niedziela, 7 stycznia 2018


"Istnieją teorie, które wyjaśniają genezę i przebieg zachowań altruistycznych i prospołecznych u różnych gatunków. Wiemy, że są one szczególnie istotne w grupach społecznych o stałym składzie. Regułą w przyrodzie jest to, że jeżeli osobnik spotyka się z drugim osobnikiem tylko raz, to strategia egoistyczna jest wówczas najlepsza. Nie ma bowiem znaczenia to, czy ja go oszukam, pomogę mu - czy on pomoże bądź oszuka mnie, ponieważ nie niesie to za sobą większych konsekwencji. Gdy jestem jednak w stałej grupie - zamocowany społecznie między kimś a kimś, to bardzo ważne są wszystkie relacje społeczne pomiędzy członkami grupy. Może być tak, że chciałbym się zachować w sposób egoistyczny. Jest to jednak strategia krótkoterminowa, bo szybko spotkam się z ostracyzmem ze strony innych, będąc skategoryzowany jako ten, który bierze, a nie pomaga" - podkreślił w rozmowie z PAP prof. Trojan.

Jak zaznaczył naukowiec, już wcześniejsze badania na szczurach wskazywały na to, że jedno zwierzę zrobi wszystko, żeby uwolnić drugie z pułapki - pod warunkiem, że uwięziony szczur będzie z należał do tej samej grupy. Jeśli będzie z innej - wówczas zwierzę nie zareaguje na jego uwięzienie.

naukawpolsce.pap.pl

Problemem III RP była nie tylko niezachwiana wiara w wolny rynek, ale też opowieść, jaką sprzedawano ludziom. „Jeśli będziesz zapierdalać, to ci będzie dane”, „jesteś wart tyle, ile sobie wyrwiesz” – tak można ją streścić.

Ludzie w to uwierzyli?

Dlaczego by mieli nie uwierzyć? Słyszeli to od polityków, ekonomistów i bankierów. Słyszeli to w szkole i w domach. Taką narrację grzały też przez lata najważniejsze media.

W efekcie wychowaliśmy całe pokolenia z syndromem sztokholmskim – pełne uwielbienia dla systemu, który jest przeciwko nim. Pracownicy – często ci najbardziej wyzyskiwani – mówią jak pracodawcy. Młody, wkurzony, marnie zarabiający prekariat krzyczy, żeby ciąć podatki i liberalizować rynek pracy. A to ich przecież jeszcze bardziej pogrąży. Czasami spotykam ludzi na śmieciówkach, na umowach o dzieło, albo w ogóle pracujących na czarno, którzy mówią, że fiskus ich okrada. Nie mają urlopów (bo umowa o dzieło), prawie nie płacą podatków (bo robota na czarno), rynek miota nimi jak szmacianymi lalkami, a oni ciągle mówią o tym, że trzeba poluzować z biurokracją.

(...)

W Magazynie Porażka, który prowadzisz, często naśmiewasz się z tzw. life-coach’ów. Właśnie za to, że propagują taki język?

Coaching to lek, który późny kapitalizm wymyślił na chorobę, którą sam stworzył. Do tego lek, który nie dość, że nie działa, to jeszcze szkodzi. Sami coache to współcześni szamani, którzy żerują na niedociągnięciach systemu społeczno-gospodarczego, w którym żyjemy.

Przekonują, że sukces (przedstawiamy najczęściej jako sukces materialny) jest efektem indywidualnych starań. Że możesz osiągnąć wszystko, jeśli tylko weźmiesz się do roboty. To kompletna bzdura. Większość ludzi sukcesu, o którym wspominają mówcy motywacyjni, tego z drogimi samochodami, wakacjami pod palmami i domami z basenami, po prostu nigdy w życiu nie zazna. Bo to odstępstwo, a nie reguła. Regułą jest zwykłe życie. Takie piętnaście razy zwyklejsze, niż pokazują w telewizji – w małych kawalerkach z popsutymi zębami i w znoszonych butach.

Bo większość społeczeństwa może osiągnąć sukces tylko w przypadku społeczeństwa, które osiągnęło sukces jako całość. A to zupełnie nie zależy od sumy indywidualnych wysiłków tylko mądrych polityk publicznych oraz instytucjonalnych sposobów ograniczania zakusów silniejszych wobec słabszych.

(...)

I nic nie można zrobić?

Zawsze coś można zrobić. Ale uśredniając, nauczono nas po prostu wyolbrzymiać wpływ, jaki mamy na własne życie. Ci, którym się udało, częściowo przeceniają sukces także dlatego, że po prostu tak działają nasze mózgi. Przeceniamy swój wkład we własne osiągnięcia, a nie doceniamy wkładu innych osób, często tych, którym się nie udało. To się nazywa hipoteza sprawiedliwego świata. Bez względu na rzeczywisty bieg wydarzeń większość z nas i tak będzie uważała, że dobre rzeczy, które nas spotkają, są zasłużone.

Tymczasem ludzie są bogaci albo biedni w zależności od tego, w jakich gospodarkach przyszło im żyć i pracować, w jakich rodzinach się urodzili, w jakim momencie historycznym, kiedy był ostatni kryzys. Nakładają się na to tysiące makroczynników zupełnie niezależnych od naszych działa. Myślisz, że Bill Gates osiągnąłby tyle samo, gdyby urodził się niewidomy albo w Somalii? Nie sprawdzimy. Ala jakoś tak się stało, że urodził się widzącym mężczyzną z klasy wyższej, w jednym z wiodących gospodarczo i politycznie państw świata. Jeśli zarabiasz w Polsce pół średniej krajowej, jak mniej więcej jedna trzecia Polski, to zazwyczaj nie dlatego, że za mało zapierdalasz – najczęściej nie masz ani chwili wolnego.

krytykapolityczna.pl

sobota, 6 stycznia 2018


Tsunami, które powstało 11 marca 2011 roku po trzęsieniu ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera, uderzyło w wybrzeża Japonii i wciągnęło do morza miliony obiektów: od łodzi rybackich i fragmentów portów po małe fragmenty plastiku. Te wszystkie przedmioty posłużyły wielu gatunkom jako tratwy, na których przebyły ocean, opisują naukowcy na łamach ”Science”.

Od 2012 roku na wybrzeżach Hawajów i zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych naukowcy natykali się na przyniesione z Japonii przez tsunami szczątki. Po ich zbadaniu okazało się, że na częściach kutrów, boj, skrzyń i kontenerów znajdowały się nadal żyjące organizmy.

Badacze zidentyfikowali 289 żywych gatunków typowych dla przybrzeżnych wód Japonii, ale podejrzewają, że takich, którym udało się pokonać drogę przez Pacyfik, jest dużo więcej.

Najczęściej odnajdywano mięczaki, takie jak małże, ale też stułbie, skorupiaki, mszywioły i pierścienice. Prawie dwóch trzecich z tych gatunków nigdy wcześniej nie zaobserwowano na zachodnim wybrzeżu USA.

"Nie sądziłem, że większość z tych nadbrzeżnych organizmów jest w stanie przetrwać na morzu przez tak długi czas. Ale być może nie miały ku temu wielu okazji w przeszłości. Teraz plastik (w oceanach – przyp. PAP) wraz z tsunami i burzami dają im takie możliwości na dużą skalę" – mówi współautor publikacji i biolog morski w centrum badań nad środowiskiem Instytutu Smithsona, Greg Ruiz.

naukawpolsce.pap.pl

Analiza lotów testowych i ich statystyka (tylko trzy w pełni udane misje na siedem) sugerowały, że szanse powodzenia pierwszej misji załogowej były w okolicy 50%. Mimo to zdecydowano się na start Wostoka 3KA z Jurijem Gagarinem na pokładzie 12 kwietnia 1961 roku. Jednym z czynników decydujących były przewidywania wywiadu że Amerykanie mogą przeprowadzić pierwszy lot suborbitalny już w styczniu 1961 roku. Z punktu widzenia ZSRR każdy dzień opóźnienia mógł dać USA prowadzenie w wyścigu w kosmos.

Lot Gagarina w założeniach nie wymagał od pilota niczego innego jak przeżycia podróży. Osiągnięcie orbity było kontrolowane automatycznie, również manewr zejścia z orbity był zaprogramowany w komputerze pokładowym statku. Kontrola naziemna miała również możliwość zdalnego sterowania zachowaniem kapsuły. Sam Gagarin mógł przejąć kontrolę nad orientacją statku i głównym silnikiem tylko w wyjątkowych okolicznościach. Dostęp do sterowania ręcznego był chroniony hasłem które pilot przechowywał w kopercie. W danym czasie nie można było przewidzieć dokładnie reakcji człowieka na stan nieważkości i obawiano się ataku paniki, który w połączeniu z nieograniczonym dostępem do systemów sterowania mógł zagrozić misji. Hasło dostępu zostało mimo zaleceń przekazane Gagarinowi słownie przez Nikołaja Kamanina, szefa szkolenia korpusu kosmonautów.

Start rakiety nośnej i osiągnięcie orbity przebiegło pozornie bez zakłóceń. Odłączenie górnego stopnia również przebiegło normalnie. Sam statek posiadał w tym momencie wystarczającą ilość paliwa żeby zejść z orbity. Projekt Wostoka przewidywał że nawet w wypadku awarii silnika niska orbita docelowa obniżałaby się w wyniku interakcji z wyższymi partiami atmosfery i do lądowania doszłoby nie dalej jak za 10 dni od startu. Taka była też sprawność systemu podtrzymywania życia i zasilających go baterii. O czym Gagarina nie poinformowano był fakt, że orbita na której się znalazł była nieco wyższa i do lądowania doszłoby po około 20 dniach.

Plan lotu przewidywał jedno okrążenie wokół Ziemi, manewr deorbitacji i lądowanie na terenie ZSRR. Podczas całego lotu Jurij Gagarin zachowywał spokój i dobry humor a więc wcześniejsze obawy że ulegnie atakowi paniki nie okazały się słuszne. Łączność radiowa statku ze stacjami naziemnymi była nienajlepszej jakości i niekiedy zawodziła. (...)

Konstruktorzy Wostoka nie ufali do końca że lądowanie kapsuły na spadochronach będzie wystarczająco miękkie by pilot to przeżył. Sądząc z opisu świadków lądowania kapsuły Gagarina – całkiem słusznie. Wybiła ona w gruncie dość duża dziurę i dopiero po jednym odbiciu spoczęła nieruchomo.

Dlatego gdy moduł załogowy osiągnął prędkość terminalną i stabilną trajektorię na wysokości 7km luk znajdujący się za głową Gagarina został odstrzelony a chwilę później cały fotel pilota został wykatapultowany. Po wypaleniu się silników rakietowych fotela został on odrzucony i Jurij Gagarin resztę drogi na ziemię odbył na własnym spadochronie. (...)

Sama procedura powrotu na Ziemię pilotów statku Wostok mogła być użyta przez USA jako argument dyskwalifikujący ten statek jako pierwszy statek załogowy – nie zapewniał on bezpiecznego lądowania pilota. Tym samym dokładna procedura lądowania była utajniona ze względów propagandowych.

kosmonauta.net

piątek, 5 stycznia 2018


Istnienie fal grawitacyjnych przewidział już Albert Einstein w ogólnej teorii względności opublikowanej 20 marca 1916 roku. Jednak po raz pierwszy udało się je zaobserwować dopiero 14 września 2015. Wówczas dotarły do Ziemi fale grawitacyjne wywołane przez zderzenie dwóch czarnych dziur (jedna o masie 29, a druga 36 mas Słońca), oddalonych od nas o 1,3 miliarda lat świetlnych. Tuż przed zderzeniem zbliżały się one do siebie z prędkością równą połowie prędkości światłą (150 000 kilometrów na sekundę). Powstała czarna dziura 62 razy cięższa niż Słońce - brakujące 3 masy Słońca to energia wypromieniowanych fal grawitacyjnych. Jako że fale grawitacyjne rozchodzą się z prędkością światła, to kiedy zdarzył się ten kosmiczny kataklizm, na naszej planecie żyły tylko prymitywne organizmy jednokomórkowe.

(...)

Fale te powstają zawsze, gdy jakaś masa przyspiesza – zarówno w przypadku wykonującego piruet łyżwiarza, jak i pary okrążających się nawzajem czarnych dziur. Gdy taka fala przenika przez Ziemię, wszystko na niej minimalnie zmienia swoje wymiary. Jednak nawet fale wytwarzane przez czarne dziury są tak słabe, że Einstein uważał ich wykrycie za niemożliwe. W rzeczywistości okazało się to "tylko" bardzo trudne – potrzeba było pary ogromnych interferometrów laserowych, oddalonych od siebie o 3 tysiące km, aby wykryć zmianę długości interferometrów, tysiące razy mniejszą od rozmiarów jądra atomowego. Każdy z detektorów (jeden w stanie Waszyngton, drugi – w Luizjanie) ma dwa tunele w kształcie litery L. Długość takiego tunelu to 4 kilometry. W ich wnętrzu odbijają się wiązki laserowa, a odpowiednia aparatura sprawdza, czy długość jednego ramienia nie zmieniła się w stosunku do drugiego. Zwykle wyniki pomiaru są takie same – chyba, że fala grawitacyjna odkształci czasoprzestrzeń.

naukawpolsce.pap.pl

czwartek, 4 stycznia 2018


W powiecie brasławskim panowała bieda. Gorzej. We wsiach i w miasteczkach szerzyła się prawdziwa nędza. Taka, która uczciwych ludzi pozbawia dachu nad głową, a nawet najbardziej pracowitych doprowadza do bankructwa, zwieńczonego licytacjami resztek dobytku. Osadniczka Zofia Pujszowa każdego dnia obserwowała, jak jej sąsiedzi tracą dorobek życia. Wszyscy toną w pożyczkach, które wzięli parę lat temu, gdy koniunktura zdawała się zwyżkować. Myśleli, że dzięki zastrzykowi gotówki unowocześnią swoje gospodarstwa, wybiją się, dorobią. Kredyty brali, gdy za jedną krowę dostawali kilkaset złotych. Teraz ta sama krasula była warta ledwie kilkadziesiąt. Skąd wziąć wobec tego pieniądze na kolejną ratę, gdy komornik łomocze do drzwi?

7 stycznia 1933 Zofia usiadła, wzięła głęboki oddech i zaczęła dyktować. „Najukochańszy Nasz Wodzu” – brzmiały pierwsze słowa jej listu. Zdesperowana kobieta, nie widząc innej nadziei, postanowiła błagać o pomoc najważniejszą osobę w państwie – Józefa Piłsudskiego. W głowie jej się nie mieściło, że Marszałek mógłby wiedzieć o nadużyciach aparatu państwowego i o sytuacji wsi polskiej. Przecież nie pozwoliłby na traktowanie chłopów w ten sposób! Biedna mieszkanka Brasławszczyzny uznała, że gdy wytłumaczy Wodzowi, co się dzieje, ten z pewnością zareaguje. I przebędzie z pomocą, zupełnie jak w roku 1918, gdy ważyły się losy polskiej niepodległości.

W liście opowiadała o tym, że rolnicy, chcąc sprzedać płody swojej ziemi, muszą uiszczać bandyckie opłaty za wjazd na plac targowy. Państwo wydzierżawiało rynki, a najemcy nie mieli litości – czy ktoś wiózł 300 kilogramów, czy 13 musiał wysupłać taką samą opłatę. Agronomowie jeździli na wieś, uczyć chłopów nowoczesnego prowadzenia gospodarstwa, a ci prości ludzie nie mieli za co utrzymać tego, które już posiadali. Nawet jeśli hodowali i sprzedawali zwierzęta, to za doskonale odchowane dostawali śmieszne pieniądze, w żaden sposób nie rekompensujące nakładu sił i środków.

Zofia Pujszowa przytaczała własny przykład. Porządnie utuczyła wieprza i sprzedała. W międzyczasie zdążył on pożreć paszy za 100 złotych, jako prosię kosztował 5, za możliwość sprzedania go na rynku gospodyni musiała zapłacić 50 groszy i jeszcze drugie tyle za świadectwo pochodzenia… Za dorosłego wieprza dostała tymczasem śmieszne 35 złotych, czyli równowartość sześciu litrowych butelek wódki! Za dużo, by od razu szykować się na konanie z głodu, za mało by normalnie żyć. Chyba zostawało tylko wziąć te sześć butelek wódki i zapić się na śmierć.

(...)

Kryzys trwał w niepodległej Polsce właściwie permanentnie, odkąd tylko kraj odzyskał niepodległość w listopadzie 1918 roku. Ziemie, które złożyły się na odrodzoną Rzeczpospolitą. leżały na głębokich i zupełnie zaniedbanych peryferiach trzech wymęczonych konfliktem imperiów. Kraj był w opłakanym stanie. Przez niemal 90% terytorium, jakie weszło w skład państwa, przetoczyły się działania wojenne, ze wszystkimi tego skutkami, a na 25% ziem toczyły się zacięte walki pozycyjne.

Nie sposób zliczyć ograbionych i spalonych wiejskich zabudowań, „ewakuowanych” przez zaborców maszyn, fabryk i wykwalifikowanych specjalistów. Tereny rolnicze zostały zrujnowane, a taktyka spalonej ziemi stosowana przez wycofujące się wojska oraz niczym nieograniczany rabunek pogłębiały jeszcze tragizm sytuacji. Żołnierze, chcąc wyżywić się na terenach swoich działań, prowadzili brutalne rekwizycje, zabierając zboże, siano, bydło, nierogaciznę i konie.

(...)

Polska odzyskująca niepodległość w 1918 roku nie była jednym i jednolitym państwem, raczej kawałkami zupełnie różnych krajów sklejonymi nagle w jeden, z różną siecią transportu, walutą, prawodawstwem, a nawet różnymi systemami miar i wag. Radość z zakończenia po 123 latach zaborów mieszała się w Polakach z niepokojem o najbliższą przyszłość własnej rodziny.

Zatarcie różnic gospodarczych pomiędzy trzema zaborami i stworzenie jednolitego rynku wewnętrznego stanowiło zadanie godne Syzyfa. Przede wszystkim należało właściwie zbalansować różne gałęzie przemysłu i wytwórczości oraz stworzyć na nowo wymianę handlową pomiędzy poszczególnymi częściami Polski. Dotąd na przykład produkcja rolna z Wielkopolski i urobek z kopalni węgla na Śląsku wędrowały na zachód, gdzie pochłaniał je rynek niemiecki, a to, co wydobyły galicyjskie rafinerie, do Austro-Węgier. Teraz wszystko miało pozostać w kraju. I tylko nikt do końca nie wiedział, jak teorię przekuć w praktykę.

twojahistoria.pl

To jedna z najbardziej niezrozumiałych historii związanych z tzw. ustawami dezubekizacyjnymi. Zarówno tą z roku 2009, jak i obecną. W trakcie ich przygotowywania mieliśmy do czynienia z radosną twórczością ustawodawcy, wyszukującego instytucje i formacje, które miałyby „służyć na rzecz totalitarnego państwa”. Gdyby skutkiem tych poszukiwań nie były tragedie ludzkie, można by to traktować jako kolejną aberrację polskiej prawicy, kolejne ideologiczne wzmożenie policji historycznej, ulokowanej w Instytucie Pamięci Narodowej (bo tzw. fachowcy z IPN tworzyli owe listy potępionych instytucji). Jako pewien eksperyment społeczny, dzięki któremu lepiej możemy zrozumieć minione epoki szaleństw ideologicznych, polowania na wrogów, fałszowania historii. Ale to się dzieje naprawdę.

Jedną z instytucji, w których służba skutkuje odebraniem emerytury, jest Zwiad WOP, komórka dawnych Wojsk Ochrony Pogranicza. Ustawodawca uznał ją za działającą na rzecz totalitarnego państwa, choć nie do końca nawet wie dlaczego. Jaką odpowiedź otrzymali emeryci Straży Granicznej, gdy zwrócili się do prezesa IPN o wyjaśnienie, dlaczego Zwiad WOP został uznany za formację działającą na rzecz totalitarnego państwa? Że były dwa artykuły dotyczące struktury i organizacji Zwiadu WOP i w nich zawarte są informacje na temat kwalifikowania tej służby.

Oto résumé jednego z tych tekstów: „Analiza przedstawionych w artykule normatywów regulujących zadania i kompetencje Zwiadu WOP wskazuje w sposób niebudzący wątpliwości, że nie była to formacja o charakterze czysto policyjnym lub wojskowym, zajmująca się jedynie zwalczaniem przemytu lub kontrolą ruchu granicznego albo ochroną nienaruszalności granic.

Zwiad WOP był ważnym elementem w systemie organów bezpieczeństwa, stworzonym głównie w celu ochrony totalitarnego reżimu narzuconego Polsce w 1944 r., a jego działalność do 1990 r. – podobnie jak MBP, SB, WSW – wiązała się z »łamaniem praw człowieka i obywatela na rzecz komunistycznego ustroju totalitarnego«.

Zwiad WOP podporządkowano w zakresie pracy operacyjnej Departamentowi II MSW, a system kontroli ruchu granicznego skonstruowano tak, by przede wszystkim zaspokoić potrzeby operacyjne MSW związane ze zwalczaniem opozycji politycznej, Kościoła i innych związków wyznaniowych oraz działalności wywiadowczej na rzecz NATO czy wykrywaniem przemytu »wrogiej« literatury”.

Zgodnie z tą logiką drogówka w PRL była po to, żeby kontrolować samochody przewożące opozycjonistów i bibułę, bloki mieszkalne budowano, bo łatwiej kontrolować ludzi, gdy są w jednym miejscu, a drogi – żeby przemieszczały się po nich kolumny ZOMO.

Przesadzam? Skądże! Proszę przeczytać jeszcze raz, jaki był według autora artykułu główny cel systemu kontroli ruchu granicznego w PRL – zwalczanie opozycji i Kościoła. I – o zgrozo – działalności wywiadowczej na rzecz NATO.

Te głupoty zyskały jednak pieczęć obowiązującego prawa. Każdy więc funkcjonariusz, który otarł się w karierze zawodowej o Zwiad WOP, został naznaczony jako „oprawca”. A jeżeli podjął pracę w służbach mundurowych III RP, najczęściej w Straży Granicznej, to za ten okres została mu odebrana emerytura. W ten sposób ludzie zostali ukarani za pracę dla III RP.

Czymże był ów Zwiad WOP oraz Zarząd Kontroli Ruchu Granicznego, bo tę komórkę również dorzucono do grupy formacji „totalitarnych”? Najogólniej można powiedzieć, że Wojska Ochrony Pogranicza dzieliły się na dwie grupy. Na tych, co pilnowali zielonej granicy, czyli Zarząd Ochrony Granicy Państwowej, i na tych, co stali na przejściach granicznych, czyli Zarząd Kontroli Ruchu Granicznego i Zwiad WOP. Dziś, z mocy ustawy, ci pierwsi są w porządku, natomiast tym drugim odbiera się emerytury.

tygodnikprzeglad.pl

środa, 3 stycznia 2018


Putin odwiedził zakłady, produkujące samochody GAZ, z okazji ich 85-lecia i uczestniczył tam w mityngu połączonym z koncertem. Jeden z robotników dziękując mu za przyjazd zapewnił, iż wszyscy zgromadzeni na sali popierają go, i poprosił, by szef państwa poinformował o swojej decyzji w sprawie przyszłorocznych wyborów.

Putin zareagował uwagą, że "nie ma lepszego miejsca i lepszej okazji, by o tym ogłosić", i zadeklarował: "wysunę swoją kandydaturę na stanowisko prezydenta Federacji Rosyjskiej". Dodał następnie: "jestem przekonany, że wszystko nam się wspólnie uda". Sala przyjęła jego słowa wybuchem entuzjazmu.
Spotkanie z robotnikami poprzedziła w środę rozmowa Putina z uczestnikami ogólnokrajowego zjazdu wolontariuszy. Również tam padło pytanie o wybory, na co Putin zapytał młodych wolontariuszy, czy w razie decyzji o starcie może liczyć na ich poparcie. Sala zareagowała aplauzem i chóralnym okrzykiem "Tak!". Wówczas Putin obiecał, iż podejmie decyzję w najbliższym czasie.

Również w środę rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział dziennikarzom, że decyzja Putina w sprawie udziału w wyborach może zapaść w każdym momencie.

bankier.pl

Owszem, Stany Zjednoczone są zamożnym krajem. Ale słynna maksyma lorda Actona pasuje na tyle dobrze do państw, na ile do pojedynczych ludzi: każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie. Amerykańscy plutokraci od tak dawna dysponują tak wielką władzą, że teraz zachowują się wobec słabszych i wobec środowiska naturalnego, jakby nie mogła ich spotkać za to żadna kara.

Od lat sytuację dominują dodatkowo cztery potężne ośrodki lobbingowe: Big Oil (nafta), prywatna opieka zdrowotna, kompleks wojskowo-przemysłowy i Wall Street. Wydaje się, że o interesy tych grup szczególnie dobrze dba administracja prezydenta Donalda Trumpa, który w gabinecie ma samych korporacyjnych lobbystów i paru prawicowych miliarderów. (...)

Emisje CO2 z sektora energetycznego rocznie w przeliczeniu na głowę mieszkańca wynoszą w Stanach 16,4 tony i są najwyższe na świecie wśród dużych gospodarek. Ten sam wskaźnik w Niemczech wynosi 9,2 tony. Amerykańska agencja ochrony środowiska, która teraz przeszła w ręce lobbystów z sektora paliw kopalnych, co tydzień usuwa jakieś regulacje dotyczące ochrony środowiska (wiele z podjętych przez nią działań zostało zaskarżonych do sądów).

Cele Zrównoważonego Rozwoju zakładają też zmniejszenie nierówności społecznych. Różnice w dochodach między obywatelami USA przez ostatnie 30 lat wzrosły niebotycznie. Współczynnik Giniego, który wynosi w Stanach 41,1, jest drugim najwyższym na świecie w grupie państw zamożnych (po Izraelu – 42,8). Republikańskie postulaty cięć podatkowych jeszcze bardziej powiększyłyby te nierówności. Wskaźnik ubóstwa względnego (odsetek gospodarstw z dochodami poniżej połowy mediany) to 17,5 proc., co jest z kolei drugim najwyższym w OECD (znów tuż za Izraelem).

Dalej: chociaż zgodnie z założeniem Celów Zrównoważonego Rozwoju powinniśmy dążyć do zapewnienia powszechnego, jakościowego zatrudnienia, to amerykańscy pracownicy jako nieomal jedyni w grupie OECD nie mają gwarantowanego urlopu zdrowotnego, urlopu ze względów rodzinnych i wakacji. Coraz więcej z nich haruje w fatalnych warunkach bez żadnego zabezpieczenia socjalnego. Około dziewięć milionów znalazło się w egzystencjalnej pułapce życia poniżej poziomu ubóstwa.

Amerykanie cierpią również z powodu epidemii niewłaściwego odżywiania, której patronuje potężne lobby branży fast-foodowej. Ten przemysł de facto zatruł mój naród, serwując wszystkim dietę z produktów przetworzonych w niezdrowy sposób, pełnych nasyconych tłuszczów, cukru i chemicznych dodatków. Rezultat tych działań to wskaźnik otyłości, który wynosi w USA 33,7 proc. i jest zdecydowanie najwyższy w grupie OECD. Ma to ogromne negatywne konsekwencje dla zapadalności na choroby niezakaźne. Oczekiwana długość życia w dobrym zdrowiu (lata przeżyte bez poważnych chorób, liczone od urodzenia) wynosi w USA tylko 69,1 lat, podczas gdy w Japonii to 74,9, a w Szwajcarii – 73,1.

Cele Zrównoważonego Rozwoju wzywają do zapewnienia pokoju, tymczasem amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy dąży do rozpoczynania potencjalnie niekończących się wojen (Afganistan, Irak, Syria, Jemen, Libia, by wymienić tylko kilka) i prowadzi sprzedaż broni na wielką skalę.

krytykapolityczna.pl

Zdaniem Myśliwiec obecne nasilenie nastrojów separatystycznych spowodowały dwie kwestie - kryzys ekonomiczny z 2008 roku oraz sprawa statutu Katalonii. "Najbardziej zapalnym punktem" był rok 2006, gdy Katalończycy z socjalistycznym wówczas rządem centralnym opracowali nowy statut autonomii, w którym główne kwestie dotyczyły uznania Katalończyków za naród i negocjowania z politycznym centrum specjalnych warunków rozliczania się z Madrytem. "Statut został zaakceptowany przez regionalny parlament, przez obywateli w referendum, jak również zatwierdzony przez parlament centralny Hiszpanii i podpisany przez króla, (...) jednak (rządząca obecnie) Partia Ludowa skierowała ten statut do Trybunału Konstytucyjnego" - tłumaczyła Myśliwiec.

W 2010 r. Trybunał wydał orzeczenie, uznając wiele przepisów statutu za niekonstytucyjne, "upokarzając Katalończyków; a na to wszystko nałożył się kryzys ekonomiczny z 2008 roku" - oceniła rozmówczyni PAP, dodając, iż jako że Trybunał unieważnił wówczas część zawartych w statucie przepisów, Katalonia ma statut, w którym nie określa się Katalończyków jako naród i który ich zdaniem "nie wygląda tak, jak powinien".

Zapytana, czy niepodległa Katalonia przetrwałaby poza Hiszpanią, Myśliwiec odpowiedziała: "Po odprowadzeniu wszystkich należnych Madrytowi podatków Katalonia ma budżet regionalny na poziomie mniej więcej jednej trzeciej (budżetu) państwa polskiego, przy 7 mln mieszkańców". "Myślę, że przy rozważeniu przypadku, w którym Katalonia nie musiałaby odprowadzać podatków do Madrytu, (...) odpowiedź na to pytanie jest absolutnie jasna" - dodała.

forsal.pl

„Nie robię tego dla pieniędzy. Mam ich aż nadto, więcej niż kiedykolwiek będę potrzebował. Robię to, bo chcę to robić. Interesy to moja forma sztuki”. To pierwsze zdanie ze słynnej „autobiografii” Trumpa „The Art of a Deal”, napisanej przez dziennikarza Tony’ego Schwartza. Pierwsze zdanie i pierwsze kłamstwo.

Miłość do pieniędzy to jedna z dwóch najważniejszych cech Donalda Trumpa, które zdaniem Davida Cay Johnstona, autora biografii prezydenta Stanów Zjednoczonych „Donald Trump. Jak on to zrobił?”, najlepiej pomagają zrozumieć jego decyzje i metody działania. Owa namiętność jest tak wielka, że przybiera niekiedy kuriozalne formy. W 1990 r. satyryczny magazyn „Spy” postanowił sprawdzić, jak skąpi są najbogatsi nowojorczycy. W tym celu dziennikarze założyli lipną firmę i do 58 nowojorskich bogaczy wysłali informację o rzekomo należnym im zwrocie pieniędzy. Suma wypisana na czeku była zawrotna – 1 dolar i 11 centów – a celem zabawy było sprawdzenie, czy któryś z adresatów zrealizuje czek. Każdy, kto to zrobił, otrzymywał kolejny, tym razem na kwotę o połowę mniejszą. Kiedy zabawę zakończono, na polu bitwy zostało tylko dwóch uczestników, w tym Donald Trump. Rzekomy miliarder, samozwańczy król luksusu, który twierdzi, że interesów „nie robi dla pieniędzy”, podpisał i zdeponował czek na… 13 centów, czyli niespełna 50 groszy [Johnston, s. 155].

Podobną historię opowiada w swojej książce „Trump & Me” dziennikarz „New Yorkera” Mark Singer, który wysłał Trumpowi czek na 37,82 dolarów, czyli około 140 zł. Miał to być ironiczny dowód wdzięczności za skok sprzedaży książki Singera po tym, jak Trump publicznie ją skrytykował, odsądzając autora od czci i wiary. Po kilku dniach Donald pieniądze pobrał.

(...)

Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że stosunek Trumpa do mediów jest wyłącznie instrumentalny. Prezydent nie tylko z nich korzysta. On kocha w nich być, a strach przed utratą zainteresowania publiczności to druga – obok miłości do pieniędzy – cecha, która zdaniem Johnstona pozwala najpełniej zrozumieć Trumpa.

To właśnie dlatego, choć nasz bohater już nie raz zapowiadał start w wyborach prezydenckich, ale potem zawsze szybko się wycofywał, tym razem Johnston od początku traktował jego kandydaturę poważnie. Dlaczego?

„Trump opadał w rankingach. Zagrażało mu zdjęcie z anteny jego programu [reality show, „The Apprentice”, w którym uczestnicy pracują jako handlarze nieruchomości i walczą o nagrodę w postaci pracy w firmie Trumpa; przyp. red.]. Wiedziałem, że on, człowiek nabożnie czytający nowojorskie tabloidy, nie mógłby sobie chyba wyobrazić gorszego losu (poza śmiercią) niż przeczytanie w dziennikach «Daily News» lub «New York Post» nagłówka: «NBC do Trumpa: wylatujesz!»” [Johnston, s. 11].

Obsesyjne wręcz zainteresowanie Trumpa oglądalnością jego programu i tym, jak jest przedstawiany w mediach, potwierdzają inne źródła. Autorzy „Trump Revealed” opisują swoją rozmowę z przyszłym prezydentem w Trump Tower, podczas której Trump zaprowadził ich do niewielkiego pokoju ze stołem konferencyjnym ustawionym pośrodku pomieszczenia. Stół był szczelnie przykryty grubą warstwą rozmaitych gazet i magazynów z Trumpem na okładce. „Wszystko to z ostatnich czterech miesięcy”, miał powiedzieć Donald. „Okładka «Time’a» trzy razy w ciągu czterech miesięcy. Nikt nigdy przedtem. To niesamowite” [Kranish, Fisher, s. 333].

kulturaliberalna.pl