wtorek, 4 lipca 2017


Zdaniem Wołobujewa dla Rosji ma znaczenie fakt, że Trump przybywa właśnie do Warszawy. Jego wizytę Moskwa będzie postrzegać "przez pryzmat tak zwanych +mocarstwowych zapędów+ Polski". Jak tłumaczy Wołobujew, władze Rosji uważają, iż "Polska stara się odbudować swoje wpływy" w regionie, jako kraj najludniejszy, najsilniejszy militarnie i gospodarczo. Moskwa sądzi, że Warszawa będzie promowała projekt obliczony na budowę "nowego kordonu sanitarnego wymierzonego przeciwko Rosji, rozlokowanie systemu tarczy antyrakietowej i w pewnej mierze stworzenia niejakiej konkurencji wobec Rosji".

"Moim zdaniem władze polskie kierują się teraz nieco innymi motywami niż te, które przypisują im władze rosyjskie, ale w Moskwie tak właśnie na politykę polską się patrzy - faktycznie, przenosi się na Polskę własne standardy - to, jak teraz Rosja próbuje działać" - powiedział Wołobujew. Jak zauważył, w Moskwie odwoływanie się do wartości ogólnoeuropejskich postrzegane jest jako "gadanina, demagogia". W ocenie władz Rosji "głównym celem jest odbudowa wpływów Polski, w pewnej mierze odbudowa starego projektu Międzymorza" i "w istocie rywalizacja dwóch państw - Rosji i Polski", choć tym razem Polska "próbuje się oprzeć na państwie potężniejszym, na Ameryce - i ma duże szanse, by osiągnąć w tym sukces".

Zarazem - zdaniem eksperta - Moskwa patrzy na tak oceniane przez nią polskie inicjatywy sceptycznie. Rosja ma bowiem teraz dobre stosunki z Węgrami, premier tego kraju Viktor Orban "odszedł od polityki antyrosyjskiej", tymczasem bez Budapesztu "projekt Trójmorza wygląda dość wątpliwie". Także Czechy, "również mające niebagatelną rolę w regionie", zmniejszają swoje wydatki wojskowe i - według Wołobujewa - "dość negatywnie patrzą na politykę zagraniczną Polski".

Z tych względów, zdaniem politologa, "Moskwa z jednej strony niepokoi się tymi - mówiąc w cudzysłowie - +imperialnymi+ ambicjami Polski, a z drugiej uważa, że są one mało realistyczne". Władze Rosji zakładają, że "jeśli Polacy będą mogli się na kimś oprzeć w swoich ambicjach przeciwstawiania się Rosji, to przede wszystkim na Stanach Zjednoczonych i na Ukrainie. W zasadzie Polska nie ma w tym względzie innych sojuszników" - podsumowuje ekspert.

forsal.pl

poniedziałek, 3 lipca 2017


Pamiętam Fatimę, która odkryła, że jej mąż czatuje z dziewczynami i udaje 26 latka. Zostawiał konwersacje na ekranie komputera. Śmiała się z tego i mówiła, że w rzeczywistości to stary, głupi dziad i alkoholik. Była dumna, że zrozumiała tekst, samodzielnie go przeczytała i tym samym dostała możliwość odegrania się. A była dziewczyną przywiezioną z Turcji w wieku 16 lat, analfabetką, przez wiele lat teściowa nie pozwalała jej opuszczać mieszkania. Fatima gotowała i sprzątała dla ich licznej rodziny. Nie znała nazwy ulicy, przy której mieszkała. Dopiero jak teściowa zmarła, moja Fatima zaczęła chodzić na zakupy, najpierw z synem, potem z turecką sąsiadką a na koniec sama, gdyż mąż wymagał dostaw alkoholu i zezwolił jej na opuszczanie domu. Dzięki temu kupiła sobie pierwsze nowe ubranie. W wieku 40 lat postanowiła już nie nosić chustki i nie wstydzić się tego, że jest alewitką. Nie lubiła Turcji i nie chciała tam jeździć, pokazywała mi na zdjęciach niedokończony dom, który jej mąż zaczął tam budować dwadzieścia lat temu. Dom na olbrzymią wielopokoleniową rodzinę. Z tych planów zostali: mąż pijak, bezrobotny syn, który nie mógł znaleźć dziewczyny, bo wszystkimi gardził, i drugi syn z niemiecką rodziną. Przynosiła mi w poniedziałki ciasto cytrynowe, była jedną z najbardziej pogodnych osób na kursie, szczęśliwą, że robi coś dla siebie. Mąż musiał się z tym pogodzić, bo inaczej nie mogłaby dostawać zasiłku, nie muszę dodawać, że zabierał jej wszystkie pieniądze. Po 26 latach życia w Berlinie pierwszy raz była ze mną zobaczyć Bramę Brandenburską.

krytykapolityczna.pl

W 2002 r. na maleńkiej i niezamieszkanej wyspie w okolicach Gibraltaru zwanej Perejil, czyli właśnie Pietruszka, pojawiło się 12 żołnierzy marokańskich, którzy wbili tam swoją narodową flagę. Nie spodobało się to Hiszpanom uważającym, że wysepka należy do nich. Momentalnie wysłali 75 żołnierzy, którzy posłali Marokańczyków do domu, i wbili w ziemię aż dwie hiszpańskie flagi. Maroko uznało to za akt agresji; młodzież na ulicach Rabatu krzyczała, że za pokrytą pietruszką wyspę będą przelewać krew, podczas gdy wokół wysepki pojawiły się helikoptery i okręty hiszpańskie.

Konflikt dotyczący skrawka lądu, na którym pasą się kozy, był może niespodziewany i absurdalny, ale domagał się rozwiązania. Naturalnym mediatorem były ONZ, Unia Europejska czy choćby Francja, która miała z oboma krajami przyjazne stosunki, ale to USA musiały zakończyć spór. Zakaria cytuje Colina Powella, ówczesnego sekretarza stanu, który z rozbawieniem wspominał: „Myślałem sobie: co ja mam z tym wspólnego? Dlaczego Stany Zjednoczone są nagle w samym środku tej kabały? (...) Postanowiłem szybko doprowadzić do kompromisu (...) W basenie Morza Śródziemnego był już późny wieczór, a moje wnuki miały zaraz wpaść do nas popływać”. Powell wysłał kilka faksów i mediacje się skończyły, zanim jego wnuki zdążyły porządnie naciągnąć na głowy czepki.

forsal.pl

sobota, 1 lipca 2017


Zasadniczy problem leży w naturze relacji pomiędzy wyborcami a elitami politycznymi – ten związek zmienił się przez ostatnie lata. W czasach zimnej wojny i państw narodowych wyborca był ważny nie dlatego, że mógł zagłosować na tę czy inną partię. Nie mógł zostać zignorowany, ponieważ był jednocześnie podatnikiem, robotnikiem i – całkiem często – także żołnierzem. Dla zachodnich demokracji szalenie istotne było to, by klasy robotnicze były lojalne wobec swojego systemu politycznego, a tym samym mniej podatne na ideologiczne ataki wychodzące z bloku komunistycznego. To dlatego w czasach zimnej wojny granice między Zachodem a Wschodem pozostawały ściśle chronione, ale te między klasami społecznymi w społeczeństwach zachodnich były o wiele bardziej otwarte. Wraz z wyeliminowaniem komunistycznego zagrożenia i postępem globalizacji granice pomiędzy krajami stały się o wiele bardziej otwarte, a te między klasami społecznymi okrzepły.

ŁP: Więc obecny kryzys demokracji liberalnej ostatecznie sprowadza się do rosnących nierówności społecznych?

Prawdziwy problem dotyczy nie tyle nierówności społecznych, ile społecznej mobilności. Żyjemy w świecie, w którym mobilność społeczna bardzo często przyjmuje formę migracji. Dziś, jeśli ktoś chce poprawić swój status społeczny, decyduje się na emigrację, zamiast pracować na awans w ramach swojego społeczeństwa. Ta tendencja jest szczególnie silna w wielu państwach wschodniej Europy, gdzie młodzi ludzie uważają, że o wiele bardziej prestiżowe jest bycie taksówkarzem w Londynie niż urzędnikiem w Polsce czy Bułgarii. I nie chodzi wyłącznie o pieniądze.

Te powszechne zmiany przeobrażają naturę relacji elita-wyborca. Wyborca jest dziś o wiele słabszy. Nie jest już żołnierzem – armie zostały sprofesjonalizowane, a ogromną rolę w walce odgrywa technologia. Może wciąż być robotnikiem, ale robotnik nie ma już takiego statusu jak kiedyś, a to dlatego, że międzynarodowe koncerny z łatwością mogą przenosić się z miejsca na miejsce, jeśli coś im się nie podoba. Wyborca stracił także część swojej władzy jako podatnik, ponieważ dla państwa i jego zamożności istotniejsza jest zdolność przyciągania inwestorów niż samo zbieranie podatków.

(...)

ŁP: Czy to znaczy, że międzynarodowy system liberalnych demokracji dotarł już do kresu swoich możliwości?

Systemy demokratyczne od zawsze się zmieniały – na początku zmieniało się to, kto ma prawo głosu, potem zakres kwestii, o których możemy decydować. W międzyczasie zmieniały się także relacje władzy pomiędzy większością a różnymi mniejszościami w obrębie społeczeństwa. Z tego punktu widzenia demokracja zawsze znajdowała się w pewnego rodzaju kryzysie. Dlatego nie widzę w obecnej sytuacji egzystencjalnego zagrożenia. Niepokoją mnie raczej pewne koncepcje, które postrzegam jako wyraz nostalgii za minionymi czasami.

Jedna z nich to wiara w to, że system polityczny należy utrzymać w całkowicie niezmienionej formie. Zgodnie z tym poglądem powinniśmy obawiać się partii populistycznych, ponieważ ugrupowania głównego nurtu to jedyne narzędzie dla „robienia” polityki w demokracji liberalnej. Niekoniecznie. Być może za 10–20 lat liczba partii centrolewicowych i centroprawicowych będzie o wiele mniejsza niż przez ostatnie dekady.

Inny nostalgiczny pogląd wychodzi od tych, którzy wierzą, że demokrację można ocalić przez całkowite zamknięcie granic – w ten sposób mielibyśmy przywrócić dawne, spójne społeczeństwa. Przez jakiś czas można podtrzymać iluzję, że naród udało się skonsolidować. Nie da się jednak zamknąć granic dla obiegu informacji, nie da się również stworzyć samowystarczalnej gospodarki, a przynajmniej nie w przypadku większości małych i średnich państw.

Z tego punktu widzenia, paradoksalnie, radykalizm występujący po obu stronach sporu politycznego – lewej i prawej – również jest nostalgiczny. Lewicowcy tęsknie spoglądają na dni, kiedy mieli wyraźną tożsamość ideową i mogli toczyć walki, które im odpowiadały. Prawica zaś tęskni za czasem państw i tożsamości narodowych. Gdy jednak przychodzi do rządzenia, ani skrajna prawica, ani skrajna lewica nie proponują niczego, co sprawdzi się za następne 5–10 lat.

kulturaliberalna.pl

wtorek, 27 czerwca 2017


Tworzenie zaawansowanej wiedzy technicznej i innowacji jest skoncentrowane geograficznie oraz ograniczone głównie do tzw. megaregionów. O ich sile decyduje klasa kreatywna. (...)

Twórcą tych określeń jest amerykański badacz Richard Florida. Twierdzi on, że na obszarach megaregionów powstaje duża część PKB, generują też one znaczny odsetek globalnych technologicznych innowacji. Zdaniem badacza na świecie jest w tej chwili około 40 silnych megaregionów. Liczby określające ich potencjał są porażające: skupiają aż 20 proc. światowej populacji, produkują dwie trzecie globalnego PKB oraz generują 85 proc. wszystkich światowych innowacji. Florida przekonuje, że mniejsze miasta i skupione wokół nich regiony mają tylko jedną szansę, by sprostać wyzwaniom szybko zmieniającej się kapitalistycznej gospodarki – zbudowanie powiązań z megaregionem. Kluczową grupą społeczną napędzającą rozwój technologii i wiedzy w tych kluczowych regionach jest klasa kreatywna.

Klasa kreatywna dzieli się według Floridy na dwa segmenty. Pierwszy z nich to tzw. superaktywny rdzeń obejmujący przedstawicieli następujących zawodowych obszarów: inżynierii, edukacji, programowania komputerowego, prac badawczo-rozwojowych, jak również osób związanych ze sztuką, projektowaniem i mediami. Wszyscy oni są w pełni zaangażowani w pracę twórczą. Drugim segmentem są „twórczy profesjonaliści”, czyli konwencjonalni pracownicy o gruntownym przygotowaniu naukowym, działający w sektorach takich jak służba zdrowia, biznes, finanse, prawo i edukacja. Zajmują się oni rozwiązywaniem konkretnych problemów, korzystając z rozległej wiedzy nabytej na studiach.

Florida twierdzi, że klasa kreatywna gromadzi się w miejscach, które rozwijają się pod względem tzw. trzech „T”: technologii, talentu i tolerancji. Oznacza to, że gospodarcza ekspansja miast i regionów nie jest już uzależniona w tak dużym stopniu jak w XX wieku od ich potencjału finansowego, dostępności do surowców, czy gęstości zaludnienia, ale od zapewnienia młodym ludziom odpowiedniego klimatu do rozwoju, dostępu do innowacji i technologii oraz innych inspirujących, utalentowanych pracowników.

Najbardziej wyróżniającą cechą klasy kreatywnej jest jej stosunek do pracy, która nie jest traktowana jedynie jako źródło zarobkowania, ale staje się częścią stylu życia. Twórcze umysły wybierają więc miejsce zamieszkania nie tylko pod kątem rozwoju zawodowego, ale także potencjału społecznego czy kulturalnego danego ośrodka: dostępu do muzeów, centrów handlowych, nowoczesnych kawiarni i restauracji czy wysokiej jakości infrastruktury. „Kreatywna” generacja jest skrajnie indywidualistyczna, co prowadzi do zaniku tradycyjnie rozumianych lokalnych więzi społecznych. Florida przekonuje, że kapitał społeczny przekształca się więc powoli w kapitał kulturowy.

forsal.pl

Pomimo faktu, iż od kilkunastu lat sunniccy fanatycy z Al-Kaidy (a od 2014 roku także islamiści z Państwa Islamskiego) systematycznie organizują mniej lub bardziej spektakularne zamachy terrorystyczne w większości z państw sąsiadujących z Iranem (w Iraku, Afganistanie, Turcji czy Pakistanie) – Teheranowi udawało się dotychczas uniknąć tego losu. W głównej mierze działo się tak dzięki dużej skuteczności (opartej jednak na bezwzględności i brutalności) irańskich służb i struktur bezpieczeństwa, zdolnych do zapobieżenia nie tylko niedozwolonej aktywności antypaństwowej o charakterze politycznym, ale i regularnych działań terrorystycznych. Jak się jednak wydaje, klucz do odpowiedzi na pytanie o to, w jaki sposób udało się Iranowi unikać tak długo ataków ze strony struktur globalnego dżihadu sunnickiego, leży gdzie indziej. Wiele wskazuje bowiem na to, iż przyczyną takiego stanu rzeczy było... nieformalne porozumienie między władzami irańskimi a kierownictwem Al-Kaidy, zawarte gdzieś ok. 2001/2002 roku, po faktycznym upadku Islamskiego Emiratu Afganistanu, stworzonego i kierowanego przez afgańskich talibów blisko sprzymierzonych z ugrupowaniem założonym i kierowanym przez Osamę bin Ladena. O porozumieniu takim (i jego „szczegółach”) informowano wielokrotnie począwszy już od początku lat 2000., jego zakres, charakter i sam fakt, iż miałoby być ono zawarte między śmiertelnymi ideologicznymi i teologicznymi przeciwnikami sprawiał jednak, że długo nie brano tych doniesień na poważnie. Z biegiem czasu pojawiało się jednakże coraz więcej dowodów na prawdziwość tych informacji, a pośrednią wskazówką na zasadność tezy o istnieniu jakiegoś porozumienia między Teheranem a centralą Al-Kaidy może być właśnie i to, że Irańczykom udało się przez wiele lat uniknąć fali morderczych zamachów w wydaniu sunnickich dżihadystów.

Jak wspomniano, ten „romans z rozsądku” między radykalnym szyickim Iranem a równie radykalną sunnicką Al-Kaidą rozpoczął się w momencie, kiedy międzynarodowa koalicja antyterrorystyczna pod wodzą Stanów Zjednoczonych kończyła pierwszy etap swej operacji w Afganistanie. Kampania militarna o kryptonimie „Enduring Freedom” w krótkim czasie doprowadziła do obalenia afgańskiego emiratu talibów i dość sprawnego zainstalowania w Kabulu reżimu pro-zachodniego. W tym samym czasie, gdzieś na przełomie 2001 i 2002 roku, dziesiątki operatorów i członków kierownictwa Al-Kaidy (w tym najwyższego szczebla) – przebywających w bazach i obozach szkoleniowych tej organizacji, rozsianych po całym terytorium Afganistanu kontrolowanym dotychczas przez talibów – rozpaczliwie szukało dróg ucieczki z kraju. Wielu z nich się to nie udało (ci albo zginęli, albo zasilili już wkrótce szeregi „pensjonariuszy” specjalnego więzienia w bazie Guantanamo), jednak zaskakująco duża liczba liderów Al-Kaidy, zwłaszcza wysokich rangą członków kierownictwa tej organizacji (z samym jej emirem, Osamą bin Ladenem, na czele), zdołała ujść cało i wolno z afgańskiej matni. Zdecydowana większość z nich znalazła schronienie – podobnie jak w przypadku kierownictwa talibów – na terenie sąsiedniego Pakistanu, nie bez wiedzy i akceptacji ze strony jego władz (a zwłaszcza struktur bezpieczeństwa, w tym osławionego wywiadu wojskowego ISI). Jednak kilkunastu prominentnych liderów centrali Al-Kaidy, najpewniej odciętych od pakistańskiego kierunku ucieczki, zmuszonych zostało na początku 2002 roku do przekroczenia granicy z Iranem. Już później okazało się, że byli wśród nich tak ważni dla organizacji bin Ladena ludzie, jak Saif al-Adel (członek jej centralnego komitetu wojskowego, uważany za autora głównych programów szkoleniowych Al-Kaidy, szczególnie w zakresie minerstwa i konstruowania urządzeń wybuchowych), Sulejman Abu Ghaj’th (do 2002 roku „rzecznik prasowy” Al-Kaidy, prywatnie zięć bin Ladena), Abu Hafs al-Mauritani (prominentny islamski teolog i poeta, ideologiczny i duchowy doradca bin Ladena), czy Abu Muhammad al-Masri (kolejny członek komitetu wojskowego Al-Kaidy). Wraz z nimi w Iranie znalazło się – według niepotwierdzonych informacji, bazujących na „przeciekach” strony irańskiej – nawet ok. 800 bojowników Al-Kaidy. Większość została skrupulatnie wyłapana przez irańskie siły bezpieczeństwa i aresztowana do wiosny 2003 roku (moment nieprzypadkowy – to wtedy właśnie padł reżim Saddama Hussajna w Iraku, a dziesiątki tysięcy amerykańskich i zachodnich żołnierzy znalazło się nagle nad zachodnią granicą Iranu). Co bardziej prominentni członkowie kierownictwa Al-Kaidy – w tym najbliższa rodzina Osamy – zyskali w Iranie status internowanych, będąc faktycznie osadzonymi w areszcie domowym. Część źródeł twierdzi jednak, że większość bojowników i niższych rangą operatorów Al-Kaidy przez lata cierpiała w Iranie niewygody w specjalnych obozach internowania lub wprost w więzieniach. Warto odnotować, że przez kilka kolejnych lat zarówno sam Osama bin Laden, a także jego zastępca (i późniejszy następca) Ajman az-Zawahiri, słali władzom w Teheranie oficjalne pisma, grożące Iranowi „najsurowszymi konsekwencjami” ze strony ruchu dżihadu, jeśli Irańczycy nie uwolnią głównych operatorów Al-Kaidy i członków rodziny lidera tej organizacji. Irańczycy do żądań tych się jednak nie zastosowali (...), a sama Al-Kaida nigdy nie wywiązała się ze swych gróźb.

psz.pl

Odkrycie, że lasy często przyczyniają się – w skali rocznej - do ochłodzenia powierzchni ziemskiej w tropikach i regionach o klimacie umiarkowanym oraz do jej ocieplenia w wysokich szerokościach geograficznych, nie było dla badaczy nowością. Zaskoczyło ich jednak to, że zjawisko schładzania w średnich i niskich szerokościach geograficznych okazało się niemal tak silne, jak we wstępnych estymacjach z użyciem samych danych z satelity. Naukowcy byli przekonani, że faktyczny efekt będzie znacznie niższy niż wynikający z obliczeń, gdyż dane z satelity uwzględniają tylko bezchmurne dni, pomijając te z pokrywą chmur.

Kolejnym odkryciem był fakt, że mechanizmy odpowiedzialne za regulowanie temperatury na powierzchni – zwłaszcza transferu wody i ciepła z ziemi do atmosfery przez konwekcję i ewapotranspirację (proces parowania terenowego obejmujący parowanie z roślin i z gruntu) – mają o wiele większe znaczenie dla klimatu, niż dotychczas sądzono. Co więcej, w wielu przypadkach wydają się ważniejsze niż czynniki związane z energią słoneczną.

Jak tłumaczy główny autor badania, Ryan Bright z Norweskiego Instytutu Badań Bioekonomicznych, choć lasy (zwłaszcza wieczne zielone) często pochłaniają więcej promieniowania słonecznego niż łąki czy tereny uprawne, wydalają też więcej wilgoci do atmosfery i przyczyniają się do większego mieszania się powietrza przy powierzchni Ziemi niż te o niższej roślinności.

naukawpolsce.pap.pl

poniedziałek, 26 czerwca 2017


Rzeczywisty zakres oraz charakter terrorystycznego zagrożenia w Unii Europejskiej w wielu aspektach znacząco odbiega od medialnego czy stereotypowego wyobrażenia. Dobrze odzwierciedla to na przykład najnowszy (opublikowany 15 czerwca) raport Europolu zatytułowany Europol TE-SAT 2017, European Union Terrorism Situation and Trend Report 2017. Przedstawiono w nim wiele ważnych informacji będących podsumowaniem 2016 roku (...).

Pierwszą istotną kwestią jest skala terroryzmu. W 2016 r. Europol na terytorium Unii Europejskiej odnotował 142 nieudane, udaremnione lub przeprowadzone ataki terrorystyczne. Jest to dość duży spadek w porównaniu na przykład z okresem 2014-2015, kiedy liczba ataków sukcesywnie wzrastała. W roku 2014 było ich 201, a w 2015 - 211. Ataki terrorystyczne mające miejsce w Unii Europejskiej, choć często krwawe i spektakularne, jak wynika jednak z danych zgromadzonych przez amerykański Departament Stanu, stanowią tylko około 2% ogółu światowych przejawów terroryzmu.

Jeszcze niższy wskaźnik dotyczy liczby ich ofiar. Dla przykładu w 2016 roku w UE na skutek ataków terrorystycznych zginęły 142 osoby, a 379 odniosło rany. W skali całego świata np. w 2015 r. było natomiast około 28 tys. zabitych i 35 tys. rannych. Nie chodzi tutaj oczywiście o deprecjonowanie terrorystycznego zagrożenia w UE czy związanych z nim ofiar, lecz obiektywne ukazanie zakresu problemu.

Drugim istotnym elementem jest podkreślenie faktu, iż wbrew częstym i obiegowym opiniom w Unii Europejskiej nie dominują ataki terrorystyczne o podłożu islamistycznym. Przykładowo w 2014 r. spośród 199 aktów tylko 2 zaliczono do tego nurtu. Z kolei w 2015 r. na łączną liczbę 211 ataków 17 wynikało z motywacji islamistycznej. Dane za rok 2016 pokazują natomiast, że wśród wszystkich odnotowanych ataków (142) zdecydowanie przeważały te o charakterze separatystycznym (99). Pozostałe zakwalifikowano zaś jako: skrajnie lewicowe (27), dżihadystyczne (13), niesklasyfikowane (2) oraz skrajnie prawicowe (1).

defence24.pl

Od stycznia Finlandia testuje Bezwarunkowy Dochód Gwarantowany w wysokości 560 euro miesięcznie. W testach bierze udział 2 tysiące losowo wybranych bezrobotnych, którzy w zamian za otrzymywane w ramach BDG pieniądze nie muszą niczego udowadniać – nie muszą pokazywać, że szukają pracy, mogą wydać te pieniądze w dowolny sposób (także na alkohol) i jeżeli tylko chcą, mogą całymi dniami leżeć na kanapie przed telewizorem. Są już pierwsze efekty tego eksperymentu. Może się okazać, że straszenie zmniejszeniem aktywności zawodowej beneficjentów programu było niesłuszne.

Beneficjenci programu, do których dotarli dziennikarze „The Economist” okazują się być mniej zestresowani i znacznie aktywniejsi w poszukiwaniu pracy niż w czasie, gdy otrzymywali zasiłki dla bezrobotnych. Powód takiego stanu rzeczy jest bardzo prosty – nawet nisko płatne zajęcie powodowało utratę zasiłku, ale nic nie powoduje utraty BDG. Dlatego też bezrobotni są bardziej skłonni do pracy (jej znalezienie nie wiąże się już ze stratami finansowymi), a także do planowania własnego biznesu. Nie muszą się bowiem martwić o to, co się stanie, gdy powinie im się noga oraz nie tracą czasu na wypełnianie druczków i podań.

next.gazeta.pl

niedziela, 25 czerwca 2017


W swoich badaniach Gorwa oparł się na wywiadach z ekspertami, managerami kampanii politycznych, dziennikarzami, aktywistami, pracownikami firm marketingowych działających w mediach społecznościowych i przedstawicielami grup obywateli. Badał także pod względem ilościowym zjawiska dotyczące dyskusji politycznych na polskim Twitterze.

Według niego wypowiedzi badanych pozwalają sądzić, że w Polsce powstał istny przemysł zajmujący się tworzeniem fałszywych tożsamości na Facebooku, Twitterze i w innych mediach społecznościowych. Media te można wykorzystywać w celach komercyjnych i politycznych.

Polem bitwy są portale internetowe, zwłaszcza dwa najważniejsze: Onet i Wirtualna Polska - wskazuje naukowiec. Natychmiast po opublikowaniu wiadomości na dowolny temat pojawiają się komentarze polityczne. (Dlatego wiele stron internetowych, np. Gazety Wyborczej, stara się utrudnić użytkownikom takie dyskusje). Jak zauważa Gorwa, rozpowszechniony jest pogląd, jakoby partie polityczne opłacały niektórych komentujących, a duża część trollowania miała charakter zorganizowany.

"Ciekawym i niepokojącym" zjawiskiem - zdaniem eksperta - są interakcje trollingu i internetowych algorytmów. Nienawistne wpisy, które zostały usunięte przez moderatorów, są jednak zauważane przez indeksujące algorytmy i pozostawiają w internecie ślad. Jeśli wiele wpisów sugeruje, że "Kowalski jest gejem" - to mimo usunięcia samych wpisów nt. Kowalskiego Google wciąż wyświetla to nazwisko w określonym kontekście.

(...)

Gorwa dotarł też do politycznego konsultanta i marketera pracującego dla dużej firmy zajmującej się wykorzystaniem fałszywych tożsamości na polskich platformach społecznościowych. W ciągu ostatnich 10 lat Firma (jak umownie nazywa ją autor raportu) stworzyła ponad 40 tysięcy unikatowych tożsamości – każdą z wieloma kontami na różnych platformach społecznościowych i portalach, unikatowym adresem IP, a nawet tożsamością. Zdjęcia profilowe wyszukuje się w Internecie i modyfikuje, aby nie rozpoznawały ich poszukujące pierwowzoru wyszukiwarki. Tak uzyskane setki tysięcy fałszywych kont wykorzystywane są do celów politycznych i komercyjnych (np. przez firmy farmaceutyczne, które chcą skorzystać z "szeptanego" marketingu).

Każdy pracownik Firmy zarządza nawet 15 różnymi tożsamościami – mają one własny styl pisania, zainteresowania i osobowość. Manipulacje VPN pozwalają udawać, że chodzi o prawdziwe osoby, przemieszczające się po mieście. Fałszywi internauci nie kopiują wzajemnie swoich wypowiedzi. "Wszystko to sprawia, że odróżnienie ich prawdziwych kont od fałszywych jest praktycznie niemożliwe" - ocenia naukowiec.

Wpływanie na opinię publiczną nie odbywa się bezpośrednio – działalność botów skierowana jest raczej do liderów opinii: polityków, dziennikarzy, blogerów. Zgadzając się z nimi i stając followersami, boty podejmują subtelne działania, mające doprowadzić do założonego celu.

naukawpolsce.pap.pl

sobota, 24 czerwca 2017


Kwestia tureckiej polityki wobec Kataru pokazuje ograniczenia zawężania napięć regionalnych do religijno-politycznego konfliktu szyicko-sunnickiego. Jakkolwiek zarówno sunnickie Turcja i Katar negatywnie oceniają politykę regionalną szyickiego Iranu (w przypadku Turcji ma to charakter strategicznej rywalizacji), to unikają eskalacji napięć z Teheranem i są w stanie podejmować ograniczoną współpracę z Iranem w konkretnych kwestiach. Jednocześnie, mimo szeregu wspólnych interesów z Arabią Saudyjską, oba państwa cechuje brak zaufania, a momentami wręcz wrogość w relacjach z Rijadem – największym rywalem Ankary w staraniach o patronowanie siłom sunnickim w regionie. Napięcia pomiędzy Arabią Saudyjską a Turcją i Katarem były szczególnie widoczne w Egipcie, gdzie Rijad wspiera wojskowy reżim prezydenta Abd al-Fattaha as-Sisi, który w 2013 roku obalił wywodzącego się z Bractwa Muzułmańskiego i wspieranego przez Turcję i Katar prezydenta Muhammada Mursiego.

www.osw.waw.pl