piątek, 21 lipca 2017
Oceany chronią nas przed globalnym ociepleniem.
- Magazynują większość gazów cieplarnianych emitowanych przez ostatnie setki lat. Oceany przyjęły ok. połowy dwutlenku węgla, który wypuściliśmy do atmosfery od czasu rewolucji przemysłowej z XIX w. Do tego trzeba jeszcze dołożyć niezliczone masy metanu, dla atmosfery dwadzieścia razy bardziej niebezpiecznego niż CO2. Żeby oceany mogły wrócić do swojego naturalnego stanu sprzed rewolucji przemysłowej, prawdopodobnie potrzebowałyby tysięcy lat.
Twoim zdaniem tym, co ostatecznie przetrwa po katastrofie ekologicznej, którą właśnie sobie fundujemy, będą meduzy. Dlaczego?
- Gazy cieplarniane, które absorbowane są przez morza i oceany powodują, że woda w nich staje się coraz bardziej zakwaszona. To doprowadzi do wyginięcia skorupiaków, krylu i planktonu, które są pożywieniem dla dużych i małych zwierząt. W dodatku globalne ocieplenie dramatycznie zredukuje zawartość tlenu w atmosferze. Dlatego organizmy, także te żyjące w oceanie, wyginą. Wszystkie poza meduzami, bo one prawie w ogóle nie potrzebują tlenu do oddychania.
Wspominasz w książce o szóstej fazie ery masowego wymierania.
- Jesteśmy świadkami okresu w naszych dziejach, kiedy tak wiele gatunków doprowadziliśmy na skraj wyginięcia, albo już je wybiliśmy, że naukowcy mówią o ich masowym wymieraniu. Przyrównują go do takich kataklizmów z naszej historii jak uderzenie asteroidy, która spowodowała wyginięcie dinozaurów i była jedną z faz masowego wymierania, ale trwała kilkaset lat. Wygląda na to, że z powodu przeludnienia, zanieczyszczenia i nadmiernej eksploatacji paliw kopalnych sprowadzimy na siebie zagładę szybciej niż asteroida.
gazeta.pl
Michał Rachoń zaprosił do programu w TVP Info Jacka Posobca. To amerykański dziennikarz, znany przede wszystkim jako… internetowy troll i propagator teorii spiskowych. Tymczasem w Telewizji Publicznej wystąpił w roli eksperta.
Posobiec został przedstawiony w TVP jako autor książki „Citizens for Trump”, twórca filmowy i działacz polityczny partii republikańskiej. W rzeczywistości jest aktywistą „alt-right”, skrajnie prawicowego ruchu, znanego z prowokacji i rozpowszechniania spiskowych teorii. Sławę zdobył głównie dzięki roli w rozpowszechnianiu „MacronLeaks”, wycieku domniemanych wiadomości francuskiego prezydenta w przeddzień drugiej tury wyborów prezydenckich. Sugerował ponadto, że Macron w bardzo młodym wieku został wynaleziony przez elity, które karmią go narkotykami, by „robić z nim co chcą”.
wiesci24.pl
wtorek, 11 lipca 2017
Z raportu Banku Światowego wynika, że straty PKB Syrii od początku wojny w 2011 roku można oszacować na 226 mld dol., czyli prawie cztery razy tyle, co cały roczny syryjski PKB w 2010 roku.
Podano, że w działaniach zbrojnych zniszczono 27 proc. zasobu mieszkań i ok. połowę placówek służby zdrowia oraz edukacyjnych. W latach 2010-15 gospodarka straciła ok. 538 tys. miejsc pracy. Ponad trzy czwarte Syryjczyków w wieku produkcyjnym nie pracuje ani nie chodzi do żadnej szkoły.
W raporcie podkreślono szkody wyrządzone syryjskiej służbie zdrowia, podkreślając, że więcej osób zmarło na skutek jej upadku niż w działaniach zbrojnych.
"Załamanie systemów organizujących społeczeństwo i gospodarkę, jak również (brak) zaufania między ludźmi, wywarły większy wpływ ekonomiczny niż fizyczne zniszczenie infrastruktury" - wskazuje Bank Światowy.
bankier.pl
„Wystarczy tylko chcieć” – to stwierdzenie pokazuje niemalże religijną wiarę, że ciężka praca i wrodzone zdolności zaprowadzą nas na sam szczyt. Wystarczy się nie obijać, porządnie przyłożyć, aby zajść wysoko. Tym właśnie jest merytokracja – przekonaniem, że ludzie utalentowani i pracowici są w stanie nie tylko sami pokonać społeczne nierówności, ale w ogóle wszelkie kłody rzucane im pod nogi przez los. Przecież na swoją pozycję pracujemy sami, sobie ją zawdzięczamy i dostajemy od życia to, na co zasługujemy, czyż nie?
(...) Już w 1954 roku brytyjski socjolog Michael Young napisał książkę The Rise of the Meritocracy, w której nakreślił przyszłą dystopię. Opisał społeczeństwo, w którym najbardziej inteligentni i najzdolniejsi są wybierani na najważniejsze pozycje w życiu publicznym, aby ostatecznie przekształcić się w perwersyjną oligarchiczną kastę. Jego książka była ostrzeżeniem przed merytokracją. Merytokracja jest w rzeczywistości zasłoną dymną, chroniącą dziedziczone przywileje.
Przykładów nie musimy szukać daleko. Na początku lat dziewięćdziesiątych Petr Čermák, wiceprzewodniczący czeskiej Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS), tak podsumował przebieg transformacji ustrojowej po upadku komunizmu: „Kurwa, tutaj się właśnie rozdaje ludziom majątki na tysiąc lat. Kasą was wszystkich pokonamy”. Pięknie ilustruje to ówczesną sytuację, w której Czechy przypominały Dziki Zachód, a ci najsprytniejsi dorabiali się naprawdę wielkich majątków. Jak później napisał ekonomista Miloš Pick, czeską gospodarką zaczęło faktycznie rządzić około pięciuset rodzin, które dorobiły się w latach dziewięćdziesiątych. Fundament przyszłej „merytokracji”.
Najlepiej jest urodzić się w dobrej rodzinie i pouczać innych, że swoją pozycję zawdzięczasz tylko i wyłącznie swojej ciężkiej pracy i wrodzonym zdolnościom. Przegrani cię nie interesują. Co z tego, że w Czechach podwoiła się liczba wykluczonych społecznie miejsc? Albo że setki tysięcy osób żyją na granicy minimum socjalnego (i niewiele brakuje im do popadnięcia w nędzę)?
(...)
Szereg badań pokazuje, że dzieci, które już na starcie zajmują niską społeczną pozycję, bez pomocy nie mają szansy na zmianę swojej sytuacji i prawdopodobnie pozostaną biedne przez resztę życia. Dzieci dobrze sytuowanych rodziców już na start mają większy kapitał społeczny i kulturowy, lepsze warunki rozwoju i co za tym idzie większe szanse na osiągnięcie sukcesu w życiu – nie mówiąc o kontaktach i znajomościach. Jeżeli masz dużo pieniędzy, łatwiej będzie ci mieć ich jeszcze więcej. Jeżeli pieniędzy nie masz – pretensje możesz mieć tylko do siebie, bo nie starasz się wystarczająco mocno. Na przykład w Wielkiej Brytanii tylko dziesięć procent ludzi z najniższych warstw społecznych dostanie się na uniwersytet. Z górnych warstw – aż osiemdziesiąt.
krytykapolityczna.pl
piątek, 7 lipca 2017
Istnieją też antypody przewrotności, jej zaprzeczenie, wyjałowiony ze wszelkiej wieloznaczności wygłup: prowokacja o subtelności wyuczonych na pamięć bon motów ministra Błaszczaka, skecz studenckiego kabaretu, narysowany w zeszycie do matmy pisior. Tym wszystkim jest „Putin Interviews” – czterogodzinny wywiad Olivera Stone'a z prezydentem Władimirem Władimirowiczem Putinem. Film miał niedawno premierę w USA, a z lekkim opóźnieniem (lecz wielką pompą) wyświetlany był też w rosyjskiej telewizji, tuż po wieczornych wiadomościach.
(...)
Stone pyta Putina, niemalże dosłownie, czy jest świetnym przywódcą i uczciwym człowiekiem, a Putin – momentami z autentycznym zażenowaniem – musi się w odpowiedzi zgadzać, że owszem, jest świetnym przywódcą i uczciwym człowiekiem, a do tego kocha swoją rodzinę i rosyjski naród w ogóle. Wybór pytań, jakie padają w wywiadzie, daje zresztą lepszy obraz jakości całego materiału niż jakakolwiek recenzja. Stone pyta, czy Putin zgodzi się z twierdzeniem, że jest dobrym menadżerem firmy o nazwie Rosja (Putin zgadza się). Stone pyta, czy Putin potępia zaangażowanie George'a Sorosa i różnych międzynarodowych organizacji na Ukrainie (Putin potępia). Stone pyta, czy Ameryka bardziej szkodzi Rosji, niż Rosja szkodzi Ameryce (Stone zgadza się sam ze sobą, Putin odpowiada wymijająco).
dwutygodnik.com
Konstytutywnym elementem polskiej prawicy jest poczucie bycia wiecznie zaszczutym i prześladowanym. Dotyczy to zwłaszcza generacji ukształtowanej w latach 90. i nieco młodszej. Zgodnie z tym myśleniem, choćbyśmy mieli wszystko, to i tak będziemy się postrzegać jako ostatni oddział powstańców styczniowych przebiegający gdzieś po mokradłach.
Ma to również szerszy wpływ na myślenie o sprawach międzynarodowych, o czym pisałem w eseju „Sarmaci w świecie w wiecznej Jałty”. Nie dotyczy zresztą tylko prawicy, ale w pewnym stopniu Polaków w ogóle. Towarzyszy nam nieustanne oczekiwanie, że wkrótce zostaniemy zdradzeni, lub przekonanie, że jesteśmy zdradzani cały czas.
kulturaliberalna.pl
czwartek, 6 lipca 2017
A zatem nawet ludzie o niby „normalnych” umysłach gotowi są zaakceptować oparte na urojeniach systemy z tego prostego powodu, że zbyt trudno je odróżnić od równie niepojętych i nieprzejrzystych systemów, w ramach których codziennie wiodą swoje życie. Astrologia jest tutaj świetnym przykładem, podobnie jak dwie odmiany państw totalitarnych, które także twierdzą, że weszły w posiadanie klucza do wszystkiego, znają wszystkie odpowiedzi i redukują złożoność do prostych, mechanicznych zależności, pozbywając się wszystkiego co dziwne i nieznane, a przeto nie wyjaśniając tak naprawdę niczego.
Theodor W. Adorno "The Stars Down to Earth"
środa, 5 lipca 2017
„Hodowla przemysłowa powoduje ogromne szkody w przyrodzie i jest jedną z głównych przyczyn wymierania gatunków na naszym globie” – twierdzą aktywiści z kampanii wymierzonej przeciwko hodowli przemysłowej „Stop the Machine”. Według nich podstawowym problemem jest tu ogromna ilość zwierząt zgromadzonych na małej powierzchni, odciętych od naturalnych pastwisk. Z powodu tego odcięcia są one karmione żywnością, która nie jest ich typowym pożywieniem, a której głównym składnikiem są genetycznie modyfikowane ziarna. Aż 35% uprawianych na świecie zbóż i soi przeznacza się na karmę dla zwierząt hodowlanych. „W ten sposób szerzymy wśród nich choroby, a żywność z nich produkowana jest uboga w składniki odżywcze. Jednocześnie sam proces produkcji rolnej staje się jednym wielki marnotrawstwem” – twierdzi Philip Lymbery, dyrektor znanej także w Polsce organizacji Compassion in World Farming (CIWF).
Co ciekawe, okres szybkiego rozwoju rolnictwa przemysłowego pokrywa się z okresem wymierania zwierząt dziko żyjących. Jak donosi dziennik The Guardian, tylko przez ostatnich 10 lat pod uprawy przeznaczono aż 40 mln hektarów ziemi, głównie w Afryce. Jednocześnie, w ciągu zaledwie 4 dekad populacja dzikich zwierząt zmniejszyła się o połowę. The Guardian pisze: „Dziesięć tysięcy lat temu ludzie i ich żywy inwentarz stanowiły ok. 0,1% żyjących na świecie kręgowców. Teraz jest nas ok. 96%. Czas zatem na poważną dyskusję w tym temacie.”
(...)
Według CIWF zaprzestanie karmienia zwierząt hodowlanych ziarnem dałoby możliwość wyprodukowania jedzenia dla kolejnych 4 miliardów ludzi. CIWF wskazuje, że według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) zebrane w 2014 plony wystarczyłyby do nakarmienia 15 miliardów ludzi, tj. dwukrotnie więcej niż jest nas teraz, jednak ogromną ich część zjadły zwierzęta hodowlane.
ulicaekologiczna.pl
We wczesnych godzinach popołudniowych, 30 lipca 2013 roku, Kielce obiegła informacja o awarii w elektrowni jądrowej w nieokreślonej lokalizacji za wschodnią granicą Polski. Mówiło się o obiekcie na Ukrainie lub w Rosji (pierwsze podejrzenia padły na elektrownię w Sosnowym Borze nieopodal Petersburga). Plotka rozprzestrzeniła się lotem błyskawicy w mediach społecznościowych i osiągnęła punkt, w którym prawdopodobnie nic nie mogło jej powstrzymać. Jej źródłem był artykuł o awarii elektrowni atomowej w Rosji w 2010 roku, do którego link umieszczony został w serwisie Wykop. Z każdą godziną w wielu miejscach w sieci, pojawiały się coraz bardziej złowieszcze informacje o będących w toku nadzwyczajnych działaniach. Na forach powoływano się na informacje pochodzące od „wujków, służących w wojskach chemicznych”, obrazy z miejskich kamerek internetowych na Ukrainie, na których widać ewakuację całych miast i rozdawanie „maseczek” (sic!). Były także informacje od „bliskich, pracujących w ogarniętych paniką szpitalach”, „cioci, pracującej w ONZ” oraz od ludzi, którzy „zostali wysłani do domu przez pracodawcę, bo coś wybuchło na Ukrainie”. Plotki miały być „potwierdzane” przez „pracowników aptek”, „rodziców”, „personel świętokrzyskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego”, a nawet przez „krewnych z Warszawy”.
Zaniepokojeni ludzie dzwonili i wysyłali maile do urzędów oraz lokalnych mediów. Oficjalne oświadczenia pomogły jednak niewiele. W godzinach wieczornych przestała działać strona Polskiej Agencji Atomistyki, a wraz z nią mapa poziomu promieniowania. Witryna nie wytrzymała masowych wejść. W komentarzach na różnych witrynach pojawiała się jednak przerobiona prostym sposobem ta sama mapa, epatująca złowieszczym, czerwonym kolorem. W Kielcach masowo wykupowano z aptek jodynę i płyn Lugola (nie zwracając uwagi na konsekwencje ich „swobodnego” używania).
(...)
Rankiem 11 września 2014 roku, mieszkańcy gminy św. Marii w stanie Luizjana, otrzymali różnymi kanałami informację o awarii zakładów Columbia Chemical. Zaniepokojeni ludzie powiadamiali lokalne biura Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. W sieci pojawiły się posty i tweety ze zdjęciami, ukazującymi czarny dym nad zakładami. Wiadomości te wzywały do natychmiastowego ukrycia się. Pojawił się także zrzut ekranu, rzekomo pokazujący stronę główną internetowego serwisu CNN, na którym informacja o awarii w Columbia Chemicals miała już status ogólnokrajowy. Wreszcie, pojawił się udostępniany z wielu kont materiał wideo z serwisu YouTube, na którym było widać odbierający arabskojęzyczny kanał informacyjny telewizor i zamaskowanego człowieka przyznającego się do ataku w imieniu Daesh. Ekran ukazywał wielką eksplozję.
Data także była nieprzypadkowa. 11 września rodzi oczywiste skojarzenia, co jeszcze bardziej wzmacniało oddziaływanie informacji. Panika została ostatecznie wygaszona. Lokalne władze oraz przedstawicielstwa administracji centralnej zdołały przebić się z prawdziwymi informacjami. Uznano to za „głupi, sadystyczny żart”.
Czy jednak na pewno było to żart? Śledztwo dziennikarskie, przeprowadzone w tej oraz podobnych sprawach (rzekomy wybuch epidemii wirusa Ebola w Atlancie, okraszony zdjęciami zespołów lekarzy z CDC, transportujących chorego z lotniska, z grającym w tle aktualnym przebojem Beyoncé; zastrzelenie ciężarnej Afroamerykanki, także w Atlancie), nosiły ślady świetnie skoordynowanej, dokładnie przemyślanej operacji. Swoje własne śledztwo prowadziło także FBI. Tropy dziennikarskiego dochodzenia wiodły do Petersburga i osławionej „jednostki internetowych trolli” rosyjskiego wywiadu. Nie zagłębiając się w kwestie sprawstwa (zgodnie z jednym z najpopularniejszych na forach internetowych wątkiem, to przecież także mogła być „fałszywa flaga”), trzeba przyznać, że wydarzenia te pokazały, jaki potencjał mają tego typu działania.
fundacjapoint.pl
„Jeśli półki w warzywniaku są puste, tylko 9 posiłków dzieli cię od anarchii” – stwierdza Mike, jeden z bohaterów popularnej serii dokumentalnej „Doomsday Preppers” (pol. „Czekając na apokalipsę”).
(...)
Według niemieckiego socjologa, Ulricha Becka, ciągłe oczekiwanie globalnych katastrof narusza podstawy funkcjonowania nowoczesnych społeczeństw. Jest to efektem funkcjonowania samego systemu nowoczesności, który wskutek niepohamowanego postępu technologicznego, stanowi już zagrożenie dla samego siebie. Beck nakreśli wizję „globalnego społeczeństwa ryzyka”, w którym człowiek jest narażony na ciągłe niebezpieczeństwo. Ryzyka naszych czasów określa jako wytwory postępu, jego skutki uboczne, które nie są już możliwe do kontrolowana.
(...)
Na szczególną uwagę zasługuje wprowadzona przez Becka kategoria niekalkulowalności ryzyka. Rozwój technologii, pojawienie się zupełnie nowych jego kierunków (za przykład mogą tu posłużyć badania nad ludzkim genomem) sprawia, że niemal niemożliwe jest uzyskanie szczegółowej wiedzy na temat struktury potencjalnych zagrożeń. Podstawą globalnych ryzyk jest w dzisiejszych czasach niewiedza, którą „produkuje” sam postęp naukowo-technologiczny. Doskonale obrazuje to słynne stwierdzenie Carla Sagana: „Żyjemy w społeczeństwie fundamentalnie uzależnionym od nauki i technologii, w którym mało kto ma jakiekolwiek pojęcie o nauce i technologii. To prosta recepta na katastrofę”. Kalkulacja ryzyka przestaje więc bazować na ocenie prawdopodobieństwa (na czym opierało się rozumienie ryzyk w, by posłużyć się pewnym uproszczeniem, epoce industrialnej). W podobnym tonie wypowiadają się w najnowszej prognozie trendów globalnych eksperci Narodowej Rady Wywiadu Stanów Zjednoczonych.
(...)
Nie jesteśmy już w stanie zrozumieć zasad działania technologii, która nas otacza i w coraz większym stopniu definiuje nasze życia. Powinniśmy jednak być świadomi tego, że może ona zostać wykorzystana przeciwko nam. Przeciwnik, który sięgnie po tego rodzaju broń, będzie dysponował doskonałą wiedzą na temat szczegółów naszego życia, schematów myślenia i zachowania w sytuacjach kryzysowych, co zostanie bezwzględnie wykorzystane. Wyłania się w związku z tym cały, wielokrotnie złożony kompleks różnego rodzaju ryzyk.
Narracja o „okresie schyłkowym” (która sama w sobie novum nie jest) niewątpliwie ma związek z globalnymi przewartościowaniami, tworzeniem się nowego modelu dystrybucji siły i relatywnego osłabienia Europy oraz Stanów Zjednoczonych, a także zmianami społecznymi, których katalizatorem jest między innymi technologia. Procesy te generują wewnątrzsystemowe wstrząsy, konflikty, stan niepewności i obaw. Przestrzeń publiczna jest wypełniona informacjami o końcu zachodniej cywilizacji, islamskiej inwazji czy wręcz kolonizacji, wzroście potęgi Chin, wszechobecnym zagrożeniu terrorystycznym, upadku wartości, powszechnej dezinformacji, postprawdy, końcu demokracji i wolnorynkowej gospodarki, szkodliwości żywności i leków oraz wieloma podobnymi.
fundacjapoint.pl
wtorek, 4 lipca 2017
Zdaniem Wołobujewa dla Rosji ma znaczenie fakt, że Trump przybywa właśnie do Warszawy. Jego wizytę Moskwa będzie postrzegać "przez pryzmat tak zwanych +mocarstwowych zapędów+ Polski". Jak tłumaczy Wołobujew, władze Rosji uważają, iż "Polska stara się odbudować swoje wpływy" w regionie, jako kraj najludniejszy, najsilniejszy militarnie i gospodarczo. Moskwa sądzi, że Warszawa będzie promowała projekt obliczony na budowę "nowego kordonu sanitarnego wymierzonego przeciwko Rosji, rozlokowanie systemu tarczy antyrakietowej i w pewnej mierze stworzenia niejakiej konkurencji wobec Rosji".
"Moim zdaniem władze polskie kierują się teraz nieco innymi motywami niż te, które przypisują im władze rosyjskie, ale w Moskwie tak właśnie na politykę polską się patrzy - faktycznie, przenosi się na Polskę własne standardy - to, jak teraz Rosja próbuje działać" - powiedział Wołobujew. Jak zauważył, w Moskwie odwoływanie się do wartości ogólnoeuropejskich postrzegane jest jako "gadanina, demagogia". W ocenie władz Rosji "głównym celem jest odbudowa wpływów Polski, w pewnej mierze odbudowa starego projektu Międzymorza" i "w istocie rywalizacja dwóch państw - Rosji i Polski", choć tym razem Polska "próbuje się oprzeć na państwie potężniejszym, na Ameryce - i ma duże szanse, by osiągnąć w tym sukces".
Zarazem - zdaniem eksperta - Moskwa patrzy na tak oceniane przez nią polskie inicjatywy sceptycznie. Rosja ma bowiem teraz dobre stosunki z Węgrami, premier tego kraju Viktor Orban "odszedł od polityki antyrosyjskiej", tymczasem bez Budapesztu "projekt Trójmorza wygląda dość wątpliwie". Także Czechy, "również mające niebagatelną rolę w regionie", zmniejszają swoje wydatki wojskowe i - według Wołobujewa - "dość negatywnie patrzą na politykę zagraniczną Polski".
Z tych względów, zdaniem politologa, "Moskwa z jednej strony niepokoi się tymi - mówiąc w cudzysłowie - +imperialnymi+ ambicjami Polski, a z drugiej uważa, że są one mało realistyczne". Władze Rosji zakładają, że "jeśli Polacy będą mogli się na kimś oprzeć w swoich ambicjach przeciwstawiania się Rosji, to przede wszystkim na Stanach Zjednoczonych i na Ukrainie. W zasadzie Polska nie ma w tym względzie innych sojuszników" - podsumowuje ekspert.
forsal.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)