wtorek, 23 czerwca 2026



Branża nowoczesnych technologii stanowi jeden z najważniejszych sektorów amerykańskiej gospodarki, firmy należące do tego sektora dominują na tamtejszej giełdzie, a biznesmeni z nimi związani należą do najbogatszych osób w USA. Rozwój tej branży ma ogromne znaczenie dla państwa: jego dalszego rozwoju gospodarczego czy zyskania przezeń przewagi nad geopolitycznymi rywalami, przede wszystkim Chinami. Zarazem jednak szybki rozwój takich technologii jak sztuczna inteligencja niesie za sobą poważne ryzyka, np. dla przyszłości rynku pracy czy cyberbezpieczeństwa. Ponadto pojawiają się obawy przed monopolistycznymi praktykami ze strony cyfrowych gigantów, jak również ich wpływem na konsumentów (np. w przypadku mediów społecznościowych) oraz na środowisko naturalne (w przypadku budowy potężnych centrów danych).

Państwo podejmuje więc próby regulacji branży technologicznej i określenia ram dla rozwoju kluczowych technologii. Wynikają stąd zagrożenia natury politycznej – firmy technologiczne mają bezpośredni interes w kształtowaniu sceny politycznej, co starają się robić poprzez lobbing oraz finansowe wspieranie poszczególnych polityków. Ze względu na skalę zasobów, jakimi dysponują, może to mieć istotny wpływ na funkcjonowanie amerykańskiej demokracji, zaś ambicje części prezesów wykraczają poza lobbing na rzecz przepisów i regulacji korzystnych dla ich przedsięwzięć biznesowych.

Przez wiele lat czołowi przedstawiciele branży technologicznej w USA sympatyzowali przede wszystkim z Partią Demokratyczną. Wynikało to z szeregu czynników. Największa koncentracja firm technologicznych występowała w Kalifornii (Dolina Krzemowa), w regionie zdominowanym przez popierających tę właśnie opcję polityczną. Wzrost znaczenia firm z branży technologicznej zbiegł się w czasie z sukcesem wyborczym Baracka Obamy, a przyszły prezydent w czasie kampanii w 2008 r. jako pierwszy na taką skalę wykorzystał możliwości, jakie dawały nowe technologie (by komunikować się z wyborcami, gromadzić środki na prowadzenie kampanii czy organizować wydarzenia lokalne). Demokraci chętniej korzystali ze wsparcia Doliny Krzemowej także ze względu na kryzys gospodarczy i związaną z nim niechęć wyborców do elit finansowych kraju, kojarzonych z Wall Street, którym przeciwstawiano twórczych przedsiębiorców z sektora technologicznego. Dla demokratów Dolina Krzemowa stała się więc ważnym źródłem finansowania kampanii wyborczych. Stało się to tym istotniejsze, że w tym samym czasie decyzje sądowe stworzyły nowe możliwości ich wspierania przez wielkie korporacje oraz najzamożniejszych Amerykanów[1]. Spowodowało to znaczący wzrost darowizn na cele kampanijne i w efekcie podniesienie nakładów na nie (w 2004 r. koszt kampanii prezydenckiej oraz kongresowej oszacowano na niespełna 6,9 mld dolarów, podczas gdy w 2024 r. już na 14,8 mld).

Zbliżenie pomiędzy branżą technologiczną a Partią Demokratyczną utrzymywało się przez ponad dekadę. Jeszcze w czasie pierwszej kadencji Trumpa przeważająca część gigantów technologicznych dystansowała się od jego administracji (choć zdarzały się wyjątki, np. współzałożyciel Palantira Peter Thiel), a w następstwie wydarzeń na Kapitolu z 6 stycznia 2021 r. największe platformy społecznościowe, jak Twitter (obecnie X) czy Facebook, zdecydowały się zablokować konta prezydenta. W drugiej kadencji Trumpa można jednak zaobserwować całkowitą zmianę podejścia ze strony Doliny Krzemowej. Przedstawiciele branży technologicznej nie tylko starają się utrzymać z nim bliskie relacje (o czym świadczy obecność najważniejszych CEO na prezydenckiej inauguracji), lecz także w istotny sposób wspierają finansowo jego działalność polityczną, przekazują środki na ważne dla niego cele (jak budowa sali balowej przy Białym Domu) oraz współpracują z administracją (Elon Musk i jego tzw. Departament Efektywności Rządu – DOGE; inwestor David Sacks jako doradca do spraw kryptowalut i sztucznej inteligencji).

Ponowny wybór Donalda Trumpa na prezydenta w 2024 r. zmienił percepcję tego polityka wśród elit branży technologicznej. Nie można go było dłużej postrzegać jako zjawiska sezonowego. Co więcej, w czasie kampanii wyborczej Trump wielokrotnie obiecywał swoim wyborcom odwet za upokorzenia ostatnich lat. Istniało więc poważne ryzyko, że część jego działań może być wymierzona przeciw platformom społecznościowym, które zablokowały jego konta, czy przeciw nieprzychylnym mu mediom. Zbliżenie do Trumpa ze strony czołowych CEO największych firm technologicznych było w pewnej mierze podyktowane chęcią ochrony własnego interesu. Przykładowo zmiana linii redakcyjnej dziennika „The Washington Post” czy darowizna na komitet organizujący inaugurację prezydencką stanowiły próby chronienia interesów Amazona przez jego CEO Jeffa Bezosa. Pewną rolę mogły też odgrywać obawy o przyszłość innej jego firmy – Blue Origin, koncentrującej się na podboju kosmosu, dla której bardzo istotną kwestią jest współpraca z NASA i federalne środki, które dzięki niej pozyskuje.

(...)

Odwrót liderów Doliny Krzemowej od Partii Demokratycznej wynika też z programu realizowanego w ostatnich latach przez to ugrupowanie. Administracja Joego Bidena podjęła próbę uregulowania rozwoju sztucznej inteligencji (rozporządzenie prezydenckie nr 14110 z 2023 r. poświęcone bezpiecznemu rozwojowi i użyciu AI), a także ustanowienia zasad odpowiedzialnego rozwoju branży kryptowalut (rozporządzenie nr 14067 z 2022 r.). U źródeł tych posunięć leżały obawy przed zagrożeniami wynikającymi z nieskrępowanego rozwoju w tych obszarach. Negatywne konsekwencje popularyzacji mediów społecznościowych (rosnąca polaryzacja elektoratu, rozprzestrzenianie się dezinformacji, problemy psychiczne, zwłaszcza wśród młodych użytkowników) spowodowały zmianę w podejściu do rozwoju technologicznego – optymizm prezentowany przez polityków Partii Demokratycznej w czasach Obamy zastąpiły obawy przed potencjalnymi skutkami ubocznymi. Ta zmiana podejścia demokratów i próba wyprzedzenia negatywnych konsekwencji za pomocą regulacji stworzyły polityczną szansę dla republikanów. Program ich partii z 2024 r. w rozdziale poświęconym wspieraniu innowacji mówił wprost o odrzuceniu polityki Bidena w tym zakresie. Dla prezesów największych korporacji technologicznych postawienie na Trumpa wiązało się zatem z perspektywą nieskrępowanego rozwoju ich przedsiębiorstw. 

Przyczynkiem do odwrotu Doliny Krzemowej od demokratów była także kwestia kulturowa: coraz silniejszy nurt lewicowy w ramach Partii Demokratycznej, dla którego czołowe postaci branży big tech stały się bohaterami negatywnymi. Charakterystyczny jest przypadek Marka Zuckerberga, stojącego na czele Mety. Przedsiębiorca ten, przez lata borykający się z zarzutami niedostatecznego zwalczania dezinformacji czy hejtu na swoich platformach, wybrał opcję polityczną, która wprost uznaje działania tego rodzaju za akt cenzury i popiera większą wolność w sieci. Do podjęcia tej decyzji mogło się też przyczynić przejęcie Twittera przez Elona Muska i zmiana podejścia do moderowania treści na tej platformie. Ograniczenie moderacji oznaczało niższe koszty, a przyjęcie retoryki sprzeciwiającej się cenzurze dawało wygodną odpowiedź na krytykę dotyczącą niedostatecznego zwalczania dezinformacji i mowy nienawiści na platformach. Z kolei współzałożyciel Google’a Sergey Brin zaczął wspierać republikanów (i samego Trumpa) ze względu na popieraną przez demokratycznych progresywistów propozycję dodatkowego opodatkowania kalifornijskich miliarderów. Coraz istotniejsza rola nurtu progresywnego w Partii Demokratycznej również popycha elity branży technologicznej w kierunku republikanów.

Ostatnim elementem składającym się na zmianę preferencji politycznych kluczowych liderów z sektora big tech jest chęć doprowadzenia do głębokiej zmiany otaczającej ich rzeczywistości. Część czołowych przedstawicieli branży nowoczesnych technologii ma ambicje wykraczające poza sam rozwój technologii. Są to często określone wizje naprawy państwa, czasem sprzeczne z ideałami demokracji. Z tej perspektywy Trump jawi się jako burzyciel systemu – polityk mający potencjał, aby gruntownie przebudować państwo. Tak postrzegał go już w 2016 r. Peter Thiel, a w ostatnich miesiącach z podobnych powodów blisko współpracował z Trumpem najbogatszy człowiek na świecie Elon Musk. Thiel opowiada się za państwem, które przede wszystkim nie hamuje rozwoju technologicznego, Musk z kolei to zwolennik absolutnej wolności słowa (z tego powodu kupił Twittera) oraz ograniczenia państwowych wydatków i regulacji (dlatego zaangażował się w DOGE). Thiel jest mentorem obecnego wiceprezydenta J.D. Vance’a, wsparł też finansowo jego karierę polityczną, umożliwiając mu zdobycie mandatu senatora. Potencjalnie więc jego wpływ na kształt amerykańskiego państwa może jeszcze wzrosnąć – jeśli Vance zostanie kandydatem republikanów na prezydenta w wyborach w 2028 r.

W trakcie swojej pierwszej kadencji Trump prezentował zdecydowanie bardziej sceptyczny stosunek do wielkich korporacji technologicznych. To w tamtym czasie Departament Sprawiedliwości wytoczył sprawę antymonopolową spółce Google. Sam prezydent występował przeciwko „wybiórczej cenzurze” w mediach społecznościowych i podjął działania mające na celu modyfikację sekcji 230 Ustawy o przyzwoitości w komunikacji (Communications Decency Act), która gwarantuje, że właściciele platform społecznościowych nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności karnej za wpisy użytkowników. Trump publicznie atakował również wybrane spółki, np. Amazona, którym zarzucał unikanie płacenia podatków. Jego stosunek do technologicznych gigantów wynikał po części z sympatii politycznych branży technologicznej w tamtym okresie, a po części z istniejącego już wcześniej wśród amerykańskiej prawicy przekonania, że media społecznościowe ograniczają swobodę wypowiedzi osobom o poglądach konserwatywnych.

W kampanii w 2024 r. Trump wykorzystał zmianę nastrojów w branży technologicznej, pozycjonując się jako polityk wspierający rozwój sztucznej inteligencji i kryptowalut. Był to wybór taktyczny – próby uregulowania tych obszarów przez Bidena spotkały się z oporem w branży i poszukiwaniem alternatywy dla kolejnej demokratycznej administracji. Przełożyło się to na wsparcie finansowe dla Trumpa – według analizy Fox Business sam sektor krypto przeznaczył na jego kampanię prezydencką co najmniej 238 mln dolarów. Podmioty z branży technologicznej nie zaprzestały również finansowego wspierania go już po rozpoczęciu jego kadencji, przekazując środki na wybrane inicjatywy (jak budowa sali balowej przy Białym Domu) bądź darowizny na organizacje powiązane z prezydentem. Ten ostatni aspekt jest bardzo istotny, bo wzmacnia pozycję głowy państwa przed nadchodzącymi wyborami połówkowymi i jego kontrolę nad Partią Republikańską (Trump dysponuje funduszami pozwalającymi wykluczyć z kampanii polityków, których uzna za nielojalnych, poprzez finansowanie ich oponentów w partyjnych prawyborach).

Wsparcie branży technologicznej pozwala również prezydentowi udowadniać skuteczność własnej polityki gospodarczej i celnej. W zeszłym roku Apple zapowiedział inwestycje w USA o wartości 600 mld dolarów, m.in. w krajowe zdolności produkcyjne. Oracle i OpenAI wraz z SoftBankiem ogłosiły Project Stargate, inicjatywę mającą zapewnić Stanom Zjednoczonym przewagę w rozwoju sztucznej inteligencji poprzez budowę nowych centrów danych. Apple inwestuje też w MP Materials, amerykańską firmę zajmującą się wydobyciem i przetwarzaniem metali ziem rzadkich, co stanowi odpowiedź na chińskie restrykcje dotyczące tych surowców. Big techy wspomagają amerykańską administrację w kluczowych obszarach. Technologie dostarczane przez takie podmioty jak Palantir są kluczowe nie tylko dla amerykańskich sił zbrojnych, lecz także dla skuteczności polityki deportacyjnej prezydenta.

Bliskie związki z najbardziej wpływowymi biznesmenami z branży technologicznej pozwalają Trumpowi wpływać również na otoczenie medialne. Dotyczy to zarówno mediów społecznościowych (X, Facebook), jak i mediów tradycyjnych. W pierwszej kadencji Trump mógł liczyć przede wszystkim na przychylność stacji należących do rodziny Murdochów (Fox News) oraz mniejszych telewizji o prawicowym profilu (Newsmax). Istotną zmianę spowodowała budowa nowego medialnego konglomeratu przez Davida Ellisona, syna Larry’ego Ellisona, współzałożyciela Oracle i jednego z najbogatszych ludzi na świecie. W zeszłym roku należąca do Ellisona spółka Skydance przejęła Paramount, stając się przy okazji właścicielem sieci telewizyjnej CBS. Obecnie finalizuje proces przejęcia Warner Bros. Discovery, co da jej kontrolę m.in. nad stacją CNN. W tę ostatnią transakcję do pewnego momentu zaangażowany był Jared Kushner, zięć prezydenta.

(...)

W związku z rosnącym oddziaływaniem branży nowoczesnych technologii na administrację Trumpa pojawiły się obawy przed oligarchizacją systemu politycznego, a w prasie często można napotkać termin „technooligarchia” w odniesieniu do najbardziej wpływowych postaci reprezentujących big techy (zob. Aneks). Obawy związane z coraz większymi wpływami najzamożniejszych obywateli nie są w USA niczym nowym – wystarczy wspomnieć zjawisko „baronów-rozbójników”, najbardziej znaczących reprezentantów amerykańskiego przemysłu, którzy na przełomie XIX i XX wieku uzyskali bardzo istotny wpływ na sytuację polityczną w kraju.

Również w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych obawy przed oligarchizacją poprzedzały wzrost znaczenia big techów. Obawy te wiążą się przede wszystkim z: rosnącą dysproporcją pomiędzy najzamożniejszymi Amerykanami a resztą społeczeństwa, nietransparentnym systemem finansowania kampanii wyborczych, umożliwiającym de facto nieograniczone darowizny na rzecz konkretnego kandydata, rolą, jaką w amerykańskiej polityce odgrywa lobbing, a także zdolnością wielkiego biznesu do kształtowania opinii publicznej[2]. Tych narzędzi amerykańskie elity biznesowe używają od dekad, by wspierać konkretnych polityków, blokować regulacje lub wpływać na ich kształt czy podejmować próbę zmiany nastawienia współobywateli do kwestii istotnych dla tychże elit z perspektywy biznesowej.

Wpływy przedstawicieli branży nowoczesnych technologii do pewnego stopnia mają podobny charakter, niemniej pojawia się na tym polu kilka nowych elementów. Dysponują oni potężniejszymi narzędziami oddziaływania na opinię publiczną dzięki kontroli nad mediami społecznościowymi, przeglądarkami internetowymi oraz modelom sztucznej inteligencji. W przypadku części z nich ambicje sięgają dalej niż tylko dostosowanie prawa do własnych potrzeb biznesowych – chodzi o całościową zmianę państwa, czasem poprzez ograniczenie lub odrzucenie demokracji. Rośnie również zależność państwa od dostarczanych przez ich korporacje technologii: w rozwoju sił zbrojnych, podboju kosmosu, komunikacji, a nawet w kwestii przyszłości gospodarki jako takiej (rozwój AI). Decyzje amerykańskich sądów (takie jak ta w sprawie Citizens United) pozwoliły też na zwiększenie nakładów finansowych na kampanie wyborcze – co sprawiło, że stały się one droższe, a politycy jeszcze bardziej zależni od biznesmenów, którzy mogą pomóc je sfinansować. Niektóre scenariusze rozwoju sztucznej inteligencji – zakładające zniknięcie wielu miejsc pracy i uzależnienie sporej części społeczeństwa od wąskiej, technokratycznej elity – sugerują, że znaczenie liderów branży technologicznej jeszcze wzrośnie.

Działania liderów big techów mogą jednak napotkać rosnący opór społeczny. Badania opinii publicznej konsekwentnie wskazują na malejące zaufanie do korporacji technologicznych jako takich, a także do ich produktów – jak media społecznościowe czy sztuczna inteligencja. Próba aktywnego włączenia się w działania administracji, jaką podjął Elon Musk i jego tzw. Departament Efektywności Rządu, zakończyła się niepowodzeniem. Nawet w ramach ruchu MAGA widoczny jest trend antytechnologicznego populizmu, którego reprezentantem jest Steve Bannon, niegdyś doradca Donalda Trumpa, a obecnie gospodarz popularnego podcastu „War Room”. Kwestię domniemanej technooligarchii negatywnie prezentują też amerykańskie media. W perspektywie najbliższych lat partnerstwo pomiędzy liderami branży technologicznej a politykami może więc się stać o wiele trudniejsze ze względu na koszty wizerunkowe dla tych ostatnich.

osw.waw.pl


Iran nie przewiduje wydania zgody na przeprowadzenie przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (MAEA) inspekcji w zbombardowanych obiektach nuklearnych - oświadczył we wtorek rzecznik irańskiego MSZ Esmaeil Baghaei na konferencji prasowej.

Podkreślił, że nie istnieje żaden protokół regulujący takie inspekcje. - Strony porozumienia wstępnego (między USA i Iranem) dążą do wypełnienia wszystkich jego punktów, nim rozpoczną się rozmowy o kwestiach nuklearnych - powiedział Baghaei, cytowany przez AFP. Zaznaczył również, że w Szwajcarii nie doszło do spotkania Irańczyków z dyrektorem generalnym MAEA Rafaelem Grossim.

W podobnych duchu wypowiedział się we wtorek irański ambasador przy ONZ w Genewie Ali Bahreini. Według niego podczas negocjacji nie pojawił się temat wpuszczenia inspektorów MAEA do Iranu, a na tym etapie rozmów "jest za wcześnie, by poruszać kwestie irańskich instalacji nuklearnych".

PAP


Prezydent USA Donald Trump oznajmił we wtorek, że Iran zgodził się na "najwyższy poziom" inspekcji programu nuklearnego przez długi czas. Dodał przy tym, że Teheran "zgodził" się też na dalsze otwarcie cieśniny Ormuz. Poinformował również, że uwalniane zamrożone aktywa Iranu zostaną przeznaczone na zakup żywności z USA.

"Pomimo ich protestów i fałszywych oświadczeń, (...) Iran w pełni i całkowicie zgodził się na inspekcje nuklearne na najwyższym poziomie, trwające przez wiele lat (w nieskończoność!!!). To zagwarantuje "nuklearną uczciwość"" - napisał Trump na platformie Truth Social. Jak dodał, gdyby Irańczycy nie wyrazili na to zgody, nie byłoby dalszych negocjacji.

"W oparciu o to i inne ważne ustępstwa Iranu, zgodziłem się zezwolić na pozostawienie cieśniny Ormuz OTWARTEJ, bez dalszej blokady morskiej. Jednak wszystkie okręty pozostają na miejscu, gdyby konieczne było ponowne wprowadzenie blokady, co wydaje się na tym etapie wysoce nieprawdopodobne" - ogłosił.

Trump poinformował też, że "uwalniane (przez administrację USA) pieniądze i/lub sankcje" trafiają do depozytu kontrolowanego przez USA i zostaną wykorzystane na zakup żywności oraz środków medycznych wyłącznie ze Stanów Zjednoczonych.

"To są rzeczy, których Iran rozpaczliwie potrzebuje. To kryzys humanitarny i uważam, że trzeba pomóc TERAZ, zanim będzie za późno. Rozmowy idą dobrze!" - zakończył.

PAP


W sobotnim programie Arlety Bojke na Kanale Zero, poświęconym odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu, prowadząca powiedziała: "Jeden z deputowanych do ukraińskiego parlamentu Ihor Mojsiczuk powiedział wprost, że kiedy przychodzono do Zełenskiego, tłumacząc, żeby nie nazywał tej ukraińskiej jednostki imieniem UPA, że to rozdrażni Polaków, no to Wołodymyr Zełenski miał odpowiedzieć, że: »pier….li Polskę i Polaków«". Na koniec dodała, że to "relacja z trzeciej ręki, być może prawdziwa, być może nie, nie do zweryfikowania".

Materiał tego samego dnia cytowało co najmniej kilkadziesiąt prawicowych i antyukraińskich profili oraz kanałów, w tym należące do polityków Konfederacji (np. Paweł Usiądek), ugrupowania Brauna lub PiS (np. Paweł Ciszczoń), albo do partii (np. Suwerenna Polska). Najczęściej podawano go ze wstępem "Arleta Bojke ujawnia prawdziwe nastawienie do Polaków" i publikowano trwające 28 sekund nagranie jej wypowiedzi bez końcowych informacji o "relacji z trzeciej ręki (…)".

Materiał Kanału Zero na YouTubie, mimo krótkiej ekspozycji, już w poniedziałek przebijał pułap 230 tys. wyświetleń.

Za Kanałem Zero informacje o rzekomej wypowiedzi Zełenskiego podały także prawicowe media, m.in. wPolityce.pl, DoRzeczy, czy Magna Polonia, również pomijając końcowe zdanie.

W niedzielę użytkownik platformy X, ukrywający się pod pseudonimem "Zespół Brauna", ujawnił, że ukraiński polityk (jego poprawne nazwisko to Mosijczuk, a nie „Mojsiczuk", jak podała Bojke, a za nią ci, którzy ją cytowali) deputowanym nie jest od siedmiu lat. Za to jest skompromitowanym politykiem – nagrano go, gdy domagał się łapówki, a Zełenski osobiście objął go sankcjami. O głośnym aresztowaniu Mosijczuka w 2015 roku w Radzie Najwyższej Ukrainy informowały także polskie media, m.in. TVN 24 czy "Rzeczpospolita". Polityk w 2022 roku uciekł z kraju, obecnie przebywa w Kanadzie.

Sprawę materiału Bojke upowszechnił w social mediach youtuber prowadzący kanały o nazwie Widzimy się jutro – Shmoo. Jego film poświęcony sprawie materiału Bojke tylko na X w poniedziałek osiągnął prawie ćwierć miliona wyświetleń.

"Powoływanie się na człowieka o tak fatalnej reputacji, którego newsy są nagminnie wykorzystywane przez rosyjską propagandę do destabilizacji nastrojów, całkowicie pozbawia ten materiał wiarygodności" – oceniał. Podkreślał, że "absolutnie do przewidzenia" było, iż taka informacja podsyci antyukraińskie nastroje i zaszkodzi relacjom polsko-ukraińskim. – Bojke zawsze była prokukraińska w swoich materiałach, a tutaj popełniła gafę. To było bardzo lekkomyślnie – dodaje autor kanału w rozmowie z "Presserwisem".

(...)

W poniedziałek do materiału Zero odniósł się ambasador Ukrainy w Polsce Wasyl Bodnar. "Oficjalnie oświadczam: ta informacja to absolutne kłamstwo i manipulacja (…). W tak delikatnej sytuacji dolewanie oliwy do ognia w postaci niezweryfikowanych informacji jest co najmniej nieodpowiedzialne" – podkreślił.

Natalia Panczenko, współautorka akcji "Ciepło z Polski dla Kijowa", zwraca uwagę, że w oryginalnym wpisie Mosijczuka po ukraińsku nie ma żadnego potwierdzenia, że taka wypowiedź Zełenskiego kiedykolwiek padła. – Mosijczuk przedstawia własne przypuszczenia dotyczące tego, jak jego zdaniem mogła wyglądać ta sytuacja. Nie cytuje rozmowy ani nie powołuje się na wiedzę z pierwszej ręki – podkreśla Panczenko. Dziwi ją, że niektóre media przedstawiły domysły skompromitowanego polityka jako dosłowną wypowiedź prezydenta Ukrainy.

Jerzy Wójcik, dawniej wicenaczelny "Gazety Wyborczej", obecnie wydawca polsko-ukraińskiego portalu Sestry.eu, krytykuje publikowanie takich informacji bez sprawdzania ich w co najmniej dwóch źródłach. – To rzucanie zapałek do beczki z benzyną – mówi "Presserwisowi".

Demagog z kolei opublikował analizę broniącą Bojke – factcheckingowa agencja uznała, że "nie przedstawiła tej relacji jako potwierdzonego faktu", a jej przekaz został zmanipulowany. "Arleta Bojke mówiła o relacji rozpowszechnianej przez Ihora Mosijczuka i wyraźnie zaznaczyła, że jest to informacja »z trzeciej ręki«, której nie da się zweryfikować i która »być może jest prawdziwa, a być może nie«" – czytamy we wpisie organizacji na X.

Próbowaliśmy zapytać Arletę Bojke m.in. o to, czy jest zaskoczona tym, że rzekome słowa Zełenskiego zostały wykorzystane w antyukraińskiej propagandzie. Nie odbierała telefonu, a na przesłane mailem pytania nie odpowiedziała. "Proszę wybaczyć, ale m.in. z powodu nowych obowiązków, nie znajdę dziś ani jutro czasu na rozmowę" – napisała w wiadomości SMS. Krótko potem okazało się, że została redaktorką naczelną telewizji Zero.

press.pl


Cieśnina Schrödingera, czyli na ile otwarta jest cieśnina Ormuz

Porozumienie między USA i Iranem zostało podpisane już niemal tydzień temu – w środę 17 czerwca. Nie był to wprawdzie traktat pokojowy, ale i tak dość ambitny dokument, który miał doprowadzić do otwarcia cieśniny Ormuz dla żeglugi handlowej. Od tamtego czasu docierają do nas jednak bardzo mieszane sygnały, czy faktycznie szlak ten został otwarty. Amerykańskie dowództwo sił zbrojnych (CENTCOM) utrzymuje, że tak i że tylko w sobotę 20 czerwca aż 55 statków handlowych przekroczyło cieśninę, w tym tankowce z 17 milionami baryłek ropy naftowej. Tego samego dnia jednak, Islamska Gwardia Strażników Rewolucji (czyli Iran) zadeklarowała, że cieśnina Ormuz jest zamknięta i przestrzegła armatorów przed próbami przekroczenia jej. Postanowiliśmy zbadać, która ze stron ma rację i co można na tej podstawie powiedzieć na temat perspektyw dla cen paliw kopalnych w tym roku. Oto wnioski, do jakich doszliśmy.
  • Po pierwsze: ruch w cieśninie Ormuz został w jakimś stopniu wznowiony i jest największy od lutego 2026. Potwierdzają to niezależne ośrodki analityczne. Wg Lloyd’s List Intelligence co najmniej 5 tankowców należących do Iranu oraz trzy supertankowce należące do Arabii Saudyjskiej przekroczyły wspomnianą cieśninę w ub. tygodniu. Ich łączna pojemność może sięgać niskie kilkanaście mln baryłek ropy naftowej. Ruch ten zaczął być wznawiany już na początku czerwca, jeszcze przed porozumieniem USA-Iran. Widać więc, że rozmowy dyplomatyczne i faktyczna sytuacja w cieśninie Ormuz rozwijają się trochę osobnymi torami.
  • Po drugie: ruch ten nie wrócił do poziomu sprzed wojny. Nawet najbardziej optymistyczne szacunki – te przedstawione przez CENTCOM: 55 statków w ciągu doby – oznaczają przywrócenie mniej więcej połowy ruchu z i do Zatoki Perskiej. Przed wojną średnia dobowa liczba statków przepływających przez cieśninę Ormuz wynosiła ok. 100. Analizy niezależnych ośrodków analitycznych, np. Kpler sugerują, że ruch wrócił raczej w 1/3 niż w połowie. Czterej najwięksi armatorzy świata, w tym Maersk i Hapag-Lloyd wciąż unikają żeglugi w regionie Zatoki Perskiej, wliczając Morze Czerwone.
  • Po trzecie: koszty ubezpieczeń transportu przez cieśninę Ormuz mają wciąż wojenny poziom. Choć cofnęły się od ustanowionego w kwietniu szczytu, to wciąż są 8-krotnie wyższe niż przed wybuchem wojny. Stawki te generalnie cechują się tym, że rosną szybko a spadają stopniowo, co oznacza że będą miały podwyższony poziom nawet przez kilka miesięcy. Oznacza to, że w tym okresie żegluga w regionie Zatoki Perskiej będzie prowadzona przede wszystkim przez mniejszych armatorów gotowych na większe ryzyko, często w oparciu o starsze tankowce. (...)
  • Po czwarte: powstały nowe szlaki żeglugowe w Zatoce Perskiej. Przed wojną przez cieśninę Ormuz biegł jeden szlak transportowy. Obecnie funkcjonują dwa: jeden wzdłuż wybrzeży Iranu i ściśle kontrolowany przez ten kraj. Drugi wzdłuż wybrzeża Omanu – kontrolowany przez marynarkę wojenną USA, która zapewnia konwojowanie żeglugi cywilnej. Kiedy Iran mówi o zamknięciu cieśniny Ormuz ma na myśli zamknięcie kontrolowanego przez siebie szlaku, nie całej żeglugi. To jednak nie jest docelowe rozwiązanie. Porozumienie między USA a Iranem zakłada, że Stany Zjednoczone wycofają swoje siły z cieśniny Ormuz a transport będzie zarządzany wspólnie przez Oman i Iran. Prowizoryczność obecnego rozwiązania sugeruje, że w najbliższych tygodniach możemy się spodziewać eskalacji napięć, podwyższonych kosztów i mniejszej przepustowości handlu do i z Zatoki Perskiej.  
  • Po piąte: szybki spadek paliw kopalnych do poziomów sprzed wojny jest mało prawdopodobny. Wprawdzie większość krajów Zatoki Perskiej jest gotowa szybko zwiększyć wydobycie ropy naftowej i gazu ziemnego, nawet do poziomów wyższych niż przed wojną (ZEA wyszły w tym celu z OPEC), ale możliwości transportu tych surowców są wciąż ograniczone. Szlaki żeglugowe mają prowizoryczny charakter i zmniejszoną przepustowość, ubezpieczenie transportu jest i jeszcze długo będzie drogie a najwięksi armatorzy wciąż omijają region. Sytuacja w samej cieśninie jest zaś podatna na zaburzenia związane z potencjalną eskalacją między USA a Iranem. Dlatego nie spodziewamy się by jeszcze tego lata ceny ropy naftowej spadły w okolice 60 USD za baryłkę Brent a gazu 33 EUR/MWh.
Komentarz rynkowy

ZAGRANICA: Dolar na rocznych maksimach, w USA rentowności krótkoterminowych papierów skarbowych ustanawiają nowe maksima, giełda w stanie zawahania. Wszystko to jest ze sobą powiązane. Warsh dał rynkom zielone światło do wyceniania zacieśnienia monetarnego i jego skutków, to więc robią. Proces ten nie jest jednak w pełni harmonijny i inwestorzy zdają sobie sprawę z tego, że Fed może źle skalibrować dawkę antyinflacyjnego „leku”, co będzie mieć negatywne skutki uboczne. Póki co jednak jesteśmy od tego daleko. Rynek spodziewa się, że stopy procentowe zostaną podniesione dwukrotnie: we wrześniu i na początku przyszłego roku, i że będzie to tymczasowe zacieśnienie polityki pieniężnej, po którym stopy zaczną kierować się mniej więcej do obecnego poziomu. Czy 50 pb wystarczy? Nie wiemy, ale warto też pamiętać, że inflacja zakotwiczyła się mniej więcej 1 pkt. proc. powyżej celu Fed (jest to więc choroba przewlekła a nie ostra, jak w 2022), a rok 2026 jest specyficzny z uwagi na przejściowe dostymulowanie gospodarki różnymi dostępnymi administracji narzędziami. W 2027 r. polityka gospodarcza może być przestawiona na bardziej restrykcyjne tory i stopy nie będą musiały dużo bardziej rosnąć. Wszystko to ma jednak mocno spekulatywny charakter. Póki co rynek będzie szukał adekwatnej skali zacieśnienia kierując się napływającymi danymi jako drogowskazem. (...)

pekao.com.pl

Rosyjskie zdobycze w Kostyantyniwce ograniczają się do infiltracji małych grup, które nie skutkują skonsolidowaną kontrolą terytorialną. Prezydent Rosji Władimir Putin oświadczył 23 czerwca, że siły rosyjskie nacierają na wszystkie obszary linii frontu i że siły rosyjskie praktycznie docierają do Kostyantynivki. Putin odrzucił oficjalne oświadczenia Ukrainy, że miasto jest kwestionowaną “szarą strefą”, ale przyznał, że siły ukraińskie utrzymują pozycje w budynkach i kontratakują. 23 czerwca rosyjskie Ministerstwo Obrony kontynuowało swój niedawny schemat publikowania hipertaktycznych szczegółów rzekomych zdobyczy Rosji w Kostyantyniwce w celu wywyższenia postępu Rosji. Sytuacja taktyczna Ukrainy w Kostyantynówce pogarsza się, ale rosyjskie Ministerstwo Obrony i Putin fałszywie uznają zajęcie Kostyantynówki za nieuchronne. Zastępca dowódcy ukraińskiego 19. Korpusu Armii Jurij Madyar poinformował 23 czerwca, że siły ukraińskie oczyściły obszary na południe od Kostyantyniwki przy minimalnej liczbie rosyjskich żołnierzy pozostawionych w tym obszarze. Madyar oświadczył, że siły ukraińskie rozpoczynają działania mające na celu wypchnięcie rosyjskich żołnierzy ze środkowej i zachodniej Kostyantyniwki. Madyar stwierdził, że siły rosyjskie na kierunku Kostyantynówki doświadczają około 53 strat dziennie w porównaniu z około trzema stratami dziennymi Ukrainy i że siły rosyjskie muszą przejść od 20 do 30 kilometrów, aby zbliżyć się do Kostyantynówki, ponieważ siły ukraińskie mocno uderzają w okolice /frontu/. Madyar zaprzeczył rosyjskim twierdzeniom, jakoby siły rosyjskie otoczyły siły ukraińskie w mieście, donosząc, że w Kostyantynówce jest znacznie więcej ukraińskich żołnierzy niż Rosjan. Rosyjski milbloger zauważył również, że siły rosyjskie mają trudności z zaopatrzeniem pozycji w pobliżu północnej Kostyantyniwki i polegają na zrzutach dronów. Siły rosyjskie coraz częściej infiltrują Kostyantynówkę, jednak te infiltracje nie oznaczają kontroli terenu w sensie doktrynalnym i nie umożliwią siłom rosyjskim osiągnięcia szybkiego przełomu operacyjnego przeciwko Pasowi Twierdz. Doniesienia, że siły ukraińskie oczyszczają pozycje rosyjskie na południowej flance Kostyantynówki, sugerują ponadto, że siły rosyjskie nie są w stanie skonsolidować swoich pozycji po infiltracji i będą potrzebować większej siły roboczej, aby faktycznie przekształcić infiltracje w nadające się do użytku pozycje na linii frontu. Trwające wysiłki Rosji w zakresie wojny poznawczej wokół kierunku Kostyantynówki, w tym promocja materiałów filmowych generowanych przez sztuczną inteligencję, w których zarzuca się sukcesy w terenie, mają na celu nasycenie przestrzeni informacyjnej fałszywymi twierdzeniami na temat sukcesów rosyjskiej armii i zdolności do załamania linii ukraińskich w najbliższej przyszłości.


understandingwar.org

poniedziałek, 22 czerwca 2026



Paradoksalnie cały konflikt może przynosić polityczne korzyści samemu Zełenskiemu. Ukraińskie media społecznościowe zapełniły się memami dotyczącymi Karola Nawrockiego i zwracanych odznaczeń. Dominują komentarze broniące prezydenta Ukrainy.

Jeszcze miesiąc temu wielu Ukraińców otwarcie krytykowało Zełenskiego za afery korupcyjne i błędy polityczne. Część domagała się nawet jego odejścia z urzędu. Dziś ci sami ludzie stają po jego stronie.

Powód jest prosty: w czasie wojny społeczeństwo instynktownie jednoczy się wokół przywódcy, jeśli uzna, że został zaatakowany przez zewnętrznego przeciwnika.

Widać to również w badaniach opinii publicznej. Jeszcze w maju notowania prezydenta spadały. Dziś sytuacja wygląda znacznie lepiej - w pewnym stopniu przypomina to reakcję społeczną obserwowaną wcześniej podczas sporów Zełenskiego z Donaldem Trumpem.

- Tak naprawdę sami nakręciliśmy tę aferę. Co Zełenskiego obchodzi jakiś order? Pomogliśmy mu, dając możliwość pokazania się jako wielki patriota i obrońca państwa. Tylko głupi polityk by z tego nie skorzystał - mówi jeden z polskich analityków zajmujących się Europą Środkowo-Wschodnią.

wp.pl


Pakistańscy i katarscy mediatorzy określili wyniki trwającej 18 godzin, pierwszej rundy rozmów między Amerykanami i Irańczykami w szwajcarskim kurorcie Bürgenstock jako „zachęcający postęp”. Sam fakt spotkania na wysokim szczeblu i przejścia od ogólnego porozumienia o zawieszeniu broni do rozmów o jego uszczegółowieniu, nawet na poziomie technicznym, jest istotnym wydarzeniem. Stany Zjednoczone reprezentowali wiceprezydent JD Vance, wysłannik prezydenta Steve Witkoff i „pierwszy zięć” Jared Kushner. Na czele delegacji irańskiej stali przewodniczący parlamentu Mohammad Ghalibaf i szef dyplomacji Abbas Araqchi.

Trudno było się spodziewać, aby negocjacje następujące nie tylko po bardzo intensywnej wojnie, ale także dekadach wrogości były łatwe. Negocjatorzy, premierzy Pakistanu i Kataru, będą mieli sporą szansę na Pokojową Nagrodę Nobla, jeśli przezwyciężą brak zaufania i doprowadzą do możliwego do zrealizowania porozumienia. Każde, nawet symboliczne ustępstwo Republiki Islamskiej ma swoją cenę i będzie musiało zostać wynegocjowane. Stąd brak zgody reprezentantów Republiki Islamskiej na wspólne zdjęcie z Amerykanami i niezadowolone miny, gdy nawet przypadkiem znajdowali się w jednym kadrze z przedstawicielami Waszyngtonu. Na uściski dłoni jest tym bardziej jeszcze za wcześnie.

Podczas pierwszej rundy negocjacji nie zabrakło też negocjacyjnego teatru na użytek wewnętrzny i zewnętrzny. JD Vance podkreślał historyczne znaczenie rozmów i wielki sukces administracji Trumpa, bo w końcu to Waszyngton ogłosił sukces w wojnie, który ma pozwolić wykaraskać się z kłopotliwej porażki. Stąd optymizm i uśmiechy czy źle przyjmowane przez Irańczyków pohukiwania Trumpa. Irańczycy się nie uśmiechali, mimo tego, że zwycięsko wychodzą z przegranej wojny. Negocjatorzy i decydenci w Teheranie muszą być nie tylko ostrożni, ale także powściągliwi, żeby nie pokazać, iż dostrzegają ogromną, zapisaną we wstępnym porozumieniu szansę dla Republiki Islamskiej.

(...)

Największą przeszkodą utrudniającą rozpoczęcie rozmów w Szwajcarii była sytuacja w Libanie. W obliczu porażki strategicznej wyraźnie wynikającej z porozumienia między Waszyngtonem a Teheranem, Beniamin Netanjahu ignorował Waszyngton tak długo, jak było to możliwe, i spróbował osiągnąć co najmniej sukces operacyjny. Takim zwycięstwem miało być zdobycie zbudowanego wewnątrz pasma wzgórz Ali al-Taher kompleksu dowodzenia dywizji Badr Hezbollahu. Pomimo nalotów z powietrza i intensywnych, ponawianych szturmów sił pancernych Cahalowi nie udało się zająć twierdzy. Raz za razem siły izraelskie wkraczały w „strefy śmierci” zorganizowane przez Hezbollah, ponosząc dotkliwe straty.

Pomimo powtarzanych przez prasę izraelską doniesień o sukcesach, uwięzieniu w tunelach dziesiątek, a niekiedy setek członków Hezbollahu czy Irańczyków z IRGC, nic nie wskazuje na to, że Izraelczycy przełamali obronę przed wycofaniem się z położonej u podnóża wzgórz wioski Tibnit, w której gromadzili siły przed kolejnymi atakami na Ali al-Taher.

W reakcji na wydarzenia w Szwajcarii w Libanie weszło w życie zawieszenie broni. Izraelczycy zobowiązali się wycofać z kilku miejsc jako „gest dobrej woli” wobec Bejrutu. Równocześnie Cahal zaprosił dziennikarzy izraelskich i zaprezentował tunele Hezbollahu zdobyte w rejonie wioski Majdal Zoun w zachodnim sektorze południowego Libanu. Dramatyczne opowieści z tuneli głęboko we wnętrzach gór i zdjęcia zalegających w nich części dronów świetnie wpiszą się w oczekiwania Izraelczyków przekonanych, że wojna jest jedynym sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie.

Liban niekiedy określany jest mianem „przycisku” pozwalającego „wysadzić w powietrze” proces negocjacyjny. W razie niepowodzeń w rozmowach będą mogli użyć go Irańczycy, uruchamiając Hezbollah, czy Amerykanie za pośrednictwem Izraela. Obecnie Waszyngtonowi i Teheranowi zależy na rozmowach, a więc na wygaszeniu walk, a największym wyzwaniem jest powstrzymanie Beniamina Netanjahu. Bibi lawiruje między presją Białego Domu a politykami własnej koalicji i opozycji, którzy zgodnie obarczają go odpowiedzialnością za fiasko w wojnie z Iranem i podkreślają, że wystarczy pozwolić Cahalowi na użycie większej ilości sił, aby pokonać Hezbollah, nawet wbrew interesom Stanów Zjednoczonych.

dnbw.substack.com

niedziela, 21 czerwca 2026



— Redaktor Stanowski rozgryzł, jak działają social media. Cały czas się uczył, czego oczekują ludzie i jak działają algorytmy. Kiedy powstawał Kanał Sportowy, wiedział już, jak robić nowoczesne media — mówi Wojtek Kardyś, specjalista ds. PR i mediów społecznościowych.

Stanowski wziął do spółki trzech znanych komentatorów: Michała Pola, Mateusza Borka i Tomasza Smokowskiego. — Stano zrozumiał, że można zarabiać pieniądze na tym, że ludziom powie się to, co chcą usłyszeć. A jest na tyle cyniczny i sprytny, że wie, jakie poglądy mają ci, którzy go oglądają. I się do tego dopasowuje, a nawet wyprzedza oczekiwania, bo ma ten niesamowity zmysł do zarabiania kasy — mówi znany dziennikarz.

W Kanale Stanowski prowadził m.in. program "Hejt Park", do którego zapraszał znane osoby. Z poetą i publicystą "Krytyki Politycznej" Jasiem Kapelą pokłócił się o opłatę reprograficzną, a boksera i zawodnika MMA Marcina Najmana prowokował tak, że tamten oblał go w końcu wodą.

Jesienią 2023 r. poinformował, że odchodzi. — Pokłócił się o kasę ze wspólnikami, ale też o to, że on chciał robić więcej, a im wystarczało to, co mieli, czyli kupę hajsu. Jemu cały czas było mało. Nie tylko pieniędzy, ale też poczucia, że może być jeszcze bardziej znany, mieć większy wpływ na kształtowanie rzeczywistości — tłumaczy znany dziennikarz.

Michał Pol i Tomasz Smokowski nie chcą dziś rozmawiać o przyczynach rozstania. Stanowski też nie. — Wzajemne uszczypliwości są nikomu niepotrzebne. Oni mają swój biznes, ja mam swój. Oni są zadowoleni, ja też — tłumaczy.

(...)

Kanał Zero szybko rośnie: od startu w lutym 2024 r. zgromadził 2,3 mln subskrybentów, a jego materiały mają już 2 mld wyświetleń. Rekordowym okresem była ubiegłoroczna kampania prezydencka, w której startował sam Stanowski. Twierdził, że chodzi mu o wykazanie niedoskonałości systemu wyborczego. W kampanii używał haseł "Vamos Polska" i #zerokonkretów. W pierwszej turze zdobył 1,24 proc. głosów.

— Od początku wiedziałem, że to jest pewnego rodzaju performance — mówi Rudzki.

— Potraktował kampanię jako formę darmowej promocji — dodaje dr Jacek Kotarbiński, ekspert ds. marketingu.

— Mówiono, że startuje, żeby promować Sławomira Mentzena. A on promował siebie. Snuto domysły, że założy partię polityczną, a on zrobił dokładnie tak, jak obiecał. I to jest to, czego młodym ludziom najbardziej brakuje. Oni nie widzą jego cynizmu. Widzą autentyczność i wiarygodność — mówi znany dziennikarz.

Większość odbiorców Kanału Zero to ludzie w wieku od 25 do 44 lat, 80 proc. stanowią mężczyźni.

Wojtek Kardyś uważa, że sukces Kanału Zero jest wypadkową tego, co się wydarzyło w mediach. — Kiedy dziennikarze stali się tubą propagandową tej czy innej opcji politycznej, Polacy to zauważyli. Dlatego czerpią newsy nie z telewizji ani z radia, ale z social mediów. Przekaz musi być mocny i kontrowersyjny — tłumaczy ekspert.

— Krzysiek nie jest dziś dziennikarzem, bardziej właścicielem wielkiego biznesu i influencerem. Ale wciąż jest w nim ta dziennikarska cząstka, dzięki której potrafi skonstruować dobry scenariusz programu i biznesu. I to jest jego przewaga — dodaje Przemysław Rudzki.

(...)

Pytam jeszcze, dlaczego uważał, że napiszę o nim paszkwil. — Wiem, że nie jestem lubiany przez wasze środowisko. Wiem, że gramy w dużą grę, rozpychamy się na rynku, podkupujemy ludzi z innych redakcji, podbieramy sponsorów. To musi, za przeproszeniem, wkur... I moja osoba też musi. To, że się nie kłaniam wielkim panom redaktorom sprzed lat, że potrafię im odpyskować albo wręcz ich ośmieszyć. I wiem, że lista ludzi, którzy życzą nam upadku, jest bardzo długa. Więc nie mów mi, że zwariowałem, bo wydaje mi się, że jestem w oblężonej twierdzy. Ja od lat w niej mieszkam — mówi.

— A jak się z tym czujesz? — pytam.

— Spoko. Mam fajne życie, interesujące. Robię w zasadzie to, co chcę, i dobrze się bawię — mówi. Dodaje, że nie jest żadnym demiurgiem, tylko banalnym gościem, dość nudnym i przewidywalnym. — Na pewno jestem cyniczny. Nie chodzi mi o postawę życiową, tylko o zabawę słowem, bo cynizm lubię wykorzystywać w sprzeczkach czy wojenkach. Natomiast generalnie postrzegam się jako empatyczny człowiek, co pewnie niedobrze dla twojego materiału, bo kto w to uwierzy? — znowu się uśmiecha.

onet.pl\Newsweek

sobota, 20 czerwca 2026



"Polski prezydent nareszcie odebrał Order Orła Białego sławiącemu nazistów degeneratowi z Kijowa. Myślę, że nie będzie to problemem dla szefa banderowców - będzie więcej miejsca na jego zielonej bluzie na hitlerowski Krzyż Żelazny" - napisał na X były prezydent Rosji, obecnie zastępca przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa, Dmitrij Miedwiediew. Polityk jest znany ze swoich propagandowych wypowiedzi.

"Polska w końcu odkrywa sympatyków nazistów na Ukrainie" - wtóruje mu Kiriłł Dmitijew, doradca Władimira Putina i jego specjalny wysłannik w rozmowach z USA o wojnie w Ukrainie.

Przypomnijmy, że w swojej propagandzie Kreml uzasadniał rozpoczęcie "specjalnej operacji wojskowej" w Ukrainie walką z nazistami, co było wielokrotnie wyśmiewane i podważane przez komentatorów, ekspertów oraz historyków. 

Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego po tym, jak Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych "Północ" Sił Operacji Specjalnych Ukrainy imię "Bohaterów UPA". - Ofiar naszych przodków nie wolno zdradzić milczeniem. To groby, o których nie wolno zapomnieć. To rany historii, które wymagają prawdy, pamięci i szacunku. My Polacy pamiętamy o swoich, nie porzucamy ich i zawsze się o nich upominamy - uzasadnił polski prezydent. 

(...)

Prezydenckie postanowienie musi jeszcze uzyskać kontrasygnatę premiera Donalda Tuska. Po ogłoszeniu decyzji Nawrockiego szef rządu ocenił, że narastający spór między Warszawą a Kijowem działa na korzyść Rosji i niepokoi sojuszników Polski.

Jak jednak przyznawał wcześniej, w jego ocenie decyzja Zełenskiego była błędna i niepotrzebnie wywołała emocje. Po rozmowie z ukraińskim prezydentem podkreślał jednak, że ten nie miał zamiaru obrazić Polaków ani zaszkodzić relacjom między oboma państwami.

"Polski premier Tusk staje w obronie sympatyków nazistów ujawnionych przez prezydenta Nawrockiego" - ocenił z kolei Kiriłł Dmitijew.

gazeta.pl

piątek, 19 czerwca 2026



Karol Nawrocki, podejmując decyzję o odebraniu prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego, ma rację moralną. Tyle tylko, że właśnie zrobił coś, co zamyka jakiekolwiek szanse na to, by Zełenski wycofał się ze swojej, obiektywnie oburzającej, decyzji o nadaniu jednej z jednostek ukraińskiej armii nazwy "Bohaterów UPA".

Sprowadzając owe szanse do zera, prezydent Nawrocki, zamiast uprawiać dyplomację, uprawia antydyplomację.

Można oczywiście powiedzieć, że strona ukraińska miała dostatecznie dużo czasu, żeby zmienić swoją decyzję. Problem polega na tym, że powiedzieć tak może tylko ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia o dyplomacji.

Dyplomacja nie polega bowiem na tym, że zmusza się partnera do czegoś i to jeszcze na oczach całego świata, tylko na tym, że doprowadza się do sytuacji, w której, wywierając czasem nawet brutalną (ale zawsze dyskretną) presję, tworzy się okoliczności, w których partner może udawać, że podjął pożądaną przez nas decyzję z własnej, nieprzymuszonej woli.

Prezydent Nawrocki, publicznie grożąc Zełenskiemu odebraniem Orderu Orła Białego, zrobił coś dokładnie przeciwnego.

Gdy już to zrobił, powinien czekać, by dać czas dyplomacji. Jej świętą zasadą jest bowiem to, że nikt nie może w niej tracić twarzy. Oczekiwanie, że Zełenski wycofa się ze swojej decyzji w ciągu kilkunastu dni po publicznie wyrażonej groźbie odebrania Orderu Orła Białego, było — dyplomatycznie rzecz ujmując — niezbyt mądre. To kolejny dowód tego, że prezydent i jego doradcy uprawiają antydyplomację.

Decyzję Karola Nawrockiego może jeszcze oczywiście zatrzymać Donald Tusk. Problem polega na tym, że z powodów wewnętrznych zrobić tego w zasadzie nie może.

(...)

Kwestią, która wymaga wyjaśnienia, jest to, jakie racje kierowały prezydentem. Istnieją dwa wytłumaczenia. 

(...)

Moralne zwycięstwo to, dodajmy, niezwykle oryginalny polski wkład w historię światowej dyplomacji.

Światowa dyplomacja albo przynajmniej dyplomacja uprawiana przez poważne państwa to sztuka, w której sukces jest sukcesem, a porażki nikt sobie nie lukruje opowieściami, że może i nic mu nie wyszło, ale miał rację. Moralne zwycięstwo, dawanie świadectw i na końcu Gloria victis, czyli Chwała zwyciężonym, to coś, czym pocieszają się narody, które, czy to z racji swojej głupoty, czy też z uwagi na głupotę swoich przywódców, po prostu wygrywać nie potrafią. Moralne zwycięstwa to domena narodów drugiej ligi.

onet.pl