środa, 10 stycznia 2018


Kluczową rolę w wepchnięciu I Rzeczpospolitej w stan zależności i niedorozwoju miała postawa jej elit oraz celowe działania przez nie podejmowane. Szlachta – bo o nią tu chodzi – nie dążyła oczywiście świadomie do zepchnięcia swojego państwa na bocznicę historii, realizowała jednak swoje interesy materialne w sposób, który do tego doprowadził. Dlatego na jej określenie używam terminu „elita kompradorska”, zaczerpniętego z badań nad kolonializmem w Ameryce Łacińskiej.

Rozwój gospodarki folwarcznej na terenach I Rzeczypospolitej wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami – pańszczyzną, niedorozwojem miast i mieszczaństwa, osłabieniem rodzimej produkcji proto-przemysłowej, mizerną pozycją rodzimego kupiectwa itp. – był wynikiem świadomych i celowych działań szlachty, która widziała możliwość realizacji swoich interesów raczej we współpracy z obcymi ośrodkami gospodarki kapitalistycznej niż z resztą własnego społeczeństwa. Bardzo konsekwentnie i zdecydowanie walczyła też ze wszystkimi przejawami nowoczesności i była w tym tak zaciekła, że gdy w wieku osiemnastym młodzi szlachcice zaczęli przywozić oświeceniowe idee ze swoich podróży na zachód kontynentu, w Sejmie zgłoszono projekt prawa zakazującego takich podróży (a pamiętamy, jak niechętnie szlachta odnosiła się do wszelkich zakazów i nakazów nakładanych na jej „złotą wolność”; jest to jeden z bardzo nielicznych przypadków, gdy szlachta sama z siebie proponuje ograniczenie swojej wolności, widać jednak, że czyni to w obronie swojego interesu klasowego). Ci, którzy dzisiaj propagują polskość, odwołując się do kultury sarmackiej i szukając w niej inspiracji dla rozwiązywania współczesnych problemów społecznych i politycznych, konsekrują właśnie tradycję odpowiedzialną za zacofanie i peryferyzację Polski. Kto chce temu przeciwdziałać, powinien tego rodzaju postawy aktywnie zwalczać.

praktykateoretyczna.pl

Dodajmy do tego fakt, że w siedemnastym czy osiemnastym wieku miarą przestrzeni był czas potrzebny na jej pokonanie: Francja liczyła na przykład trzy tygodnie z południa na północ i tyle samo ze wschodu na zachód, przypomina Pobłocki. Z tego powodu geometryczną dysproporcję terytorialną między Prusami, rozciągniętymi wzdłuż Morza Bałtyckiego stanowiącego dogodny, szybki i doskonale opanowany szlak komunikacyjny, a Rzeczpospolitą, sięgającą daleko na ukraińskie stepy i pozbawioną choćby jednej rzeki płynącej ze wschodu na zachód, trzeba przemnożyć przynajmniej kilku-, jeśli nie kilkunastokrotnie. Jak argumentowałem w Fantomowym ciele króla, jednym z istotnych powodów upadku I Rzeczypospolitej był jej terytorialny rozrost niekorespondujący ani ze zdolnościami organizacyjnymi jej włodarzy, ani z zasobami politycznymi, społecznymi oraz materialnymi, jakimi dysponowali. Gdyby w szesnastym wieku polskie elity, zamiast przeć na Wschód w celu maksymalizacji indywidualnych korzyści kilku magnackich rodów (ziemia, jak uważa sam Pobłocki, zawsze była źródłem bogactwa), przytuliły swój kraj bardziej do Bałtyku i wzmocniły politykę morską (Polska od 1635 do 1918 roku nie posiadała marynarki wojennej), historia mogłaby potoczyć się inaczej. Możliwe, że bardziej kompaktowe państwo złożone z Wielkopolski, Małopolski, Mazowsza oraz Pomorza (z niewielkimi przyległościami), prowadzące bardziej trzeźwą i mniej życzeniową politykę, nigdy nie zniknęłoby z mapy, nawet gdyby utrzymało zarówno pańszczyznę, jak i swój osobliwy ustrój polityczny.

Ogólnie rzecz biorąc, monokauzalne strategie eksplikacyjne typu „wszystko przez pańszczyznę” albo „wszystko przez liberum veto” mają mały sens nie tylko ze względu na konfigurację różnych czynników w tym konkretnym przypadku, ale także z bardziej zasadniczego powodu: w świecie ludzkim bardzo niewiele zjawisk – jeśli w ogóle jakiejkolwiek – ma jedną przyczynę.

praktykateoretyczna.pl

Wacquant, posługując się przejętymi od Bourdieu pojęciami prawej (nadzorująco-karzącej) i lewej (opiekuńczo-wspierającej) ręki władzy, świetnie pokazuje, że w realnym sprawowaniu władzy przez neoliberalne rządy nigdy nie chodziło o osłabienie, a już na pewno nie o zniszczenie władzy państwowej, aby w ten sposób uwolnić potencjał rynku, ale o transfer władzy z lewej ręki do prawej. Państwo neoliberalne nie jest wcale słabsze, ani nie wpływa mniej na relacje społeczne niż państwo dobrobytu, które zastąpiło. Sprawuje po prostu w inny sposób inny rodzaj władzy. Jej efekty są też inaczej rozłożone klasowo, co Wacquant ilustruje, odwołując się do metafory centaura: neoliberalne rządy są eleganckim i miłym biznesmenem ubranym w garnitur na górze, czyli dla klas wyższych, a bezwzględną bestią kopiąca kopytami na dole – dla klas niższych. W obu przypadkach realizują prerogatywy władzy, a neoliberalny kapitalizm jest – tak jak wszystkie inne warianty kapitalizmu – ściśle zarządzany i organizowany przez państwo.

praktykateoretyczna.pl

wtorek, 9 stycznia 2018


Co nastąpi po kapitalizmie?

Frase rysuje cztery scenariusze, z których najciekawszym (co nie znaczy, że najkorzystniejszym dla większości ludzi) jest tzw. rentieryzm. Rentieryzm to według autora przyszłość, w której gospodarka produkuje tyle dóbr i usług, że starczyłoby dla wszystkich (skutek powszechnej robotyzacji), ale kontrolę nad tym majątkiem utrzymuje niewielka elita. Tę kontrolę sprawuje ona nie przez fizyczne posiadanie robotów, ale przez prawa do oprogramowania, które ich obsługuje. Nie wystarczy bowiem mieć najnowocześniejszego robota na świecie. Bez oprogramowania, które mu powie, jak zrobić pasztecik czy umyć podłogę, jest bezużyteczny. A własność oprogramowania można zabezpieczyć prawem autorskim i wówczas każdy, kto będzie chciał za pomocą robota zrobić pasztecik i umyć podłogę, będzie musiał zapłacić tantiemy właścicielom oprogramowania.

A żeby mieć pieniądze na tantiemy, trzeba je zarobić. Problem polega na tym, że w przyszłości, w której roboty są powszechne i wykonują większość prac, niewielu ludzi jest potrzebnych. Większość z dostępnych miejsc pracy to zawody wspierające rządzącą elitę, takie jak programiści piszący oprogramowania dla komputerów, prawnicy pracujący nad ściganiem tych, którzy korzystają z oprogramowania i nie płacą, oraz policjanci trzymający stanowiącą większość biedotę w ryzach.

Rentieryzm to stagnacja, bo masy są biedne, więc nie stać ich na to, by cokolwiek kupować. O tym, że ten scenariusz jest najbardziej prawdopodobny z czterech zaproponowanych przez Fasera, świadczy to, w jaki sposób już teraz elita zabezpiecza swoje prawa za pomocą praw autorskich.

Na przykład w 2013 roku w sprawie Bowman kontra Monsanto Co. amerykański Sąd Najwyższy podtrzymał wyrok skazujący Vernona Bowmana, farmera ze stanu Indiana, który został uznany winnym złamania patentów należących do wielkiego koncernu zajmującego się agrobiznesem Monsanto. Jego „zbrodnia” polegała na tym, że zasiał genetycznie zmodyfikowane ziarna soi (zmodyfikowane w taki sposób, by zwalczać chwasty), które zostały mu z zeszłego roku. Tymczasem rolnicy, którzy chcą hodować zmodyfikowana żywność, zobowiązują się, że co roku będą kupować nasiona od firmy hodowlanej. Wyrok potwierdził, że koncern może zmusić farmerów do tego, by co roku kupowali od niego nowe ziarna (bo ma patent na modyfikacje genów, które zawierają). (...)

Rentieryzm jest tylko jednym z możliwych scenariuszy. Innym jest system przypominający socjalizm, w którym wytworzone bogactwo jest rozdzielane między wszystkich obywateli za pomocą czegoś w rodzaju dochodu podstawowego (co ciekawe w Polsce niedawno wprowadzono coś takiego, ale tylko dla tych, którzy posiadają dzieci – czyli o program 500 plus). Wydaje się być to rozsądnym pomysłem.

Problem polega na tym, że danie wszystkim ludziom pieniędzy pozwalających na przeżycie sprawia, że ich siła negocjacyjna na rynku pracy zdecydowanie się poprawia (w obecnej sytuacji większość ludzi ma de facto przymus pracy – bo bez pracy nie będzie w stanie zgromadzić środków na przeżycie). Zdaniem Fraze`a to nie podoba się elitom, które wykazują silny opór przeciwko takim pomysłom.

Powinny jednak to rozważyć, bo kolejnym możliwym scenariuszem jest ekstremizm. W takiej przyszłości mamy bogactwo wynikające z powszechnej robotyzacji, ale nie mamy egalitaryzmu. Bogaci mieszkają w ufortyfikowanych enklawach, a reszta wegetuje w ubóstwie (...). W tym scenariuszu zubożałe masy stanowią ciągle zagrożenie dla niewielkiej elity. Oczywiście może ona próbować przekupić „plebs”, oferując im część swojego bogactwa w zamian za spokój. Takie postępowanie naraża ich jednak na niekończącą się litanię żądań. Autor konkluduje, że elity w którymś momencie mogą dojść do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem problemu zubożałych mas będzie ich eksterminacja.

obserwatorfinansowy.pl

Gospodarka Chin jest wciąż mniejsza niż gospodarka USA, a chińska armia, choć szybko "nabiera muskulatury, wypada blado" przy amerykańskiej, ale ekonomia i siły zbrojne to nie wszystko. Trump jest mniej potężnym człowiekiem niż Xi, ponieważ ma "wąskie, transakcyjne podejście do cudzoziemców i wydaje się niezdolny do wdrożenia w kraju swego programu" - pisze "Economist".

W ocenie tygodnika to, że Xi ma większy wpływ na świat niż prezydent USA, zwiastuje zły obrót rzeczy i "świat powinien się mieć na baczności".

Prezydent najpotężniejszego kraju świata "jest słabszy w kraju i mniej skuteczny za granicą niż którykolwiek z jego niedawnych poprzedników"; w dużej mierze dlatego, że gardzi "wartościami i sojuszami, które stanowią podbudowę amerykańskich wpływów" - konstatuje "Economist".

Tymczasem przywódca największego autorytarnego państwa świata cieszy się szacunkiem, rządzi prawie równie silną ręką jak Mao Zedong, a jego kraj jest kołem zamachowym światowej gospodarki - wylicza tygodnik.

forsal.pl

poniedziałek, 8 stycznia 2018


Najpierw, w 1992 roku, w Czechach pojawia się Verlagsgruppe Passau, która wydaje ukazujący się w 71 regionalnych mutacjach dziennik Deník i tabloid Šip plus ponad ćwierć setki czasopism. Dwa lata później Rheinisch-Bergische Druckerei- und Verlagsgesellschaft z Düsseldorfu kupuje większość udziałów w spółce Mafra, wydającej dwa wiodące czeskie dzienniki: Mladą fronta DNES i Lidové noviny.

Z kolei Verlagsgruppe Handelsblatt, także z Düsseldorfu, w 1994 roku przejmuje Economię – wydawnictwo drukujące ekonomiczny dziennik Hospodářské noviny oraz tygodnik Ekonom.

Wreszcie w 2010 roku zuryski dom mediowy Ringier łączy się z berlińskim wydawnictwem Axel Springer. Ringier jest na czeskim rynku już od 1991 roku. Wszedł tam – wtedy jeszcze do Czechosłowacji – z tygodnikiem ekonomicznym Profit. Rok później zaczyna wydawać tabloid Blesk, który od 2002 jest najlepiej sprzedającą się czeską gazetą. Potem kupuje jeszcze tygodnik Reflex i dziennik Sport. Z chwilą fuzji wszystkie one stają się w połowie niemieckie.

To się zaczyna zmieniać w 2006 roku, kiedy Zdeňek Bakala – jeden z czeskich magnatów, siódmy na liście najbogatszych Czechów według Forbesa, właściciel kopalni węgla kamiennego OKD i ČMD, kupuje tygodnik Respekt. Dwa lata później przejmuje wydawnictwo Economia, a z nim dwa wymienione wyżej, najważniejsze tytuły ekonomiczne w kraju.

W 2013 roku tym samym tropem idzie Andrej Babisz, numer dwa z listy Forbesa, właściciel rolno-spożywczego koncernu Agrofert, który kupuje Mafrę. I choć się zarzeka na zdrowie dzieci i wnucząt, że nie będzie ingerować w pracę redaktorów, mało kto mu wierzy. I słusznie, jak się okaże po czterech latach, kiedy wycieka nagranie, jak instruował dziennikarza jednej z gazet, co ma pisać o jego przeciwnikach.

Bo Babisz w przeciwieństwie do Bakali jest nie tylko biznesmenem, ale i politykiem – szefem założonego przez siebie ruchu politycznego ANO 2011 („ano” znaczy po czesku „tak”, ale w tym wypadku to akronim Sojuszu Niezadowolonych Obywateli). Jeszcze w 2013 roku staje się wicepremierem i ministrem finansów Czech.

Kolejny rok, kolejna zmiana. Z medialnego pejzażu znika Ringier Axel Springer, a pojawia się Czech News Center. Właścicielami spółki już nie są Szwajcarzy i Niemcy, lecz Czesi: Daniel Křetínský (numer sześć na czeskiej liście Forbesa), który przejmuje połowę akcji, Patrik Tkáč i Roman Korbačka.

Wreszcie w 2015 roku do czeskich rąk wraca prasa lokalna. Kupuje ją spółka Penta Investments, wprawdzie zarejestrowana na Cyprze, ale należąca do Marka Dospivy (czeski nr osiem u Forbesa).

(...)

I tak na czeskim rynku medialnym, przynajmniej na jego opiniotwórczym odcinku, nie ma już chyba żadnego znaczącego inwestora z Niemiec. Poza wydawnictwem Hubert Burda Media z Offenburga, którego czeska córka Burda Praha wydaje kilkanaście magazynów, jak Chip czy ELLE.

O czym to świadczy? – Czeskie media opanowane przez superbogatych przedsiębiorców okazują się czymś o wiele gorszym, niż gdy były w rękach zagranicznych – mówi dyrektor New York University w Pradze, politolog Jirzí Pehe. – Czescy oligarchowie mają bowiem swoje polityczne i handlowe interesy, a to jest niestety widoczne w ich mediach – dodaje. Jego zdaniem różnorodność i jakość mediów w Czechach wyraźnie się obniżyły.

dw.com

Współczesna ekonomia skręca coraz bardziej w stronę interwencjonizmu i „ręcznego sterowania” zarządzania globalizacją. Takie działania mają sens?

Profesor Kołodko twierdzi, że tak. Ja co do tego mam bardzo poważne zastrzeżenia, które przytaczam w naszej wspólnej książce „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm” . Przede wszystkim powinniśmy najpierw odpowiedzieć na pytanie skąd się bierze ten odwrót od globalizacji i cały zespół działań, które dziś nazywamy „nowym nacjonalizmem”. Otóż podłożem społecznym i politycznym tych zjawisk jest klasa średnia w najbogatszych krajach świata, która traci pozycję zarówno w sensie finansowym jak i prestiżowym. Ulega degradacji na skutek zmian zachodzących na rynku pracy i wpada w panikę. Współczesna technologia eliminuje zawody, które określilibyśmy jako wymagające średnich kwalifikacji, m.in. agentów ubezpieczeniowych, agentów biur podróży, sprzedawców, komiwojażerów, urzędników średniego szczebla czy księgowych. Wszystkie te profesje są w tej chwili zastępowane przez komputery. Jeśli nastąpi jeszcze powszechniejsze zastosowanie sztucznej inteligencji, zmiany okażą się jeszcze dotkliwsze. Nie zapominajmy też o konkurencji tańszej siły roboczej napływającej z całego świata. Już teraz analizy badań medycznych w USA są masowo przekazywane do Indii. A to przecież było zajęcie klasy średniej. Kolejnym zagrożeniem jest niekontrolowany przepływ osób – migranci zagrażają nie tylko miejscom pracy, ale również bezpieczeństwu i gospodarce. Koszty utrzymania i przyjęcia przybyszów spadną na barki podatników klasy średniej. Klasa średnia ma tego dosyć i właśnie dlatego domaga się działania ze strony państwa.

Państwo jest w stanie tylko zarządzać strachem czy realnie rozwiązać te problemy?

Strach jest bardziej zarządzalny niż problem i można na nim zbudować duży kapitał polityczny. To przecież szansa dla ugrupowań, które znajdowały się do tej pory na marginesie realnej polityki. Ludzie działający w tych formacjach zazwyczaj nie mają szczególnych kwalifikacji czy osiągnięć. Po wyborach w Stanach Zjednoczonych przeprowadzono badania w których głównym zarzutem przeciwko Hillary Clinton były jej kompetencje. Pojawiło się zjawisko określane mianem „demand for incompetence” („wymogu niekompetencji”). Uważa się, że ktoś niewykształcony i nieobyty będzie lepszy niż osoba o szerokich horyzontach, która zdradzi społeczeństwo.

forsal.pl

niedziela, 7 stycznia 2018


"Istnieją teorie, które wyjaśniają genezę i przebieg zachowań altruistycznych i prospołecznych u różnych gatunków. Wiemy, że są one szczególnie istotne w grupach społecznych o stałym składzie. Regułą w przyrodzie jest to, że jeżeli osobnik spotyka się z drugim osobnikiem tylko raz, to strategia egoistyczna jest wówczas najlepsza. Nie ma bowiem znaczenia to, czy ja go oszukam, pomogę mu - czy on pomoże bądź oszuka mnie, ponieważ nie niesie to za sobą większych konsekwencji. Gdy jestem jednak w stałej grupie - zamocowany społecznie między kimś a kimś, to bardzo ważne są wszystkie relacje społeczne pomiędzy członkami grupy. Może być tak, że chciałbym się zachować w sposób egoistyczny. Jest to jednak strategia krótkoterminowa, bo szybko spotkam się z ostracyzmem ze strony innych, będąc skategoryzowany jako ten, który bierze, a nie pomaga" - podkreślił w rozmowie z PAP prof. Trojan.

Jak zaznaczył naukowiec, już wcześniejsze badania na szczurach wskazywały na to, że jedno zwierzę zrobi wszystko, żeby uwolnić drugie z pułapki - pod warunkiem, że uwięziony szczur będzie z należał do tej samej grupy. Jeśli będzie z innej - wówczas zwierzę nie zareaguje na jego uwięzienie.

naukawpolsce.pap.pl

Problemem III RP była nie tylko niezachwiana wiara w wolny rynek, ale też opowieść, jaką sprzedawano ludziom. „Jeśli będziesz zapierdalać, to ci będzie dane”, „jesteś wart tyle, ile sobie wyrwiesz” – tak można ją streścić.

Ludzie w to uwierzyli?

Dlaczego by mieli nie uwierzyć? Słyszeli to od polityków, ekonomistów i bankierów. Słyszeli to w szkole i w domach. Taką narrację grzały też przez lata najważniejsze media.

W efekcie wychowaliśmy całe pokolenia z syndromem sztokholmskim – pełne uwielbienia dla systemu, który jest przeciwko nim. Pracownicy – często ci najbardziej wyzyskiwani – mówią jak pracodawcy. Młody, wkurzony, marnie zarabiający prekariat krzyczy, żeby ciąć podatki i liberalizować rynek pracy. A to ich przecież jeszcze bardziej pogrąży. Czasami spotykam ludzi na śmieciówkach, na umowach o dzieło, albo w ogóle pracujących na czarno, którzy mówią, że fiskus ich okrada. Nie mają urlopów (bo umowa o dzieło), prawie nie płacą podatków (bo robota na czarno), rynek miota nimi jak szmacianymi lalkami, a oni ciągle mówią o tym, że trzeba poluzować z biurokracją.

(...)

W Magazynie Porażka, który prowadzisz, często naśmiewasz się z tzw. life-coach’ów. Właśnie za to, że propagują taki język?

Coaching to lek, który późny kapitalizm wymyślił na chorobę, którą sam stworzył. Do tego lek, który nie dość, że nie działa, to jeszcze szkodzi. Sami coache to współcześni szamani, którzy żerują na niedociągnięciach systemu społeczno-gospodarczego, w którym żyjemy.

Przekonują, że sukces (przedstawiamy najczęściej jako sukces materialny) jest efektem indywidualnych starań. Że możesz osiągnąć wszystko, jeśli tylko weźmiesz się do roboty. To kompletna bzdura. Większość ludzi sukcesu, o którym wspominają mówcy motywacyjni, tego z drogimi samochodami, wakacjami pod palmami i domami z basenami, po prostu nigdy w życiu nie zazna. Bo to odstępstwo, a nie reguła. Regułą jest zwykłe życie. Takie piętnaście razy zwyklejsze, niż pokazują w telewizji – w małych kawalerkach z popsutymi zębami i w znoszonych butach.

Bo większość społeczeństwa może osiągnąć sukces tylko w przypadku społeczeństwa, które osiągnęło sukces jako całość. A to zupełnie nie zależy od sumy indywidualnych wysiłków tylko mądrych polityk publicznych oraz instytucjonalnych sposobów ograniczania zakusów silniejszych wobec słabszych.

(...)

I nic nie można zrobić?

Zawsze coś można zrobić. Ale uśredniając, nauczono nas po prostu wyolbrzymiać wpływ, jaki mamy na własne życie. Ci, którym się udało, częściowo przeceniają sukces także dlatego, że po prostu tak działają nasze mózgi. Przeceniamy swój wkład we własne osiągnięcia, a nie doceniamy wkładu innych osób, często tych, którym się nie udało. To się nazywa hipoteza sprawiedliwego świata. Bez względu na rzeczywisty bieg wydarzeń większość z nas i tak będzie uważała, że dobre rzeczy, które nas spotkają, są zasłużone.

Tymczasem ludzie są bogaci albo biedni w zależności od tego, w jakich gospodarkach przyszło im żyć i pracować, w jakich rodzinach się urodzili, w jakim momencie historycznym, kiedy był ostatni kryzys. Nakładają się na to tysiące makroczynników zupełnie niezależnych od naszych działa. Myślisz, że Bill Gates osiągnąłby tyle samo, gdyby urodził się niewidomy albo w Somalii? Nie sprawdzimy. Ala jakoś tak się stało, że urodził się widzącym mężczyzną z klasy wyższej, w jednym z wiodących gospodarczo i politycznie państw świata. Jeśli zarabiasz w Polsce pół średniej krajowej, jak mniej więcej jedna trzecia Polski, to zazwyczaj nie dlatego, że za mało zapierdalasz – najczęściej nie masz ani chwili wolnego.

krytykapolityczna.pl

sobota, 6 stycznia 2018


Tsunami, które powstało 11 marca 2011 roku po trzęsieniu ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera, uderzyło w wybrzeża Japonii i wciągnęło do morza miliony obiektów: od łodzi rybackich i fragmentów portów po małe fragmenty plastiku. Te wszystkie przedmioty posłużyły wielu gatunkom jako tratwy, na których przebyły ocean, opisują naukowcy na łamach ”Science”.

Od 2012 roku na wybrzeżach Hawajów i zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych naukowcy natykali się na przyniesione z Japonii przez tsunami szczątki. Po ich zbadaniu okazało się, że na częściach kutrów, boj, skrzyń i kontenerów znajdowały się nadal żyjące organizmy.

Badacze zidentyfikowali 289 żywych gatunków typowych dla przybrzeżnych wód Japonii, ale podejrzewają, że takich, którym udało się pokonać drogę przez Pacyfik, jest dużo więcej.

Najczęściej odnajdywano mięczaki, takie jak małże, ale też stułbie, skorupiaki, mszywioły i pierścienice. Prawie dwóch trzecich z tych gatunków nigdy wcześniej nie zaobserwowano na zachodnim wybrzeżu USA.

"Nie sądziłem, że większość z tych nadbrzeżnych organizmów jest w stanie przetrwać na morzu przez tak długi czas. Ale być może nie miały ku temu wielu okazji w przeszłości. Teraz plastik (w oceanach – przyp. PAP) wraz z tsunami i burzami dają im takie możliwości na dużą skalę" – mówi współautor publikacji i biolog morski w centrum badań nad środowiskiem Instytutu Smithsona, Greg Ruiz.

naukawpolsce.pap.pl

Analiza lotów testowych i ich statystyka (tylko trzy w pełni udane misje na siedem) sugerowały, że szanse powodzenia pierwszej misji załogowej były w okolicy 50%. Mimo to zdecydowano się na start Wostoka 3KA z Jurijem Gagarinem na pokładzie 12 kwietnia 1961 roku. Jednym z czynników decydujących były przewidywania wywiadu że Amerykanie mogą przeprowadzić pierwszy lot suborbitalny już w styczniu 1961 roku. Z punktu widzenia ZSRR każdy dzień opóźnienia mógł dać USA prowadzenie w wyścigu w kosmos.

Lot Gagarina w założeniach nie wymagał od pilota niczego innego jak przeżycia podróży. Osiągnięcie orbity było kontrolowane automatycznie, również manewr zejścia z orbity był zaprogramowany w komputerze pokładowym statku. Kontrola naziemna miała również możliwość zdalnego sterowania zachowaniem kapsuły. Sam Gagarin mógł przejąć kontrolę nad orientacją statku i głównym silnikiem tylko w wyjątkowych okolicznościach. Dostęp do sterowania ręcznego był chroniony hasłem które pilot przechowywał w kopercie. W danym czasie nie można było przewidzieć dokładnie reakcji człowieka na stan nieważkości i obawiano się ataku paniki, który w połączeniu z nieograniczonym dostępem do systemów sterowania mógł zagrozić misji. Hasło dostępu zostało mimo zaleceń przekazane Gagarinowi słownie przez Nikołaja Kamanina, szefa szkolenia korpusu kosmonautów.

Start rakiety nośnej i osiągnięcie orbity przebiegło pozornie bez zakłóceń. Odłączenie górnego stopnia również przebiegło normalnie. Sam statek posiadał w tym momencie wystarczającą ilość paliwa żeby zejść z orbity. Projekt Wostoka przewidywał że nawet w wypadku awarii silnika niska orbita docelowa obniżałaby się w wyniku interakcji z wyższymi partiami atmosfery i do lądowania doszłoby nie dalej jak za 10 dni od startu. Taka była też sprawność systemu podtrzymywania życia i zasilających go baterii. O czym Gagarina nie poinformowano był fakt, że orbita na której się znalazł była nieco wyższa i do lądowania doszłoby po około 20 dniach.

Plan lotu przewidywał jedno okrążenie wokół Ziemi, manewr deorbitacji i lądowanie na terenie ZSRR. Podczas całego lotu Jurij Gagarin zachowywał spokój i dobry humor a więc wcześniejsze obawy że ulegnie atakowi paniki nie okazały się słuszne. Łączność radiowa statku ze stacjami naziemnymi była nienajlepszej jakości i niekiedy zawodziła. (...)

Konstruktorzy Wostoka nie ufali do końca że lądowanie kapsuły na spadochronach będzie wystarczająco miękkie by pilot to przeżył. Sądząc z opisu świadków lądowania kapsuły Gagarina – całkiem słusznie. Wybiła ona w gruncie dość duża dziurę i dopiero po jednym odbiciu spoczęła nieruchomo.

Dlatego gdy moduł załogowy osiągnął prędkość terminalną i stabilną trajektorię na wysokości 7km luk znajdujący się za głową Gagarina został odstrzelony a chwilę później cały fotel pilota został wykatapultowany. Po wypaleniu się silników rakietowych fotela został on odrzucony i Jurij Gagarin resztę drogi na ziemię odbył na własnym spadochronie. (...)

Sama procedura powrotu na Ziemię pilotów statku Wostok mogła być użyta przez USA jako argument dyskwalifikujący ten statek jako pierwszy statek załogowy – nie zapewniał on bezpiecznego lądowania pilota. Tym samym dokładna procedura lądowania była utajniona ze względów propagandowych.

kosmonauta.net