czwartek, 18 stycznia 2018


Alex de Vries, analityk zajmujący się kryptowalutami, który prowadzi serwis Digieconomist, wykorzystał chwilowe zainteresowanie energetycznym aspektem bitcoina do rozpropagowania Bitcoin Energy Consumption Index, który co dnia wylicza roczne zapotrzebowanie kryptowaluty na prąd. Według indeksu, 6 listopada było to ponad 25,5 TWh, czyli ok. 15 proc. zużycia energii elektrycznej w Polsce w 2016 r. lub tyle, ile w ciągu roku łącznie konsumuje niemal 2,4 mln amerykańskich gospodarstw domowych.

Zaskakiwać może jednak tempo, w jakim rośnie zużycie prądu przez bitcoin - według danych z 25 listopada 2017 r. zużycie od początku roku przekroczyło już 30 TWh i zbliża się do jednej piątej zużycia w Polsce. Bitcoin potrzebuje tyle samo prądu, co na przykład Maroko, ma niedaleko do Danii i Białoruś. Jego udział w globalnym zużyciu wynosi 0,13%.

Bitcoin konsumuje energię elektryczną nie tylko w trakcie jego wydobycia, ale również podczas każdej zmiany właściciela. Jest to związane ze zdecentralizowanym procesem autoryzacji każdej z ok. 300 tys. realizowanych co dnia transakcji. Ten energochłonny proces autoryzacji sprawia, że oszukańcze transakcje są kosztowne. To zaś zniechęca tych, którzy chcieliby dokonać nadużyć kryptowaluty. Kiedy jednak pada pytanie, czy bitoin można nazwać kryptowalutą "zrównoważoną", to odpowiedź brzmi - nie. Według uśrednionych szacunków, "kopalnie" zużywają obecnie ok. 15 TWh energii rocznie. Reszta zużycie przypada na komputery autoryzujące codzienny obrót.

Wychodzi na to, że jedna transakcja bitcoinami pochłania ponad 200 kWh energii, co wydaje się ilością wręcz niesamowitą. Mniej więcej tyle prądu zużywa w ciągu miesiąca statystyczna polska rodzina. To również przeszło 20 tys. razy tyle, co jedna płatność kartą VISA.

bankier.pl

"Na obecnym etapie rozwoju nauki nie ma najmniejszej wątpliwości, że właśnie te zwierzęta, (...) - czyli ssaki i ptaki - są świadome zdarzeń w otaczającym świecie i stanu własnego ciała. Ich podstawowe doznania są takie same jak u ludzi" – powiedział prof. Andrzej Elżanowski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Przypomniał też, że w 2012 r. grupa czołowych neurobiologów, neurofarmakologów, neurofizjologów i neuroanatomów wydała oświadczenie w postaci Deklaracji z Cambridge o Świadomości (The Cambridge Declaration on Consciousness). Napisali w niej m.in., że "zachowania, neurofizjologia i neuroanatomia ptaków dostarcza uderzającego przykładu równoległej [do ssaków] ewolucji świadomości".

Jak podkreśla profesor, deklaracja z Cambridge potwierdza "fundamentalną wspólnotę stanów emocjonalnych ssaków i ptaków". "Fakt, że ludzkie i pozaludzkie doznania emocjonalne powstają w homologicznych, podkorowych sieciach mózgu, jest niezbitym dowodem na ewolucyjną wspólnotę pierwotnych stanów afektywnych" – napisali jej autorzy.

Silne oraz/lub długotrwałe doznania negatywne, takie jak ból, strach, poczucie cielesnego skrępowania, głód, pragnienie, u niektórych samotność - których nie da się uniknąć - są cierpieniem tak, jak u ludzi - powiedział prof. Elżanowski.

"Ale ssaki i ptaki zdolne są nie tylko do odczuwania cierpienia, ale również przyjemności czy satysfakcji - nie tylko z aktów spełniających, jak jedzenie, ale też własnej aktywności, kontaktów społecznych i zabawy" – tłumaczył.

Zwrócił uwagę, że pozbawienie zwierząt społecznych, takich jak słonie, owce czy psy, kontaktów z towarzyszami (w przypadku psa - z opiekunem) – jest znęcaniem się w kategoriach ujętych w ustawie o ochronie zwierząt. "To jest element ostrej deprywacji, która może doprowadzić do depresji" – mówi zoolog.

naukawpolsce.pap.pl

środa, 17 stycznia 2018


Kilka tygodni wcześniej brałem udział w obiedzie roboczym, na którym przemawiał były minister finansów jednego z państw strefy euro. Rozmawiano o rosnącej fali populizmu. Były minister odszedł z polityki i nie przebierał w słowach, mówiąc o błędach popełnionych przez elitę europejskich decydentów. „Oskarżamy populistów o składanie obietnic niemożliwych do spełnienia, a pod tym względem powinniśmy bić się sami w pierś” – powiedział nam.

Tego samego wieczoru na obiedzie omawiałem problem, który nazywam „trylematem”, czyli niemożliwość jednoczesnego posiadania narodowej suwerenności, demokracji i hiperglobalizacji. Trzeba wybrać dwa elementy z trzech. Były polityk mówił z pasją: „Populiści są przynajmniej szczerzy. Jasno mówią, jakiego wyboru dokonują: chcą państwa narodowego, a nie hiperglobalizacji czy wspólnego rynku europejskiego. Ale my powiedzieliśmy obywatelom, że można mieć wszystkie trzy rzeczy jednocześnie. Nie możemy obiecywać czegoś, czego nie damy rady osiągnąć”. (...)

Elity często nie mogą zrozumieć, dlaczego ludzie biedni albo z klasy pracującej głosują na kogoś takiego jak Trump. Przecież polityka gospodarcza, którą obiecywała Hillary Clinton, byłaby najprawdopodobniej dla nich korzystniejsza. Ten ewidentny paradoks tłumaczą ignorancją wyborców, irracjonalnością albo rasizmem.

Ale jest jeszcze jedno wyjaśnienie, spójniejsze z racjonalnością oraz z interesem własnym. Kiedy politycy głównego nurtu tracą wiarygodność, naturalne jest, że wyborcy skreślają też obietnice, które wcześniej składali ich liderzy. Od tego momentu przyciągać ich będą raczej kandydaci wywodzący się spoza establishmentu, wobec których oczekuje się odejścia od głównych, obowiązujących dotąd programów politycznych.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 16 stycznia 2018


Ludzie nie obawiają się inflacji także z tego względu, że przestała straszyć na świecie. Jeszcze kilka lat temu, kiedy banki centralne rozpoczęły ogromne akcje zwiększania podaży pieniądza, wielu ekonomistów było zdania, że może się to skończyć katastrofą. Jeden z nich, Tim Lee, pisał nawet z przekąsem o „keczupowej teorii inflacji”: banki potrząsają energicznie butelką (drukują pieniądze), żeby wyleciał keczup (pojawiła się inflacja). Ale jak wiedzą amatorzy co gęstszych odmian tego dodatku, czasami przyprawa nie chce wypłynąć z opakowania, w związku z czym potrząsamy butelką jeszcze mocniej (drukujemy jeszcze więcej pieniędzy), jednak wtedy keczup najczęściej zalewa potrawę (gwałtowny skok inflacji).

Wbrew tej niepozbawionej solidnych podstaw ekonomicznych obawie, pomimo wpompowania bilionów dolarów/euro/jenów w gospodarki, widmo inflacji nie zajrzało nam jednak w oczy. Odchodząca z urzędu szefowa amerykańskiego banku centralnego Janet Yellen pozwoliła sobie nawet ostatnio na chwilę szczerości i stwierdziła na jednej z konferencji, że Fed nie ma zielonego pojęcia, co właściwie odpowiada za niską inflację w USA A.D. 2017. Owszem, zaznaczyła, dotychczas można było ją tłumaczyć złą sytuacją na rynku pracy, stagnacją wynagrodzeń lub niskimi cenami nośników energii. Ale teraz, kiedy gospodarka się kręci?

(...)

Dlaczego sytuacja na rynku pracy jest tak ważna? Wzrost płac, za którym nie idzie większa wydajność pracy, zwykle prowadzi do wzrostu cen. A to dlatego, że pracodawcy nie są w stanie skompensować rosnących kosztów pracy zwiększoną produkcją. I muszą je przerzucić na odbiorcę.

W czarnym scenariuszu wzrost cen może prowadzić do dalszej eskalacji żądań wzrostu płac – co przekłada się na ceny. Zaczyna się kręcić spirala płacowo-cenowa. Gdy wymyka się spod kontroli, przybiera postać hiperinflacji. Stopniowy wzrost inflacji można porównać do tlącego się poszycia lasu: sytuacja jest jeszcze pod kontrolą, ale jeśli sobie odpuścimy, może dojść do tragedii. Czyli gwałtownej pożogi. O ile inflacja powoduje, że pieniądz traci na wartości, o tyle hiperinflacja pieniądz po prostu nieodwracalnie niszczy.

(...)

Z przygotowanego kilka lat temu przez Steve’a Hankego i Nicholasa Krusa opracowania wynika, że najwyższa hiperinflacja w historii dotknęła powojenne Węgry. W szczytowym okresie wskaźnik przyjął wartość 41,9 biliardów (liczba z piętnastoma zerami) proc. miesięcznie. To oznacza, że dziennie ceny rosły o 207 proc. Sytuacja była tak zła, że za bochenek chleba wieczorem płaciło się dwa razy więcej niż rano, bo ceny podwajały się średnio co 15 godzin.

Hiperinflacja w tym wypadku była związana z chroniczną niemożnością pokrycia zobowiązań przez powojenny węgierski rząd. Nie tylko kraj był kompletnie zrujnowany, ale też Sowieci nałożyli na Budapeszt kontrybucje wojenne. Aby pokryć należności, Węgrzy postanowili drukować pieniądze. Kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli, banknot o najwyższym nominale w obiegu opiewał na 100 trylionów (trylion ma 18 zer) pengő (tak się nazywała używana wówczas nad Balatonem waluta). Nominały rosły tak szybko, że dla oszczędności rząd przedrukowywał stare nominały na nowe, zmieniając nazwę waluty na milpengő (milion pengő) oraz na b.-pengő (bilion), a do poboru podatków wprowadzono osobną walutę, pengő podatkowe (adópengő).

forsal.pl

poniedziałek, 15 stycznia 2018


Prezydent Andrzej Duda podczas ubiegłorocznych uroczystości rocznicowych pod pomnikami w Gdyni i Szczecinie ubolewał nad tym, że III RP nie rozliczyła PRL-owskich „oprawców” odpowiedzialnych za krwawe stłumienie strajków w grudniu 1970 r., kiedy zginęło 41 osób. Niestety, prezydent Duda nie zauważył, że w II RP postępowano ze strajkującymi tak samo, a nawet brutalniej. Zwłaszcza po 1926 r. prowadzono dialog społeczny za pomocą karabinów, i to w sensie dosłownym. Premier i minister spraw wewnętrznych, gen. Felicjan Sławoj-Składkowski, w wystąpieniu przed komisją budżetową Sejmu 24 stycznia 1938 r. podał następujące liczby zabitych w wyniku siłowego tłumienia przez policję strajków i manifestacji w latach 1932-1937: 1932 r. – 141 zabitych, 1933 r. – 145 zabitych, 1934 r. – 118 zabitych, 1935 r. – 143 zabitych, 1936 r. – 157 zabitych, 1937 r. – 114 zabitych, w tym 44 podczas tłumienia powszechnego strajku chłopskiego2. Razem 818 osób.

Znamienne, że najwięcej ofiar było w latach 1935-1936, a więc już po przejściu światowego kryzysu gospodarczego. Przyczyny były dwie: utrzymująca się stagnacja gospodarcza oraz brutalizacja metod tłumienia protestów społecznych, związana nierozłącznie z polityką gen. Sławoja-Składkowskiego. Na temat pierwszej ze wspomnianych przyczyn tak wówczas pisał związany z obozem narodowym publicysta Adam Grzymała-Siedlecki: „Oblewa nas już istna powódź nędzy. Statystyka wykazuje zatrważającą ilość ludzi pozbawionych pracy (…). A każda cyfra w statystyce i poza statystyką – to niekończące się nigdy, beznadziejne dni niedostatku, niedojadania, często dosłownego głodu, rozpaczliwych warunków mieszkania, strzępów, wiszących na ciele zamiast ubrania”.

Wydarzenia, do których doszło w Krakowie i Lwowie podczas tzw. krwawej wiosny 1936 r., były jednymi z bardziej dramatycznych. Na początku marca w Krakowie rozpoczął się strajk okupacyjny w Polsko-Szwajcarskiej Fabryce Czekolady „Suchard” SA, a wkrótce potem w Polskich Zakładach Gumowych „Semperit”. 20 marca policja usunęła siłą strajkujących w Sempericie. W odpowiedzi Okręgowy Komitet Robotniczy PPS i Rada Związków Zawodowych proklamowały na 23 marca jednodniowy strajk powszechny. W zaplanowanym terminie najpierw odbył się wiec z udziałem 10 tys. osób przy ul. Warszawskiej, po czym jego uczestnicy – mimo braku zezwolenia – ruszyli w kierunku Rynku Głównego. Na ul. Basztowej pochód zatrzymała blokada policyjna. Doszło do starć manifestujących z policją, która użyła broni. Zginęło osiem osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.

To tragiczne zdarzenie skomentował kard. Adam Sapieha w orędziu, które odczytano w krakowskich kościołach pod koniec marca: „W kraju szerzy się okropna nędza. Robotnik, wieśniak, bezrobotny inteligent i zubożały rękodzielnik przymierają z głodu i niedostatku. Spychamy ten stan na tzw. kryzys. Wiemy dobrze, że on dotknął dziś i pracodawców, i pracujących, ale czy zawsze w równej mierze? Czy jednak w wielu wypadkach niepohamowana chęć zysku, zbyt wysokie wynagrodzenia jednych, nie powodują nieuczciwego wyzysku biedy? Ze wstydem przyznać musimy, że tak jest, a krwawe wypadki w Krakowie i gdzie indziej są tego jaskrawym dowodem”.

Wysokie bezrobocie, narastające ubóstwo oraz polityka siłowego rozwiazywania konfliktów społecznych doprowadziły kilka dni później do zajść we Lwowie. Bezpośrednią przyczyną manifestacji bezrobotnych 14 kwietnia 1936 r. było obniżenie w budżecie państwa środków na roboty publiczne. Podczas tej manifestacji od kul policji zginął bezrobotny Władysław Kozak (1913-1936). Jego pogrzeb 16 kwietnia 1936 r. przemienił się w antysanacyjną manifestację z udziałem ok. 8 tys. osób. W starciach z policją zginęło według oficjalnych danych 19 osób, a według prasy lewicowej 49; rannych było ok. 200. Masowe aresztowania po rozruchach były tak liczne, że władze musiały dementować pogłoski o założeniu pod Lwowem obozu koncentracyjnego. Oficjalnie aresztowano ok. 1,5 tys. osób, z których ok. 70 deportowano do obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Dopiero lwowski krwawy czwartek skłonił rząd płk. Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego do odblokowania funduszy na roboty publiczne.

tygodnikprzeglad.pl

Piotr Szostak: W maju 2017 na okładce „The Economist” największe firmy z Doliny Krzemowej przedstawiono jako platformy wiertnicze. Czy dane faktycznie są współczesnym odpowiednikiem ropy naftowej?

Evgeny Morozov: Zawsze trzymałem się z dala od podobnej retoryki. Można znaleźć kilka strukturalnych podobieństw między zbieraniem danych, a wydobywaniem surowców naturalnych. Myślę, że wyrażenie „wydobywanie danych” nawet lepiej oddaje to, co się teraz dzieje w gospodarce cyfrowej, niż mówienie, że wszyscy nieświadomie pracujemy dla firm technologicznych, produkując dane. Jednak w przeciwieństwie do ropy czy innych surowców, które się ciągle wydobywa, proces „wydobywania danych” może się skończyć w ciągu 5–10 lat wyłonieniem się kilku firm – dominujących pośredników nie tylko w branży reklamowej, ale w obszarze sztucznej inteligencji. To jest dla mnie niepokojące.

Dlaczego?

Zwróć uwagę, że Google nie skanuje już twojego maila, żeby wyświetlać spersonalizowane reklamy. Nie dlatego, że tak dba o twoją prywatność. Po prostu nie musi. Wie o tobie wystarczająco dużo, żeby je wyświetlać na podstawie danych, które już posiada. Poza tym skanowanie maila spotyka się z niechęcią klientów biznesowych, którzy obawiają się, że w ten sposób mogą wyciec ich tajemnice handlowe. Ze sztuczną inteligencją jest podobnie – kiedy już nauczysz samochód autonomiczny odróżniać sygnalizację świetlną od krowy, nie musisz go karmić większą ilością danych. Wystarczy, że będziesz mu aktualizować mapy. Myślę, że jest pewien limit danych, który branża technologiczna jest gotowa wypompować. Kiedy zbiorą ich wystarczająco dużo, żeby mieć działające systemy AI, dlaczego mieliby dalej utrzymywać darmowe usługi w rodzaju wyszukiwarki itd.? Powiesz, że dla zysków z reklam, ale kiedy przestawią się z modelu opartego na reklamie, dlaczego mieliby to dalej robić, skoro będą mogli zaoferować np. algorytmy wspierające służbę zdrowia w skuteczniejszym wykrywaniu chorób, a rządy będą za nie płacić?

(...)

Parę tygodni temu Kaspersky Lab uruchomił w Londynie The Data Dollar Store, w którym jedyną walutą, którą możesz płacić, są dane. Możesz je wymienić np. na koszulkę zaprojektowaną przez słynnego artystę.

Podobny projekt widziałem jakieś trzy lata temu w Niemczech. Jako prowokacja to fajny sposób, żeby zwrócić uwagę ludzi na wartość danych. Chociaż ja akurat nie uważam, że dane mają wartość same w sobie, tzn. bez infrastruktury, która będzie je przetwarzać, analizować, zamieniać w usługi i budować dzięki nim sztuczną inteligencję. Moje dane są dużo więcej warte dla Google’a niż dla jakiegoś startupu z trzema komputerami i dostępem do internetu. Nie interesuje mnie budowanie jakiejś giełdy, na której mógłbym sprzedać dane i zarobić trochę pieniędzy. Są jednak osoby zainteresowane stworzeniem rynku wtórnego danych: to ludzie związani ze Światowym Forum Ekonomicznym w Davos czy grupa naukowców na MIT, którą kieruje Alex „Sandy” Petland. Jeśli coś takiego powstanie, pewnie utrudni trochę życie Google’a czy Facebooka, ale nie zbliży cię nawet trochę do jakiegoś alternatywnego modelu polityczno-ekonomicznego.

(...)

A dlaczego Dolina Krzemowa stała się taką zwolenniczką dochodu podstawowego?

W strukturze globalnej gospodarki widać wyraźnie, że powstała nowa generacja rentierów. Infrastruktura internetu przedmiotów (Internet of Things) jest dla mnie upowszechnieniem tej zasady, zgodnie z którą będziesz płacić za korzystanie ze wszystkiego tak, jak płacisz za jazdę po autostradzie.

Internet przedmiotów rozszerza tę zasadę na poziomie codziennego życia. Dlatego te firmy budują inteligentne miasta, które będą się składać nie tylko z sensorów i czujników, ale też z połączonych z nimi mechanizmów płatności. Chodzi o to, żeby rozbić koszty korzystania z infrastruktury na bardzo drobnym poziomie. Żebyś płacił za użycie określonych dróg, chodników itd. na takiej zasadzie, jak płacisz za sprywatyzowaną elektryczność w swoim domu. Dużo firm i funduszy venture capital zainwestowało w to kupę pieniędzy, ale cała ta gospodarka i ekspansja tych firm zależy ostatecznie od tego, czy ludzie będą mieli za co korzystać z tych usług. To nie jest żaden sekret. Musisz stymulować popyt, a ludzie są zadłużeni i nie zarabiają. Jak możesz oczekiwać, że zapłacą?

(...)

Możemy się kiedyś obudzić w mieście zarządzanym przez prywatne firmy?

Niektóre firmy już szukają miast, które mogłyby przejąć i zarządzać nimi prywatnie. Google najchętniej wzięłoby miasto w rodzaju Detroit i kompletnie przemyślało je na nowo, przerobiło na miasto, które się opłaca, efektywne. Obecny główny ekonomista Banku Światowego Paul Romer zaproponował kiedyś pomysł tzw. miast statutowych, czyli zakładania w krajach rozwijających się miast zarządzanych potem przez kraje w rodzaju Kanady – Kanada zakłada miasto w Hondurasie, którego infrastruktura i prawo są kanadyjskie, żeby przyciągnąć inwestycje do Hondurasu. Kiedy pojawiły się głosy, że to właściwie nowa forma kolonializmu, do Romera dotarło, że taki pomysł może zniszczyć mu karierę, więc szybko się z niego wycofał. Jednak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i wielkie korporacje ciągle wspierają takie projekty – np. w Gudźarat, gdzie Narendra Modi uruchomił podobny projekt, jeszcze zanim został premierem Indii. To model idealnego prywatnego miasta finansowanego z prywatnych pieniędzy i wspieranego przez Bank Światowy.

(...)

Czy można porównać pozycję, którą zyskuje teraz Dolina Krzemowa do pozycji Wall Street?

Nie, absolutnie nie. Gdyby Goldman Sachs nagle upadł – system finansowy by się rozpadł. Zobacz, ile pieniędzy oni pożyczają, ile pieniędzy ktoś pożycza od nich, zobacz na rynek instrumentów pochodnych. Nie ma porównania.

To jednak nie oznacza, że sektor technologiczny nie odgrywa określonej, strategicznej roli w dzisiejszym systemie. Przede wszystkim jestem przeciwny postrzeganiu Doliny Krzemowej jako jakiejś wynaturzonej wersji starego, dobrego neoliberalizmu. Wystarczy otworzyć gazety: „Ojej, są monopolistami, nie płacą podatków, wykorzystują pracowników…”. Zgodnie z tą perspektywą wystarczy pozmieniać kilka rzeczy, żeby ten sektor stał się normalną częścią gospodarki, a wszystko wróciło do normy. Nie uważam, żeby ten sektor był jakąś zepsutą gałęzią gospodarki, a reszta była zdrowym drzewem. Ja postrzegam te firmy jako naturalną, prawie logiczną konsekwencję wielu wyborów, których dokonano wcześniej. Globalizacja i liberalizacja rynków stworzyły warunki do powstania Ubera. Traktowanie mieszkań jako inwestycji i źródeł zysku wyjaśniają pojawienie się serwisów w rodzaju Airbnb. Z kolei międzynarodowe regulacje sankcjonujące wolny przepływ danych pozwoliły firmie takiej jak Google uzyskać swoją międzynarodową pozycję. Dla mnie sektor technologiczny jest tylko kulminacją neoliberalnego modelu, a nie jego dewiacją. Więc kiedy to wiesz, jak możesz oczekiwać, że coś się zmieni? (śmiech) Jak możesz oczekiwać, że politycy będą chcieli dobrowolnie związać tym firmom ręce? Zabronisz Emmanuelowi Macronowi mówić, że Francja jest startupem? Nie powie przecież: „Hej, rozwalmy rynek pracy, bo moi kapitalistyczni kumple mówią mi, że potrzebujemy większego wzrostu gospodarczego”. Nie powie tak. Musi powiedzieć: „Nie jesteśmy wystarczająco innowacyjni, więc przeprowadzimy kilka reform, żeby Francja była przyjazna innowacjom i startupy wyrastały w niej jak grzyby po deszczu”. Tak się to legitymizuje. We Włoszech widać to nawet wyraźniej. Opowiadasz o technologiach cyfrowych i innowacjach, przyprowadzasz tych kompletnie niekompetentnych ludzi i prezentujesz jako „innowatorów”, a w tle przeprowadzasz strukturalne zmiany, o których zawsze marzyłeś. W tym sensie Dolina Krzemowa żyje w symbiozie z neoliberalnym centrum.

krytykapolityczna.pl

piątek, 12 stycznia 2018


„Człowieka sowieckiego” cechuje skłonność do podążania za autorytetem państwa w ocenie rzeczywistości, biorąca się z nieufności i lęku wobec wszystkiego, co obce i nieznane, oraz z przekonania o własnej bezsilności i niemożności wpływu na otaczającą rzeczywistość – stąd już tylko krok do braku poczucia odpowiedzialności za nią. Tłumiona agresja, zrodzona przez chroniczne niezadowolenie z życia, dojmujące poczucie niesprawiedliwości i niemożności samorealizacji oraz zawiść przeradzają się w fascynację siłą i przemocą oraz skłonność do „identyfikacji negatywnej” – poprzez opozycję wobec „wroga” lub „obcego”. Osobowości takiej właściwe jest quasi-plemienne podejście do norm moralności i prawa (to, do czego mają prawo „swoi”, potępiane jest u „obcych”).

Powyższe cechy przekładają się na skłonność do samoizolacji i wiarę w czarno-biały, stereotypowy, konfrontacyjny obraz świata, serwowany przez kremlowską propagandę. „Człowiek sowiecki” cierpi na syndrom imperialny i projektuje na samego siebie dokonania przeszłych pokoleń, co napełnia go poczuciem wyższości wobec innych narodów. Funkcję kompensacyjną pełnić ma w tym kontekście wiara w szczególną, cywilizacyjną tożsamość Rosji, opartą na niedemokratycznym systemie wartości. Władza państwowa staje się dla niego gwarantem porządku i punktem odniesienia dla tożsamości narodowej. Może on doświadczać poczucia własnej wartości jedynie poprzez utożsamienie się z państwem, szczególnie w chwilach próby, mobilizacji całej wspólnoty przeciw wspólnemu wrogowi, co skutkuje podatnością na retorykę militarystyczną. Osobowością o takich cechach łatwo kierować i manipulować, ale też jest ona z natury inercyjna, odporna na zmiany.

"Uzależnieni od konfliktu. Wewnętrzne uwarunkowania antyzachodniej polityki Kremla." OSW 2017

Jeśli chodzi o radykalną prawicę, to aż do niedawna była ona zmarginalizowana. Do końca lat 30. niemal cała prawica albo stała się faszystowska, albo przed faszyzmem skapitulowała. Późniejsza klęska Hitlera owiała faszyzm złą sławą. Radykalna prawica straciła swój potencjał, a sukces socjaldemokratycznego, „regulowanego kapitalizmu” już wkrótce stał się podstawą dla lewicowo-postępowej hegemonii. Kryzys powojennego konsensusu za sprawą globalizacji, która pozwoliła biznesowi wypowiedzieć go dla zysku, przyspieszył nadejście nowej epoki neoliberalizmu, który dążył do wycofania się państw z przyjaznych światu pracy rozwiązań z przeszłości, zachowując potencjał wzrostu poprzez dług, zarówno publiczny, jak i prywatny. Jak stało się dziś jasne, kryzys neoliberalizmu z 2008 roku rozpoczął okres niepokojów i niepewności, w którym zbyt wielu ludzi ma zbyt małe szanse na dające status klasy średniej miejsca pracy znane z okresu powojennego – i ten właśnie okres przywrócił radykalnej prawicy jej moc i znaczenie. W końcu to jedyny nurt, który może powiedzieć – zgodnie z prawdą – że nie miał nic wspólnego z całym powojennym systemem społeczno-gospodarczym. Jedyny, który może zaprezentować się jako nowy i świeży.

Ta nowa radykalna prawica najpierw urosła w siłę w Europie Wschodniej. Za sprawą gorliwości, z jaką tamtejsze społeczeństwa powitały kapitalizm po upadku ustroju socjalistycznego, wzrost znaczenia takiej prawicy nie jest bardzo zaskakujący. Nie stawiając żadnego oporu, nawet wschodnioeuropejskie związki zawodowe przyczyniły się do tego, że rodzący się kapitalizm stał się wybitnie nieznośny. Ja sam pamiętam, jak wysoki rangą menadżer Procter&Gamble mówił mi w 1991 roku, że jego firma spodziewała się twardych negocjacji z NSZZ Solidarność, gdy firma zbudowała w Polsce pierwszą fabrykę, ale związek od początku dał korporacji carte blanche – którego P&G nawet nie chciała – zakładając, że prywatni właściciele z pewnością lepiej zaopiekują się robotnikami, niż robił to właściciel państwowy. Europa Wschodnia wcześniej niż inne regiony doświadczyła kryzysu neoliberalizmu, gdyż nie był on tam zbudowany na bazie socjaldemokratycznego kapitalizmu, lecz stanowił jedyną jego formę, jakiej region zaznał po roku 1989. Związki broniące robotników przed kapitalizmem nie stały się słabsze po roku 1989; były raczej słabe od samego początku. Słabe związki, skojarzenie lewicy z opresyjną władzą partii komunistycznej i wynikający z tego kult kapitalizmu jako „wroga naszego wroga” stworzyły ostatecznie żyzny grunt dla pojawienia się silnej antydemokratycznej prawicy.

Chociaż nowe partie prawicy – PiS w Polsce i Fidesz na Węgrzech to najważniejsze przykłady – zawsze podkreślają swój antykomunizm, uporczywie sięgały po głosy tych, którzy tęsknią za kolektywistycznym etosem, jaki zapewniał państwowy socjalizm. W swojej kampanii prezydenckiej z 2010 roku Jarosław Kaczyński mówił życzliwie o czasach Gomułki, będących szczytowymi latami tzw. narodowego komunizmu. Fidesz zdobył pełnię władzy na Węgrzech w roku 2010, PiS zaledwie pięć lat później. Choć obydwie ekipy doszły do władzy w ramach systemów parlamentarnych sankcjonowanych przez Unię Europejską, zobowiązanych przestrzegać praw mniejszości politycznych, promować w publicznej sferze pluralizm i wynosić profesjonalizm ponad lojalności partyjne, najbardziej charakterystyczną cechą ich rządów – najsilniej przywodzącą na myśl klasyczne praktyki bolszewików – jest konsekwentny wysiłek na rzecz skonsolidowania całej władzy we własnych rękach. Opozycję wykluczono z kluczowych komisji, zamieniono media publiczne w tuby propagandowe rządu, sądy odarto z niezależności i forsowano zmieniające ustrój ustawy bez publicznej dyskusji. Drastyczne manipulacje granicami okręgów w połączeniu z nową ordynacją wyborczą pozbawiły opozycję szansy realnego konkurowania w wyborach na Węgrzech, PiS grozi tym samym w Polsce.

krytykapolityczna.pl

Według międzynarodowego badania przeprowadzonego przez firmę Aon Hewitt, tylko 25 proc. pracowników na świecie jest bardzo zaangażowana w swoją pracę, a 39 proc. – „średnio”. Pozostali z 5 milionów przebadanych pracowników to osoby słabo zmotywowane, które nie są w stanie wykrzesać z siebie energii ani pomysłów.

W Polsce aż 52 proc. pracowników nie czuje się zaangażowanych w wykonywaną pracę. O największym spadku zaangażowania w pracę od lat mówi badanie Aon Best Employers, przeprowadzone na grupie blisko 72 tysięcy respondentów ze 119 polskich firm. Mimo, że obecnie mamy rekordowo niskie wskaźniki bezrobocia od początku lat 90., jakość wykonywanej pracy pogarsza się. Najbardziej spadło poczucie lojalności pracowników w stosunku do pracodawcy bo aż o 4 p. p. w stosunku do roku poprzedniego – z 59 proc. na 55 proc. O 3 p. p. obniżyły się także pozytywne myślenie i mówienie o firmie, w której pracujemy – z 59 proc. na 56 proc. oraz chęć działania i rozwoju w firmie – z 51 proc. na 48 proc.

Aż 74 proc. respondentów uznało, że ich wynagrodzenie nie jest adekwatne do ich wkładu w wykonywaną pracę.

"Pracownicy przychodząc do nowej firmy mają wysokie poczucie zaangażowania, które wynika z samego faktu rozpoczynania nowego etapu w życiu zawodowym. Niestety po jakimś czasie zaczynają odczuwać brak zainteresowania ze strony przełożonego, czują, że nie są wystarczająco ważni i docenieni w oczach pracodawcy, zarówno w kontekście wynagrodzenia, jak i pozafinansowych aspektów. Nie czują się też częścią sukcesów firmy. Dlatego ich lojalność drastycznie spada i odchodzą, a firma wpada w błędne koło zmagania się z niedoborem pracowników" – wyjaśnia Magdalena Warzybok, Talent Director w Aon Hewitt. - "Mamy też coraz większe oczekiwania, dlatego świadczenia pozafinansowe, takie jak karnety na basen, fitness czy do centrów medycznych nie robią już na nas wrażenia. To już nie benefit od pracodawcy i karta przetargowa w rekrutacji, a podstawowy wymóg kandydatów do pracy" – dodaje.

Problemem jest nie tylko samopoczucie pozbawionych motywacji pracowników, spędzających 8 godzin dziennie w miejscu, które ich nie inspiruje. Ich niezadowolenie przekłada się na tempo wzrostu gospodarki: firmy, w których zaangażowanie pracowników jest małe, często zmieniają zespół, borykają się z większą liczbą urlopów na żądanie i brakiem satysfakcji ze strony klientów. Konsekwencje są łatwe do przewidzenia: słabo rozwijające się przedsiębiorstwa prowadzą do spadku krajowego dobrobytu, a tym samym do pogorszenia się średniego standardu życia.

forsal.pl

czwartek, 11 stycznia 2018


48 metrów wysokości, 26 tys. miejsc paletowych i 2,2 tys. ton stali zużyte na budowę obiektu. Tak w skrócie można opisać magazyn wysokiego składowania, który na początku września uruchomiła spółka Amica we Wronkach. Całość kosztowała 60 mln zł. To unikatowa inwestycja, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. (...)

Budowla ma 48 metrów i może zmieścić 220 tys. sztuk dużych wyrobów AGD. Komputer doskonale wie, w którym miejscu jest każdy towar, nawet po numerze seryjnym. Dziennie może obsłużyć 30 tys. sztuk towaru na wejściu i 36 tys. sztuk na wyjściu. Obiekt zabezpiecza logistykę spółki Amica do 2021 roku, ale przewidziana jest możliwość jego rozbudowy. (...)

W magazynie nie ma ogrzewania, a światło jest zgaszone. Nie pracuje w nim żaden pracownik, jedynie operator nadzoruje prawidłową pracę systemów. W obiekcie nie ma wypadków, a towar jest przenoszony przez pięć 44 metrowych ruchomych ramion. W weekendy magazyn nie bierze urlopów. Jest tak zaprogramowany, aby w tym czasie optymalizował ułożenie towaru pod zlecenia na kolejny tydzień.

strefainwestorow.pl

Bitcoin to najpopularniejsza z kryptowalut, czyli walut, których fundamentem jest specjalny kod elektroniczny. Liczba bitcoinów jest odgórnie ograniczona i nie może przekroczyć 21 mln, a każda podzielona jest na 100 mln mniejszych – nazwanych satoshi. Działanie kryptowalut oparte jest na technologii blockchain. To rejestr, do którego dopisywana jest każda transakcja. Dostęp do niego ma każdy i jest on gwarantem przejrzystości i uczciwości systemu. Żeby dana transakcja została do blockchainu dopisana, musi zostać zaakceptowana przez „górników”, czyli osoby zajmujące się wykopywaniem bitcoinów. Kopanie polega na dostarczaniu przez nich do sieci bitcoin mocy obliczeniowej, pozwalającej na jej funkcjonowanie. Dotąd wykopano już niemal 17 mln bitcoinów, a wykopanie kolejnych wymaga coraz większej mocy (...).

Jak wyjaśnia Janusz Zieliński w jednym z artykułów na portalu Bithub.pl, żeby używać bitcoinów, wystarczy zainstalować na komputerze odpowiedni program albo skorzystać z usług portali, które pozwalają na utworzenie osobistego portfela bitcoin. – (...) Użytkownik posiada powiązane ze sobą dwa klucze: publiczny i prywatny. Adres portfela bitcoin generowany jest z klucza publicznego, a do autoryzacji transakcji wymagany jest klucz prywatny. (...) Gdy Alice chce przelać bitcoiny Bobowi, dodaje do nich klucz publiczny Boba oraz podpis własnego klucza prywatnego. Kolejny krok to ogłoszenie transakcji w sieci. Kiedy sieć uzna, że cyfrowe podpisy i liczba bitmonet są poprawne, przelew zostanie zaakceptowany. Ostatnim etapem transakcji jest dodanie informacji o niej do bloku, który już na zawsze zostanie przypisany do Blockchaina – tłumaczy Zieliński. Za bitcoiny można kupić już właściwie wszystko – artykuły spożywcze, auta, nieruchomości, a nawet bilety lotnicze (wystarczy zgłosić się do internetowego brokera).

Korzystanie z kryptowalut jest szybkie, bezpieczne i nie generuje dodatkowych kosztów. Nie płacimy prowizji, nie kosztuje nas przewalutowanie. Prawdziwie rewolucyjną ich cechą jest zaś to, że czynią one zbędnymi (potencjalnie) nie tylko waluty tradycyjne, lecz także banki centralne czy w ogóle banki (a na pewno marginalizują ich znaczenie). Dlaczego? Kryptowaluty funkcjonują bez pośredników, bo gwarantem są inni użytkownicy sieci. Kryptowaluty dają więc prawdziwą finansową niezależność.

forsal.pl