poniedziałek, 8 czerwca 2026



Partia Pracy Starmera z radością obserwowała, jak konserwatyści pogrążają się w chaosie, wystawiając czterech premierów w ciągu ośmiu lat. Jednak te same podziały frakcyjne i rozgoryczenie wyborców, które nękały torysów, pochłaniają teraz Starmera. Te żarty o tym, że premier Liz Truss nie przetrwa [na stanowisku] dłużej niż główka sałaty, nie będą wydawały się tak zabawne, jeśli następny potencjalny lokator przy Downing Street 10, Burnham, przegra w tym miesiącu wybory uzupełniające, a Partia Pracy wróci do punktu wyjścia.

Dziesięć lat po tym, jak Wielka Brytania zagłosowała za opuszczeniem Unii Europejskiej, kraj pozostaje tak samo niezadowolony i podzielony. Każdy długoletni obserwator brytyjskiej polityki może wyrecytować powody, tak jak wielu to robiło, gdy byłem tam w zeszłym miesiącu: brak realnego wzrostu gospodarczego, stagnacja płac oraz zawirowania spowodowane kolejnymi falami covidu, wojnami w Ukrainie, a teraz w Iranie.

Do tego dochodzą bardziej delikatne, ale niezaprzeczalne podziały kulturowe dotyczące imigracji i tożsamości, które podsyciły populistyczną reakcję. Brexit nie tylko nie uczynił Wielkiej Brytanii znów wielką, ale tylko pogłębił cynizm społeczny. Gospodarka nie odżyła. I choć odłączenie się od kontynentu mogło utrudnić migrację polskiemu hydraulikowi, nie powstrzymało to napływu muzułmanów o innym kolorze skóry, których przybycie zradykalizowało środkową Anglię.

Wystarczy spojrzeć na reakcję prawicy w dekadzie brexitu: od Borisa Johnsona przez Nigela Farage'a po, obecnie, Ruperta Lowe'a i jego partię Restore (Przywrócenia), która uważa, że partia Reform Farage'a jest zbyt łagodna w kwestii imigracji. Nie wspominając już o Robinsonie i jego oddziałach szturmowych, którzy machają flagami Union Jack i św. Jerzego równie subtelnie, jak niegdyś amerykańscy segregacjoniści podnosili sztandar Konfederacji. Można wyśmiewać Lowe'a i Robinsona jako reprezentantów skrajnej prawicy, ale najbogatszy człowiek świata, Elon Musk, nie lekceważy tej dwójki — pomaga ją finansować.

Ten gwałtowny zwrot w prawo, od podupadłej elegancji absolwentów Eton do bigoterii chuliganów piłkarskich, wywrócił Partię Konserwatywną do góry nogami, co zostało dobrze udokumentowane. Jednak zeszłomiesięczne wybory lokalne w Wielkiej Brytanii pokazały, jak Partia Pracy również znajduje się w oblężeniu ze strony rozgoryczonego elektoratu: poniosła straty na swoim tradycyjnym zapleczu robotniczym na rzecz partii Reform Farage'a, została podgryziona w centrum przez Liberalnych Demokratów i osłabiona na lewicy przez Zielonych.

Nie ma chyba lepszego dowodu na głębsze problemy strukturalne niż upadek Starmera, niecałe dwa lata po powrocie jego partii do władzy. Brakuje mu charyzmy i wizji, ale jest postacią tak nieszkodliwą i flegmatyczną, jak to tylko możliwe. Stał się jednak uosobieniem nieudolnego rządu, budzącą taką falę drwin i pogardy, że trudno mi było to pojąć, dopóki pewien bystry student politologii nie wyjaśnił mi tego wprost: to algorytmy, głupcze.

Kultura smartfonowa, którą były senator USA Lamar Alexander nazywa "cyfrową demokracją", przyspieszyła i zbrutalizowała politykę, wypaczając kulturę motywacji dla wybranych urzędników i prasy próbującej nadążyć za zmianami, jednocześnie pchając zwykłych wyborców głębiej w izolację.

onet.pl\Politico