piątek, 25 maja 2018


Ponad 8 dolarów na każde 10 dolarów majątku wytworzonego w zeszłym roku trafiało do najbogatszego procenta ludności - wynika z nowego raportu organizacji charytatywnej Oxfam International.

- Boom miliardera nie jest oznaką kwitnącej gospodarki, ale symptomem słabego systemu gospodarczego - powiedziała Winnie Byanyima, dyrektor wykonawczy Oxfam International. Zdaniem specjalistów z Oxfam, globalna gospodarka jest wypaczona na rzecz satysfakcjonującego bogactwa zamiast pracy. Rzecznik Ofxam podał, że osoby, które szyją ubrania, składają telefony i wytwarzają jedzenie, są jedynie wykorzystywani do wzbogacania korporacji i superbogatych.

W raporcie czytamy, że unikanie opodatkowania przez przedsiębiorstwa i osoby zamożne kosztuje kraje rozwijające się i biedniejsze około 170 miliardów dolarów rocznie, które mogłyby zostać przeznaczone na usługi publiczne i wykorzystane do walki z ubóstwem. Autorzy raportu podkreślają również szkodliwe skutki nierówności płac wśród kobiet kobiet i mężczyzn. - Trudno jest znaleźć przywódcę politycznego lub biznesowego, który nie twierdzi, że nie obawia się nierówności, a jeszcze trudniej znaleźć takiego, który coś z tym robi. Wielu aktywnie pogarsza sprawy, obniżając podatki i łamiąc prawa pracownicze - powiedziała Byanyima.

bankier.pl

poniedziałek, 21 maja 2018


Twitter kojarzy mi się jakie dobre źródło informacji, ale przede wszystkim, jako miejsce obrzydliwych wojen ideologicznych.

- Internet kilka lat temu zrobił się „PiS-netem”. Partia i jej wynajęci ludzie, zdominowały narrację w mediach. To nie jest tajemnica, że chłopacy z prawicy pojechali do amerykańskiej części Republikanów i tam się nauczyli, jak zacząć siać ten ferment. Wydali mnóstwo pieniędzy, powołali gazety i portale, które jechały po bandzie. Między innymi dzięki temu wygrali wybory. Ale na takich oddanych władzy dziennikarzy, którzy kłamią, też jest sposób. Po programach mówię takiemu: „Jeśli jeszcze raz będziesz kłamał, że Polska jest w rozkwicie, to uważaj, bo zadam ci ze dwa lub trzy pytania i wyjdziesz na gamonia”.

O przyjazny, wolny od propagandy internet trzeba powalczyć poprzez budowanie wspólnoty. Mam już dość tych kłótni. Chce pokazać, że ludzie w polityce, którzy w pewnym momencie na skutek dobrych wiatrów i wiedzy, znaleźli się na wysokich pozycjach, to nie są drętwi i chamscy nudziarze.

To ustalmy: w internecie jest więcej hejterów czy dobrych ludzi?

- Trudno powiedzieć. Pozbywam się tych, z którymi dyskusja nie ma sensu. U mnie są trzy życia i ban. Kiedy ktoś jest dla mnie wredny lub mi ubliża, to "wciskam na niego" i przelatuje konto. Pamiętam te twarze, nicki. I do widzenia! W necie są proste zasady: nie dyskutuj z gościem, który myśli zero-jedynkowo i bezmyślnie określił się politycznie. Staraj się za to nie lekceważyć tych, którzy myślą inaczej, ale przynajmniej mają tę wspaniałą cechę, że chcą z tobą debatować.

Zarzuca się panu brak podawania źródłach informacji.

- Jeśli ktoś zarzuca, że moje informacje są niepełne, albo nie ma w nich źródeł, to ja mówię: napisz, cholera, do mnie i pogadamy. Myślę, że nie zawiedziesz się na mojej wiedzy, fajnie porozmawiamy wtedy na temat małej energetyki wiatrowej lub czegokolwiek innego. Moje źródła są tak szerokie, że czasami trudno mi je ustalić. Część rzeczy biorę z głowy, mam tam gigabajty danych. Zawsze pracowałem też na kilkudziesięciu newsletterach, codziennie śledzę dziesiątki stron: ekonomicznych, transportowych, Unii Europejskiej, sportowych i wielu innych. Kiedy chce wiedzieć, co w zbożu - giełda Chicago, kiedy szukam informacji o surowcach - Londyn.

(...)

Śledzi pan konto „Mądrości z Twittera Janusza Piechocińskiego”?

- Tak. I często śmieję się komentarzy na tym profilu. Nie znam tych ludzi osobiście, ale nie zamierzam prosić Facebooka o wyłączenie tego fanpejdża.

Ale przez takie inicjatywy pana konto uznawane jest w kategoriach mema.

- Mi to nie przeszkadza. Jeśli mojemu czytelnikowi nie poruszę szarych komórek tymi statystykami, a chociaż dostarczę powodów, dla których przepona zadziała, to i tak będę zadowolony. Uśmiechnięci są lepiej dotlenieni, a ludzie pełni optymizmu są szczęśliwsi. Wiem na pewno, że masa osób traktuje moje konto jako źródło poważnej wiedzy.

noizz.pl

Zdaniem Bergmana izraelskie służby działają bardzo sprawnie, co jest jednak katastrofalne dla izraelskiej polityki. - Polityczne kierownictwo wierzy, że służby są w stanie rozwiązać wszystkie problemy - zauważa autor.

Historia służb jest jego zdaniem "historią wielu małych taktycznych sukcesów i niebywałego strategicznego fiaska". Jak tłumaczy, wiara w skuteczność służb zablokowała polityczne i dyplomatyczne rozwiązania konfliktów.

Wśród wpadek Mosadu Bergman wymienia między innymi pomyłkowe zastrzelenie kelnera zamiast działacza "Czarnego Września w 1973 roku w norweskim Lillehammer. Opisuje przypadek dwuletniej dziewczynki, trafionej w 2006 roku w szyję odłamkiem izraelskiej rakiety, która od tego czasu jest sparaliżowana. - Nie można pomijać tej moralnej ceny, która stała się bardzo wysoka - podkreśla dziennikarz.

Bergman pisze, że izraelscy agenci uprowadzili w 1962 roku z Monachium niemieckiego naukowca Wernera Kruga, pracującego nad programem rozwoju broni rakietowej w Egipcie. Porwany poddany został w Izraelu "brutalnym metodom przesłuchania", a następnie zastrzelony. Jego ciało zrzucono z samolotu do morza - pisze Bergman. Przed 1945 rokiem Krug współpracował z nazistami.

gazeta.pl

piątek, 11 maja 2018


Gehlen urodził się w Erfurcie w 1902 r. Był synem Walthera Gehlena, porucznika Turyńskiej Artylerii Polowej. Jego matka pochodziła z arystokratycznej, flamandzkiej rodziny Van Vaernewycków. W roku 1908 rodzina Gehlenów przeprowadziła się do Wrocławia, gdzie Walther został księgarzem. Młody Reinhard uczęszczał do Gimnazjum Króla Wilhelma. Był dobrym uczniem i bystrym dyskutantem. W 1918 r. zaciągnął się do armii i w krótkim czasie został oficerem. Przełomowym wydarzeniem w jego życiu był w 1931 r. ślub z córką dalekiego krewnego jednego z generałów Fryderyka Wielkiego. Od tej chwili Gehlen zaczął się piąć bardzo szybko po szczeblach kariery wojskowej. W 1935 r. trafił do Sztabu Generalnego niemieckich wojsk lądowych, gdzie po roku otrzymał stanowisko w Wydziale Operacyjnym. II wojna światowa zastała go jako oficera sztabowego w 213. Dywizji Piechoty. Następnie po raz kolejny skierowano go do Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych. Jako kierownik sekcji wschodniej Wydziału Operacyjnego był jednym z architektów operacji Barbarossa – ataku III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r.

Jednak największy wpływ na jego powojenne losy miało stanowisko, które objął w kwietniu 1942 r. Został wtedy szefem Wydziału Obce Armie Wschód (Fremde Heere Ost). Jednostka ta zajmowała się działalnością wywiadowczą na froncie wschodnim. Gehlen całkowicie ją zreorganizował i konsekwentnie zaczął tworzyć podwaliny pod swoją przyszłą organizację szpiegowską.

W kwietniu 1945 r. Gehlen został zdymisjonowany przez Hitlera. Decyzja ta nie miała jednak dla niego większego znaczenia, ponieważ z najbliższymi współpracownikami wprowadzał już w życie plan przejścia na stronę amerykańskiego wywiadu. Kiedy Armia Czerwona zbliżała się do wschodnich granic Rzeszy, Gehlen zabezpieczył archiwa Wydziału Obce Armie Wschód i ukrył je w starej kopalni na terenie Bawarii. Dokumenty miały stanowić mocną kartę przetargową, gwarantującą nietykalność i zatrudnienie u Amerykanów. Nazista uważał, że sojusz między USA i Związkiem Radzieckim nie przetrwa długo. Był pewien, że Stalin nigdy nie dopuści do odzyskania przez kraje Europy Środkowo-Wschodniej realnej suwerenności. Gehlen nie wykluczał, że Sowieci uderzą na Zachód, aby zająć całe Niemcy.

Amerykanie przechwycili Gehlena 22 maja 1945 r. Gen. bryg. Edwin L. Sibert, szef wywiadu amerykańskich wojsk okupacyjnych, wydał rozkaz przeniesienia więźnia do obozu jenieckiego. Nie poinformował o tym swoich przełożonych aż do sierpnia, kiedy miał już pewność, że zabezpieczone przez Gehlena archiwum jest autentyczne i może się przydać do działań przeciwko Sowietom. Gehlen odzyskał wolność, a od lutego 1946 r. amerykański wywiad zaczął go traktować jako sprzymierzeńca w walce przeciwko komunistom.

tygodnikprzeglad.pl

Kto słabo czyta? Kto tak boi się otrucia, że wciąż je żarcie z McDonalda? Kto godzinami narzeka znajomym przez telefon, że świat jest niemiły, gapiąc się przy tym w trzy telewizory? Kto ma zwykle taką opinię jak ostatnia osoba, z którą rozmawiał? O kim prawie wszyscy współpracownicy mówią, że jest „jak dziecko”, a koledzy, wznosząc oczy do góry, wzdychają „Co za idiota”? Kto dostał pracę, a wcale jej nie chciał? No kto?

forsal.pl

Kim w ogóle jest Łukasz Jakóbiak? Dziś można by sądzić, że „ó" w jego nazwisku miało odróżnić go od pewnego piwowara, ale nasz bohater obecny w przestrzeni publicznej jest od siedmiu lat. Wtedy to w akcie kreatywności/desperacji (niepotrzebne skreślić) wywiesił był własne CV wydrukowane na wielkich płachtach papieru przed wejściem do siedziby wytwórni EMI Music Poland. Niezmiennie wiarygodna Wikipedia informuje jednak, że pierwszy krok ku wielkości Lucas poczynił już jako osiemnastolatek – zaliczając epizod w serialu Wiedźmin, gdzie odtwarzał rolę skrzata. Najwidoczniej hormon wzrostu zadziałał u niego z lepszym nawet skutkiem, niż u Leo Messiego.

W każdym razie Jakóbiak na dobre zaistniał za sprawą autorskiego youtube'owego talk show 20 m2, którego bodaj najbardziej pamiętnym momentem była pozorowana kłótnia i demolka lokum w wykonaniu rozjuszonej duńskiej Mozilli. Program prawdziwie interaktywny, bo przyprawiający widza o mimowolne ciarki wstydu.

Przez kolejne lata radomski self-made man pracował w pocie czoła na miano osobowości internetowej (skądinąd pojęcie wirtualne, mogące w obecnych realiach oznaczać każdego osobnika z szyszką w dupie, dostępem do sieci i odpowiednią dozą samozaparcia, aby wszystkim o owej szyszce opowiedzieć). Szybko uznał, że receptę na sukces może sprzedać innym i tak też zasilił armię kołczów, motywatorów, domorosłych psychologów i innych krasomówców z cyklu „powiem, co chcecie i ile chcecie, fakturę prześlę mailem".

vice.com

wtorek, 24 kwietnia 2018


Zdaniem prof. Przemysława Śleszyńskiego, głównego autora ekspertyzy PAN, perspektywy rozwojowe mniejszych ośrodków warunkuje odległość od bogatych centrów wzrostu.

„Stosunkowo najgorzej wypadły ośrodki położone peryferyjnie, w różnych częściach kraju, nie tylko, jak się to utarło uważać, we wschodniej części Polski – na Podlasiu i Lubelszczyźnie, ale także np. na Pomorzu Środkowym, Mazurach, w Sudetach i na Mazowszu. Natomiast najlepsze wskaźniki zdecydowanie osiągnęły miasta położone w strefach podmiejskich dużych aglomeracji” – ocenił.

Obok peryferyjnego położenia gmin problemy rozwojowe wynikają m.in. ze starzenia się populacji, spadku liczby ludności – szczególnie osób młodych i wykształconych - zachwiania równowagi na rynku pracy i idących w ślad za tym zaburzeniami.

Według prof. Śleszyńskiego należy wspierać rozwój średnich miast, ale już niekoniecznie, w ten sam sposób, wszystkich obszarów peryferyjnych. Wraz ze starzeniem się ludności będą bowiem rosnąć ich potrzeby finansowe wynikające np. z konieczności zapewnienia mieszkańcom opieki zdrowotnej.

Podkreślił, że w związku z postępującą depopulacją wiele gmin i powiatów „być może trzeba będzie łączyć”, gdyż będą za słabe ekonomicznie. „W niektórych regionach z najmniejszych wsi niestety ludzie będą musieli wyemigrować, przenieść się do miast i miasteczek, bo inaczej lokalne systemy osadnicze i społeczno-gospodarcze będą coraz bardziej niewydolne, aż wreszcie mogą upaść” – uważa ekspert.

Jak zaznaczył, kraj rozwija się nierównomiernie, w efekcie dochodzi do polaryzacji ekonomicznej; rośnie przy tym nieefektywność podziału administracyjnego Polski. „Według moich analiz województwa powinny być mniejsze, a szczebel powiatowy być może należałoby nawet zlikwidować. Drugie rozwiązanie to jeszcze większe województwa, ale też i znacznie większe powiaty - być może optymalny byłby układ do 12 województw i około 100 powiatów” – ocenił.

naukawpolsce.pap.pl

29 grudnia rosyjski sąd skazał pana zaocznie na dziewięć lat więzienia za oszustwa podatkowe. Czuje się pan bezpieczny w Londynie?

Jeśli pyta pan, czy żyję w strachu, odpowiedź brzmi „nie”. Gdybym tak żył, już bym przegrał. Ale Rosjanie prowadzą zakrojoną na szeroką skalę operację przeciwko mnie. Plany mogą zakładać wszystko. Od zabicia przez porwanie, aresztowanie, ekstradycję po pozywanie mnie i szerzenie czarnej propagandy. Moją sprawą zajmuje się w Moskwie 250 osób z Federalnej Służby Bezpieczeństwa, MSW, prokuratury i administracji prezydenta. Grudniowy wyrok był częścią tej operacji.

Siergieja Magnitskiego, który ujawnił przekręt, skazano pośmiertnie. Co skłoniło Moskwę do tak makabrycznego postępowania?

Magnitski ujawnił wyprowadzenie z budżetu równowartości 230 mln dol. Zamiast otrzymać nagrodę, został zamordowany w areszcie. Władimir Putin, zamiast ukarać tych, którzy go zabili, przyłączył się do zamiatania sprawy pod dywan. Dlaczego? Bo w całym tym kleptokratycznym, angażującym tysiące ludzi systemie poświęcenie jednego sprawiłoby, że reszta mogłaby odmówić współpracy. Jedynym wyjściem z jego punktu widzenia było odwrócenie narracji. Po pierwsze, że Magnitski nie został zamordowany. Po drugie, że sam był przestępcą. Dlatego w średniowiecznym stylu postawili go przed sądem i skazali już po śmierci.

Proszę przypomnieć mechanizm, który ujawnił Magnitski.

W 2005 r. jako szef funduszu Heritage Capital zostałem usunięty z Rosji jako zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Uznaliśmy, że Rosjanie w kolejnym posunięciu mogą aresztować naszych ludzi lub zająć nasz majątek. Udało nam się ewakuować kadrę i wyprzedać aktywa. Sprzedanie ich sprawiło, że wykazaliśmy zysk 1 mld dol., od którego w 2006 r. odprowadziliśmy 230 mln podatku. Rok później 25 milicjantów weszło do biura naszych prawników i zajęło dokumenty, w tym pieczątki naszych spółek. Te dokumenty zostały użyte, by sfałszować papiery poświadczające przerejestrowanie spółek na nazwisko Rosjanina w przeszłości skazanego za morderstwo. Następnie podrobiono umowy, które miały świadczyć, że spółki są winne podstawionym firmom 1 mld dol., a te pozwały ukradzione nam firmy do sądu i uzyskały korzystny dla siebie wyrok. Przestępcy zanieśli orzeczenie władzom podatkowym, bo wykazany przez nas zysk wyzerował się ze względu na zobowiązania. Efektem był nielegalny zwrot 230 mln dol. podatku w oparciu o sfałszowane dokumenty. To największy zwrot podatku w historii Rosji. Wypłacono go 31 grudnia 2007 r.

Kim są ludzie, do których trafiły pieniądze?

Jednym z nich była Olga Stiepanowa, która podpisała się pod decyzją urzędu podatkowego. Udało nam się wyśledzić 11 mln dol., które trafiły na konto jej męża w zurychskim oddziale Crédit Suisse. Te środki zostały potem zamrożone przez władze Szwajcarii. Część pieniędzy trafiła do jej zastępców i została wydana na wille w Dubaju. Inne trafiły do Francji, Holandii, USA, a nawet do Polski.

Do Polski?

To nie były wielkie pieniądze. W Polsce wydano kilkaset tysięcy. O ile pamiętam, na wyposażenie jachtów. Przez osiem lat śledziliśmy przepływy finansowe. Teraz pracujemy z 12 różnymi urzędami z całego świata, które pomagają zamrażać i zajmować środki, by ci ludzie nie mogli korzystać z owoców przestępstwa.

forsal.pl

(...) w 2012 roku prezes amerykańskiej sieci domów towarowych JCPenney Ron Johnson postanowił z dnia na dzień skończyć z polityką obniżek i promocji i ustalić ceny na stałe na takim poziomie, na jakim były po wszystkich „promocjach”.

Klienci nadal płacili tyle, ile zwykle, z tym że nie było już wielkich znaków „obniżka o 80 proc.” przekreślonych wyższych cen i wstawianych niższych. Po prostu przestano sztucznie zawyżać ceny tylko po to, by je następnie obniżać. Ron Johnson uważał, że postępuje słusznie, oszczędzając klientom całego teatru związanego z obniżaniem sztucznie zawyżonych cen. Był przekonany, że to docenią.

Prezes jednak się pomylił, ponieważ nie czytał właśnie takich książek jak ta, którą recenzuję. Są w niej opisane setki eksperymentów, które pokazują, że ludzie nie zachowują się racjonalnie i w sposób zgodny z własnym długoterminowym interesem – szczególnie jeżeli chodzi o pieniądze. W ciągu roku od wprowadzenia uczciwych cen w JCPenney firma poniosła straty w wysokości 985 mln dol., Ron Johnson został zwolniony ze stanowiska prezesa, a ceny znowu powędrowały w górę by zostać obniżone w „promocjach”. Klienci płacili mniej więcej tyle samo co wcześniej, ale teraz mieli poczucie, że upolowali okazję. Wniosek jest taki, że na własne życzenie jesteśmy mamieni okazjami, które żadnymi okazjami nie są.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 1 kwietnia 2018


Oficjalna reakcja amerykańskiego establishmentu na protesty irańskiej młodzieży na ulicach Teheranu przeciwko sfałszowanym wyborom z czerwca 2009 uderzająco przypominała kampanię reklamową Facebooka, Google’a albo Twittera. Przypuszczam, że jakiś dzielny dziennikarz śledczy – do których niestety się nie zaliczam – mógłby dostarczyć twardych, namacalnych dowodów potwierdzających to wrażenie.

„The Wall Street Journal” ogłosił autorytatywnie: „Bez Twittera nie mogłoby się to wydarzyć!”. Andrew Sullivan, wpływowy i dobrze poinformowany amerykański bloger, wskazał na Twittera jako „kluczowy instrument organizacji oporu w Iranie”, a szacowny „New York Times” uderzył w liryczne tony, pisząc o starciu pomiędzy „bandziorami, którzy strzelają kulami, a protestującymi, których amunicją są wpisy na Twitterze”.

(...)

Ed Pilkington przywołuje Marka Pfeifle’a, doradcę George’a Busha, który zgłosił nominację Twittera do Nagrody Nobla, a także cytuje Jareda Cohena, urzędnika amerykańskiego Departamentu Stanu, który opisał Facebook jako „jedno z najbardziej naturalnych narzędzi demokracji, jakie widział świat”. W telegraficznym skrócie: Jack Dorsey, Mark Zuckerberg i ich towarzysze broni są generałami Armii Bojowników o Demokrację i Prawa Człowieka – a my wszyscy, „twittując” i wysyłając wiadomości na Facebooku, jesteśmy jej żołnierzami. Medium tak naprawdę jest przekazem – a przekaz mediów cyfrowych to „zdarcie informacyjnej kurtyny” i tym samym uruchamianie globalnego potencjału społeczeństw i uniwersalnych praw człowieka.

To właśnie ten niezdrowy rozsądek amerykańskiej elity politycznej i opiniotwórczej oraz innych nieopłacanych komiwojażerów usług cyfrowych napiętnował, obśmiał i potępił – jako „sieciowe złudzenie” – Jewgienij Morozow, 28-letni student, który niedawno przybył z Białorusi do Ameryki, w książce pod taki właśnie tytułem – The Net Delusion, wydanej jakiś czas temu przez Allen Lane.

Wśród wielu argumentów, jakie udało się Morozowowi zgromadzić w tym czterystustronicowym studium, jest na przykład taki, że według Al-Jazeery w Teheranie było około sześćdziesięciu aktywnych kont na Twitterze, a zatem organizatorzy demonstracji najczęściej używali zawstydzająco staromodnych technik przyciągania uwagi, jak dzwonienie przez telefon albo chodzenie po sąsiadach. Natomiast sprytni włodarze autokratycznego Iranu, nie mniej obeznani z internetem, za to bezwzględni i pozbawieni skrupułów, zaglądali na Facebooka, aby znaleźć linki do wszystkich możliwych dysydentów i wykorzystać te informacje w celu izolacji, aresztowania i rozbrojenia potencjalnych przywódców buntu – i zdławienia demokratycznego zagrożenia dla autokracji (gdyby takowe się pojawiło) w zarodku. Morozow wskazuje mnóstwo rozmaitych sposobów, za pomocą których autorytarne reżimy mogą wykorzystać internet dla własnej korzyści – wiele z nich faktycznie je stosowało i wciąż stosuje.

Można zacząć choćby od tego, że sieciowe społeczności oferują tańsze, szybsze, dokładniejsze i zarazem łatwiejsze sposoby ustalenia tożsamości i lokalizacji obecnych bądź potencjalnych dysydentów niż którakolwiek z tradycyjnych technik inwigilacji. Jak próbuje pokazać David Lyon w naszym wspólnym opracowaniu (Liquid Surveillance, Polity Press, ukaże się wkrótce), inwigilacja poprzez społeczności sieciowe jest dużo bardziej skuteczna dzięki współpracy jej potencjalnych obiektów i zarazem ofiar.

Żyjemy w ekshibicjonistycznym społeczeństwie, które publicznemu wystawianiu się na pokaz nadaje rangę podstawowego i najłatwiej dostępnego, a zarazem być możne najbardziej skutecznego i jedynego naprawdę niezawodnego dowodu społecznego istnienia. Miliony użytkowników konkurują ze sobą na ujawnianie i wystawianie na widok publiczny najbardziej intymnych, inaczej  niedostępnych aspektów swej tożsamości, społecznych powiązań, myśli, uczuć i działań. Portale społecznościowe stanowią pola dobrowolnej – „zrób to sam” – inwigilacji, bijąc na głowę (zarówno pod względem skali działania, jak i kosztów) fachowe agencje wypełnione specjalistami od szpiegowania i wykrywania.

(...)

Morozow tropi, w jaki sposób autorytarne czy wręcz tyrańskie reżimy mogą pobić domniemanych bojowników o wolność na ich własnym polu, stosując te same technologie, w których swe nadzieje pokładali apologeci i piewcy „demokratycznego zwrotu” internetu. Nic nowego, jak przypomina nam artykuł na łamach „The Economist” – w podobny sposób do pacyfikowania i rozbrajania ofiar dyktatorów używane były dawne technologie: badania pokazują, że wschodni Niemcy mający dostęp do zachodniej telewizji byli mniej skłonni do wyrażania niezadowolenia z ustroju. A co do rzekomo potężniejszej informatyki cyfrowej: „Internet dostarcza tak wiele taniej i łatwo dostępnej rozrywki ludziom żyjącym w warunkach autorytaryzmu, że skłonienie ich, żeby w ogóle zainteresowali się polityką, stało się o wiele trudniejsze”. Przynajmniej dopóki polityka nie zostanie przekształcona w kolejny pełen furii i wrzasku, ale bezzębny, bezpieczny i nieszkodliwy rodzaj rozrywki.

krytykapolityczna.pl

Ilan Pappé pisze, że jeśli Zachodni Brzeg jest “więzieniem na świeżym powietrzu”, to druga palestyńska enklawa - strefa Gazy - jest więzieniem o najostrzejszym rygorze. Izrael utrzymuje, że nie prowadzi okupacji Gazy. Jednak w praktyce kontroluje granice - w tym morską i powietrzną.

W Gazie szczególnie silny jest Hamas, organizacja uznawana za terrorystyczną. Wdaje się ona w konflikty z Izraelem, jest odpowiedzialna za zamachy i odpowiada na niektóre działania Izraela wystrzeliwaniem rakiet. Szczególnie na te ostatnie Izrael reaguje określanym jako "koszenie trawy" atakiem wojskowym na szeroką skalę. Ataki z powietrza i lądu, bombardowania - w tym także cywilnych budynków - mają za zadanie nie tylko eliminować terrorystów, ale "ukrócić" opór wśród społeczności. Jakie są efekty blokady i "koszenia trawnika" w Gazie?

Pracujący w Gazie psycholog Mohammed Mansour opisuje rzeczywistość enklawy jako "dystopię". W rozmowie z Izraelskim "Haazetz" mówi, że warunki życia w strefie, ciągła przemoc, brak perspektyw i zamknięcie na świat powadzą do rozpadu tkanki społecznej, przemocy seksualnej, uzależnień i epidemii chorób psychicznych.

Na pasie ziemi o powierzchni nieco większej od Krakowa mieszkają prawie dwa miliony ludzi. Według ONZ w przeciągu 10 lat Gaza stanie się “niezdatna do życia”. Zagranicznym dziennikarzom trudno jest się tam dostać i opisać sytuację. Można jednak opierać się na relacjach. Tak - według palestyńskiego lekarza i polityka Mustafy Barghoutiego - wygląda typowy scenariusz problemów młodej osoby w Gazie:

- Wyobraź sobie taką sytuację. Żyjesz w Gazie, jesteś młodym człowiekiem, skończyłeś szkołę. Ale od lat nie możesz znaleźć pracy, tak, jak 80 proc. absolwentów w Gazie. Idziesz do domu, gdzie prąd jest tylko przez dwie godziny dziennie. Mama pogania cię, żebyś wniósł baniaki z wodą na 8. piętro, bo przez brak prądu nie działa pompa. Gdy wniesiesz wodę, okazuje się, że jest ona słona - dostęp do czystej wody jest tam bardzo ograniczony. Kiedy myjesz się, sól podrażnia twoją skórę. Potem twój młodszy brat nieupilnowany pije tę wodę i dostaje infekcji. Sąsiad poszedł wykąpać się w morzu, dostał zapalenia opon mózgowych i zmarł. Woda w morzu też jest zanieczyszczona. Masz tego dosyć i chcesz się wydostać, studiować gdzieś albo pracować. Ale nie możesz przekroczyć granicy. Chcesz się pobrać z dziewczyną, ale żadne z was nie ma pieniędzy, nie będziecie mieli mieszkania. Jesteś zupełnie sfrustrowany. Idziesz do apteki i prosisz o tabletkę tramadolu (opioidowy lek przeciwbólowy - red.), wpadasz w uzależnienie. To typowa historia z Gazy.

gazeta.pl