*(w odpowiedzi na list z 25.05.2026 r.)*
Dziękuję za raport!
Co do rezultatów „Uderzenia odwetu” również trudno mi się zorientować, ale — sądząc po zbieżności szeregu doniesień — one jednak są. Jednakże (i zupełnie słusznie Pan na to wskazał), nawet najpoważniejsze z rzeczywiście osiągniętych rezultatów „nie można uznać” za jakikolwiek naprawdę ciężki cios dla wroga, a — biorąc pod uwagę „pojedynczy, niesystemowy” charakter uderzenia — nie mogą wywrzeć prawie żadnego wpływu na przebieg działań wojennych.
Aby zakończyć tę wojnę, należy zadać tzw. „ukrainie” decydującą klęskę militarną, a nie „mścić się” na niej za jakiekolwiek ataki na ludność cywilną na terytorium FR. Z kolei, by zadać klęskę, potrzebna jest strategia i odpowiadające tej strategii działania, które jak nie były realizowane przez 4 lata („z okładem”), tak i do dziś nie są realizowane.
Pojedyncze uderzenia nie rozwiążą zadania „skłonienia »ukrainy« do pokoju” po prostu dlatego, że są niewystarczające, a także dlatego, że „ukraina” (w osobach jej narodowych zdrajców w kierownictwie) na żaden pokój nie pójdzie, o ile nie zostanie całkowicie rozgromiona.
No i cele wybrane do uderzenia są nie do końca zrozumiałe: ZNÓW nie podjęto nawet próby zniszczenia tego, co najważniejsze — szlaków komunikacyjnych wroga, którymi otrzymuje z państw NATO wszystko, co niezbędne do kontynuowania działań wojennych i dzięki którym manewruje własnymi siłami i środkami. Żaden most podczas ataku znowu nie ucierpiał.
A zniszczenie nawet wszystkich bez wyjątku zakładów zbrojeniowych (czego nie da się osiągnąć pojedynczymi uderzeniami „w ogóle, w żadnym wypadku”) nie wpłynie zbytnio na kontynuację wojny choćby dlatego, że ¾ uzbrojenia i wyposażenia dla Sił Zbrojnych Ukrainy produkuje się poza granicami „ukrainy” i w razie potrzeby — będą tam produkować (i już się do tego przygotowują!) całe 100% niezbędnej produkcji wojskowej.
Oznacza to, że mamy już „do znudzenia” oklepaną sytuację, gdy uderzenia mają na celu usunięcie skutków, a nie przyczyn, a co gorsza — są niewystarczające nawet do zlikwidowania tych pierwszych. Gdyby takie uderzenia miały charakter systemowej i ciągłej „ofensywy powietrznej”, prawdopodobnie dałyby niezłe rezultaty (nie od razu, ale z czasem). A na razie to „kolejne strzelenie z bata, które nie straszy już tygrysa, który zasmakował krwi”.
Przechodzę do tradycyjnego komentarza do nadesłanych wiadomości:
* **„Kazachstan — spadkobiercą Złotej Ordy”**. — Bzdura z każdego punktu widzenia.
1. Kazachstanem nie rządzi chan z rodu Czyngis-chana (czyli z punktu widzenia tamtej dawnej „Ordy” w ogóle nie jest to państwo, a nie wiadomo co, a jeśli państwo, to nienależące do Ordy).
2. We współczesnym Kazachstanie (na jego terytorium) nie ma ani jednego dużego „ordyńskiego” ośrodka miejskiego. — Stolica Wielkiej Ordy / Ułusu Dżocziego / „Złotej Ordy” — Saraj (doszczętnie zniszczony przez Timura) — znajdowała się w obwodzie astrachańskim, a Buchara, Chiwa, Samarkanda — gdzie niegdyś mieściły się stolice/siedziby chanów z rodu Czyngis-chana — znajdują się obecnie znowu w innych państwach.
3. Za czasów chanów „Złotej Ordy” (nazwa nadana jej przez rosyjskich historyków w XIX wieku) kazachskie żuzy (związki plemienne) były wasalami Ordy, dostarczającymi jej konie, bydło i lekką kawalerię dla wojska. I nic więcej. Miały dość niski status i po rozpadzie Wielkiej Ordy (koniec XV wieku) na szereg chanatów, w ogóle pozostały bez „regularnej państwowości”. Ani rosyjska, ani azjatycka historia z XVI-XVIII wieku nie zna w ogóle żadnych „chanatów kazachskich” (i ich chanów), chociaż wodzowie plemienni i wodzowie związków plemiennych oczywiście istnieli. Nie było jednak żadnych atrybutów „klasycznej państwowości” — ani aparatu państwowego, ani kodeksu praw, ani własnej monety itd. (nie wspominając o piśmiennictwie). Koczownicze pasterstwo i najazdy na sąsiadów — żadnej innej działalności gospodarczej (no i jeszcze rzemiosła z tym związane). Ale zgadzam się — do tworzenia „mitologii państwowej” nadaje się to w sam raz.
/Chanat Kazachski (kaz. قازاق حاندىعى, Қазақ хандығы; Qazaq Chandyğy) – państwo kazachskie istniejące w latach 1465–1847; chanat. W wyniku powstania z lat 1456–1465 Kazachowie wyzwolili się spod władzy Chanatu Uzbeckiego, tworząc tym samym własne państwo, pierwotnie na terenach na południe od jeziora Bałchasz. Chanat Kazachski mógł uchodzić za panowania chanów Qasyma Žanibekŭlego, Aqnazara Qasymŭlego i Esıma Šyğajŭlego – także za sprawą podporządkowania kolejnych plemion i ziem – za najsilniejszy organizm państwowy w Azji Centralnej. Następnie został osłabiony w II połowie XVII i I połowie XVIII wieku w wyniku wojen z Dżungarami. (...) Tendencje separatystyczne nie sprzyjały sile państwa Kazachów. Brak jedności politycznej skutkował, szczególnie w XVIII wieku, funkcjonowaniem wielu chanatów kazachskich. Ich byt polityczny został następnie zakończony w pierwszej połowie XIX wieku drugą fazą kolonizacji rosyjskiej, kiedy zdecydowano się na likwidację lennej zależności chanów i wprowadzenie systemu bezpośredniego administrowania obszarami Kazachstanu. Najdłużej zarządzanym przez chanów państwem kazachskim była, podległa administracyjnie władzom rosyjskim w Orenburgu, Orda Bukejska. Uległa ona likwidacji dopiero w 1845 roku, po śmierci chana Žängıra Bökejŭlego. W historiografii kazachskiej koniec istnienia chanatów wiąże się z upadkiem powstania antyrosyjskiego kierowanego przez koronowanego na chana Kenesarego Qasymŭlego (1847). - pl.wikipedia.org/
Jeśli dobrze zrozumiałem, nasza delegacja wróciła do domu z mniej więcej takimi samymi rezultatami jak delegacja USA — czyli „odchodząc z kwitkiem” (przynajmniej w tych kwestiach, które są dla nas naprawdę bardzo ważne). Co zaś się tyczy rozważań o „trollingu z »Jeziorem Łabędzim«”, nie jestem skłonny rozpatrywać programu koncertu z „konspirologicznego” punktu widzenia. — Mało prawdopodobne, by Chinom opłacało się teraz w jakikolwiek sposób „poniżać” kierownictwo Rosji. Samo w sobie „Jezioro Łabędzie” to wielkie dzieło rosyjskiej kultury i sztuki — ta właśnie „rosyjska klasyka”, którą ceni cały świat. Zresztą — nie upieram się przy swoim zdaniu — z racji „głębokiej nieznajomości” chińskiej kultury i tradycji.
* **Odnośnie „zawodzeń Olega Cariowa z usprawiedliwianiem tego, czego i tak nie będzie”** (tzn. usprawiedliwiania niekorzystnego dla Rosji „kompromisowego pokoju” z tzw. „ukrainą”). — Jestem prawie pewien, że pan Cariow doskonale zdaje sobie sprawę z niemożliwości jakiegokolwiek „kompromisu”, ale jego przyjaciele-kuratorzy z Administracji Prezydenta („AP-eszeczki”) wymagają tekstów właśnie tego rodzaju. I Oleg, jak zawsze, „ściśle waha się wraz z linią partii”, nawet rozumiejąc, jak bardzo jest ona szalona i absurdalna. Tylko czy pan Cariow jest pewien, że w wyniku swojej „hiperlojalności” zachowa choć trochę z dawnego majątku — na przykład sanatorium w Jałcie czy swój dom w pobliżu? W 2014 roku Oleg zdyscyplinowanie wykonał polecenie Surkowa i „zmył się” z Doniecka akurat w przeddzień wyjścia pospolitego ruszenia ze Słowiańska (do Doniecka, o którego oddaniu pospieszny wyjazd Cariowa jakby „niedwuznacznie przypominał”). Może warto zastanowić się nad możliwością jednak „postawienia na swoim”? Albo „swojego” już w ogóle nie ma (i nie było)? Sądząc po tekście — niestety, tak właśnie jest...
* **W odniesieniu do wystąpienia szefa Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego, Maksima Reszetnikowa** (cytat: „...inne kraje wykazują duże zainteresowanie rosyjskimi opracowaniami...” — dalej w tekście): Wenezuela już dawno powiadomiła FR, że „wasze pieniądze przepadły”, ale najwyraźniej stamtąd do biura Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego „magiczny biały proszek” dociera nadal regularnie...
* **Co do sytuacji na froncie: „stoimy galopem”.** Zmiany w licznych „bitwach o leśniczówki” są tak nieznaczne, że nie chcę po raz kolejny „pluć żółcią” przy okazji stwierdzania faktu: o żadnej „zwycięskiej strategii” w wykonaniu naszego kierownictwa wojskowo-politycznego i wojskowego — nie ma co nawet marzyć.
* **Odnośnie nalotów wroga na trasę Taganrog — Melitopol — Dżankoj** (główna lądowa linia zaopatrzenia zarówno frontu, jak i tyłów w obwodach chersońskim, zaporoskim oraz na Krymie): o rezultatach działań wrogich „Szerszeni” na tej trasie napisało mi już co najmniej dwóch korespondentów. Nie ma wątpliwości — naloty będą tylko przybierać na sile, a przeciwnik dołoży wszelkich starań, by uczynić tę trasę zbyt niebezpieczną dla normalnego ruchu zarówno transportu wojskowego, jak i cywilnego. Środki zaradcze? — Skoro o „stopie naszego piechura w bazach wroga” nie ma już mowy (oddanie Chersonia przez Surowikina „odbija się czkawką” pod tym względem aż nadto odczuwalnie) — to tylko więcej i więcej mobilnych grup obrony przeciwlotniczej, a także stale patrolujących powietrze dronów-myśliwców. A jeśli i tego nie ma (lub jest ich za mało)? — Wtedy... wtedy „trza pocierpieć” (i/lub „odnieść się ze zrozumieniem”) — niczego innego zaproponować nie potrafię.
* **Osobne pozdrowienia ode mnie dla „Filozofodugina”, który zaleca „wydzielać internet w porcjach”.** — Tak i widzę Aleksandra Gielewicza „z brodą, w białym fartuchu i przy wózeczku”, z którego będzie osobiście sprzedawał „porcjowany” internet przy głównym wejściu na WDNCh. Razem z lodami i napojami chłodzącymi. Lody i wodę gazowaną — można dostać „po prostu tak”, ale internet — tylko pełnoletnim po okazaniu paszportu i zaświadczenia od komitetu domowego Szwondera „o dobrym sprawowaniu”. Z pieczątką.
Z wyrazami szacunku i wdzięczności, I.W. Girkin
27.05.26
*(List do współpracownika Aleksandra Getmanowa)*
x.com/AryoSomeGumul