od razu z Lublina za granicę.

Właściwie wszyscy wyjechali. Zostało dosłownie kilka osób, kobiet, które weszły w związki małżeńskie z Polakami. Były w powiecie chyba trzy przypadki małżeństw mieszanych.

Poza tym w ogóle już nie było Żydów od 1945 roku na tym terenie. Gros Żydów z powiatu ocalało w Związku Radzieckim, około 800 osób z mojego powiatu ocalało na wschodzie.

(...)

Pomoc dla Żydów nie było powszechna.

Oczywiście, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Schemat jest taki, że pomoc nie była oferowana, może warto na to zwrócić uwagę. Żydzi musieli sami aktywnie o nią prosić, zabiegać, błagać, żebrać, domagać się, a czasami tę pomoc wręcz wymuszać. Znam sytuację, kiedy rodzina, matka z trojgiem dzieci uratowała się, ale dlatego, że ukryła się w pewnym gospodarstwie i nie chciała odejść. Musiano by ją siłą fizycznie wynieść razem z tymi dziećmi. Polska rodzina, na której terenie ona się ukryła, usiłowała ich zagłodzić. Ale ostatecznie serce im nie pozwoliło, żeby doprowadzić matkę z dziećmi do śmierci głodowej i jakieś ochłapy im podrzucano.

To było tragiczne, dramatyczne okoliczności udzielania pomocy, kiedy się im bliżej przyjrzeć. Sporadycznie zdarzało się, że Polacy pomocy udzielali bez zawahania, ich odruch był na tyle zgodny z ich przekonaniami, że udzielali jej natychmiast, bez nękania ich o to, bez proszenia. Zdarzali się ludzie wyjątkowi, przyzwoici pod każdym względem nawet w tamtych warunkach.

Na ogół jednak w relacjach można przeczytać, że „jesteśmy przepędzani, jak bezpańskie psy”, albo szczuci psami, żebyśmy odeszli.

To wynikało ze strachu przed represjami, że ktoś ich wyda, przyjadą Niemcy, ich zabiją.

Represje wcale nie były tak liczne, jak byśmy sobie to wyobrażali, ale zdecydowanie strach był uczuciem, który towarzyszył wszystkim podczas okupacji, nie można mieć co do tego wątpliwości. Jeśli pomoc drugiemu człowiekowi jest zagrożona karą śmierci, to jest to kompletne odwrócenie porządku moralnego i trudno sobie z taką sytuacją poradzić.

Myślę, że nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jakimi uczuciami ci ludzie byli miotani. Czytam też w relacjach, że niektórzy Polacy, którzy udzielili schronienia, dostarczali żywność, po pewnym czasie prosili swoich podopiecznych, żeby odeszli, ponieważ oni nie są w stanie nerwowo w tej sytuacji wytrwać.

Ten strach tak ich ogarnia, że po prostu wariują i ze łzami w oczach proszą Żydów, żeby odeszli i szukali pomocy gdzie indziej. To można zrozumieć, to byli też uczciwi, przyzwoici ludzie, którzy zrobili tyle, na ile ich było stać.

oko.press

środa, 11 lipca 2018


Zamiast wychwalać brygadę świętokrzyską, administratorzy polskiej polityki historycznej (jeśli już mamy ją prowadzić) powinni na wszelkie sposoby umniejszać i bagatelizować działalność nacjonalistycznej partyzantki. IPN powinien na każdym kroku podkreślać, że władze polski podziemnej kategorycznie potępiały działania NSZ, odcinały się od samowoli ich dowódców i zapowiadały postawienie ich przed sądem.

I nie chodzi tylko o współpracę z hitlerowcami, ani rabowanie ludności cywilnej, o których nie raz wspominają meldunki KG AK. Kierownictwo NSZ wraz z jego zapleczem politycznym obciąża coś w moim przekonaniu znacznie gorszego: szczera i dobitna satysfakcja z nazistowskiego „planu ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, wielokrotnie wyrażana na łamach konspiracyjnej prasy nacjonalistycznej. Okazuje się, że obozy zagłady – chociaż to „hitlerowskie barbarzyństwo” – summa summarum służyły polskiemu interesowi narodowemu.

Kronikę tej hańby znajdziemy w kapitalnej książce Pawła Szapiro Wojna żydowsko-niemiecka. Polska prasa konspiracyjna 1943-1944 o powstaniu w getcie Warszawy (wyd. Aneks 1992). Przykładowy cytat: oto co wydawana przez NSZ „Wielka Polska” pisała w sierpniu 1943 roku:

„Zaczynamy już z wolna zapominać o gnębiącej kiedyś międzywojenną Polskę kwestii żydowskiej. (…) W styczniu 1943 roku obliczono resztki pozostałej przy życiu na ziemiach polskich ludności żydowskiej na około pół miliona. Do dziś ta liczba zmalała na pewno przeszło o połowę – biologiczne żydostwo zostało u nas potężnie podcięte. Tego ciosu odrobić już nie może. (…) »Zmierzch Izraela« przesądzony zresztą przez gospodarczą ewolucję świata, przez zaobserwowaną przez Dmowskiego likwidację handlu międzynarodowego, został niespodziewanie przyspieszony wielką klęską biologiczną tego narodu: wymordowaniem milionów najczystszych rasowo jego przedstawicieli. (…) Niemcy wykonali to, czego my byśmy nie zrobili nigdy, bo nie pozwoliłaby nam na to nasza tysiącletnia kultura chrześcijanska – teraz wszakże zapatrzeni melancholijnie w ruiny ghetta, nie możemy zaniedbać wykonania tego, co musimy uczynić nieodwołalnie i bez kompromisów. Dopiero pozbawienie żydów podstawy materialnej i wpływów politycznych i propagandowych zadecyduje o tym, czy nieśmiertelna już kwestia żydowska w Polsce znajdzie wreszcie pozytywne rozwiązanie. Przymusowa emigracja »niedobitków« będzie tylko dopełnieniem tej jedynie słusznej i sprawiedliwej polityki w stosunku do antypaństwowej, choć »obywatelskiej« mniejszości.”

W listopadzie ten sam organ ostrzegał:

„Obecnie większość społeczeństwa polskiego sądzi, że Niemcy całkowicie zlikwidowali w kraju żydów. Tak jednak nie jest, gdyż bardzo znaczna ilość żydów uratowała się przed likwidacją. (…) Po wojnie wszystkie te elementy żydowskie będą usiłowały wrócić do Polski, by znów objąć kierownictwo całokształtu naszego życia gospodarczego, umysłowego i politycznego, jak to było przed wojną. Takie są żydowskie plany, które się łatwo mogą urzeczywistnić, jeżeli tylko w Polsce wrócą rządy sanacyjne lub demokratyczne.”

krytykapolityczna.pl

niedziela, 8 lipca 2018


Sąd w Kairze skazał we wtorek wokalistkę Sherine na sześć miesięcy więzienia za żart z czystości Nilu. Jej stwierdzenie, że picie wody z tej rzeki powoduje choroby, uznano za "rozpowszechnianie fałszywych wiadomości". Wyrok nie jest prawomocny.

Do apelacji gwiazda egipskiej muzyki pop może przebywać na wolności, gdyż zapłaciła 5 tys. funtów egipskich kaucji (ok. 965 złotych) - poinformował egipski dziennik "al-Ahram". Sąd nałożył na nią również grzywnę w wysokości 10 tys. funtów egipskich (ok. 1930 złotych).

W listopadzie Sherine Abdel Wahab postawiono zarzut "obrazy państwa egipskiego", gdy w internecie pojawiło się nagranie, na którym podczas koncertu wokalistka została poproszona przez fana o wykonanie piosenki "Czy kiedykolwiek piłeś wodę z Nilu?". Artystka odpowiedziała, że "picie wody z Nilu powoduje schistosomatozę" (jest to choroba pasożytnicza). "Zamiast tego napij się Evian (marka wody - PAP)" - zażartowała.

Egipskie stowarzyszenie muzyków nałożyło 14 listopada na 37-letnią artystkę czasowy zakaz występowania na egipskich scenach za "nieuzasadnione szyderstwo z naszego drogiego Egiptu".

W wydanym w listopadzie oświadczeniu piosenkarka przeprosiła za "głupi żart" podczas koncertu, który jej zdaniem odbył się w 2016 roku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. "Mój ukochany kraju, synowie mojego kraju, Egiptu, przepraszam was z całego serca za ból, jaki wam sprawiłam" - oświadczyła.

PAP

Niezależna "Nowaja Gazieta" porównuje orędzie Putina do jego wojowniczego w tonie wystąpienia z 2007 roku na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa i ocenia, że czwartkowe przemówienie do Zgromadzenia Federalnego, obu izb parlamentu Rosji, było jeszcze ostrzejsze. W ocenie gazety najważniejsze jest teraz, jak orędzie, nawet jeśli jego adresatem był odbiorca w Rosji, zostanie odebrane na Zachodzie. Gazeta zwraca uwagę na słowa Putina, iż Rosji długo nikt nie słuchał i żądanie: "to posłuchajcie teraz!".

"W ramach realpolitik jest jasne, że Kreml rzucił na stół swój ostatni atut: przypomnienie o potencjale jądrowym radzieckiego mocarstwa, który - jak mówił Putin - nie tylko nie zardzewiał w ostatnich latach, ale został znacznie odnowiony i wzmocniony. Część elit zachodnich powinna dostrzec w tym rozpaczliwą próbę targowania się. Ale znajdą się i tacy, którzy podejmą wyzwanie" - ocenia "Nowaja Gazieta".

Znany politolog Fiodor Łukjanow wskazał, że w doktrynach przyjętych ostatnio przez Stany Zjednoczone Rosja otwarcie została nazwana przeciwnikiem. Przemówienie Putina jest odpowiedzią i demonstracją, iż skoro mówi się o zimnej wojnie, to Rosja ma wszystko, co jest w tej zimnej wojnie potrzebne - napisał Łukjanow w dzienniku "Kommiersant".

Ekspert i komentator wojskowy Paweł Felgenhauer powiedział PAP, że orędzie oznacza wznowienie nuklearnego wyścigu zbrojeń.

Komentator polityczny Konstantin Eggert ocenił wystąpienie Putina jako demonstrację siły, która z jednej strony zostanie odczytana tylko jako wskazanie na wyścig zbrojeń. Jednak zdaniem Eggerta, orędzie zawierało także prośbę: "porozmawiajcie z nami". Zdaniem eksperta Kreml bardzo negatywnie postrzega międzynarodową izolację Rosji.

"Orędzie było dwojakie: z jednej strony - groźba, a z drugiej - chęć rozmowy. Ale ma to także jeszcze jeden skutek. Teraz w każdej rozmowie o sankcjach gospodarczych, o możliwości ich złagodzenia, zawsze na Zachodzie ktoś powie: my zniesiemy sankcje, a oni będą robić jeszcze więcej takich rakiet, jakie pokazywał Putin" - zauważył Eggert, cytowany przez "Kommiersanta".

PAP

środa, 4 lipca 2018


Im więcej uniwersytetów w regionie, tym wyższy jest jego poziom gospodarczy – stwierdzili ekonomiści z London School of Economics. Wydaje się, że nic w tym zaskakującego, bo tam, gdzie ludzie są zamożniejsi, powstaje więcej uczelni. Okazuje się jednak, że wpływ gęstości uniwersytetów na poziom zamożności regionu jest niezależny od takich zmiennych jak populacja, bogactwo, stan zdrowia i ogólnego dobrostanu, a także politycznej roli miasta (np. gdy jest ono stolicą), czy nawet odległość o oceanu lub morza. Nie chodzi tylko o to, że uniwersytety są pochodną zamożności: one się do niej przyczyniają.

Badanie opiera się na danych z World Higher Education Database, w której widnieje ok. 15 tys. uczelni, z półtora tysiąca regionów, w 78 krajach. Analizowana w badaniu gęstość uniwersytetów to po prostu ich liczba w przeliczeniu na głowę mieszkańca. Przyjrzano się tym liczbom, poczynając od 1950 r. i okazało się, że tam, gdzie w latach 50. i 60. XX w. więcej było wyższych uczelni, tam w kolejnych dekadach odnotowano większy wzrost gospodarczy. Dla całego okresu (1950-2010) podwojenie liczby uniwersytetów na głowę mieszkańca wiązało się z ponad 4% wzrostem PKB. A w rzeczywistości efekt uniwersytetów był pewnie większy, jeśli wziąć pod uwagę jego rozprzestrzenianie się poza granice regionu.

Tradycyjnie uważa się, że wyższe uczelnie przyczyniają się do wzrostu gospodarczego kreując popyt na usługi, wzmacniając kapitał ludzki i generując innowacje. Tymczasem badacze z London School of Economics znaleźli niewiele dowodów na ekonomiczne znaczenie tych trzech kanałów. Wpływ ich zagęszczenia na zwiększenie popytu na usługi okazał się żaden, a na kształcenie kadr (liczba dyplomów) i innowacje (liczba patentów) – bardzo skromny. O co więc chodzi? Wygląda na to, że liczy się kształtowanie postaw społecznych, otwartość i tolerancja dla różnych stylów życia, potrzeb i wartości.

miasto2077.pl

Don Junior, zachęcany przez Jareda i Ivankę [Trump, córkę prezydenta USA], chciał zaimponować ojcu kąskiem, który ruszy kampanię z miejsca. Kiedy trzynaście miesięcy później spotkanie wyjdzie na jaw, stanie się zarówno dowodem świadczącym przeciwko zmowie z Rosjanami, jak i jej potwierdzeniem. Tak czy inaczej, nie dowodziło ono sprytu ani błyskotliwości ludzi w nie zaangażowanych, lecz skrajnej bezmyślności i naiwności, która pozwoliła im spiskować w biały dzień.

Tamtego czerwcowego dnia do Trump Tower zawitały następujące osoby: wpływowy prawnik z Moskwy, prawdopodobnie będący rosyjskim szpiegiem, współpracownicy azerbejdżańskiego oligarchy Arasa Agalarova, amerykański producent muzyczny, który lansował syna Agalarova, rosyjskiego gwiazdora muzyki pop, a także lobbysta rosyjskiego rządu w Waszyngtonie. Celem ich wizyty w siedzibie sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych było spotkanie z trzema jego najbardziej wpływowymi członkami. Rozmowę poprzedziła korespondencja między wieloma osobami w sztabie, z której wynikało niezbicie, co następuje: Rosjanie mają jakiegoś haka na kontrkandydatkę.

Hipotezy co do możliwych powodów tego kretyńskiego spotkania były następujące:

- Rosjanie, w sposób zorganizowany lub z wolnej stopy, próbowali wciągnąć sztab Trumpa w kompromitujące stosunki.

- Spotkanie stanowiło element aktywnej współpracy sztabu Trumpa z Rosjanami w celu uzyskania i rozpowszechnienia informacji na szkodę Hillary Clinton - i rzeczywiście, po kilku dniach portal WikiLeaks ogłosił, że znajduje się w posiadaniu maili Clinton. Niespełna miesiąc później zaczął je udostępniać.

- Sztab Trumpa, który wciąż uważał udział w wyborach za zabawę - i nie łudził się nadzieją wygranej - był otwarty na wszelkie propozycje i oferty, ponieważ nie miał nic do stracenia. Głupkowaty Don Junior (Fredo, jak ochrzci go [późniejszy główny strateg Białego Domu Steve] Bannon (w jednym ze swych częstych zapożyczeń z Ojca chrzestnego) chciał tylko udowodnić swoją wartość.

- W spotkaniu wzięli udział Paul Manafort, szef kampanii, i Jared Kushner, jej najbardziej wpływowy głos, ponieważ: (a) chodziło o spisek na wysokim szczeblu; (b) Manafort i Kushner, nie biorąc kampanii zbyt poważnie, chcieli wyciąć Hillary numer; (c) trzej mężczyźni zjednoczyli się przeciwko Corey'owi Lewandowskiemu [specjaliście marketingu politycznego, który również pracował przy kampanii] - Don Junior miał być katem - i w ramach tego przymierza Manafort i Kushner mieli przyjść na głupie spotkanie Dona Juniora.

Bez względu na rzeczywiste powody tych rozmów - i na to, który z powyższych scenariuszy najlepiej oddaje okoliczności spotkania tej przedziwnej i niepokojącej ferajny - rok później prawie nikt nie miał wątpliwości, że Don Junior chciał zaimponować ojcu przejęciem inicjatywy.

gazeta.pl

Premier May w poniedziałek ujawniła w Izbie Gmin, że w ataku na nich użyto broni chemicznej typu "nowiczok", która była w przeszłości produkowana i używana przez Związek Radziecki i Rosję. Nie doprecyzowała jednak, w jaki sposób została ona podana ofiarom.

"Na podstawie pozytywnej identyfikacji użytego środka chemicznego (...), naszej wiedzy na temat uprzedniej produkcji tego środka przez Rosję i tego, że nadal byłaby w stanie go wyprodukować, historii dokonywanych przez Rosję zabójstw, a także naszej oceny, że Rosja uznaje niektórych ze zbiegów za uzasadnione cele prób zabójstwa, rząd uznał, że jest wysoce prawdopodobne, iż Rosja jest odpowiedzialna za działania przeciwko Siergiejowi i Julii Skripalom" - powiedziała premier.

Podkreśliła, że "istnieją jedynie dwa możliwe wyjaśnienia tego, co się stało w Salisbury 4 marca: albo było to bezpośrednie działanie Rosji przeciwko naszemu państwu, albo rosyjski rząd stracił kontrolę nad potencjalnie katastrofalnie szkodliwym środkiem paralityczno-drgawkowym i pozwolił na to, aby wpadł w ręce innych osób".

May potwierdziła, że w poniedziałek popołudniu brytyjski rząd zażądał pilnych wyjaśnień od Rosji dotyczących tego, w jaki sposób produkowana przez nią wojskowa broń chemiczna została użyta na terytorium Wielkiej Brytanii.

Poinformowała, że szef brytyjskiej dyplomacji Boris Johnson pilnie wezwał rosyjskiego ambasadora i zażądał od niego wyjaśnień, a także "natychmiastowego przekazania pełnych informacji na temat programu rozwoju broni chemicznej +nowiczok+ do Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej" z siedzibą w Hadze. Termin na złożenie wyjaśnień mija o północy z wtorku na środę.

Brytyjska premier podkreśliła, że w środę jej rząd "szczegółowo rozpatrzy odpowiedź Rosji", ale zastrzegła: "jeśli nie otrzymamy wiarygodnej odpowiedzi, to uznamy, że ta akcja stanowi nieuprawnione użycie siły przez państwo rosyjskie przeciwko Wielkiej Brytanii".

"Wtedy wrócę do parlamentu i przedstawię pełny zakres działań, jakie podejmiemy w odpowiedzi" - zapowiedziała, dodając, że jej rząd rozpocznie także w tej sprawie konsultacje w ramach ONZ i NATO oraz z najbliższymi sojusznikami.

Szefowa rządu zastrzegła stanowczo, że "ta próba zabójstwa przy użyciu wojskowej broni chemicznej w brytyjskim mieście jest nie tylko przestępstwem przeciwko rodzinie Skripalów, ale jest pozbawionym skrupułów i zuchwałym aktem wrogości wobec Wielkiej Brytanii, zagrażającym życiu niewinnych cywili".

Odmawiając podania szczegółów możliwej odpowiedzi brytyjskiego rządu, May zaznaczyła jednak, że "musimy być gotowi do podjęcia znacznie bardziej rozległych działań" niż sankcje i ograniczenia, które zostały nałożone na Rosję po zabójstwie innego byłego rosyjskiego agenta, który zdecydował się na współpracę z Brytyjczykami, Aleksandra Litwinienki.

PAP

Nawyki żywieniowe, które obecnie powodują choroby cywilizacyjne, z punktu widzenia ewolucji przyczyniły się do tego, że mamy tak rozwinięty mózg, a tym samym, że tak dobrze radzimy sobie w świecie. Mózg jest drogi w utrzymaniu. Nasi przodkowie jedli mało energetyczne pożywienie, głównie warzywa, owoce i inne pokarmy roślinne. Gdyby mieli tak duży mózg jak współczesny człowiek, musieliby jeść niemal przez cały dzień. Homo erectus nauczył się posługiwania ogniem i dzięki temu zyskał możliwość jedzenia mięsa bez strachu, że umrze z powodu zakażenia. Poza tym obróbka cieplna jedzenia sprawia, że ilość energii, którą można uzyskać, ogromnie wzrasta, co pozwoliło nam zyskać więcej wolnego czasu – potrzebowaliśmy bowiem mniej posiłków niż wcześniej. (…) Aż do ukształtowania się gatunku homo sapiens nasz mózg stale się powiększał i w dużym stopniu zawdzięczamy to coraz bardziej energetycznemu pożywieniu dostarczanemu organizmowi. I dlatego tłuste jedzenie aktywuje układ nagrody w mózgu.

Bycie najbystrzejszym gatunkiem na świecie kosztuje. Mózg to straszny głodomór. Jest tym narządem, który wykorzystuje najwięcej energii w stosunku do swojej wagi, i dlatego lubi wszystko, co w siebie wpychamy, pod warunkiem że dostarcza mu to energii. Fakt, że pławi się w dopaminie za każdym razem, kiedy jemy coś, co zawiera cukier i tłuszcz, w znacznym stopniu wynika stąd, że jego stara część nadal uważa, że są to „towary deficytowe”.

Tłuszcz i cukier równa się szybka dostawa energii dla wygłodniałego mózgu, który wciąż wierzy, że opłaci mu się namawianie nas, żebyśmy dostarczali mu jak najwięcej tych „trudno dostępnych” substancji odżywczych. W tej kwestii mózg nie idzie z duchem czasu. Jest produktem ewolucji, a ewolucja to powolny proces. W świecie zachodnim jednak tłuszczu i cukru nie brakuje. Nagradzanie niezdrowego stylu życia przez stary mózg przynosi więc współczesnemu człowiekowi więcej szkody niż pożytku. Na szczęście mamy nowsze, bardziej elastyczne struktury, które stale się uczą. (…) Ewolucyjnie nowsza część mózgu jest w stanie pokonać starszą i prymitywniejszą. I całe szczęście. Gdyby nie to, wszyscy bylibyśmy otyłymi niewolnikami przemysłu spożywczego.

Jedzenie, z którego cieszy się prymitywna część mózgu, niszczy nie tylko zęby i figurę, ale także sam mózg. Tłuszcz odkłada się w postaci blaszek miażdżycowych w naczyniach krwionośnych całego ciała, także w tych, które znajdują się wewnątrz mózgu lub do niego prowadzą. Jeśli jedna z takich blaszek się oderwie lub jeśli zupełnie zatka się naczynie krwionośne, dochodzi do udaru. A wiele takich małych udarów prowadzi do otępienia naczyniowego.

Entuzjazm mózgu trwa krótko. Z czasem potrzebuje on coraz więcej soli, cukru i tłuszczu, żeby wpaść w zachwyt. Brakuje nam tego stanu uniesienia i wpychamy w siebie coraz więcej. A to już przypomina uzależnienie. (…) Wielu osobom łatwiej jest odmówić sobie ciasta w ogóle, niż zadowolić się małym kawałkiem.

Zjedzenie jednego kawałka sprawia, że mózg uwalnia mnóstwo dopaminy, a my czujemy się tak dobrze, że sięgamy po drugi. Ale jeśli ciągle objadamy się ciastem, mały kawałek nie da już takiego samego efektu. Mózg przestymulowany hormonem szczęścia będzie dążył do uzyskania równowagi, nie reagując tak gwałtownie na uwalnianie się dopaminy. Będziemy więc potrzebować coraz więcej, by osiągnąć taki sam poziom satysfakcji jak na początku. Być może jeśli przestaniemy dostarczać organizmowi jedzenie, które zwykle kończy się imprezą dopaminową, będziemy się czuć smutni i nieszczęśliwi.

tygodnikprzeglad.pl

Żeby świadczenie było wyższe, bardziej opłaca się czekać niż wziąć emeryturę i dodatkowo dorabiać.

Obrazowo można powiedzieć, że jeżeli występujemy o ustalenie prawa do emerytury, to rozbijamy bank, to znaczy zamieniamy zgromadzony kapitał składkowy na dożywotnie, comiesięczne świadczenie na warunkach obowiązujących tu i teraz. Te warunki to przede wszystkim średnie dalsze trwanie życia dla osoby w dokładnie naszym, co do miesiąca, wieku. Nawet jeśli na emeryturze taka osoba pracuje, to jej składki gromadzone są od nowa i później w celu doliczenia do emerytury będą musiały zostać znowu zamienione na dożywotnią kwotę miesięczną. Oczywiście daje to odpowiedni wzrost świadczenia, ale nie o tyle, o ile wzrosłoby ono, gdyby ustalenie prawa nastąpiło później. Wtedy kapitał emerytalny, podlegając w międzyczasie waloryzacji składek i doliczeniu kolejnych składek w związku z pracą, zostałby podzielony przez mniejsze średnie dalsze trwanie życia. W tym roku waloryzacja składek będzie najwyższa od 2009 r. i wyniesie ok. 7 proc, co wynika głównie z wysokiego wzrostu wynagrodzeń w poprzednim roku. Dodajmy, że pod koniec kariery zawodowej przyrost kapitału emerytalnego w związku z waloryzacją jest znacznie większy niż w związku z nowymi składkami. Sztandarowym przykładem pozytywnych efektów wydłużania okresu gromadzenia składek jest emeryt, który był technikiem górnictwa i przeszedł chyba przez wszystkie szczeble stanowisk w kopalni. Gdy przechodził na emeryturę w wieku 80 lat, tj. po 60 latach pracy i opłacania składek, otrzymał ponad 20 tys. zł świadczenia. Podobny przykład to kobieta z sektora bankowego, o zbliżonym stażu i wieku przejścia na emeryturę. Na drugim biegunie jednak mamy osobę ze świadczeniem w wysokości 4 gr miesięcznie, za którą w całej jej karierze wpłynęła do FUS tylko jedna składka w wysokości kilkunastu złotych.

gazetaprawna.pl

sobota, 16 czerwca 2018


Globalny system przestał działać i gołym okiem widać opcje na stole. Z jednej strony „róbmy tak dalej”, a więc bogaci bogacą się jeszcze bardziej. Z drugiej załamanie globalizacji i wówczas każdy będzie chciał wyjść z systemu globalnego jak najwcześniej, zgodnie z zasadą, że ostatni, którzy wybiegają z płonącego budynku, zazwyczaj giną w pożarze…

A tak konkretniej?

Weźmy przykład z wczesnych lat 30. Globalny system się wówczas rozpadał, a ci, co próbowali go naprawiać, albo doświadczyli głębokiego kryzysu, jak USA – przypomnijmy, że Roosevelt przyszedł dopiero 3 lata po krachu, albo po prostu faszyzmu, jak Niemcy. W tych krajach rządziły elity próbujące narzucać cięcia i równoważyć budżet. Tak było z prezydentem Hooverem i tak samo z kanclerzem Brüningiem. Do tego Niemcy wyszły ze standardu złota o wiele za późno, Wielka Brytania uczyniła to wcześniej i jakoś przetrwała.

A lekcja na dziś?

Mniej globalizacji, mniej neoliberalizmu, prywatyzacji i urynkowienia, a system będzie w stanie przetrwać. To, czego musi nauczyć się globalna elita, to że możliwa jest jakaś alternatywna dla neoliberalizmu forma kapitalizmu. Ponieważ jej nie prezentują, wchodzą w to miejsce wasz Kaczyński z Morawieckim i mówią, że przecież można inaczej – a w pakiecie dają reformę sądów.

(...)

A co z technologiami komunikacyjnymi? Miały nam przynieść demokratyzację dyskursu, umożliwić prostowanie kłamstw polityków i ekspresję postulatów. A dostaliśmy breitbarta i fake-newsy…

Historię rewolucji komunikacyjnej trzeba pisać na bieżąco, było kilka jej faz. Najpierw elita kreuje neoliberalizm, potem technologia przynosi nam media społecznościowe, które pozwalają na ekspresję gniewu na neoliberalizm – zauważyliśmy to w 2011 roku. I jak odpowiadają na to elity? Jeden sposób to po prostu zamknąć lub ograniczyć dostęp, co robi np. Erdogan czy Chińczycy. Nie znajdziesz w wyszukiwarce pewnych stron czy postaci – czyli cenzura. To działa jednak różnie, bo ludzie uczą się ją obchodzić.

A jak obejdą?

Drugi pomysł elit to tradycyjna propaganda, ale ludzie ją łatwo przejrzą. Jak Putin wyłowił dwie wazy z dna morza, to ludzie dość szybko zaczęli sobie robić z tego jaja. I stąd wzięła się trzecia droga, o której pisał między innymi Steven Bannon: zalewasz system morzem gówna. Mnóstwo fałszywych informacji w sferze publicznej sprawia, że zaczynasz szukać autorytetu, na zasadzie „niech mi ktoś w końcu powie, w co mam wierzyć”. No i wtedy taki Kaczyński czy Erdogan mówią: my wam powiemy, co jest prawdą, tzn. że my jesteśmy prawdą.

krytykapolityczna.pl