Pakistańscy i katarscy mediatorzy określili wyniki trwającej 18 godzin, pierwszej rundy rozmów między Amerykanami i Irańczykami w szwajcarskim kurorcie Bürgenstock jako „zachęcający postęp”. Sam fakt spotkania na wysokim szczeblu i przejścia od ogólnego porozumienia o zawieszeniu broni do rozmów o jego uszczegółowieniu, nawet na poziomie technicznym, jest istotnym wydarzeniem. Stany Zjednoczone reprezentowali wiceprezydent JD Vance, wysłannik prezydenta Steve Witkoff i „pierwszy zięć” Jared Kushner. Na czele delegacji irańskiej stali przewodniczący parlamentu Mohammad Ghalibaf i szef dyplomacji Abbas Araqchi.
Trudno było się spodziewać, aby negocjacje następujące nie tylko po bardzo intensywnej wojnie, ale także dekadach wrogości były łatwe. Negocjatorzy, premierzy Pakistanu i Kataru, będą mieli sporą szansę na Pokojową Nagrodę Nobla, jeśli przezwyciężą brak zaufania i doprowadzą do możliwego do zrealizowania porozumienia. Każde, nawet symboliczne ustępstwo Republiki Islamskiej ma swoją cenę i będzie musiało zostać wynegocjowane. Stąd brak zgody reprezentantów Republiki Islamskiej na wspólne zdjęcie z Amerykanami i niezadowolone miny, gdy nawet przypadkiem znajdowali się w jednym kadrze z przedstawicielami Waszyngtonu. Na uściski dłoni jest tym bardziej jeszcze za wcześnie.
Podczas pierwszej rundy negocjacji nie zabrakło też negocjacyjnego teatru na użytek wewnętrzny i zewnętrzny. JD Vance podkreślał historyczne znaczenie rozmów i wielki sukces administracji Trumpa, bo w końcu to Waszyngton ogłosił sukces w wojnie, który ma pozwolić wykaraskać się z kłopotliwej porażki. Stąd optymizm i uśmiechy czy źle przyjmowane przez Irańczyków pohukiwania Trumpa. Irańczycy się nie uśmiechali, mimo tego, że zwycięsko wychodzą z przegranej wojny. Negocjatorzy i decydenci w Teheranie muszą być nie tylko ostrożni, ale także powściągliwi, żeby nie pokazać, iż dostrzegają ogromną, zapisaną we wstępnym porozumieniu szansę dla Republiki Islamskiej.
(...)
Największą przeszkodą utrudniającą rozpoczęcie rozmów w Szwajcarii była sytuacja w Libanie. W obliczu porażki strategicznej wyraźnie wynikającej z porozumienia między Waszyngtonem a Teheranem, Beniamin Netanjahu ignorował Waszyngton tak długo, jak było to możliwe, i spróbował osiągnąć co najmniej sukces operacyjny. Takim zwycięstwem miało być zdobycie zbudowanego wewnątrz pasma wzgórz Ali al-Taher kompleksu dowodzenia dywizji Badr Hezbollahu. Pomimo nalotów z powietrza i intensywnych, ponawianych szturmów sił pancernych Cahalowi nie udało się zająć twierdzy. Raz za razem siły izraelskie wkraczały w „strefy śmierci” zorganizowane przez Hezbollah, ponosząc dotkliwe straty.
Pomimo powtarzanych przez prasę izraelską doniesień o sukcesach, uwięzieniu w tunelach dziesiątek, a niekiedy setek członków Hezbollahu czy Irańczyków z IRGC, nic nie wskazuje na to, że Izraelczycy przełamali obronę przed wycofaniem się z położonej u podnóża wzgórz wioski Tibnit, w której gromadzili siły przed kolejnymi atakami na Ali al-Taher.
W reakcji na wydarzenia w Szwajcarii w Libanie weszło w życie zawieszenie broni. Izraelczycy zobowiązali się wycofać z kilku miejsc jako „gest dobrej woli” wobec Bejrutu. Równocześnie Cahal zaprosił dziennikarzy izraelskich i zaprezentował tunele Hezbollahu zdobyte w rejonie wioski Majdal Zoun w zachodnim sektorze południowego Libanu. Dramatyczne opowieści z tuneli głęboko we wnętrzach gór i zdjęcia zalegających w nich części dronów świetnie wpiszą się w oczekiwania Izraelczyków przekonanych, że wojna jest jedynym sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie.
Liban niekiedy określany jest mianem „przycisku” pozwalającego „wysadzić w powietrze” proces negocjacyjny. W razie niepowodzeń w rozmowach będą mogli użyć go Irańczycy, uruchamiając Hezbollah, czy Amerykanie za pośrednictwem Izraela. Obecnie Waszyngtonowi i Teheranowi zależy na rozmowach, a więc na wygaszeniu walk, a największym wyzwaniem jest powstrzymanie Beniamina Netanjahu. Bibi lawiruje między presją Białego Domu a politykami własnej koalicji i opozycji, którzy zgodnie obarczają go odpowiedzialnością za fiasko w wojnie z Iranem i podkreślają, że wystarczy pozwolić Cahalowi na użycie większej ilości sił, aby pokonać Hezbollah, nawet wbrew interesom Stanów Zjednoczonych.
dnbw.substack.com
Trudno było się spodziewać, aby negocjacje następujące nie tylko po bardzo intensywnej wojnie, ale także dekadach wrogości były łatwe. Negocjatorzy, premierzy Pakistanu i Kataru, będą mieli sporą szansę na Pokojową Nagrodę Nobla, jeśli przezwyciężą brak zaufania i doprowadzą do możliwego do zrealizowania porozumienia. Każde, nawet symboliczne ustępstwo Republiki Islamskiej ma swoją cenę i będzie musiało zostać wynegocjowane. Stąd brak zgody reprezentantów Republiki Islamskiej na wspólne zdjęcie z Amerykanami i niezadowolone miny, gdy nawet przypadkiem znajdowali się w jednym kadrze z przedstawicielami Waszyngtonu. Na uściski dłoni jest tym bardziej jeszcze za wcześnie.
Podczas pierwszej rundy negocjacji nie zabrakło też negocjacyjnego teatru na użytek wewnętrzny i zewnętrzny. JD Vance podkreślał historyczne znaczenie rozmów i wielki sukces administracji Trumpa, bo w końcu to Waszyngton ogłosił sukces w wojnie, który ma pozwolić wykaraskać się z kłopotliwej porażki. Stąd optymizm i uśmiechy czy źle przyjmowane przez Irańczyków pohukiwania Trumpa. Irańczycy się nie uśmiechali, mimo tego, że zwycięsko wychodzą z przegranej wojny. Negocjatorzy i decydenci w Teheranie muszą być nie tylko ostrożni, ale także powściągliwi, żeby nie pokazać, iż dostrzegają ogromną, zapisaną we wstępnym porozumieniu szansę dla Republiki Islamskiej.
(...)
Największą przeszkodą utrudniającą rozpoczęcie rozmów w Szwajcarii była sytuacja w Libanie. W obliczu porażki strategicznej wyraźnie wynikającej z porozumienia między Waszyngtonem a Teheranem, Beniamin Netanjahu ignorował Waszyngton tak długo, jak było to możliwe, i spróbował osiągnąć co najmniej sukces operacyjny. Takim zwycięstwem miało być zdobycie zbudowanego wewnątrz pasma wzgórz Ali al-Taher kompleksu dowodzenia dywizji Badr Hezbollahu. Pomimo nalotów z powietrza i intensywnych, ponawianych szturmów sił pancernych Cahalowi nie udało się zająć twierdzy. Raz za razem siły izraelskie wkraczały w „strefy śmierci” zorganizowane przez Hezbollah, ponosząc dotkliwe straty.
Pomimo powtarzanych przez prasę izraelską doniesień o sukcesach, uwięzieniu w tunelach dziesiątek, a niekiedy setek członków Hezbollahu czy Irańczyków z IRGC, nic nie wskazuje na to, że Izraelczycy przełamali obronę przed wycofaniem się z położonej u podnóża wzgórz wioski Tibnit, w której gromadzili siły przed kolejnymi atakami na Ali al-Taher.
W reakcji na wydarzenia w Szwajcarii w Libanie weszło w życie zawieszenie broni. Izraelczycy zobowiązali się wycofać z kilku miejsc jako „gest dobrej woli” wobec Bejrutu. Równocześnie Cahal zaprosił dziennikarzy izraelskich i zaprezentował tunele Hezbollahu zdobyte w rejonie wioski Majdal Zoun w zachodnim sektorze południowego Libanu. Dramatyczne opowieści z tuneli głęboko we wnętrzach gór i zdjęcia zalegających w nich części dronów świetnie wpiszą się w oczekiwania Izraelczyków przekonanych, że wojna jest jedynym sposobem zapewnienia sobie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie.
Liban niekiedy określany jest mianem „przycisku” pozwalającego „wysadzić w powietrze” proces negocjacyjny. W razie niepowodzeń w rozmowach będą mogli użyć go Irańczycy, uruchamiając Hezbollah, czy Amerykanie za pośrednictwem Izraela. Obecnie Waszyngtonowi i Teheranowi zależy na rozmowach, a więc na wygaszeniu walk, a największym wyzwaniem jest powstrzymanie Beniamina Netanjahu. Bibi lawiruje między presją Białego Domu a politykami własnej koalicji i opozycji, którzy zgodnie obarczają go odpowiedzialnością za fiasko w wojnie z Iranem i podkreślają, że wystarczy pozwolić Cahalowi na użycie większej ilości sił, aby pokonać Hezbollah, nawet wbrew interesom Stanów Zjednoczonych.
dnbw.substack.com