piątek, 1 września 2017


Agne Pix: Czy technologia chroni naszą prywatność w sieci, czy jej zagraża?

Bruce Schneier, amerykański kryptograf, wykładowca na Uniwersytecie Harvarda: Jest wiele technologii pomagających nam zachować prywatność, bezpieczeństwo danych i nas samych, jak na przykład szyfrowanie komunikacji. Ale technologia może również kraść prywatność za pomocą kamer, urządzeń podsłuchowych i niezabezpieczonych połączeń z internetem. Żyjemy w świecie, w którym komunikujemy się bardzo często z komputerami, które produkują dane na temat tych interakcji, będące tak naprawdę informacją o nas. Te dane z kolei są gromadzone przez korporacje. Inwigilacja to model biznesowy internetu. Obecnie część technologii, jaką się posługujemy, jest szkodliwa dla naszego bezpieczeństwa i prywatności.

Czy to nie ironia, że internet, który miał sprawić, że świat będzie lepiej skomunikowany i bardziej otwarty, co zresztą wprost głosi np. misja Facebooka, stał się dla rządów narzędziem do masowej inwigilacji, a korporacjom przyniósł masowe zyski?

Internet rzeczywiście sprawia, że świat jest bardziej połączony. Dostarcza miliardom ludzi dostęp do nowych informacji i idei oraz niesamowicie wyzwala. Niestety, te same technologie, które umożliwiają nam komunikację, są dla innych narzędziem podsłuchu. Internet w swoich początkach był wolny i otwarty. Reklamy były jedynym oczywistym źródłem dochodu, co zmieniło się w inwigilację. Oczywiście możemy budować bardziej bezpieczny i prywatny internet, ale wtedy pojawia się pytanie, jak korporacje na tym zarobią. Internet może bardziej chronić wolność ludzi, lecz wtedy państwa, które chcą tę wolność atakować, będą się takim zmianom przeciwstawiać. Te napięcia zawsze będą istniały w przypadku technologii. Jako konstruktorzy internetu musimy rozpoznać, co jest naprawdę istotne i nadać temu pierwszeństwo.

Dlaczego szyfrowanie jest tak ważne w ochronie naszej prywatności? Zwyczajni ludzie tak naprawdę nie rozumieją, na czym to polega. Brzmi to zbyt technicznie i skomplikowanie.

Bo szyfrowanie jest techniczne i skomplikowane, nikt nie powinien tego rozumieć! Czy rozumiemy jak dokładnie działa zamek w drzwiach i wszystkie zawiłości jego mechanizmu? Niekoniecznie, ale nie przeszkadza nam to. Potrzebujemy zamku w drzwiach, by chronić nasz dom. Szyfrowanie jest tylko narzędziem. Ludzie nie potrzebują szyfrowania, tylko prywatności, bezpieczeństwa i rzeczy, które są ważne dla nich i dla społeczeństwa. To prywatność i bezpieczeństwo myśli i komunikacji są ważne dla naszej wolności, swobód obywatelskich i osobistej autonomii, to podstawowe prawa człowieka. Szyfrowanie to matematyczna technologia, która w pewnych przypadkach umożliwia egzekwowanie tych praw w internecie.

W Europie, a także w USA, po każdym ataku terrorystycznym prędzej czy później ktoś z polityków wskazuje na szyfrowanie komunikacji jako narzędzie terrorystów.

Po atakach terrorystycznych ludzie, którzy cenią państwo policyjne, zawsze obwiniają technologie i prawa utrudniające im życie. Czy to szyfrowanie, czy prawo do rewizji i zajęcia, czy nowe procedury albo uprawnienia śledcze, policja zawsze będzie próbowała powiększyć swą władzę, wykorzystując przy tym tragiczne wydarzenia. Musimy zrozumieć, że nasza wolność i swobody obywatelskie są ważniejsze. To prawda, że w erze technologii ceną wolności jest możliwość zbrodni. Ale musimy mieć świadomość, że płacimy tę cenę dobrowolnie. Oczywiście możemy dać policji wszelkie rodzaje uprawnień, kontrolę nad szyfrowaniem, prawem do sprawiedliwego procesu, oskarżaniem i aresztowaniem… I żyć wtedy w państwie policyjnym. Być może będzie mniej terroryzmu, ale nie staniemy się bezpieczniejsi. Wszystkie te postulaty policyjne to umacnianie władzy za pomocą strachu, i tak też powinny być traktowane.

krytykapolityczna.pl

Ale byłaby błędem konkluzja, że osiągnęliśmy już szczyt rozgoryczenia stanem globalnej gospodarki – a przynajmniej tym, jak traktuje ona wielkie liczby byłych i obecnych członków klasy średniej. Nawet jeśli rozwinięte demokracje liberalne podtrzymają status quo swojej polityki, to wyrwani z korzeniami pracownicy dalej będą wyalienowani. Wielu pomyśli, że przynajmniej Trump, Le Pen i im podobni czują ich ból. Pomysł, że wyborcy z własnej inicjatywy odwrócą się od protekcjonizmu i populizmu, może być jedynie przejawem kosmopolitycznego myślenia życzeniowego.

Zwolennicy liberalnej gospodarki rynkowej muszą pojąć, że wiele reform i postępów technologicznych może działać na niekorzyść niektórych grup, czasami bardzo dużych. Być może nawet zmiany te podnoszą ekonomiczną wydajność, pozwalającą zwycięzcom rekompensować straty przegranych. Ale jeśli przegranym wciąż nie powodzi się lepiej, to dlaczego mieliby wspierać globalizację i politykę prorynkową? Właściwie jest to w ich własnym interesie, by zwrócić się z prośbą o pomoc do polityków przeciwnych tym zmianom.

Więc lekcja powinna być oczywista: pod nieobecność polityki progresywnej, z jej silnymi programami pomocy społecznej, podtrzymania zatrudnienia i innymi formami pomocy dla osób i grup pozostawionych w tyle przez globalizację, politycy pokroju Trumpa mogą stać się stałym elementem naszego krajobrazu.

Wysokie koszty działalności takich polityków poniesiemy my wszyscy, nawet jeśli nie uda im się całkowicie spełnić protekcjonistycznych i nacjonalistycznych ambicji. Żerują na strachu, podsycają nietolerancję i dobrze prosperują dzięki niebezpiecznie spolaryzowanemu podejściu do rządzenia na zasadzie „my versus oni”. Trump już zdążył dopuścić się twitterowych ataków przeciwko Meksykowi, Chinom, Niemcom, Kanadzie i wielu innym krajom – a lista z pewnością będzie się wydłużała w miarę trwania jego kadencji. Le Pen skierowała się przeciwko muzułmanom, ale jej niedawne komentarze, w których zrzeka się francuskiej odpowiedzialności za obławy na Żydów w czasie drugiej wojny światowej, ujawniły jej antysemityzm.

Skutkiem tego wszystkiego mogą się okazać nieodwracalne narodowe rozłamy. W USA przez Trumpa już spadło poparcie i szacunek dla urzędu prezydenckiego, najprawdopodobniej zostawi on po sobie jeszcze bardziej podzielony kraj.

krytykapolityczna.pl

sobota, 26 sierpnia 2017


Polesie miało stosunkowo słabą sieć komunikacyjną - dostatecznie dobrą, by dowieźć na miejsce więźniów i zaopatrzenie, ale także dostatecznie słabą, by stworzyć problem ewentualnym ciekawskim, których na początku było wielu. Należy tez dodać, że teren Polesia był gęsto zalesiony, a lasy te były bardzo zaniedbane - wynikało to m. in. z naturalnej bariery, jaką stanowiły w przypadku niespodziewanego ataku ze wschodu. Co za tym idzie decyzje o budowie dróg czy wyrębie lasów podejmowali wojskowi, to oni byli faktycznymi administratorami Polesia. Ważnym czynnikiem była także lokalna ludność czyli społeczeństwo słabo wykształcone, bardzo nieuświadomione politycznie, zainteresowane wyłącznie własnymi sprawami, mieszkające w jednym z najuboższych regionów Polski. W tej sytuacji nie interesowali się oni obozem karnym, znajdującym się na obrzeżach miasta. Można było być spokojnym o to, że więźniowie rzeczywiście będą przebywali w „miejscu odosobnienia” i nikt się nimi nie zainteresuje. Kolejnym z istotnych czynników decydujących powstania łagru w Berezie były budynki, będące pozostałościami po starych rosyjskich koszarach - nie trzeba było budować wszystkiego od nowa, a miejsca wystarczyło zarówno dla więźniów jak i dla personelu obozu. Dwie części obozu rozdzielała szosa Berestje-Kobruń, a miejsce już sprawdzone z tajnych i nietypowych zastosowań.

Ciekawym był sam proces wysyłania podejrzanego do miejsca odosobnienia w Berezie. Starosta występował do miejscowego wojewody z wnioskiem o skierowanie określonej osoby do miejsca odosobnienia czyli do łagru. Jeśli wojewoda wyrażał opinię pozytywną, to wtedy wniosek ten trafiał do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, do Departamentu I Politycznego, gdzie dyrektor zbierał codziennie nadesłane nazwiska i przedstawiał je ministrowi. Kiedy wniosek o umieszczenie jakiejś osoby był rozpatrywany pozytywnie, wojewoda był o tym listownie informowany, a drugi egzemplarz tego dokumentu trafiał do sędziego śledczego, któremu podlegał obóz - jego siedziba znajdowała się w Brześciu nad Bugiem. Formalnie to on musiał zaakceptować skierowanie danej osoby do miejsca odosobnienia, ale nigdy nie odrzucił takiego wniosku, akceptując decyzje MSW. To on także decydował o ewentualnym przedłużeniu pobytu więźnia w Berezie, na wniosek komendanta obozu. Często zdarzało się także, że z takim wnioskiem występował wojewoda terenu, z którego pochodził więzień. W czasach, kiedy Felicjan Sławoj-Składkowski był ministrem spraw wewnętrznych, często akty i dokumenty były podpisywane przez niego niejako automatycznie, bez czytania - zdawał się on na wiceministrów, którzy wcześniej parafowali podpisywany przez ministra dokument. I tak można było zostać już łagiernikiem w swej Ojczyźnie.

macierz.org.pl

Po fali protestów w 2012 roku w Rosji reżim Putina obwinił organizacje pozarządowe o koordynację i podsycanie protestów. Wkrótce przyjęto nowe prawo o organizacjach pozarządowych, nakazujące rejestrować się każdej otrzymującej finansowanie z zagranicy organizacji trzeciego sektora pod etykietą „obcego agenta”.

Określenie to było głęboko stygmatyzujące, miało zniechęcić społeczeństwo do trzeciego sektora. Rządowi Putina zależało, by przedstawić niezależne formy organizowania się obywateli – nawet nie wprost polityczne – jako narzędzie interwencji obcych sił w wewnętrzne sprawy Rosji.

(...)

Czarnym charakterem propagandy przeciw trzeciemu sektorowi jest i w Polsce i w Rosji George Soros – miliarder znany z finansowania licznych inicjatyw trzeciego sektora w Europie postkomunistycznej. Bliski Kremlowi portal „Sputnik” przestrzega przed planami destabilizacji Rosji przez amerykańskiego miliardera, rosyjski prokurator generalny uznał rok temu Sorosa za zagrożenie dla narodowego bezpieczeństwa Rosji.

(...)

Rosyjska propaganda także uwielbia podkreślać jak bardzo bezradna wobec islamskiego terroryzmu jest pogrążona w dekadencji, osłabiona przez radykalny islam Europa. W dzielnicach miast, gdzie policja się nie zapuszcza, migranci wprowadzają prawo szariatu – to typowa narracja Russia Today o takich państwach, jak Szwecja.

krytykapolityczna.pl

czwartek, 24 sierpnia 2017


Jak pisał w książce „O bzdurze” („On bullshit”, 2005) Harry Frankfurt, "piewca bzdur" (bullshitter) nie uczestniczy już w grze o prawdę, jest kimś innym niż zwykły kłamca, który odnosi się do faktów, choć je deformuje czy zniekształca. On ma prawdę/fałsz za nic. Tworzy alternatywną rzeczywistość, by osiągnąć swoje cele.

A przy okazji – jak stwierdza z kolei James Ball w książce "Post-truth. How bullshit conquered the world" (2016) – tworzy atmosferę podejrzliwości, niepewności, niszczy wiarę w to, że jakaś prawda istnieje. "Dezorientacja jest narzędziem autokratów".

oko.press

Wstaję rano, biorę telefon i zaczynam klikać. Czyli zaczynam wypełniać dla pana kwestionariusz psychologiczny. Przeglądam Facebooka, lajk tu, lajk tam, czymś się podzielę, coś skomentuję. Instagram: coś polubię, opublikuję zdjęcie. I tak cały dzień, jak miliony ludzi. Co pan na koniec dnia o mnie wie?

- Wiadomo o panu więcej, niż pan myśli. Telefon zbiera i dostarcza dane także wtedy, gdy pan w niego nie klika. Przecież pan się np. przemieszcza. A Google zbiera te dane. Big Data. Płyną z sieci w niesamowitych ilościach. Ludzie, którzy świadomie używają nowoczesnych technologii, zdają sobie sprawę, że non stop przekazują do sieci jakieś dane, które są zapisywane i będą używane w przyszłości np. do wybrania treści, którą następnego dnia zobaczy pan na Facebooku czy Twitterze. To, z czego wielu nie zdaje sobie sprawy, to to, że taka informacja może zostać przekształcona przez odpowiednie algorytmy w bardzo intymny profil ich własnej osoby, zawierający zarówno charakterystyki takie jak wiek, kolor skóry czy płeć, czy edukacja i rodzaj kariery, ale także dane psychologiczne: zaczynając od emocji, poprzez poglądy i postawy, a kończąc na inteligencji i osobowości.  Ten opis może sięgnąć nawet głębiej - do problemów psychicznych. Algorytm łatwo wykryje, czy ma pan depresję.

Skąd ten cholerny komputer to wie?

- Stąd, że zachowania człowieka nie są przypadkowe. Nasze myśli, uczucia, poglądy są ze sobą powiązane - czasem w sposób oczywisty, czasem w bardzo subtelny.

(...)

Jak to działa?

- Zaczyna się to stworzenia pana profilu. Zostawia pan - wszyscy zostawiamy - niesamowitą ilość śladów cyfrowych w Internecie. Algorytmy są w stanie przetworzyć te ślady w niezwykle dokładny profil psychologiczny każdej indywidualnej osoby. Potem, posiadając pana profil, można stworzyć np. reklamę albo inny przekaz dostosowany do pana osobowości. Dziś można stworzyć inny przekaz dla osoby bardzo emocjonalnej i takiej, którą mniej kierują emocje. Inny dla ekstrawertyka, inny dla introwertyka, inny dla białej, a inny dla czarnoskórej kobiety. I możemy ten przekaz dostarczyć każdemu człowiekowi na jego ekran.

weekend.gazeta.pl

U podstaw badania legł model tzw. Wielkiej Piątki, zwany też modelem OCEAN. To znany od dawna w psychologii model osobowości. Obejmuje pięć czynników: neurotyczność, ekstrawersję, otwartość na doświadczenie, ugodowość i sumienność.

Kosinski zbadał, jak zachowanie użytkowników sieci, zapisane na stronach, na które wchodzą i na ich profilach na Facebooku, odnoszą się do ich osobowości. Skąd wziął dane? Miał ich aż nadto - w badaniach wzięły udział dziesiątki tysięcy ludzi, w jednym z nich np. ponad 330 tys.. Co mu z nich wyszło? Po pierwsze - że istnieją znaczące psychologicznie połączenia między osobowościami użytkowników, ich preferencjami stron internetowych i cechami profili na Facebooku. Po drugie - że osobowość konkretnego człowieka może zostać określona na podstawie cech jego profilu na Facebooku, i że komputer robi to lepiej niż człowiek.

Krótko mówiąc, w ciągu kilkunastu lat w sieci setki milionów ludzi chcąc nie chcąc ujawniły i upubliczniły swoje przekonania, poglądy i pragnienia. Naukowiec, który dysponuje taką bazą danych, nie jest już zwykłym naukowcem. Ma do dyspozycji taką wiedzę, że w świecie nauki jest bogiem.

Problem w tym, że nie tylko naukowcy chcą być bogami.

"Das Magazin" opisał pewną konferencję, która odbyła się 19 września 2016 r., przed wyborami w Stanach Zjednoczonych. Wystąpił na niej niejaki Alexander Nix, prezes zarządu firmy Cambridge Analytica. I powiedział, że jego firma jest w stanie określić osobowość każdego dorosłego w kraju.

Jeżeli nie śledziliście dokładnie kampanii wyborczej w USA, być może umknął wam pewien szczegół - kilkumiesięczny wzrost popularności republikańskiego kandydata Teda Cruza. Kto za nim stał? Według "Das Magazin" - Cambridge Analytica. Co było kluczem do sukcesu? Dane.

Cambridge Analytica kupowała na potęgę dane z list wyborców, prenumerat czasopism, dane medyczne, wypisy z ksiąg wieczystych i inne. Do tego dołączała historię polubień na Facebooku. Rezultat? Po przetworzeniu ich za pomocą modelu OCEAN - powstały kompletne profile indywidualnych jednostek, do których trzeba dotrzeć z przekazem. Dla każdego coś innego. Tak jak to zrobił Donald Trump. Trudno było się zorientować, co naprawdę myśli, jeśli próbowało się z jego chaotycznego przekazu wyłowić jakąś prawidłowość. Ale każdy z tych różnorodnych komunikatów - przypomnijmy 175.000 wariacji argumentów Trumpa, które zostały wysłane przez jego sztab w dzień debaty z Hillary Clinton - znalazł adresata.

weekend.gazeta.pl

Zaciąganie długów nie przynosi już spodziewanych efektów?

Nie moglibyśmy obsługiwać naszej aktualnej gospodarki bez długu. To on stymuluje gospodarczy wzrost. Dzięki niemu wydobywamy z ziemi paliwa kopalne czy tworzymy urządzenia takie jak turbiny wiatrowe i panele słoneczne. Co najistotniejsze, zadłużenie pomaga podnieść ceny wszelkiego rodzaju materiałów i towarów (w tym ropy naftowej i prądu), gdyż pozwala, by większą liczbę klientów stać było na wykonane z ich użyciem produkty. Prawdziwą bolączką konsumentów są niewystarczające zarobki; dodawanie zadłużenia (przy niskich stopach procentowych) może w pewnym stopniu ukryć kwestię niskiej płacy. Jednakże z biegiem czasu niedopasowanie staje się coraz większe. Ostatecznie piętrzenie długów nie może tak po prostu go zatuszować. Niskie ceny ropy, jakie obserwujemy od połowy 2014 roku, są znakiem, że świat nie dodaje dość pensji, aby nadążyć za rosnącymi kosztami produkcji energii.

Jednocześnie borykamy się z nadmiarem zadłużenia.

Trudno jest z nim się uporać, ponieważ zmniejszenie długu zmniejsza popyt i powoduje dalszą redukcję cen surowców. Niskie ceny prowadzą do obniżenia poziomu produkcji towarów i eksploatacji surowców. Na przykład produkcja żywności uzależniona od wkładu paliw kopalnych odnotuje z czasem ogromny spadek, podobnie jak produkcja ropy, gazu i węgla.

Czy oznacza to, że idea nieskończonego wzrostu gospodarczego – fundament naszego konsumpcyjnego modelu życia – jest urojeniem?

Istotnie trudno sobie wyobrazić dalsze trwanie nieskończonego wzrostu. Jest niemal pewne, że wpadniemy w finansowe kłopoty, najprawdopodobniej powiązane z zadłużeniem lub derywatami. Problemy, których byliśmy świadkami w 2008 roku, są prawdopodobnie preludium tego, co nadchodzi. Żyjemy na świecie, który ma naturalne granice. Nie jest rozsądne spodziewać się, iż nieskończony wzrost naprawdę się urzeczywistni. Wiemy z historii, że wiele cywilizacji przez jakiś czas przeżywało wzrost, po którym nastąpił ich nagły upadek. Najwyraźniej następował on wówczas, gdy zwrot z ludzkiej pracy był zbyt niski. Jego odpowiednikiem są teraz niskie płace pracowników spoza kręgu elit. Ilość surowców przypadająca na osobę ulega zbyt dużej redukcji. Zwiększanie zadłużenia mogło tymczasowo ukryć tę sytuację. Redukcja średniej płacy, zwłaszcza wśród ludzi młodych, jest jedną z oznak, że nasza gospodarka zmierza w stronę upadku śladem wcześniejszych gospodarek.

(...)

Ogólny poziom wiedzy na temat samego funkcjonowania gospodarki oraz zależności między energią i gospodarką jest fatalnie niski. Większość analityków sądzi, że światowa gospodarka operuje dzięki zdyskontowanym przepływom pieniądza. A jej paliwem jest przecież energia. Nasza gospodarka to samo-organizujący się system sieciowy, który nieustannie rozprasza energię. Ekonomia zwykła negować bezpośredni związek między energią a gospodarką. Od 1800 roku populacja świata wzrosła od miliarda do ponad 7 miliardów, między innymi dlatego, że paliwa kopalne pozwoliły zwiększyć produkcję żywności i leków. Co gorsza, modelowanie ekonomii opiera się na analizie sposobu działania gospodarki z czasów, kiedy byliśmy daleko od granic środowiskowej pojemności planety. Wskazówki z tego modelowania w ogóle nie podlegają generalizacji, ponieważ zderzamy się z tymi granicami. Odwołując się do minionych warunków, ekonomiści oczekują, iż ceny wzrosną wraz z pojawieniem się niedoborów. Są w błędzie, ponieważ podstawową kwestią jest wspomniany brak odpowiednich wynagrodzeń pracowników spoza kręgu elit. Zwyczajnie nie stać ich na konsumpcję kosztownych towarów wytwarzanych przy użyciu surowców naturalnych. Niedostatecznie wysokie płace zamieniają się z kolei w „sprzężenie zwrotne” systemu w postaci niskich cen surowców. Sytuacja ta stanowi całkowite przeciwieństwo prognoz standardowych modeli ekonomicznych.

Na domiar złego badacze podążają śladami swoich poprzedników. Nie zaczynają od zgłębienia całego problemu. Istnieje mnóstwo badań, które sprawiały wrażenie trafnych, gdy je pisano, ale rozpatrywane w szerszej perspektywie okazują się całkowicie błędne. Publikacje naukowe bazujące na dotychczasowych ustaleniach po prostu powielają przeszłe błędy. Trudno to naprawić, gdyż dziedzina energii i gospodarki obejmuje liczne obszary dociekań badawczych. Zrozumienie pełnego obrazu nie jest rzeczą prostą.

W kwestii energetyki i gospodarki bardzo kuszące jest mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć. Jeżeli analityk nie rozumie, w jaki sposób działa system energii i gospodarki, a staje przed koniecznością zgadywania, z najbardziej przychylnym przyjęciem spotkają się następujące sformułowane przezeń domysły: „Wszystko jest w porządku. Uratuje nas innowacja”. Albo: „Uratuje nas substytut”. Prowadzi to do tendencyjnych badań ukierunkowanych na „Wszystko jest w porządku”. Dostępność dotacji finansowych na zagadnienia, które budzą nadzieję, wzmacnia ten efekt.

zielonewiadomosci.pl

poniedziałek, 21 sierpnia 2017


Oglądając rozmaite wykresy przedstawiające projekcje zmiany klimatu można czasem odnieść wrażenie, że wzrost temperatur przekłada się na inne zjawiska w nieskomplikowany, liniowy sposób. Znaczyłoby to, że przy wzroście średniej temperatury o 2,1°C względem czasów przed przemysłowych, świat wyglądałby podobnie jak przy wzroście o 1,9°C, tylko „trochę gorzej”. Rzeczywistość jest jednak inna. Badania naukowe wskazują, że w przypadku szeregu niepokojących zjawisk, istnieją tak zwane „punkty krytyczne”. Po ich przekroczeniu zmiany następujące w ziemskim układzie klimatycznym będą wymykać się spod naszej kontroli: działające w przyrodzie sprzężenia zwrotne będą popychać je w stronę nowego, odmiennego stanu równowagi. Określenie „równowaga” kojarzy nam się pozytywnie, ale niestety w tym przypadku chodzić może np. o sytuację, w której zniknie większość lądolodu grenlandzkiego, a poziom morza podniesie się o kilka metrów – przystosowanie się do takich zmian wymagać będzie od nas sporych nakładów (Lenton i in. 2009).

Przykładem punktu krytycznego, który już najprawdopodobniej przekroczyliśmy, jest ten związany z rozpadem lądolodu zachodniej Antarktydy. Jak piszemy w artykule "Mit: Na Antarktydzie jest za zimno, żeby jej lody topniały", masę lądolodu (i jej zmiany) dyktuje jej bilans. Dostawę masy zapewniają Antarktydzie opady śniegu nad kontynentem, a ubytek odłamywanie się (tzw. cielenie) lub topienie jęzorów lodowych sięgających morza. Z opublikowanych w roku 2014 prac naukowych (Favier i in. 2014, Rignot i in. 2014) wynika, że lodowce szelfowe w rejonie Morza Amundsena są już na tyle podmyte przez wody oceanu, że nawet powstrzymanie ocieplenia nie spowolni już spływu lodu z głębi lądu.

naukaoklimacie.pl

Spacer kobiet palących papierosy podczas parady w Niedzielę Wielkanocną to podręcznikowy przykład pionierskiej aktywności w dziedzinie inżynierii społecznej. Chociaż dziś ten obraz ocenilibyśmy jako zdecydowanie normalny, w 1929 roku wciąż szokował jako akt śmiałości przesuwania granic przez sufrażystki i szeroki ruch na rzecz emancypacji kobiet. Wydarzenie jednak nie miało spontanicznego charakteru – jego autorem był Edward Bernays, a zleceniodawcą American Tobacco Company. Bernays, uważany dziś za twórcę branży public relations, wykorzystał cenne uwagi psychonalityka A. A. Brilla o papierosach jako “pochodniach wolności” kobiet i zatrudniając znane działaczki społeczne zorganizował marsz oraz kampanię społeczną. W ten sposób cynicznie połączył interes korporacji tytoniowej z dobrymi intencjami ruchów społecznych.

Pojawienie się sieci społecznościowych wywróciło ten standardowy model do góry nogami. Co prawda trendsetterzy i tytuły medialne dalej tu są, ale możliwość generowania fałszywego ruchu, lansowania hasztagów i trendów dyskusyjnych, obsługi tysięcy komentujących kont i czarowania niezliczonych stron poparcia czy wydarzeń otworzyła nowe możliwości skalowania działań. Szczególnie niebezpieczna okazuje się jedna z kluczowych zalet sieci – jej anonimowość, pozwalająca na przybieranie fałszywych tożsamości. Konieczność opłacania statystów do uczestniczenia w marszach czy stawiania fałszywych stron WWW instytucji naukowych, jak robiło to m.in. Monsanto rękami firm PR, odeszła na drugi plan.

Czy jest bowiem coś lepszego niż autentyczne tłumy protestujących – ale skrzyknięte przez fałszywy ruch w sieci?

Jedną z pierwszych namierzonych inicjatyw cyfrowego astroturfingu zaprezentował American Petroleum Institute, gdy w sierpniu 2011 roku prawdopodobnie użył około 15 próbnych kont-botów do rozpoczęcia operacji kreowania poparcia dla Keystone XL, projektu rurociągu łączącego Amerykę z ropą z piasków bitumicznych w Kanadzie. Inwestycja wzbudzała powszechny opór ze strony okolicznych mieszkańców i osób zaangażowanych w ochronę środowiska, ale wydawało się, że znaleźli się także jej zwolennicy. Dostrzeżono jednak, że konta utworzono i zapełniono uwiarygadniającymi zdjęciami w tym samym czasie, zaś rzekomo chaotyczne posty były wzajemnie retweetowane w ramach grupy w równie skoordynowany sposób i dotyczyły wyłącznie jednego tematu.

(...)

W swoim filmie z 2010 roku Taki Oldham ukazał pierwszy zarys strategii cyberturfingu służący do politycznego manipulowania opinią publiczną. Udało mu się wejść w szeregi libertariańskiego centrum American Majority i nagrać jak trenowano zespoły do masowego wystawiania recenzji książkom i propagowania przygotowanych argumentów w różnych serwisach. Głównym donatorem organizacji był Eric O’Keef, polityk i lider organizacji lobbystycznych.

Koncepcja sięga już głębiej. W 2011 roku HB Gary, firma zajmująca się cyberbezpieczeństwem, została w odwecie za próby infiltracji środowiska Anonymous zhakowana. Wśród danych i wymian e-maili znaleziono dokumenty wskazujące na współpracę spółki z US Air Force w zakresie dostarczenia oprogramowania pozwalającego na automatyczną obsługę 10 kont z wygenerowaną “legendą” pełną zdjęć i postów. Narzędzie miało także generować zmienne IP, aby ukryć lokalizację operacji, a nawet przypisywać stałe dla większej wiarygodności. Przypadek został opisany przez różne media, jednak z racji na wagę sprawy dalsze śledztwo może być niemal niemożliwe na lata. Nie jest trudno jednak zauważyć, że mniej więcej w tym samym okresie z sieci społecznościowych na ulice wytoczyła się rewolucyjna fala Arabskiej Wiosny.

(...)

W 2014 roku analitycy portalu War on the Rocks odkryli, że krytyka syryjskiego prezydenta Asada spotyka się w mediach społecznościowych z falą odpowiedzi ze strony… kont atrakcyjnych kobiet zainteresowanych polityką. Podążając za siecią powiązań, trafili na nieznany, ale oceniany na bardzo dużej wielkości amalgamat prokremlowskich botnetów, przejętych kont i amplifierów agregujących “przekaz dnia”.

Grupa watchdogów z PropOrNot w specjalnym raporcie ocenia, że w trakcie kampanii prezydenckiej w 2016 roku kombinacja rosyjskiego pochodzenia fake news oraz cyberturfingu w istocie z powodzeniem docierała do blisko 15 milionów Amerykanów. W ten sposób sztucznie budowano gorące tematy, takie jak oszustwa wyborcze, czy też najbardziej udany – i całkowicie wykreowany – przekaz o chorobie Hillary Clinton. Przeprowadzono także udane ataki na giełdowe spółki, m.in. Walt Disney Co, wzbudzając panikę w związku z fikcyjnym atakiem terrorystycznym w parku rozrywki.

wethecrowd.pl

Rolę botów w politycznej grze od lat bada Samuel Woolley z Uniwersytetu w Oxfordzie i jego zespół w ramach projektu Computational Propaganda Research Project (COMPROP). Próbują nazwać i przeanalizować związki algorytmów, automatycznej komunikacji i polityki, w tym wpływ botów na opinię publiczną i trendy w mediach społecznościowych, rozprzestrzenianie się fałszywych treści, mowy nienawiści i dezinformacji.

To właśnie zespół COMPROP udowodnił, że polityczny przekaz działający na korzyść Donalda Trumpa i podważający wiarygodność Hillary Clinton, w dużej mierze był rozprzestrzeniany przez sieć botów. W dniu wyborów armia botów wystawiona przez Trumpa przewyższała liczebnością boty pracujące dla Clinton w proporcji 5:1. Najbardziej zaskakujące w ustaleniach Woolleya jest to, że wykorzystywania botów do manipulowania debatą publiczną politycy nawet specjalnie nie ukrywają. Zarządy i właściciele firm obsługujących te sieci utrzymują bliskie związki z przedstawicielami rządów i wpływowymi politykami.

Jak ten krajobraz wygląda w Polsce? Robert Gorwa, badacz związany z zespołem COMPROP, przeanalizował „polityczny” ruch na polskim Twitterze pod kątem aktywności tzw. fałszywych wzmacniaczy (false amplifiers), w tym botów. Jego raport opublikowany w lipcu tego roku („False Amplifiers and the Digital Public Sphere: Lessons from Poland”) ilustruje złożoność problemu, z jakim mamy do czynienia. Gorwa nie przechodzi do łatwych konkluzji, raczej stawia kolejne pytania niż dostarcza definitywnych odpowiedzi.

Drążąc temat, Gorwa przywołuje wcześniejsze opracowania (m.in. Centrum Stosunków Międzynarodowych, CERT), które wskazują na aktywność rosyjskich botów w polskich mediach społecznościowych. Sądząc po efektach, ich zadaniem jest eskalacja polsko-polskiego konfliktu i nastrojów narodowo-radykalnych, sianie dezinformacji w temacie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego oraz zniechęcanie i zastraszanie użytkowników krytykujących politykę Rosji. Sam badacz podkreśla jednak, że jednoznaczne zidentyfikowanie aktorów schowanych za sieciami twitterowych botów jest bardzo trudne. Nie ułatwia tego sam Twitter, który nie wymaga (w przeciwieństwie np. do Wikipedii) rejestracji takich podmiotów, nie udostępnia badaczom pełnych danych o ruchu w swojej sieci i w rzeczywistości nie dąży do blokowania ani ograniczania aktywności botów.

panoptykon.org