sobota, 27 czerwca 2026



To nie on stworzył czekistowski reżim, który rządzi współczesną Rosją. Był natomiast jego najbardziej udanym produktem i najwygodniejszym narzędziem. Niewyróżniający się oficer KGB, który nigdy nie awansował wyżej niż do stopnia podpułkownika, był po prostu typowym funkcjonariuszem średniego szczebla. Dorastał na jednym z leningradzkich podwórek, w świecie drobnych przestępców, bójek i nieustannego poniżania słabszych.

To właśnie takie doświadczenia dały mu coś, czego brakowało bardziej wyrafinowanym elitom rosyjskich służb specjalnych lat dziewięćdziesiątych — instynktowne wyczucie najciemniejszych zakamarków sowieckiej mentalności, umiejętność odwoływania się do poczucia krzywdy, frustracji i imperialnej nostalgii, które wciąż są silnie obecne w rosyjskim społeczeństwie.

Jego polityczni opiekunowie potrafili wykorzystać ten dar. Nie byli jednak w stanie przewidzieć drugiej cechy, która okazała się równie cenna.

Przez ponad dwadzieścia lat Putin rozgrywał zachodnich przywódców niczym dobrze znane postacie ze swojego dzieciństwa — bogatych, pewnych siebie chłopców z dobrych domów, przekonanych, że są sprytniejsi od ulicznego łobuziaka. Cierpliwie nimi manipulował, czekał, aż sami odejdą ze sceny politycznej, i ostatecznie przeżył ich wszystkich. To właśnie ta umiejętność uczyniła go niezwykle wartościowym dla systemu.

(...)

W ostatnich miesiącach wyraźnie zmienił się ton rosyjskich blogerów wojennych określanych symbolem "Z", a także korespondentów frontowych publikujących w serwisie Telegram i śledzonych przez setki tysięcy odbiorców. Coraz rzadziej wychwalają oni Najwyższego Głównodowodzącego. Zamiast tego coraz częściej atakują anonimowe "władze", zarzucając im niezdecydowanie i tchórzostwo. Domagają się uderzeń na "ośrodki podejmowania decyzji" w Europie, a podczas swoich programów i transmisji odczytują długie listy potencjalnych celów: węzły logistyczne w Polsce, zakłady zbrojeniowe w krajach skandynawskich czy centra dowodzenia w państwach bałtyckich.

Ten sposób myślenia przestał już być domeną internetowych propagandystów. Powtarzają go również osoby uchodzące za przedstawicieli bardziej "poważnych" kręgów rosyjskiej elity. Siergiej Karaganow, jeden z czołowych ideologów Kremla, pisał spokojnym tonem o potrzebie przeprowadzenia "ograniczonych uderzeń nuklearnych" na Europę, które miałyby złamać wolę Zachodu. Z kolei Władimir Sołowjow niemal co wieczór wymienia w swoim programie europejskie stolice, opowiadając o ich zniszczeniu i starciu z mapy.

Do rosyjskiej opinii publicznej trafiają jednocześnie dwa przekazy.

Po pierwsze: prawdziwych wrogów należy zaatakować bez wahania.

Po drugie: ktoś na szczytach władzy jest zbyt słaby, by wydać taki rozkaz.

Pierwszy scenariusz zakłada, że Putin ulegnie naciskom własnego propagandowego chóru i rzeczywiście nakaże przeprowadzenie uderzeń na logistykę lub infrastrukturę wojskową NATO. Poważny atak tego rodzaju wystawiłby na próbę artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, mógłby podzielić zachodnie stolice i prawdopodobnie spowolnić dostawy uzbrojenia dla Kijowa. Putin doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Równie dobrze wie jednak, co nastąpi później — otwarta wojna z NATO i bardzo szybki koniec jego politycznej, a być może również osobistej przyszłości. Nie jest samobójcą. Tego przycisku nie naciśnie.

Znacznie bardziej prawdopodobny jest drugi wariant. W nim sama korporacja czekistów odpowiada sobie na pytanie, które coraz wyraźniej zawisa w powietrzu. Tej wojny nie da się wygrać z obecnym przywódcą.

onet.pl\Kyiv Post