Jeśli europejskie państwo opiekuńcze przypomina piramidę finansową, jego faraonami są baby boomersi. Pokolenie urodzone między 1945 r. a 1964 r., dziś mające mniej więcej 60–80 lat, chciałoby przejść do historii jako pierwsze od stuleci pokolenie, które nie rozpętało wojny na kontynencie.
Socjologowie z pewnością doceniają lata 60. XX w. jako okres, w którym ludzie próbowali zastąpić szowinizm rock’n’rollem. Ekonomiści jednak będą mniej przychylni w swojej ocenie. Baby boomersi przyznali sobie hojne emerytury, opierając się na trendach demograficznych, które już dawno zanikły. To sprawiło, że Europa pogrążyła się w letargu. Dzisiejsi dziadkowie odziedziczyli kontynent odbudowujący się po wojnie. Przekażą go w ręce kolejnych pokoleń w stanie wymagającym naprawy — po szkodach, do których sami się przyczynili.
Najbardziej wymiernym łupem w tym międzypokoleniowym rabunku są mieszkania. Baby boomersi kupowali je za grosze. Dziś są warte fortunę. Owszem, musieli wtedy zaciągać kredyty na horrendalny procent — ale potem zyskali na nieustannie rosnących cenach nieruchomości, gdy kredyty były już dawno spłacone. Nawet po uwzględnieniu inflacji ceny mieszkań w Europie wzrosły w ciągu dekady o jedną czwartą, a czynsze rosną szybciej niż dochody.
Efekt? Baby boomersi mogą się czuć finansowymi geniuszami, choć po prostu mieli szczęście. Dzisiaj ludzie młodzi są w praktyce wykluczeni z rynku mieszkaniowego. Odsetek Europejczyków będących grubo po trzydziestce i wciąż mieszkających z rodzicami (zapewne nie całkiem z własnej woli, nawet jeśli doceniają kuchnię mam) stale rośnie. Jeśli chodzi o osoby urodzonych w latach 80. XX w., niemal jedna czwarta z nich po ukończeniu 30 lat mieszkała w domu rodzinnym — to półtora raza więcej niż w przypadku osób urodzonych dwie dekady wcześniej. Własne mieszkanie było kiedyś drogą do finansowej niezależności. Dziś większą szansę daje spadek — o ile w ogóle się go doczeka.
onet.pl\The Economist