środa, 24 stycznia 2018


Zespół pod kierownictwem dr hab. Macieja Gduli przeprowadził wiosną i latem tego roku badania klasy ludowej i średniej mieszkającej w niewielkim mieście województwa mazowieckiego. Przytłaczające zwycięstwo wyborcze odniosło tam Prawo i Sprawiedliwość.

(...)

Wnioski płynące z raportu mogą zaskoczyć zwolenników „populizmu” jako kategorii wyjaśniającej sukcesy polityczne PiS. Kategorią tą posługiwało się także środowisko Krytyki Politycznej – w tym główny autor raportu – w czasach pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości z lat 2005-2007. Zwycięstwo prawicy tłumaczono wówczas, w duchu teorii Chantal Mouffe i Ernesto Laclaua, wyparciem kwestii społecznej – tematów takich, jak nierówności, wyzysk, ale przede wszystkim istnienie „ofiar neoliberalnej transformacji” – ze zdominowanej przez transformacyjny, rynkowo-europejski konsensus sfery publicznej, w której stempel prawomocności przyznawały tzw. środowiska opiniotwórcze kojarzone z redakcją „Gazety Wyborczej” czy środowiskiem Unii Wolności.

Dekada po wstąpieniu Polski do UE, inaczej niż lata tuż przed pierwszym zwycięstwem PiS, była jednakowoż okresem wzrostu gospodarczego. Wzrost ten jest dostrzegalny nie tylko na podstawie wskaźników makro (rosnące płace realne, spadek bezrobocia, a nawet spadające nierówności dochodowe), ale także – co bardzo istotne – na podstawie osobistych doświadczeń życiowych bardzo istotnej grupy zwolenników obecnego obozu władzy. Autorzy raportu tłumaczą poparcie tej grupy dla PiS między innymi generalnym wzrostem aspiracji połączonym z uznaniem aktywnego państwa za aktora niezbędnego do ich realizacji. Praktycznym tego przejawem była np. zrealizowana po wyborach obietnica hojniejszej polityki rodzinnej.

Przeprowadzenie badania właśnie w Miastku (fikcyjna nazwa realnie istniejącej miejscowości) było podyktowane nie tylko wynikiem wyborczym, pozwalającym zgromadzić odpowiednią próbę zwolenników obozu władzy, ale także kondycją gospodarczo-społeczną tego miejsca. Wyraźnie zyskało ono estetycznie i materialnie na integracji z Unią Europejską, a warunki pracy i płacy, choć poniżej średniej ogólnopolskiej, nie pozwalają określić go mianem „przegranej” czy „zaniedbanej” prowincji – stereotypowo wiązanej z poparciem dla PiS i to w narracjach niemal wszystkich stron politycznego sporu.

(...)

Po pierwsze, różnice między klasą ludową i średnią widać w ich stosunku do elit i rządów Platformy Obywatelskiej, ocenianych w grupie wyborców PiS bardzo krytycznie, acz z nie do końca tych samych powodów. O ile w klasie ludowej dominowało postrzeganie elit III RP, zwłaszcza rządowych, jako oderwanych od zwykłego człowieka i nie dotrzymujących obietnic, o tyle dla klasy średniej najważniejsze zarzuty ogniskowały się wokół praktyk korupcyjnych i niemoralnego podejścia do życia publicznego.

(...)

Po czwarte, badacze zauważyli przeważający sceptycyzm (!) wobec zaostrzenia prawa aborcyjnego, jakkolwiek i tu uzasadnienia różnią się nieco rozłożeniem akcentów. Klasa ludowa wskazuje przede wszystkim na trudy i cierpienia związane z rodzeniem i wychowaniem chorych dzieci przez kobiety; klasa średnia skupia się bardziej na kwestii wolności osobistych i prawie wyboru. Ten nieoczywisty rozkład opinii wśród wyborców postrzeganych jako bardzo konserwatywni autorzy raportu wiążą z faktem, że polityczny lider (Jarosław Kaczyński), z którym większość respondentów się politycznie identyfikuje, nie zdecydował się dotychczas na zaostrzenie prawa. Poza tym dochodzi czynnik pokoleniowy: na poziomie światopoglądowym zwłaszcza starsze kobiety wydają się być wyraźnie bardziej skłonne nawet do liberalizacji obowiązującego prawa.

(...)

„Obraz PiS-u jako partii opierającej się na ludowym elektoracie jest nieprawdziwy. Partia Kaczyńskiego rzeczywiście miała największe poparcie wśród rolników i robotników, odpowiednio 53,3% i 46,8%. Warto jednak pamiętać, że w tych grupach frekwencja wyborcza jest zazwyczaj niższa niż w pozostałych i pomimo swej znacznej liczebności są one w wyborach niedoreprezentowane. PiS nigdy nie osiągnąłby tak wysokiego wyniku, gdyby zabrakło mu poparcia klasy średniej, czyli pracowników administracji i usług. Tutaj jego zwycięstwo nie było przytłaczające, ale zdołał zebrać najwięcej głosów – 35,4%. Platforma Obywatelska wygrała tylko w jednej z wyróżnionych w sondażu grup zawodowych – wśród dyrektorów i kierowników. Jednak nawet w tej grupie PiS deptał jej po piętach i zdobył tylko 1,7% głosów mniej. PiS wygrał też wśród właścicieli firm z wynikiem 29,1% i osób z wyższym wykształceniem – 30,4%”.

(...)

Co może jeszcze bardziej znaczące „[o]soby z klasy ludowej, albo znajdujące się gdzieś na granicy klasy ludowej i średniej, przedstawiające swoje życie w większym stopniu w kategoriach biografii, to znaczy procesu, w którym realizowali założony plan i zachowywali kontrolę nad własnym życiem, raczej głosowały na partie antysystemowe, to znaczy na stowarzyszenie Kukiz’15 lub KORWiNa. Dotyczyło to zwłaszcza młodych mężczyzn oddalających się od klasy swojego pochodzenia”.

Poczucie kontroli nad własnym życiem i deklarowane zadowolenie z niego nie kłóci się bynajmniej z radykalnie krytycznym stosunkiem do III RP, jej elit, liberalnej opozycji (zwłaszcza KOD), ani z tym wszystkim, co stereotypowo wiążemy z postawami prawicowymi. Nie ma zatem prostego przełożenia między sytuacją życiową a światopoglądem. Autorzy wskazują, że „[p]rzegląd historii życia wyborców i sympatyków prawicy, których w badaniu była ponad połowa, nie pozwala obronić tezy o podobnej strukturze doświadczenia, która zbliża ich do siebie. Osoby głosujące na PiS posługują się odmiennymi sposobami opowiadania o swoim życiu”.

To rozpoznanie prowadzi autorów raportu do bardziej ogólnego wniosku na temat charakteru projektu politycznego PiS i źródeł mobilizacji poparcia dla prawicy: „Ten rozdźwięk między osobistym doświadczeniem a postawą polityczną, będący elementem dzisiejszej dynamiki politycznej, pokazuje, że oddalamy się od populizmu w stronę innego typu relacji łączących wyborców i polityków. W populizmie mechanizm zdobywania poparcia polegał na znajdowaniu środków wyrazu dla doświadczeń, dla których nie było miejsca w sferze publicznej. Dziś mamy do czynienia z nową sytuacją. Prywatne doświadczenia są marginalizowane przez identyfikację polityczną. Wzmacniany jest sposób przeżywania świata, który selekcjonuje doświadczenia, tak aby pasowały do uczestnictwa w dramacie społecznym”.

Projekt polityczny obozu władzy, tak jak definiują go autorzy omawianego badania, to neoautorytaryzm. „Neo”, gdyż odwołuje się do demokratycznego imaginarium (to głos ludu-suwerena daje mandat do rządzenia nieograniczonego konstytucją i prawem, nad którymi dominuje „sprawiedliwość” jako emanacja woli narodu) i przeprowadza się w nim konkurencyjne wybory. Jednocześnie – i stąd jednak „autorytaryzm” – esencją tego projektu jest dominacja nad słabszymi, mniejszościami i obcymi oraz zawężenie solidarności do granic własnej wspólnoty narodowej, które nie są przykrym efektem ubocznym rządów, lecz składową ich legitymizacji.

(...)

Rozliczenie skorumpowanych, niemoralnych i wyalienowanych elit – to wątek może najmocniej odpowiadający niektórym stereotypom o wyborcach PiS jako pragnących odegrać się za swoje osobiste (prawdziwe lub wyimaginowane) – krzywdy. U innych z kolei wiąże się ono z dążeniem do przywrócenia moralnego ładu i uzyskania poczucia moralnej wyższości wobec “możnych”, nielojalnych wobec wspólnoty czy po prostu niegodnych swego statusu. Drugi element to – na swój sposób inkluzywna – wizja wspólnoty narodowej, która zwłaszcza osobom z klasy ludowej pozwala uzyskać poczucie przynależności do grupy „normalnych ludzi”. Wewnątrz tej grupy obowiązują reguły solidarności (np. na rzecz rodziców ponoszących ciężar wychowania dzieci), przy czym jest ona wyraźnie odgrodzona od „elit, «patologii» i obcych”, którym solidarność zwyczajnie się nie należy. Wreszcie, trzeci element – być może najbardziej zauważalny wśród klas średnich – to wymiar dumy i mocy realizowanych wobec grup słabszych czy uznawanych za niższe moralnie – od uchodźców przez „patologię społeczną” i kobiety aż po „odsunięte od koryta” elity ancien regime’u III RP.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 23 stycznia 2018


Powyższe zjawiska składają się razem na obraz zdecydowanie płytkiej i wyspowej modernizacji, jaka dokonała się w Polsce. Dopełniają go takie fakty jak wysoki wskaźnik zatrudnienia w rolnictwie i niewielka w porównaniu z krajami zachodnimi urbanizacja (co jest cechą całego regionu Europy Środkowej i Wschodniej) oraz niski odsetek obywateli z wyższym wykształceniem (obecnie w dramatycznym tempie zwiększany poprzez masowy rozwój szkolnictwa wyższego). Nie jest trudno podać historyczne uzasadnienie tego faktu, biorąc pod uwagę, że przez cały XIX i XX w., kiedy kraje rozwinięte budowały społeczeństwa przemysłowe i postprzemysłowe, Polska istniała przez raptem trzydzieści lat. Przy czym nawet nie sama płytkość modernizacji stanowi największe utrudnienie w tworzeniu inkluzywnego ładu politycznego i społecznego, ale jej wyspowość. Polska jest społeczeństwem rozdartym kulturowo i cywilizacyjnie. Różnice między niewielkimi grupami miejskich elit uczestniczących w kosmopolitycznej kulturze wysokiej a resztą społeczeństwa bardziej przypominają sytuację krajów południowoamerykańskich niż zachodnich, co potwierdza, niestety, tezę o (pół)peryferyjnym statusie Polski w systemie światowym. Dobrze koresponduje z tym ideologia intelektualnych elit, które widzą siebie jako grupę zasadniczo lepszą i odrębną od reszty społeczeństwa, przez co przyznają sobie prawo do paternalistycznej kontroli nad jej losami. Postawa ta przebijała wyraźnie w stosunku polskich polityków intelektualistów do procesu transformacji ustrojowej lat 90., w którym to poszkodowane masy były przez elitę traktowano jako konieczne ofiary przekształceń systemowych.

W literaturze przedmiotu popularna jest teza, że w latach 90. Polska zaczęła przechodzić przyspieszoną modernizację. Twierdzenie to, choć wydaje się oczywiste, moim zdaniem, nie jest jednak wcale takie pewne. Naturalnie, można spierać się, co to jest nowoczesność. Jeśli jednak przyjmiemy, że modernizacja polega na realizacji formułowanego między oświeceniem a pozytywizmem projektu budowy otwartego, egalitarnego i racjonalnego społeczeństwa dającego możliwość emancypacji zarówno indywidualnej (prawa obywatelskie), jak i zbiorowej (edukacja oraz poprawa materialnego statusu mas), w Polsce pod wieloma względami mamy do czynienia z regresem w porównaniu do czasów PRL. Dotyczy on takich kwestii jak laickość państwa i sfery publicznej, egalitaryzm społeczny, status kobiet (na przykład prawo do aborcji) czy ekonomiczna dostępność dóbr kultury (książek, kina, teatrów itp.). Zdecydowanie trafniejsza wydaje mi się teza, iż w Polsce następuje  p o s t m o d e r n i z a c j a, z typową dla niej skłonnością do afirmowania kulturowego status quo, kastrowania dyskursów emancypacyjnych (w imię polityki różnicy lub demontażu metanarracji) oraz propagowaniem ideologii konserwatywnych lub komunitarystycznych, czemu towarzyszy brak realnego zainteresowania ekonomią, w tym szczególnie kwestią sprawiedliwości redystrybucyjnej. Zgodnie z dominującą poetyką postmodernizmu polska tradycja, do której odwołują się prawicowi przeciwnicy liberalizmu politycznego i społecznego, jest pastiszową, hiperrealną symulacją. To zjawisko wybiórczego i twórczego wyciągania z lamusa historii elementów narodowej tożsamości w celu wykorzystania ich w doraźnej walce politycznej Jadwiga Staniszkis nazywa neotradycjonalizacją i wyraźnie odróżnia od modernizacji.

Nie jest przypadkiem, że jedyna przeprowadzona przez Polaka systematyczna i całościowa krytyka liberalnego konsensusu, jaka w ciągu prawie dwóch dekad istnienia III RP przebiła się do głównego nurtu refleksji akademickiej i dyskursu medialnego w Polsce – a mianowicie książka Demokracja peryferii Zdzisława Krasnodębskiego – została wyartykułowana z takiej dokładnie ponowoczesno-konserwatywnej pozycji. Stawia się w niej tezę, że model demokracji liberalnej przeszczepiony z zachodu ciemięży tradycyjną, polską tożsamość i nie pozwala zaistnieć w sferze publicznej unikatowym cechom polskiej kultury. Prawdziwa nowoczesność, zdaje się mówić autor, zgodnie z ponowoczesnym idiomem parodiując dialektykę, polega właśnie na tym, aby nie być nowoczesnym, ale „pozostać sobą”, nawet jeśli oznacza to bycie nienowoczesnym. Entuzjastyczne i ostentacyjne poparcie Krasnodębskiego dla Prawa i Sprawiedliwości w czasie wyborów parlamentarnych 2005 r. dobrze lokuje postomodernistyczno-komunitarystyczne idee na politycznej mapie. Troska o los pokrzywdzonych i bezrobotnych jest tu potraktowana czysto instrumentalnie, a nawet cynicznie, ponieważ orientacja ekonomiczna postomodernistycznej prawicy pozostaje neoliberalna. Świadczy o tym na przykład mianowanie przez PiS Zyty Gilowskiej na ministra finansów i zupełne zignorowanie protestów społecznych na tle ekonomicznym, jak było na przykład w czasie protestu pielęgniarek w czerwcu i lipcu 2007 r. Ważniejszym celem jest dla prawicowych populistów prowadzenie na wzór amerykańskiego neokonserwatyzmu „kulturowych wojen”, wzniecanych w imię idei prawości i sprawiedliwości, skierowanych jednak przeciw urojonym wrogom, jak geje i lesbijki, oraz fantomowym problemom w stylu deubekizacji.

Krasnodębski przekonuje, że recepcja idei liberalnych w Polsce była zawsze zafałszowana, a model realizowanej po przełomie 1989 r. demokracji liberalnej był obcy i wrogi tradycyjnej polskiej tożsamości kulturowej, która nie może się pod jego ciężarem swobodnie wyrazić. Nie bardzo wiadomo jednak, jakie  p o z y t y w n e  i konkurencyjne wobec liberalizmu, a typowo polskie wartości powinny dla dobra całego społeczeństwa pełniej się wyrazić. Polacy posiadają zapewne wiele pozytywnych cech, które odróżniają ich od innych narodów, zasadniczo są to jednak przymioty ze sfery prywatnej, jak gościnność, spontaniczność, umiejętność dobrej zabawy czy zdolność do improwizowania. Jeśli chodzi o człowieka publicznego, trudno wskazać, czym moglibyśmy konkurować z zachodnimi ideałami tolerancji i społecznej otwartości. Unikatowe cechy polskiej sfery publicznej to raczej pieniactwo, warcholstwo, negatywnie rozumiana anarchia, wywodząca się z tradycji demokracji szlacheckiej, zawiści i zamiłowanie do intryg, korupcja oraz ksenofobia. Czy te wartości powinniśmy afirmować w imię postmodernistycznej polityki różnicy i na nich budować naszą komunitarystyczną wspólnotę?

Jan Sowa - Ciesz się, późny wnuku!

poniedziałek, 22 stycznia 2018


"Kłamaliśmy rano, w nocy i wieczorem" - przyznał kiedyś na "taśmie prawdy" węgierski premier Ferenc Gyurcsany i wkrótce stracił stanowisko. W środę właściwie to samo przyznał brytyjski minister ds. Brexitu David Davis. Miesiącami Davis ogłaszał na prawo i lewo, że jego resort przygotowuje ponad 50 "potwornie szczegółowych" analiz opisujących skutków wyjścia z Unii Europejskiej. Teraz przyznał, że żadnych analiz nie ma. Mało tego: stwierdził, że takie analizy nie byłyby przydatne, bo "modele ekonomiczne zawsze się mylą". Ostatecznie parlamentowi przedstawił "analizy sektorowe", złożone z - jak to ujął jeden z publicystów - rzeczy, które można znaleźć w Google. (...)

Tak zapierająca w dech w piersiach niekompetencja i lekkomyślność - w obliczu być może najbardziej brzemiennego w skutkach wydarzenia w powojennej historii kraju - może szokować. Tym bardziej, że wszystko dzieje się w Wielkiej Brytanii, tej ostoi parlamentaryzmu i demokracji. Ale jeśli kogoś to zaskakuje, to chyba tylko dlatego, że przez ostatni rok nie zwracał na Wyspy uwagi. Na kłamstwach, lekkomyślności i filozofii "jakoś to będzie" została zbudowana cała kampania na rzecz Brexitu. Wbrew faktom i logice, Brexiterzy obiecywali 350 milionów funtów tygodniowo więcej na brytyjską służbę zdrowia, by wycofać się z tej obietnicy już w dzień po referendum. Lider kampanii Boris Johnson - dziś szef dyplomacji - zapewniał, że Wielka Brytania "zje ciastko i będzie mieć ciastko"; że zachowa wszystkie korzyści związane z członkostwem w unijnym rynku i uniknie wszystkich "wad", czyli np. otwartych granic dla obywateli UE. Kiedy eksperci wskazywali, że wszystko to jest niemożliwe i że konsekwencje Brexitu mogą być bolesne, odpowiedzią było, że "ludzie mają dość ekspertów".

opinie.wp.pl

sobota, 20 stycznia 2018


Kolejną kwestią jest rola państwa w czołowych firmach. Chciałbym, żeby nasza historia potoczyła się inaczej i różnica w akumulacji kapitału była mniejsza w porównaniu do najwyżej rozwiniętych państw. Od potopu szwedzkiego traciliśmy dystans pod tym względem do Europy Zachodniej. Dzisiaj jesteśmy w takiej sytuacji, że suma oszczędności i aktywów na głowę mieszkańca jest w Polsce cztery razy niższa niż w Grecji i 18 razy niższa niż Niemczech. Substytutem kapitału prywatnego może być kapitał publiczny. W Polsce wytworzył się konsensus do takiego właśnie podejścia. (...) Dwaj zachodni ekonomiści przebadali gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej. Wyszło im, że kraje naszego regionu nie mają niezależności ekonomicznej – są zależnymi gospodarkami rynkowymi. Najbardziej z tych zależnych gospodarek niezależne są Polska i Słowenia. Nie sposób nie zauważyć, że w tych dwóch krajach skala prywatyzacji była najmniejsza. Poszliśmy trochę inną drogą niż pozostałe państwa w czasach transformacji. Mamy znaczną rolę kapitału państwowego w gospodarce, a mniej zagranicznego. Idzie nam chyba dobrze. Nie podejmuję się oceniać z tak krótkiej perspektywy czy to było słuszne podejście, to jest zadanie dla historyków.

(...)

Co pan sądzi o repolonizacji?

Po pierwsze, ma znaczenie narodowość kapitału, który kontroluje dane aktywa. Mówię to jako osoba, która pracowała w różnych krajach i uczestniczyła w projektach doradczych na trzech różnych kontynentach. Dość wcześnie wyrobiłem sobie pogląd w tym temacie. Dlatego repolonizację rozumiem. Chodzi też oto, żeby tak jak selektywna powinna być prywatyzacja, tak również wybiórcza powinna być repolonizacja. Rozumiem oddanie kontroli nad firmami, gdzie konieczny był transfer know how. Dzięki temu mogły one wykonać skok rozwojowy. Ale nie potrafiłem zrozumieć dlaczego na przykład oddaliśmy kontrolę nad wszystkimi cementowniami, chociaż było jasne, że będziemy budować infrastrukturę. Zasadne jest zastanawianie się nad repolonizacją tych firm, gdzie da nam to jakąś dodatkową wartość, niż wynika to z prostej sumy zdyskontowanych przyszłych zysków.

forsal.pl

piątek, 19 stycznia 2018


Dlaczego ta kwestia ma tak negatywne reperkusje dla relacji polsko-niemieckich?

Relacje między Berlinem a Warszawą były, a przynajmniej tak to wyglądało z niemieckiej perspektywy, bardzo dobre. (Donald) Tusk i (Radosław) Sikorski byli popularnymi postaciami w Berlinie, wystarczy wspomnieć kryzys na Ukrainie (w 2014 r.). Ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Polski wspólnie pojechali do Kijowa, wspólnie rozmawiali z ludźmi z Majdanu, a kierował tym wszystkim nie niemiecki, lecz polski szef dyplomacji. Polski minister negocjował kompromis w Kijowie, a niemiecki siedział obok niego jak notariusz. Warto o tym pamiętać.

Były też oczywiście sprawy sporne, jak Nord Stream, ale myśmy uważali, że relacje są tak dobre, jak nigdy przedtem. Po kryzysie migracyjnym to się skończyło i wszyscy mądrzy Niemcy bardzo tego żałują.

Czym kierowała się Merkel w tych kluczowych momentach, we wrześniu 2015 roku? Dlaczego nie przewidziała skutków swoich decyzji?

To był czas wielkiej paniki w niemieckim rządzie. Od czasów Helmuta Kohla w niemieckiej polityce zagranicznej istniała żelazna zasada: zanim cokolwiek zrobimy w Europie, najpierw zawsze rozmawiamy z mniejszymi partnerami, rozmawiamy ze wszystkimi, a kiedy ich wszystkich wysłuchamy, wtedy próbujemy znaleźć kompromis z Francją. Kompromis uwzględniający interesy wszystkich. Angela Merkel dawniej też tak postępowała.

We wrześniu 2015 roku niemiecki rząd wpadł w panikę, ponieważ granicę państwa przekraczało bardzo wiele osób, a rząd uważał, że nie jest w stanie powstrzymać tej fali i w dodatku obiecał Niemcom europejskie rozwiązanie problemu. Nie było jednak żadnego europejskiego rozwiązania. Dlatego sięgnięto po plan, który powstał wcześniej, nie w Berlinie, lecz w Brukseli - rozdział uchodźców był pierwotnie planem unijnym. Berlin zwalczał ten plan przez 10 lat, a w sytuacji kryzysowej uchwycił się go jak ostatniej deski ratunku. Przeforsował go 22 września 2015 roku siłą na posiedzeniu ministrów spraw wewnętrznych UE, łamiąc wszelkie zasady niemieckiej polityki zagranicznej.

Merkel straciła kontrolę i - jak to się często dzieje w polityce - próbując naprawić błąd, popełniała kolejne. W normalnych czasach nie doszłoby do przegłosowania w taki sposób planu (rozdziału uchodźców).

Gdy ludzie zobaczyli nadciągające tłumy Arabów i wiwatujących na ich cześć Niemców, nie wiedzieli, kogo mają się bardziej bać - Arabów czy Niemców. Powiedzieli wtedy: stop, zero (uchodźców), w żadnym wypadku. Otwarcie przez Merkel granicy pogrzebało tym samym plany rozdziału uchodźców.

Dlaczego władze Niemiec nie zamknęły granicy 13 września, chociaż wszystko było już przygotowane do takiej operacji?

Odpowiedź na to pytanie stanowi sedno mojej książki. Gdy mówi się o uchodźcach, jedni chwalą Merkel za heroiczną decyzję wpuszczenia uciekinierów, a drudzy oskarżają ją o perfidny, diabelski plan, zarzucają jej, że chce wymienić naród na inny, zislamizować go. Merkel przedstawiana jest albo jak święta, albo jak diabeł wcielony.

W rzeczywistości nie zapadła żadna decyzja, ani o otwarciu, ani o zamknięciu, ponieważ w chwili, gdy granica miała zostać zamknięta, szef MSW Thomas de Maiziere nie odważył się tego zrobić. Zadzwonił do Merkel, a ona nie powiedziała ani tak, ani nie. Pytała, czy zamknięcie jest z prawnego punktu widzenia w porządku i czy media nie będą krytykować. A on (de Maiziere) nie mógł tego zagwarantować. W decydującym momencie doszło do braku decyzji, do zaniechania. Merkel nie jest ani Matką Teresą, ani demonem.

forsal.pl

czwartek, 18 stycznia 2018


Alex de Vries, analityk zajmujący się kryptowalutami, który prowadzi serwis Digieconomist, wykorzystał chwilowe zainteresowanie energetycznym aspektem bitcoina do rozpropagowania Bitcoin Energy Consumption Index, który co dnia wylicza roczne zapotrzebowanie kryptowaluty na prąd. Według indeksu, 6 listopada było to ponad 25,5 TWh, czyli ok. 15 proc. zużycia energii elektrycznej w Polsce w 2016 r. lub tyle, ile w ciągu roku łącznie konsumuje niemal 2,4 mln amerykańskich gospodarstw domowych.

Zaskakiwać może jednak tempo, w jakim rośnie zużycie prądu przez bitcoin - według danych z 25 listopada 2017 r. zużycie od początku roku przekroczyło już 30 TWh i zbliża się do jednej piątej zużycia w Polsce. Bitcoin potrzebuje tyle samo prądu, co na przykład Maroko, ma niedaleko do Danii i Białoruś. Jego udział w globalnym zużyciu wynosi 0,13%.

Bitcoin konsumuje energię elektryczną nie tylko w trakcie jego wydobycia, ale również podczas każdej zmiany właściciela. Jest to związane ze zdecentralizowanym procesem autoryzacji każdej z ok. 300 tys. realizowanych co dnia transakcji. Ten energochłonny proces autoryzacji sprawia, że oszukańcze transakcje są kosztowne. To zaś zniechęca tych, którzy chcieliby dokonać nadużyć kryptowaluty. Kiedy jednak pada pytanie, czy bitoin można nazwać kryptowalutą "zrównoważoną", to odpowiedź brzmi - nie. Według uśrednionych szacunków, "kopalnie" zużywają obecnie ok. 15 TWh energii rocznie. Reszta zużycie przypada na komputery autoryzujące codzienny obrót.

Wychodzi na to, że jedna transakcja bitcoinami pochłania ponad 200 kWh energii, co wydaje się ilością wręcz niesamowitą. Mniej więcej tyle prądu zużywa w ciągu miesiąca statystyczna polska rodzina. To również przeszło 20 tys. razy tyle, co jedna płatność kartą VISA.

bankier.pl

"Na obecnym etapie rozwoju nauki nie ma najmniejszej wątpliwości, że właśnie te zwierzęta, (...) - czyli ssaki i ptaki - są świadome zdarzeń w otaczającym świecie i stanu własnego ciała. Ich podstawowe doznania są takie same jak u ludzi" – powiedział prof. Andrzej Elżanowski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Przypomniał też, że w 2012 r. grupa czołowych neurobiologów, neurofarmakologów, neurofizjologów i neuroanatomów wydała oświadczenie w postaci Deklaracji z Cambridge o Świadomości (The Cambridge Declaration on Consciousness). Napisali w niej m.in., że "zachowania, neurofizjologia i neuroanatomia ptaków dostarcza uderzającego przykładu równoległej [do ssaków] ewolucji świadomości".

Jak podkreśla profesor, deklaracja z Cambridge potwierdza "fundamentalną wspólnotę stanów emocjonalnych ssaków i ptaków". "Fakt, że ludzkie i pozaludzkie doznania emocjonalne powstają w homologicznych, podkorowych sieciach mózgu, jest niezbitym dowodem na ewolucyjną wspólnotę pierwotnych stanów afektywnych" – napisali jej autorzy.

Silne oraz/lub długotrwałe doznania negatywne, takie jak ból, strach, poczucie cielesnego skrępowania, głód, pragnienie, u niektórych samotność - których nie da się uniknąć - są cierpieniem tak, jak u ludzi - powiedział prof. Elżanowski.

"Ale ssaki i ptaki zdolne są nie tylko do odczuwania cierpienia, ale również przyjemności czy satysfakcji - nie tylko z aktów spełniających, jak jedzenie, ale też własnej aktywności, kontaktów społecznych i zabawy" – tłumaczył.

Zwrócił uwagę, że pozbawienie zwierząt społecznych, takich jak słonie, owce czy psy, kontaktów z towarzyszami (w przypadku psa - z opiekunem) – jest znęcaniem się w kategoriach ujętych w ustawie o ochronie zwierząt. "To jest element ostrej deprywacji, która może doprowadzić do depresji" – mówi zoolog.

naukawpolsce.pap.pl

środa, 17 stycznia 2018


Kilka tygodni wcześniej brałem udział w obiedzie roboczym, na którym przemawiał były minister finansów jednego z państw strefy euro. Rozmawiano o rosnącej fali populizmu. Były minister odszedł z polityki i nie przebierał w słowach, mówiąc o błędach popełnionych przez elitę europejskich decydentów. „Oskarżamy populistów o składanie obietnic niemożliwych do spełnienia, a pod tym względem powinniśmy bić się sami w pierś” – powiedział nam.

Tego samego wieczoru na obiedzie omawiałem problem, który nazywam „trylematem”, czyli niemożliwość jednoczesnego posiadania narodowej suwerenności, demokracji i hiperglobalizacji. Trzeba wybrać dwa elementy z trzech. Były polityk mówił z pasją: „Populiści są przynajmniej szczerzy. Jasno mówią, jakiego wyboru dokonują: chcą państwa narodowego, a nie hiperglobalizacji czy wspólnego rynku europejskiego. Ale my powiedzieliśmy obywatelom, że można mieć wszystkie trzy rzeczy jednocześnie. Nie możemy obiecywać czegoś, czego nie damy rady osiągnąć”. (...)

Elity często nie mogą zrozumieć, dlaczego ludzie biedni albo z klasy pracującej głosują na kogoś takiego jak Trump. Przecież polityka gospodarcza, którą obiecywała Hillary Clinton, byłaby najprawdopodobniej dla nich korzystniejsza. Ten ewidentny paradoks tłumaczą ignorancją wyborców, irracjonalnością albo rasizmem.

Ale jest jeszcze jedno wyjaśnienie, spójniejsze z racjonalnością oraz z interesem własnym. Kiedy politycy głównego nurtu tracą wiarygodność, naturalne jest, że wyborcy skreślają też obietnice, które wcześniej składali ich liderzy. Od tego momentu przyciągać ich będą raczej kandydaci wywodzący się spoza establishmentu, wobec których oczekuje się odejścia od głównych, obowiązujących dotąd programów politycznych.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 16 stycznia 2018


Ludzie nie obawiają się inflacji także z tego względu, że przestała straszyć na świecie. Jeszcze kilka lat temu, kiedy banki centralne rozpoczęły ogromne akcje zwiększania podaży pieniądza, wielu ekonomistów było zdania, że może się to skończyć katastrofą. Jeden z nich, Tim Lee, pisał nawet z przekąsem o „keczupowej teorii inflacji”: banki potrząsają energicznie butelką (drukują pieniądze), żeby wyleciał keczup (pojawiła się inflacja). Ale jak wiedzą amatorzy co gęstszych odmian tego dodatku, czasami przyprawa nie chce wypłynąć z opakowania, w związku z czym potrząsamy butelką jeszcze mocniej (drukujemy jeszcze więcej pieniędzy), jednak wtedy keczup najczęściej zalewa potrawę (gwałtowny skok inflacji).

Wbrew tej niepozbawionej solidnych podstaw ekonomicznych obawie, pomimo wpompowania bilionów dolarów/euro/jenów w gospodarki, widmo inflacji nie zajrzało nam jednak w oczy. Odchodząca z urzędu szefowa amerykańskiego banku centralnego Janet Yellen pozwoliła sobie nawet ostatnio na chwilę szczerości i stwierdziła na jednej z konferencji, że Fed nie ma zielonego pojęcia, co właściwie odpowiada za niską inflację w USA A.D. 2017. Owszem, zaznaczyła, dotychczas można było ją tłumaczyć złą sytuacją na rynku pracy, stagnacją wynagrodzeń lub niskimi cenami nośników energii. Ale teraz, kiedy gospodarka się kręci?

(...)

Dlaczego sytuacja na rynku pracy jest tak ważna? Wzrost płac, za którym nie idzie większa wydajność pracy, zwykle prowadzi do wzrostu cen. A to dlatego, że pracodawcy nie są w stanie skompensować rosnących kosztów pracy zwiększoną produkcją. I muszą je przerzucić na odbiorcę.

W czarnym scenariuszu wzrost cen może prowadzić do dalszej eskalacji żądań wzrostu płac – co przekłada się na ceny. Zaczyna się kręcić spirala płacowo-cenowa. Gdy wymyka się spod kontroli, przybiera postać hiperinflacji. Stopniowy wzrost inflacji można porównać do tlącego się poszycia lasu: sytuacja jest jeszcze pod kontrolą, ale jeśli sobie odpuścimy, może dojść do tragedii. Czyli gwałtownej pożogi. O ile inflacja powoduje, że pieniądz traci na wartości, o tyle hiperinflacja pieniądz po prostu nieodwracalnie niszczy.

(...)

Z przygotowanego kilka lat temu przez Steve’a Hankego i Nicholasa Krusa opracowania wynika, że najwyższa hiperinflacja w historii dotknęła powojenne Węgry. W szczytowym okresie wskaźnik przyjął wartość 41,9 biliardów (liczba z piętnastoma zerami) proc. miesięcznie. To oznacza, że dziennie ceny rosły o 207 proc. Sytuacja była tak zła, że za bochenek chleba wieczorem płaciło się dwa razy więcej niż rano, bo ceny podwajały się średnio co 15 godzin.

Hiperinflacja w tym wypadku była związana z chroniczną niemożnością pokrycia zobowiązań przez powojenny węgierski rząd. Nie tylko kraj był kompletnie zrujnowany, ale też Sowieci nałożyli na Budapeszt kontrybucje wojenne. Aby pokryć należności, Węgrzy postanowili drukować pieniądze. Kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli, banknot o najwyższym nominale w obiegu opiewał na 100 trylionów (trylion ma 18 zer) pengő (tak się nazywała używana wówczas nad Balatonem waluta). Nominały rosły tak szybko, że dla oszczędności rząd przedrukowywał stare nominały na nowe, zmieniając nazwę waluty na milpengő (milion pengő) oraz na b.-pengő (bilion), a do poboru podatków wprowadzono osobną walutę, pengő podatkowe (adópengő).

forsal.pl

poniedziałek, 15 stycznia 2018


Prezydent Andrzej Duda podczas ubiegłorocznych uroczystości rocznicowych pod pomnikami w Gdyni i Szczecinie ubolewał nad tym, że III RP nie rozliczyła PRL-owskich „oprawców” odpowiedzialnych za krwawe stłumienie strajków w grudniu 1970 r., kiedy zginęło 41 osób. Niestety, prezydent Duda nie zauważył, że w II RP postępowano ze strajkującymi tak samo, a nawet brutalniej. Zwłaszcza po 1926 r. prowadzono dialog społeczny za pomocą karabinów, i to w sensie dosłownym. Premier i minister spraw wewnętrznych, gen. Felicjan Sławoj-Składkowski, w wystąpieniu przed komisją budżetową Sejmu 24 stycznia 1938 r. podał następujące liczby zabitych w wyniku siłowego tłumienia przez policję strajków i manifestacji w latach 1932-1937: 1932 r. – 141 zabitych, 1933 r. – 145 zabitych, 1934 r. – 118 zabitych, 1935 r. – 143 zabitych, 1936 r. – 157 zabitych, 1937 r. – 114 zabitych, w tym 44 podczas tłumienia powszechnego strajku chłopskiego2. Razem 818 osób.

Znamienne, że najwięcej ofiar było w latach 1935-1936, a więc już po przejściu światowego kryzysu gospodarczego. Przyczyny były dwie: utrzymująca się stagnacja gospodarcza oraz brutalizacja metod tłumienia protestów społecznych, związana nierozłącznie z polityką gen. Sławoja-Składkowskiego. Na temat pierwszej ze wspomnianych przyczyn tak wówczas pisał związany z obozem narodowym publicysta Adam Grzymała-Siedlecki: „Oblewa nas już istna powódź nędzy. Statystyka wykazuje zatrważającą ilość ludzi pozbawionych pracy (…). A każda cyfra w statystyce i poza statystyką – to niekończące się nigdy, beznadziejne dni niedostatku, niedojadania, często dosłownego głodu, rozpaczliwych warunków mieszkania, strzępów, wiszących na ciele zamiast ubrania”.

Wydarzenia, do których doszło w Krakowie i Lwowie podczas tzw. krwawej wiosny 1936 r., były jednymi z bardziej dramatycznych. Na początku marca w Krakowie rozpoczął się strajk okupacyjny w Polsko-Szwajcarskiej Fabryce Czekolady „Suchard” SA, a wkrótce potem w Polskich Zakładach Gumowych „Semperit”. 20 marca policja usunęła siłą strajkujących w Sempericie. W odpowiedzi Okręgowy Komitet Robotniczy PPS i Rada Związków Zawodowych proklamowały na 23 marca jednodniowy strajk powszechny. W zaplanowanym terminie najpierw odbył się wiec z udziałem 10 tys. osób przy ul. Warszawskiej, po czym jego uczestnicy – mimo braku zezwolenia – ruszyli w kierunku Rynku Głównego. Na ul. Basztowej pochód zatrzymała blokada policyjna. Doszło do starć manifestujących z policją, która użyła broni. Zginęło osiem osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.

To tragiczne zdarzenie skomentował kard. Adam Sapieha w orędziu, które odczytano w krakowskich kościołach pod koniec marca: „W kraju szerzy się okropna nędza. Robotnik, wieśniak, bezrobotny inteligent i zubożały rękodzielnik przymierają z głodu i niedostatku. Spychamy ten stan na tzw. kryzys. Wiemy dobrze, że on dotknął dziś i pracodawców, i pracujących, ale czy zawsze w równej mierze? Czy jednak w wielu wypadkach niepohamowana chęć zysku, zbyt wysokie wynagrodzenia jednych, nie powodują nieuczciwego wyzysku biedy? Ze wstydem przyznać musimy, że tak jest, a krwawe wypadki w Krakowie i gdzie indziej są tego jaskrawym dowodem”.

Wysokie bezrobocie, narastające ubóstwo oraz polityka siłowego rozwiazywania konfliktów społecznych doprowadziły kilka dni później do zajść we Lwowie. Bezpośrednią przyczyną manifestacji bezrobotnych 14 kwietnia 1936 r. było obniżenie w budżecie państwa środków na roboty publiczne. Podczas tej manifestacji od kul policji zginął bezrobotny Władysław Kozak (1913-1936). Jego pogrzeb 16 kwietnia 1936 r. przemienił się w antysanacyjną manifestację z udziałem ok. 8 tys. osób. W starciach z policją zginęło według oficjalnych danych 19 osób, a według prasy lewicowej 49; rannych było ok. 200. Masowe aresztowania po rozruchach były tak liczne, że władze musiały dementować pogłoski o założeniu pod Lwowem obozu koncentracyjnego. Oficjalnie aresztowano ok. 1,5 tys. osób, z których ok. 70 deportowano do obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Dopiero lwowski krwawy czwartek skłonił rząd płk. Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego do odblokowania funduszy na roboty publiczne.

tygodnikprzeglad.pl

Piotr Szostak: W maju 2017 na okładce „The Economist” największe firmy z Doliny Krzemowej przedstawiono jako platformy wiertnicze. Czy dane faktycznie są współczesnym odpowiednikiem ropy naftowej?

Evgeny Morozov: Zawsze trzymałem się z dala od podobnej retoryki. Można znaleźć kilka strukturalnych podobieństw między zbieraniem danych, a wydobywaniem surowców naturalnych. Myślę, że wyrażenie „wydobywanie danych” nawet lepiej oddaje to, co się teraz dzieje w gospodarce cyfrowej, niż mówienie, że wszyscy nieświadomie pracujemy dla firm technologicznych, produkując dane. Jednak w przeciwieństwie do ropy czy innych surowców, które się ciągle wydobywa, proces „wydobywania danych” może się skończyć w ciągu 5–10 lat wyłonieniem się kilku firm – dominujących pośredników nie tylko w branży reklamowej, ale w obszarze sztucznej inteligencji. To jest dla mnie niepokojące.

Dlaczego?

Zwróć uwagę, że Google nie skanuje już twojego maila, żeby wyświetlać spersonalizowane reklamy. Nie dlatego, że tak dba o twoją prywatność. Po prostu nie musi. Wie o tobie wystarczająco dużo, żeby je wyświetlać na podstawie danych, które już posiada. Poza tym skanowanie maila spotyka się z niechęcią klientów biznesowych, którzy obawiają się, że w ten sposób mogą wyciec ich tajemnice handlowe. Ze sztuczną inteligencją jest podobnie – kiedy już nauczysz samochód autonomiczny odróżniać sygnalizację świetlną od krowy, nie musisz go karmić większą ilością danych. Wystarczy, że będziesz mu aktualizować mapy. Myślę, że jest pewien limit danych, który branża technologiczna jest gotowa wypompować. Kiedy zbiorą ich wystarczająco dużo, żeby mieć działające systemy AI, dlaczego mieliby dalej utrzymywać darmowe usługi w rodzaju wyszukiwarki itd.? Powiesz, że dla zysków z reklam, ale kiedy przestawią się z modelu opartego na reklamie, dlaczego mieliby to dalej robić, skoro będą mogli zaoferować np. algorytmy wspierające służbę zdrowia w skuteczniejszym wykrywaniu chorób, a rządy będą za nie płacić?

(...)

Parę tygodni temu Kaspersky Lab uruchomił w Londynie The Data Dollar Store, w którym jedyną walutą, którą możesz płacić, są dane. Możesz je wymienić np. na koszulkę zaprojektowaną przez słynnego artystę.

Podobny projekt widziałem jakieś trzy lata temu w Niemczech. Jako prowokacja to fajny sposób, żeby zwrócić uwagę ludzi na wartość danych. Chociaż ja akurat nie uważam, że dane mają wartość same w sobie, tzn. bez infrastruktury, która będzie je przetwarzać, analizować, zamieniać w usługi i budować dzięki nim sztuczną inteligencję. Moje dane są dużo więcej warte dla Google’a niż dla jakiegoś startupu z trzema komputerami i dostępem do internetu. Nie interesuje mnie budowanie jakiejś giełdy, na której mógłbym sprzedać dane i zarobić trochę pieniędzy. Są jednak osoby zainteresowane stworzeniem rynku wtórnego danych: to ludzie związani ze Światowym Forum Ekonomicznym w Davos czy grupa naukowców na MIT, którą kieruje Alex „Sandy” Petland. Jeśli coś takiego powstanie, pewnie utrudni trochę życie Google’a czy Facebooka, ale nie zbliży cię nawet trochę do jakiegoś alternatywnego modelu polityczno-ekonomicznego.

(...)

A dlaczego Dolina Krzemowa stała się taką zwolenniczką dochodu podstawowego?

W strukturze globalnej gospodarki widać wyraźnie, że powstała nowa generacja rentierów. Infrastruktura internetu przedmiotów (Internet of Things) jest dla mnie upowszechnieniem tej zasady, zgodnie z którą będziesz płacić za korzystanie ze wszystkiego tak, jak płacisz za jazdę po autostradzie.

Internet przedmiotów rozszerza tę zasadę na poziomie codziennego życia. Dlatego te firmy budują inteligentne miasta, które będą się składać nie tylko z sensorów i czujników, ale też z połączonych z nimi mechanizmów płatności. Chodzi o to, żeby rozbić koszty korzystania z infrastruktury na bardzo drobnym poziomie. Żebyś płacił za użycie określonych dróg, chodników itd. na takiej zasadzie, jak płacisz za sprywatyzowaną elektryczność w swoim domu. Dużo firm i funduszy venture capital zainwestowało w to kupę pieniędzy, ale cała ta gospodarka i ekspansja tych firm zależy ostatecznie od tego, czy ludzie będą mieli za co korzystać z tych usług. To nie jest żaden sekret. Musisz stymulować popyt, a ludzie są zadłużeni i nie zarabiają. Jak możesz oczekiwać, że zapłacą?

(...)

Możemy się kiedyś obudzić w mieście zarządzanym przez prywatne firmy?

Niektóre firmy już szukają miast, które mogłyby przejąć i zarządzać nimi prywatnie. Google najchętniej wzięłoby miasto w rodzaju Detroit i kompletnie przemyślało je na nowo, przerobiło na miasto, które się opłaca, efektywne. Obecny główny ekonomista Banku Światowego Paul Romer zaproponował kiedyś pomysł tzw. miast statutowych, czyli zakładania w krajach rozwijających się miast zarządzanych potem przez kraje w rodzaju Kanady – Kanada zakłada miasto w Hondurasie, którego infrastruktura i prawo są kanadyjskie, żeby przyciągnąć inwestycje do Hondurasu. Kiedy pojawiły się głosy, że to właściwie nowa forma kolonializmu, do Romera dotarło, że taki pomysł może zniszczyć mu karierę, więc szybko się z niego wycofał. Jednak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i wielkie korporacje ciągle wspierają takie projekty – np. w Gudźarat, gdzie Narendra Modi uruchomił podobny projekt, jeszcze zanim został premierem Indii. To model idealnego prywatnego miasta finansowanego z prywatnych pieniędzy i wspieranego przez Bank Światowy.

(...)

Czy można porównać pozycję, którą zyskuje teraz Dolina Krzemowa do pozycji Wall Street?

Nie, absolutnie nie. Gdyby Goldman Sachs nagle upadł – system finansowy by się rozpadł. Zobacz, ile pieniędzy oni pożyczają, ile pieniędzy ktoś pożycza od nich, zobacz na rynek instrumentów pochodnych. Nie ma porównania.

To jednak nie oznacza, że sektor technologiczny nie odgrywa określonej, strategicznej roli w dzisiejszym systemie. Przede wszystkim jestem przeciwny postrzeganiu Doliny Krzemowej jako jakiejś wynaturzonej wersji starego, dobrego neoliberalizmu. Wystarczy otworzyć gazety: „Ojej, są monopolistami, nie płacą podatków, wykorzystują pracowników…”. Zgodnie z tą perspektywą wystarczy pozmieniać kilka rzeczy, żeby ten sektor stał się normalną częścią gospodarki, a wszystko wróciło do normy. Nie uważam, żeby ten sektor był jakąś zepsutą gałęzią gospodarki, a reszta była zdrowym drzewem. Ja postrzegam te firmy jako naturalną, prawie logiczną konsekwencję wielu wyborów, których dokonano wcześniej. Globalizacja i liberalizacja rynków stworzyły warunki do powstania Ubera. Traktowanie mieszkań jako inwestycji i źródeł zysku wyjaśniają pojawienie się serwisów w rodzaju Airbnb. Z kolei międzynarodowe regulacje sankcjonujące wolny przepływ danych pozwoliły firmie takiej jak Google uzyskać swoją międzynarodową pozycję. Dla mnie sektor technologiczny jest tylko kulminacją neoliberalnego modelu, a nie jego dewiacją. Więc kiedy to wiesz, jak możesz oczekiwać, że coś się zmieni? (śmiech) Jak możesz oczekiwać, że politycy będą chcieli dobrowolnie związać tym firmom ręce? Zabronisz Emmanuelowi Macronowi mówić, że Francja jest startupem? Nie powie przecież: „Hej, rozwalmy rynek pracy, bo moi kapitalistyczni kumple mówią mi, że potrzebujemy większego wzrostu gospodarczego”. Nie powie tak. Musi powiedzieć: „Nie jesteśmy wystarczająco innowacyjni, więc przeprowadzimy kilka reform, żeby Francja była przyjazna innowacjom i startupy wyrastały w niej jak grzyby po deszczu”. Tak się to legitymizuje. We Włoszech widać to nawet wyraźniej. Opowiadasz o technologiach cyfrowych i innowacjach, przyprowadzasz tych kompletnie niekompetentnych ludzi i prezentujesz jako „innowatorów”, a w tle przeprowadzasz strukturalne zmiany, o których zawsze marzyłeś. W tym sensie Dolina Krzemowa żyje w symbiozie z neoliberalnym centrum.

krytykapolityczna.pl