niedziela, 8 lipca 2018


Sąd w Kairze skazał we wtorek wokalistkę Sherine na sześć miesięcy więzienia za żart z czystości Nilu. Jej stwierdzenie, że picie wody z tej rzeki powoduje choroby, uznano za "rozpowszechnianie fałszywych wiadomości". Wyrok nie jest prawomocny.

Do apelacji gwiazda egipskiej muzyki pop może przebywać na wolności, gdyż zapłaciła 5 tys. funtów egipskich kaucji (ok. 965 złotych) - poinformował egipski dziennik "al-Ahram". Sąd nałożył na nią również grzywnę w wysokości 10 tys. funtów egipskich (ok. 1930 złotych).

W listopadzie Sherine Abdel Wahab postawiono zarzut "obrazy państwa egipskiego", gdy w internecie pojawiło się nagranie, na którym podczas koncertu wokalistka została poproszona przez fana o wykonanie piosenki "Czy kiedykolwiek piłeś wodę z Nilu?". Artystka odpowiedziała, że "picie wody z Nilu powoduje schistosomatozę" (jest to choroba pasożytnicza). "Zamiast tego napij się Evian (marka wody - PAP)" - zażartowała.

Egipskie stowarzyszenie muzyków nałożyło 14 listopada na 37-letnią artystkę czasowy zakaz występowania na egipskich scenach za "nieuzasadnione szyderstwo z naszego drogiego Egiptu".

W wydanym w listopadzie oświadczeniu piosenkarka przeprosiła za "głupi żart" podczas koncertu, który jej zdaniem odbył się w 2016 roku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. "Mój ukochany kraju, synowie mojego kraju, Egiptu, przepraszam was z całego serca za ból, jaki wam sprawiłam" - oświadczyła.

PAP

Niezależna "Nowaja Gazieta" porównuje orędzie Putina do jego wojowniczego w tonie wystąpienia z 2007 roku na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa i ocenia, że czwartkowe przemówienie do Zgromadzenia Federalnego, obu izb parlamentu Rosji, było jeszcze ostrzejsze. W ocenie gazety najważniejsze jest teraz, jak orędzie, nawet jeśli jego adresatem był odbiorca w Rosji, zostanie odebrane na Zachodzie. Gazeta zwraca uwagę na słowa Putina, iż Rosji długo nikt nie słuchał i żądanie: "to posłuchajcie teraz!".

"W ramach realpolitik jest jasne, że Kreml rzucił na stół swój ostatni atut: przypomnienie o potencjale jądrowym radzieckiego mocarstwa, który - jak mówił Putin - nie tylko nie zardzewiał w ostatnich latach, ale został znacznie odnowiony i wzmocniony. Część elit zachodnich powinna dostrzec w tym rozpaczliwą próbę targowania się. Ale znajdą się i tacy, którzy podejmą wyzwanie" - ocenia "Nowaja Gazieta".

Znany politolog Fiodor Łukjanow wskazał, że w doktrynach przyjętych ostatnio przez Stany Zjednoczone Rosja otwarcie została nazwana przeciwnikiem. Przemówienie Putina jest odpowiedzią i demonstracją, iż skoro mówi się o zimnej wojnie, to Rosja ma wszystko, co jest w tej zimnej wojnie potrzebne - napisał Łukjanow w dzienniku "Kommiersant".

Ekspert i komentator wojskowy Paweł Felgenhauer powiedział PAP, że orędzie oznacza wznowienie nuklearnego wyścigu zbrojeń.

Komentator polityczny Konstantin Eggert ocenił wystąpienie Putina jako demonstrację siły, która z jednej strony zostanie odczytana tylko jako wskazanie na wyścig zbrojeń. Jednak zdaniem Eggerta, orędzie zawierało także prośbę: "porozmawiajcie z nami". Zdaniem eksperta Kreml bardzo negatywnie postrzega międzynarodową izolację Rosji.

"Orędzie było dwojakie: z jednej strony - groźba, a z drugiej - chęć rozmowy. Ale ma to także jeszcze jeden skutek. Teraz w każdej rozmowie o sankcjach gospodarczych, o możliwości ich złagodzenia, zawsze na Zachodzie ktoś powie: my zniesiemy sankcje, a oni będą robić jeszcze więcej takich rakiet, jakie pokazywał Putin" - zauważył Eggert, cytowany przez "Kommiersanta".

PAP

środa, 4 lipca 2018


Im więcej uniwersytetów w regionie, tym wyższy jest jego poziom gospodarczy – stwierdzili ekonomiści z London School of Economics. Wydaje się, że nic w tym zaskakującego, bo tam, gdzie ludzie są zamożniejsi, powstaje więcej uczelni. Okazuje się jednak, że wpływ gęstości uniwersytetów na poziom zamożności regionu jest niezależny od takich zmiennych jak populacja, bogactwo, stan zdrowia i ogólnego dobrostanu, a także politycznej roli miasta (np. gdy jest ono stolicą), czy nawet odległość o oceanu lub morza. Nie chodzi tylko o to, że uniwersytety są pochodną zamożności: one się do niej przyczyniają.

Badanie opiera się na danych z World Higher Education Database, w której widnieje ok. 15 tys. uczelni, z półtora tysiąca regionów, w 78 krajach. Analizowana w badaniu gęstość uniwersytetów to po prostu ich liczba w przeliczeniu na głowę mieszkańca. Przyjrzano się tym liczbom, poczynając od 1950 r. i okazało się, że tam, gdzie w latach 50. i 60. XX w. więcej było wyższych uczelni, tam w kolejnych dekadach odnotowano większy wzrost gospodarczy. Dla całego okresu (1950-2010) podwojenie liczby uniwersytetów na głowę mieszkańca wiązało się z ponad 4% wzrostem PKB. A w rzeczywistości efekt uniwersytetów był pewnie większy, jeśli wziąć pod uwagę jego rozprzestrzenianie się poza granice regionu.

Tradycyjnie uważa się, że wyższe uczelnie przyczyniają się do wzrostu gospodarczego kreując popyt na usługi, wzmacniając kapitał ludzki i generując innowacje. Tymczasem badacze z London School of Economics znaleźli niewiele dowodów na ekonomiczne znaczenie tych trzech kanałów. Wpływ ich zagęszczenia na zwiększenie popytu na usługi okazał się żaden, a na kształcenie kadr (liczba dyplomów) i innowacje (liczba patentów) – bardzo skromny. O co więc chodzi? Wygląda na to, że liczy się kształtowanie postaw społecznych, otwartość i tolerancja dla różnych stylów życia, potrzeb i wartości.

miasto2077.pl

Don Junior, zachęcany przez Jareda i Ivankę [Trump, córkę prezydenta USA], chciał zaimponować ojcu kąskiem, który ruszy kampanię z miejsca. Kiedy trzynaście miesięcy później spotkanie wyjdzie na jaw, stanie się zarówno dowodem świadczącym przeciwko zmowie z Rosjanami, jak i jej potwierdzeniem. Tak czy inaczej, nie dowodziło ono sprytu ani błyskotliwości ludzi w nie zaangażowanych, lecz skrajnej bezmyślności i naiwności, która pozwoliła im spiskować w biały dzień.

Tamtego czerwcowego dnia do Trump Tower zawitały następujące osoby: wpływowy prawnik z Moskwy, prawdopodobnie będący rosyjskim szpiegiem, współpracownicy azerbejdżańskiego oligarchy Arasa Agalarova, amerykański producent muzyczny, który lansował syna Agalarova, rosyjskiego gwiazdora muzyki pop, a także lobbysta rosyjskiego rządu w Waszyngtonie. Celem ich wizyty w siedzibie sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych było spotkanie z trzema jego najbardziej wpływowymi członkami. Rozmowę poprzedziła korespondencja między wieloma osobami w sztabie, z której wynikało niezbicie, co następuje: Rosjanie mają jakiegoś haka na kontrkandydatkę.

Hipotezy co do możliwych powodów tego kretyńskiego spotkania były następujące:

- Rosjanie, w sposób zorganizowany lub z wolnej stopy, próbowali wciągnąć sztab Trumpa w kompromitujące stosunki.

- Spotkanie stanowiło element aktywnej współpracy sztabu Trumpa z Rosjanami w celu uzyskania i rozpowszechnienia informacji na szkodę Hillary Clinton - i rzeczywiście, po kilku dniach portal WikiLeaks ogłosił, że znajduje się w posiadaniu maili Clinton. Niespełna miesiąc później zaczął je udostępniać.

- Sztab Trumpa, który wciąż uważał udział w wyborach za zabawę - i nie łudził się nadzieją wygranej - był otwarty na wszelkie propozycje i oferty, ponieważ nie miał nic do stracenia. Głupkowaty Don Junior (Fredo, jak ochrzci go [późniejszy główny strateg Białego Domu Steve] Bannon (w jednym ze swych częstych zapożyczeń z Ojca chrzestnego) chciał tylko udowodnić swoją wartość.

- W spotkaniu wzięli udział Paul Manafort, szef kampanii, i Jared Kushner, jej najbardziej wpływowy głos, ponieważ: (a) chodziło o spisek na wysokim szczeblu; (b) Manafort i Kushner, nie biorąc kampanii zbyt poważnie, chcieli wyciąć Hillary numer; (c) trzej mężczyźni zjednoczyli się przeciwko Corey'owi Lewandowskiemu [specjaliście marketingu politycznego, który również pracował przy kampanii] - Don Junior miał być katem - i w ramach tego przymierza Manafort i Kushner mieli przyjść na głupie spotkanie Dona Juniora.

Bez względu na rzeczywiste powody tych rozmów - i na to, który z powyższych scenariuszy najlepiej oddaje okoliczności spotkania tej przedziwnej i niepokojącej ferajny - rok później prawie nikt nie miał wątpliwości, że Don Junior chciał zaimponować ojcu przejęciem inicjatywy.

gazeta.pl

Premier May w poniedziałek ujawniła w Izbie Gmin, że w ataku na nich użyto broni chemicznej typu "nowiczok", która była w przeszłości produkowana i używana przez Związek Radziecki i Rosję. Nie doprecyzowała jednak, w jaki sposób została ona podana ofiarom.

"Na podstawie pozytywnej identyfikacji użytego środka chemicznego (...), naszej wiedzy na temat uprzedniej produkcji tego środka przez Rosję i tego, że nadal byłaby w stanie go wyprodukować, historii dokonywanych przez Rosję zabójstw, a także naszej oceny, że Rosja uznaje niektórych ze zbiegów za uzasadnione cele prób zabójstwa, rząd uznał, że jest wysoce prawdopodobne, iż Rosja jest odpowiedzialna za działania przeciwko Siergiejowi i Julii Skripalom" - powiedziała premier.

Podkreśliła, że "istnieją jedynie dwa możliwe wyjaśnienia tego, co się stało w Salisbury 4 marca: albo było to bezpośrednie działanie Rosji przeciwko naszemu państwu, albo rosyjski rząd stracił kontrolę nad potencjalnie katastrofalnie szkodliwym środkiem paralityczno-drgawkowym i pozwolił na to, aby wpadł w ręce innych osób".

May potwierdziła, że w poniedziałek popołudniu brytyjski rząd zażądał pilnych wyjaśnień od Rosji dotyczących tego, w jaki sposób produkowana przez nią wojskowa broń chemiczna została użyta na terytorium Wielkiej Brytanii.

Poinformowała, że szef brytyjskiej dyplomacji Boris Johnson pilnie wezwał rosyjskiego ambasadora i zażądał od niego wyjaśnień, a także "natychmiastowego przekazania pełnych informacji na temat programu rozwoju broni chemicznej +nowiczok+ do Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej" z siedzibą w Hadze. Termin na złożenie wyjaśnień mija o północy z wtorku na środę.

Brytyjska premier podkreśliła, że w środę jej rząd "szczegółowo rozpatrzy odpowiedź Rosji", ale zastrzegła: "jeśli nie otrzymamy wiarygodnej odpowiedzi, to uznamy, że ta akcja stanowi nieuprawnione użycie siły przez państwo rosyjskie przeciwko Wielkiej Brytanii".

"Wtedy wrócę do parlamentu i przedstawię pełny zakres działań, jakie podejmiemy w odpowiedzi" - zapowiedziała, dodając, że jej rząd rozpocznie także w tej sprawie konsultacje w ramach ONZ i NATO oraz z najbliższymi sojusznikami.

Szefowa rządu zastrzegła stanowczo, że "ta próba zabójstwa przy użyciu wojskowej broni chemicznej w brytyjskim mieście jest nie tylko przestępstwem przeciwko rodzinie Skripalów, ale jest pozbawionym skrupułów i zuchwałym aktem wrogości wobec Wielkiej Brytanii, zagrażającym życiu niewinnych cywili".

Odmawiając podania szczegółów możliwej odpowiedzi brytyjskiego rządu, May zaznaczyła jednak, że "musimy być gotowi do podjęcia znacznie bardziej rozległych działań" niż sankcje i ograniczenia, które zostały nałożone na Rosję po zabójstwie innego byłego rosyjskiego agenta, który zdecydował się na współpracę z Brytyjczykami, Aleksandra Litwinienki.

PAP

Nawyki żywieniowe, które obecnie powodują choroby cywilizacyjne, z punktu widzenia ewolucji przyczyniły się do tego, że mamy tak rozwinięty mózg, a tym samym, że tak dobrze radzimy sobie w świecie. Mózg jest drogi w utrzymaniu. Nasi przodkowie jedli mało energetyczne pożywienie, głównie warzywa, owoce i inne pokarmy roślinne. Gdyby mieli tak duży mózg jak współczesny człowiek, musieliby jeść niemal przez cały dzień. Homo erectus nauczył się posługiwania ogniem i dzięki temu zyskał możliwość jedzenia mięsa bez strachu, że umrze z powodu zakażenia. Poza tym obróbka cieplna jedzenia sprawia, że ilość energii, którą można uzyskać, ogromnie wzrasta, co pozwoliło nam zyskać więcej wolnego czasu – potrzebowaliśmy bowiem mniej posiłków niż wcześniej. (…) Aż do ukształtowania się gatunku homo sapiens nasz mózg stale się powiększał i w dużym stopniu zawdzięczamy to coraz bardziej energetycznemu pożywieniu dostarczanemu organizmowi. I dlatego tłuste jedzenie aktywuje układ nagrody w mózgu.

Bycie najbystrzejszym gatunkiem na świecie kosztuje. Mózg to straszny głodomór. Jest tym narządem, który wykorzystuje najwięcej energii w stosunku do swojej wagi, i dlatego lubi wszystko, co w siebie wpychamy, pod warunkiem że dostarcza mu to energii. Fakt, że pławi się w dopaminie za każdym razem, kiedy jemy coś, co zawiera cukier i tłuszcz, w znacznym stopniu wynika stąd, że jego stara część nadal uważa, że są to „towary deficytowe”.

Tłuszcz i cukier równa się szybka dostawa energii dla wygłodniałego mózgu, który wciąż wierzy, że opłaci mu się namawianie nas, żebyśmy dostarczali mu jak najwięcej tych „trudno dostępnych” substancji odżywczych. W tej kwestii mózg nie idzie z duchem czasu. Jest produktem ewolucji, a ewolucja to powolny proces. W świecie zachodnim jednak tłuszczu i cukru nie brakuje. Nagradzanie niezdrowego stylu życia przez stary mózg przynosi więc współczesnemu człowiekowi więcej szkody niż pożytku. Na szczęście mamy nowsze, bardziej elastyczne struktury, które stale się uczą. (…) Ewolucyjnie nowsza część mózgu jest w stanie pokonać starszą i prymitywniejszą. I całe szczęście. Gdyby nie to, wszyscy bylibyśmy otyłymi niewolnikami przemysłu spożywczego.

Jedzenie, z którego cieszy się prymitywna część mózgu, niszczy nie tylko zęby i figurę, ale także sam mózg. Tłuszcz odkłada się w postaci blaszek miażdżycowych w naczyniach krwionośnych całego ciała, także w tych, które znajdują się wewnątrz mózgu lub do niego prowadzą. Jeśli jedna z takich blaszek się oderwie lub jeśli zupełnie zatka się naczynie krwionośne, dochodzi do udaru. A wiele takich małych udarów prowadzi do otępienia naczyniowego.

Entuzjazm mózgu trwa krótko. Z czasem potrzebuje on coraz więcej soli, cukru i tłuszczu, żeby wpaść w zachwyt. Brakuje nam tego stanu uniesienia i wpychamy w siebie coraz więcej. A to już przypomina uzależnienie. (…) Wielu osobom łatwiej jest odmówić sobie ciasta w ogóle, niż zadowolić się małym kawałkiem.

Zjedzenie jednego kawałka sprawia, że mózg uwalnia mnóstwo dopaminy, a my czujemy się tak dobrze, że sięgamy po drugi. Ale jeśli ciągle objadamy się ciastem, mały kawałek nie da już takiego samego efektu. Mózg przestymulowany hormonem szczęścia będzie dążył do uzyskania równowagi, nie reagując tak gwałtownie na uwalnianie się dopaminy. Będziemy więc potrzebować coraz więcej, by osiągnąć taki sam poziom satysfakcji jak na początku. Być może jeśli przestaniemy dostarczać organizmowi jedzenie, które zwykle kończy się imprezą dopaminową, będziemy się czuć smutni i nieszczęśliwi.

tygodnikprzeglad.pl

Żeby świadczenie było wyższe, bardziej opłaca się czekać niż wziąć emeryturę i dodatkowo dorabiać.

Obrazowo można powiedzieć, że jeżeli występujemy o ustalenie prawa do emerytury, to rozbijamy bank, to znaczy zamieniamy zgromadzony kapitał składkowy na dożywotnie, comiesięczne świadczenie na warunkach obowiązujących tu i teraz. Te warunki to przede wszystkim średnie dalsze trwanie życia dla osoby w dokładnie naszym, co do miesiąca, wieku. Nawet jeśli na emeryturze taka osoba pracuje, to jej składki gromadzone są od nowa i później w celu doliczenia do emerytury będą musiały zostać znowu zamienione na dożywotnią kwotę miesięczną. Oczywiście daje to odpowiedni wzrost świadczenia, ale nie o tyle, o ile wzrosłoby ono, gdyby ustalenie prawa nastąpiło później. Wtedy kapitał emerytalny, podlegając w międzyczasie waloryzacji składek i doliczeniu kolejnych składek w związku z pracą, zostałby podzielony przez mniejsze średnie dalsze trwanie życia. W tym roku waloryzacja składek będzie najwyższa od 2009 r. i wyniesie ok. 7 proc, co wynika głównie z wysokiego wzrostu wynagrodzeń w poprzednim roku. Dodajmy, że pod koniec kariery zawodowej przyrost kapitału emerytalnego w związku z waloryzacją jest znacznie większy niż w związku z nowymi składkami. Sztandarowym przykładem pozytywnych efektów wydłużania okresu gromadzenia składek jest emeryt, który był technikiem górnictwa i przeszedł chyba przez wszystkie szczeble stanowisk w kopalni. Gdy przechodził na emeryturę w wieku 80 lat, tj. po 60 latach pracy i opłacania składek, otrzymał ponad 20 tys. zł świadczenia. Podobny przykład to kobieta z sektora bankowego, o zbliżonym stażu i wieku przejścia na emeryturę. Na drugim biegunie jednak mamy osobę ze świadczeniem w wysokości 4 gr miesięcznie, za którą w całej jej karierze wpłynęła do FUS tylko jedna składka w wysokości kilkunastu złotych.

gazetaprawna.pl

sobota, 16 czerwca 2018


Globalny system przestał działać i gołym okiem widać opcje na stole. Z jednej strony „róbmy tak dalej”, a więc bogaci bogacą się jeszcze bardziej. Z drugiej załamanie globalizacji i wówczas każdy będzie chciał wyjść z systemu globalnego jak najwcześniej, zgodnie z zasadą, że ostatni, którzy wybiegają z płonącego budynku, zazwyczaj giną w pożarze…

A tak konkretniej?

Weźmy przykład z wczesnych lat 30. Globalny system się wówczas rozpadał, a ci, co próbowali go naprawiać, albo doświadczyli głębokiego kryzysu, jak USA – przypomnijmy, że Roosevelt przyszedł dopiero 3 lata po krachu, albo po prostu faszyzmu, jak Niemcy. W tych krajach rządziły elity próbujące narzucać cięcia i równoważyć budżet. Tak było z prezydentem Hooverem i tak samo z kanclerzem Brüningiem. Do tego Niemcy wyszły ze standardu złota o wiele za późno, Wielka Brytania uczyniła to wcześniej i jakoś przetrwała.

A lekcja na dziś?

Mniej globalizacji, mniej neoliberalizmu, prywatyzacji i urynkowienia, a system będzie w stanie przetrwać. To, czego musi nauczyć się globalna elita, to że możliwa jest jakaś alternatywna dla neoliberalizmu forma kapitalizmu. Ponieważ jej nie prezentują, wchodzą w to miejsce wasz Kaczyński z Morawieckim i mówią, że przecież można inaczej – a w pakiecie dają reformę sądów.

(...)

A co z technologiami komunikacyjnymi? Miały nam przynieść demokratyzację dyskursu, umożliwić prostowanie kłamstw polityków i ekspresję postulatów. A dostaliśmy breitbarta i fake-newsy…

Historię rewolucji komunikacyjnej trzeba pisać na bieżąco, było kilka jej faz. Najpierw elita kreuje neoliberalizm, potem technologia przynosi nam media społecznościowe, które pozwalają na ekspresję gniewu na neoliberalizm – zauważyliśmy to w 2011 roku. I jak odpowiadają na to elity? Jeden sposób to po prostu zamknąć lub ograniczyć dostęp, co robi np. Erdogan czy Chińczycy. Nie znajdziesz w wyszukiwarce pewnych stron czy postaci – czyli cenzura. To działa jednak różnie, bo ludzie uczą się ją obchodzić.

A jak obejdą?

Drugi pomysł elit to tradycyjna propaganda, ale ludzie ją łatwo przejrzą. Jak Putin wyłowił dwie wazy z dna morza, to ludzie dość szybko zaczęli sobie robić z tego jaja. I stąd wzięła się trzecia droga, o której pisał między innymi Steven Bannon: zalewasz system morzem gówna. Mnóstwo fałszywych informacji w sferze publicznej sprawia, że zaczynasz szukać autorytetu, na zasadzie „niech mi ktoś w końcu powie, w co mam wierzyć”. No i wtedy taki Kaczyński czy Erdogan mówią: my wam powiemy, co jest prawdą, tzn. że my jesteśmy prawdą.

krytykapolityczna.pl

czwartek, 14 czerwca 2018


„Jednym z niepokojących aspektów sprawy jest to, że oczywiste boty rozsiewają wysoce zapalne i często ksenofobiczne treści”, napisał Robert Gorwa, członek zespołu badającego propagandę komputerową w dziewięciu krajach, w raporcie Oxford Internet Institute na temat manipulowania przez polityków polskimi użytkownikami sieci. I dodał, że jest to problem o szczególnym znaczeniu, ponieważ tak zmanipulowane treści są obserwowane przez zwyczajnych odbiorców i traktowane jak sygnały tego, czym interesuje się opinia publiczna i co myślą ludzie. Tymczasem w rzeczywistości są one wynikiem propagandy i celowej dezinformacji, bardzo sprawnie rozsiewanej za pomocą Facebooka i Twittera oraz komentarzy zamieszczanych w wielu innych miejscach w sieci – choćby na forach stron informacyjnych.

W naszym kraju, wynika z konkluzji raportu zatytułowanego „Komputerowa propaganda w Polsce”, jest pod tym względem gorzej niż w Wielkiej Brytanii, we Francji i w Niemczech, a podobnie jak w Stanach Zjednoczonych w okresie kampanii prezydenckiej. Co jest porównaniem o tyle istotnym, że we wszystkich tych krajach dostrzeżono wagę problemu i stał się on przedmiotem troski opinii publicznej oraz specjalistów. Powołano komisje parlamentarne do wyjaśnienia skali zjawiska, a na firmy zarządzające platformami społecznościowymi wywierano nacisk, by zapanowały nad sytuacją. We Francji przed ostatnimi wyborami prezydenckimi doprowadziło to do usunięcia z Facebooka 30 tys. fałszywych kont. Był to zapewne jeden z powodów, dla których nad Loarą obroniono się przed falą populizmu.

Nie udało się to w Polsce i zapewne m.in. z tego powodu trafiliśmy pod lupę naukowców z Oksfordu. Gołym okiem było też widać ogromne podobieństwa między komunikacją w sieci, która wspierała wybór Trumpa lub brexit, i tą popierającą PiS oraz Andrzeja Dudę.

„Podczas gdy komentatorzy skłaniają się ku temu, by łączyć te zmiany (chodzi o zmiany w Polsce – przyp. aut.) z szerszym trendem prawicowego populizmu w Europie, ich interesującym aspektem, który pozostaje niedostatecznie zbadany, jest to, jaką rolę odegrał w nich internet oraz media społecznościowe”, napisał Gorwa i postarał się parę spraw wyjaśnić. W tym celu przeprowadził badania jakościowe, na które złożyły się wywiady ze specjalistami. Dotyczyły one głównie Facebooka, gdzie trudniej o analizy statystyczne, a liczba komunikacji ma mniejsze znaczenie. Później uzupełniono je ilościowym badaniem Twittera, które potwierdziło, jak źle jest z polską siecią.

Szczególnie ciekawe okazały się rozmowy z jednym z praktyków manipulowania siecią. „W ciągu ostatnich 10 lat jego firma stworzyła ponad 40 tys. unikalnych tożsamości, każdą z wieloma kontami na różnych platformach społecznościowych i portalach, unikalnymi adresami IP, a nawet własnymi osobowościami, kreując kilkaset tysięcy fałszywych kont, które były wykorzystywane w polskiej polityce oraz wielu wyborach”, relacjonuje Robert Gorwa w raporcie i dokładnie opisuje, co później robi się z takimi kontami. A działa to tak, że każdy pracownik firmy zarządza mniej więcej 15 tożsamościami. Każda z nich ma swój styl, swoją historię i ludzi, na których wpływa. Nie chodzi bowiem o to, by bezpośrednio wpływać na opinię publiczną. Bardziej liczy się wpływanie za pomocą sygnałów popularności (lajków, przychylnych komentarzy) na liderów opinii – blogerów, dziennikarzy, polityków, administratorów popularnych stron, ważnych aktywistów.

„Poprzez infiltrację wpływowych grup na Facebooku, podkładanie komentarzy i bezpośrednie rozpoczynanie dyskusji z tymi liderami opinii dąży się do celu, którym jest przekonanie wybranych osób, że podążający za nimi szczerze wierzą w określony argument, i dostarczenie długoterminowych bodźców pchających w kierunku pewnych strategicznie określonych pozycji”, czytamy w raporcie. Co oznacza mniej więcej tyle, że zadaniem tych ludzi jest pisanie komentarzy, które przekonają osoby mające poglądy inne od wygodnych dla zleceniodawcy, że te są niepopularne, i zniechęcą do zabierania głosu lub skłonią do zmiany poglądów.

tygodnikprzeglad.pl

Ostatnią kampanię wyborczą w Stanach Zjednoczonych i pierwszy rok prezydentury Donalda Trumpa da się streścić jako nieistniejącą powieść Thomasa Pynchona. Jej fabuła szłaby tak: wywodzący się z branży nieruchomości krezus z niejasnymi finansami i gwiazdor reality TV startuje w wyścigu do Białego Domu. Za jego plecami staje magnat medialny, podszeptujący idącemu jak burza kandydatowi skandalizujące i mroczne idee. Między nimi a władzą stoi kobieta, pierwsza w historii prezydenckiego wyścigu. W tle kampanii przewijają się rosyjscy hakerzy, neonaziści z alt-right i fałszywe wiadomości o politykach gwałcących dzieci w podziemiach pizzerii. Nieoczekiwanie dla świata i także dla samego siebie gwiazdor aferzysta wygrywa, ale to dopiero początek kłopotów… Blurb na okładce: „Tego gówna nie zmyślisz”. To mantra pierwszego rzecznika Białego Domu, Seana Spicera, która w „Ogniu i furii” Michaela Wolffa pojawia kilka razy. Spicer oczywiście nie ma racji, bo wszystko da się zmyślić. Jego mantra mówi o czymś innym. Chodzi o zdumienie, że to gówno dzieje się naprawdę.

(...)

Bannon to dzisiaj już była szara eminencja Białego Domu, pierwszy w historii amerykańskiej prezydentury człowiek, który piastował funkcję głównego stratega prezydenta (nie mając do tego żadnego politycznego doświadczenia, chociaż przy prezydencie, który sam nie ma doświadczenia w sprawowaniu urzędów publicznych, to akurat nie znaczy zbyt wiele). Kiedyś inwestor, bankier i producent filmowy, Bannon pojawił się w orbicie Trumpa jako medialny baron, głowa konserwatywnego imperium medialnego o nazwie Breitbart, kontrowersyjnego, bo kojarzonego z fałszywymi wiadomościami, ale i niebotycznym zasięgiem, który w 2016 roku pracował przede wszystkim na korzyść Donalda Trumpa.

Według licznych relacji były główny strateg Trumpa to będący na bakier z higieną abnegat. Jego ulubiony strój: bojówki, kilka warstw koszulek i klapki. Jednocześnie to człowiek wielkiej ambicji („Ludzie na lewicy chcą wygrywać Pulitzery, kiedy ja pragnę BYĆ Pulitzerem!” – zanotował Joshua Green, autor jego reporterskiej biografii „Devil’s Bargain”), który wierzy, że ma do odegrania historyczną rolę w historii swojego kraju, a być może i świata. Sam o sobie mówi, że jest politycznym street fighterem, co znać po jego brutalnych zagraniach i agresywnym języku, czego przykładów w „Ogniu i furii” nie brakuje – o Ivance Trump mówi na przykład, że jest „głupią jak cegła” suką.

Zaczytany w biografiach amerykańskich generałów i prezydentów, a do tego zafascynowany chrześcijańskim mistycyzmem, ezoterycznym hinduizmem i pismami francuskiego tradycjonalisty René Guénona, Bannon postrzega prezydenturę Trumpa jako moment dziejowy. To głównie Bannon stoi za tym, co zyskało miano trumpizmu, czegoś na kształt politycznej ideologii Trumpa, będącej mieszanką populizmu, białego nacjonalizmu i izolacjonizmu. To oczywiście rodzaj uproszczenia, bo prezydent nie ma żadnej ideologii. W okresie opisywanym przez Wollfa miotał się między walczącymi na śmierć i życie ośrodkami wpływu, czyli Bannonem i Jarvanką, jak ten pierwszy nazywa Ivankę Trump i jej męża Jareda Kushnera, przywołując skojarzenia z innymi power couples: Jayoncé i rozwiedzioną już Brangeliną.

Bannon zrozumiał też, że Trump nigdy się nie zmieni, media i tak go nie polubią, a to, co mówią o nim liberalni dziennikarze, nie ma żadnego znaczenia dla jego zwolenników, dlatego bardziej opłaca się iść na starcie z mediami niż próbować je ugłaskiwać. Słuchając podszeptów Bannona, Trump zyskał pewność, że może powiedzieć wszystko i ujdzie mu to na sucho. Już nie musiał przepraszać i kajać się przed dziennikarzami jak politycy lat minionych – mógł nazwać każdą krytykę brakiem obiektywizmu i wciąż być dla swoich zwolenników bohaterem. I nawet jeśli świat usłyszy, jak przechwala się molestowaniem seksualnym, nic mu się nie stanie.

dwutygodnik.com

BiznesAlert.pl: Jak rosyjska gospodarka radzi sobie w okresie podwyżki cen ropy naftowej?

Marek Menkiszak: Pozostaje ona zależna od modelu surowcowego, eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego. Potrzebuje inwestycji zagranicznych. Rosja wyszła z recesji i weszła w stagnację. Jest wyraźnie lepiej, bo nie ma spadku PKB. Według pierwszej oceny w zeszłym roku zanotowano wzrost 1,5 procent. Warto jednak podkreślić, że jest to poniżej oczekiwań, które zakładały wzrost na poziomie 2,1 procenta. Jest pewien zawód władz rosyjskich. Kwartalne wskaźniki pokazują, że po pierwszym entuzjazmie z drugiego kwartału, kiedy wzrost PKB wyniósł 2,5 procenta, nastąpiło wyraźne spowolnienie. Produkcja przemysłowa zanotowała 1 procent wzrostu. To słabo. Owo tempo potwierdza przewidywania niezależnych analityków rosyjskich, którzy twierdzili, że problemem rosyjskiej gospodarki będzie brak zrównoważonego, dynamicznego wzrostu gospodarczego. Rysuje się perspektywa stagnacji: wzrostu 0-2 procent PKB rocznie, co przy kiepskim klimacie inwestycyjnym i małym napływie kapitału zagranicznego nie daje szans na dynamiczny rozwój ekonomiczny, który pozwoli Rosji poprawić pozycję międzynarodową. Jednakże taki wzrost wystarczy, aby zapewnić stabilność finansową i utrzymać poziom wskaźników społeczno-gospodarczych. Gospodarka rosyjska może utrzymywać się na tym poziomie przez długie lata.

I przejść spokojnie przez wybory…

…dokładnie. Priorytetem Kremla jest utrzymanie stabilności politycznej. Głównym zagrożeniem dla tego jest pauperyzacja społeczeństwa na tyle duża, aby przełożyła się na stabilność. Jeżeli spojrzeć na wskaźniki socjalne, to czwarty rok z rzędu spadają dochody Rosjan. W 2016 roku sięgał on prawie 6 procent, a w 2017 roku było to 1,7 procent. Wciąż nie został przezwyciężony negatywny trend spadkowy dochodów realnych. Około 40 procent rosyjskiego społeczeństwa nie starcza pieniędzy na niektóre podstawowe wydatki, jak ubranie i jedzenie. Topnieją ich oszczędności. Ponad dwie trzecie Rosjan nie ma żadnych. Do tego dochodzi problem, że dotyka to głównie emerytów, których problemów nie rekompensuje indeksacja emerytur przy rosnących cenach żywności i lekarstw. Widać, że rząd zdaje sobie z tego sprawę. W kampanii wyborczej ten temat będzie ważny. Władza podejmie jakieś działania, albo będzie próbowała sprawić wrażenie, że to robi.

Jaką rolę odegra tutaj przemysł militarny i energetyczny?

Te dwa sektory są w Rosji kluczowe. Dochody naftowo-gazowe to za zeszły rok około 190 mld dolarów. Połowa to eksport ropy, 30 procent – produktów naftowych i dopiero 20 procent – eksport gazu. To więcej, niż w 2016 roku, bo wtedy te dochody wynosiły 150 mld dolarów ale dużo mniej od rekordowego 2013 roku – kiedy Rosja zarobiła na eksporcie surowców energetycznych prawie 350 mld dolarów. Ten obecny wzrost cieszy Rosję, bo średnioroczna cena ropy naftowej marki Urals wzrosła z 42 dolarów w 2016 roku do 53 dolarów w 2017 roku. Ceny miesięczne zwiększyły się jeszcze bardziej. To pomaga budżetowi i redukuje jego deficyt. Rosja stara się przy tym oszczędzać. Wyliczenia budżetowe są konserwatywne i zakładają dochody liczone według, średniej ceny ropy na poziomie 40 dolarów.

Obecnie jest to prawie 70 dolarów.

Tak. Kolejny element to kompleks przemysłu zbrojeniowego. Trudno to rozdzielić, bo są zakłady pracujące jednocześnie dla sektora cywilnego i wojskowego. Poza tym jedna czwarta budżetu federalnego jest utajniona. Faktem jest, że wydatki zbrojeniowe Rosji, które systematycznie rosły nawet mimo kryzysu, mają funkcję nie tylko czysto militarną i geopolityczną, czyli budowę wizerunku mocarstwa i odstraszanie przeciwników, ale także funkcję socjalną. To sektor, w który pompowane są duże pieniądze także po to, aby utrzymać stabilność społeczną w Rosji. Te kilkanaście milionów ludzi zatrudnionych w tym sektorze, to – wraz z rodzinami – istotna część społeczeństwa.

biznesalert.pl