wtorek, 8 czerwca 2021


Analizując przedstawiony przez administrację Biden-Harris budżet widzimy, że kwestie związane z nauką i technologią oraz cyberbezpieczeństwem potraktowano bardzo poważnie, nadając im wysoki priorytet, co potwierdzają m.in. kwoty przewidziane na inwestycje w tych obszarach. Biały Dom chce z założenia za pomocą ogromnych środków zbudować „śmiercionośną, odporną, elastyczną i gotową na wyzwania siłę”, która zagwarantuje USA bezpieczeństwo oraz odbuduje, a następnie utrzyma dominująca pozycję Stanów Zjednoczonych w branży technologicznej.

Budżet podkreśla zaangażowanie Pentagonu w rozwijanie innowacyjnych rozwiązań, a także badanie i testowanie technologii, na co łącznie ma zostać przeznaczonych 112 mld USD. Jest to wzrost o 5% w odniesieniu do poprzedniego roku budżetowego. Patrząc bardziej szczegółowo, jedynie w obszarze badań i technologii (ang. Science and Technology – S&T) dla Departamentu Obrony przewidziano o 615 mln USD więcej niż w przypadku bieżącego roku finansowego (obecnie jest to 14,7 mld USD).

Taki stan rzeczy ma ogromne znaczenie, ponieważ finansowanie działań S&T w ramach Pentagonu, które skupiają się stricte na rozwoju zaawansowanych technologii wynosi 84% całej puli środków na ten cel. Amerykanie dzięki „wpompowaniu” ogromnych środków pieniężnych chcą zdynamizować inicjatywy w zakresie m.in. AI, co nie jest przypadkowe.

Waszyngton jest świadomy, że rozwój technologii o zaawansowanych możliwościach w bezpośredni sposób przekłada się na opracowywanie przełomowych rozwiązań. W budżecie wskazano na konkretne rozwiązania takie jak np. sztuczna inteligencja.  W związku z tym Prezydent USA Joe Biden przewiduje znaczące zwiększenie środków finansowych (ok. 50%) na pokrycie kosztów wysiłków podejmowanych przez Departament Obrony na rzecz rozwoju AI z 600 mln USD (obecnie) do 874 mln (rok budżetowy 2022).

Sztuczna inteligencja jest obecnie jednym z ważniejszych priorytetów Pentagonu. Innowacyjne rozwiązania bazujące na tej technologii są coraz szerzej i aktywniej testowane w warunkach nie tylko teoretycznych/laboratoryjnych, ale także praktycznym środowisku. Nad wykorzystaniem AI w realnych warunkach konfliktu pracuje m.in. DARPA oraz inne agencje i instytucje powiązane z siłami zbrojnymi.

Pentagon dzięki algorytmom chce wyprzedzić zdolności przeciwników i zapewnić sobie dominację w dziedzinie wojskowości. O tym, że to nie jest science-fiction pokazują m.in. testy przeprowadzone przez Siły Powietrzne USA nad Bałtykiem, gdzie algorytmy zostały użyte do przeprowadzenia uderzenia z powietrza w ramach tzw. „łańcucha zabijania”. Koncepcja ta ma wspierać pilotów myśliwców poprzez np. szybkie i precyzyjne namierzanie celów i kierowanie ostrzału. Środki z budżetu obronnego na 2022 rok służą właśnie tego typu inicjatywom – chodzi o budowanie nie tylko konwencjonalnej, teraźniejszej siły, ale także potęgi przyszłości, wyprzedzającej rozwiązania stosowane przez adwersarzy.

cyberdefence24.pl

W raporcie „Wirus społeczny”, który przygotował pan dla Warsaw Enterprise Institute, pojawia się takie zdanie: "współczesne społeczeństwa zaczynają odchodzić od tradycyjnych form mobilizacji społecznej, takiej jak ruchy społeczne, na rzecz gorących, eksplozywnych performansów społecznych, które przypominają religijne rytuały społeczeństw archaicznych”. Chce pan w naukowy sposób powiedzieć, że robimy się zwyczajnie prymitywni?

Współczesne społeczeństwa, które same sobie wydają się bardzo nowoczesne, zaczynają przypominać społeczeństwa prymitywne, dzikie – jak mówili antropologowie sto lat temu – gdzie ważnym elementem utrzymywania ładu są rytuały.

Pojęcie rytuału może mieć dużo znaczeń. O jakie konkretnie tutaj chodzi?

Rytuał jest lustrzanym odbiciem prawa. Łamie to, czego prawo zakazuje. Polega na przekroczeniu dotychczasowych tabu, hierarchii i granic między grupami, które prawo ustanawia. Może pan pomyśleć o średniowiecznym karnawale, w którym grupy się mieszają i wszystko dzieje się na opak. Nagle przestają obowiązywać normy, a na wierzch wychodzą ukryte dotąd seksualność, bluźnierstwo, rubaszność, kloaczność i przemoc. Współczesnymi odpowiednikami dawnych rytuałów są Black Lives Matter i Ogólnopolski Strajk Kobiet.

Takie rytuały mogą chyba odprawiać nie tylko grupy społeczne, ale również politycy? Może nawet głównie oni.

Kiedy ogarnia nas rytuał, nie wiemy już, co można, a czego nie, kto jest gdzie i kto jest kim. Paradoksalnie poprzez zwiększenie chaosu rytuał prowadzi do jedności. Dzieje się tak za sprawą mechanizmu kozła ofiarnego. Żeby nie nastąpiła implozja grupy i pochłonięcie nas przez wojnę wszystkich ze wszystkimi, zaczynamy poszukiwać winnego za konflikty i agresję. Kiedy wreszcie kozioł ofiarny zostaje usunięty, na chwilę odzyskujemy pokój. Politycy mogą myśleć, że nami dyrygują, ale w istocie raz uruchomiona przez nich przemoc w końcu ich dosięga. Są naszymi totemami, wokół których biegamy jak archaiczne ludy i które wielbimy. Wystarczy jednak, że trochę tylko odejdą od naszych oczekiwań, a wtedy następuje ich obalenie. Proszę zobaczyć, jak szybko Marta Lempart z bogini opozycji stała się jej głównym wrogiem. Każdy kapłan jest opóźnioną ofiarą, jest kapłanem tylko do czasu.

dziennik.pl

W proces wychowania młodzieży rosyjskiej wmieszać ośmieliła się marka Domestos (należy do holendersko-brytyjskiego Unilevera), ogłaszając konkurs na fotografię najpaskudniejszej, najbardziej odpychającej toalety w rosyjskich szkołach.

W castingu na najbardziej antysanitarny sanitariat bierze udział 130 pretendentów z różnych stron Federacji.

W głosowaniu internetowym prowadzi na razie liceum nr 44 z Czeboksar, gdzie sedes został wpuszczony tak głęboko, że deska klozetowa znajduje się na poziomie podłogi. Spore szanse mają toalety bez przegródek, gdzie w jednym otwartym pomieszczeniu załatwiać się może od razu sześciu uczniów. Są też takie, w których, co wyraźnie widać na zdjęciach publikowanych na specjalnej stronie Domestosu, nic nie poprawiano od 50-60 lat.

Nadsyłający fotografie rodzice piszą, że ich dzieci, kiedy już muszą iść za potrzebą, uciekają ze szkoły do domów, byle tylko nie oglądać tego horroru.

Domestos obiecuje, że na swój koszt wyremontuje tę szkolną toaletę, którą głosujący uznają za najbardziej odrażającą. Inni laureaci konkursu otrzymają spory zapas środków czyszczących.

Zabawa może się jednak skończyć źle dla fundatora. Pod Orenburgiem uczniowie próbowali wziąć sprawy w swoje ręce i na apel przynieśli transparenty z żądaniami przeprowadzenia remontu swojej szkoły, która w każdej chwili może się zawalić. Teraz są wzywani na policję, która grozi im karami za udział w „nielegalnym zgromadzeniu".

I Domestos za wrogą robotę może więc być z powodzeniem uznany za „agenta zagranicy" czy nawet organizację „ekstremistyczną".

Problem toalet, nie tylko szkolnych, jest w Rosji palący, by nie powiedzieć śmierdzący. Według oficjalnych danych państwowej służby statystycznej co czwarty obywatel kraju fundującego sobie podwójny militarny „Luwr" mieszka w domu niepodłączonym do kanalizacji. Niemal połowa mieszkańców wsi korzysta z latryn na podwórku.

wyborcza.pl

25-letni białoruski inżynier Tichon Osipow spanikował, kiedy zobaczył, jak oddziały specjalne wyciągają kierowców z samochodów. Próbował odjechać, przez przypadek potrącił wojskowych. Nikomu nic się nie stało, ale Osipow dostał 11 lat kolonii karnej.

17-letnią uczennicę skazano na półtora roku aresztu domowego, ponieważ złożyła skargę na milicjantów za pobicie. Z kolei 16-latek z epilepsją otrzymał 5,5 roku kolonii karnej, ponieważ miał przy sobie koktajl Mołotowa.

Prawnik Siarhiej Zikracki jeszcze niedawno bronił aktywistów i dziennikarzy.

- W absolutnej większości przypadków sąd przyznaje taki wyrok, jakiego żąda prokurator. Przy tym adwokaci nie mają możliwości bronić swoich klientów, ponieważ zeznania świadków oraz przedstawione dowody, po prostu nie są rozpatrywane przez sądy – opowiada.

W większości spraw świadkami oskarżenia są milicjanci, którzy występują w maskach i pod przybranymi nazwiskami. Nikt oprócz sądu nie może weryfikować ich tożsamości.

Najczęściej procesy odbywają się zdalnie, a oskarżeni zeznają na korytarzach aresztów. Zdarzają się sytuacje, kiedy na korytarzu odbywa się od razu kilka procesów. Wtedy jeden milicjant krąży między oskarżonymi i w każdym z tych procesów składa zeznania pod innymi nazwiskami – mówi Zikracki.

Kaganiec nałożono również na prawników, którzy teraz nie mają możliwości poufnej rozmowy z swoimi klientami. Za publiczne komentowanie toczących się spraw adwokat może stracić licencję. Tak było w przypadku samego Zikrackiego, który został zmuszony do zwolnienia współpracowników, zamknięcia kancelarii i emigracji na Litwę.

(...)

"Baćka" stracił kontakt z rzeczywistością? Nic z tych rzeczy. Choć propagowana przez reżim historia z niby-bombą podłożoną przez Hamas oraz poderwaniem uzbrojonego myśliwca, aby zmusić pasażerski samolot do lądowania w Mińsku, wygląda na czyste szaleństwo, jest przemyślaną strategią.

- Żeby zrozumieć, co się teraz dzieje na Białorusi, trzeba cofnąć się o co najmniej rok – opowiada Olga Salomatova z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

W marcu 2020 roku cały świat zrobił lockdown. Cały? Nie. Był taki kraj w Europie, w którym oficjalnie wirusa nie było.

Alaksandr Łukaszenka twardo powtarzał, że wystarczy pić wódkę i unikać obcych kobiet. Kiedy miesiąc później szpitale zapełniły się zakażonymi, brakowało nie tylko sprzętu i lekarstw, ale i nawet maseczek ochronnych dla personelu medycznego.

Chorzy na COVID-19 lądowali na jednych salach z niezakażonymi pacjentami. W wielu szpitalach nie było komu leczyć i pielęgnować, ponieważ personel zakażał się w pierwszej kolejności. Łukaszenka negował pandemię, a gdy na społeczeństwo padł strach, wraz z nim upadł mit o opiekuńczym, ojcowskim państwie "Baćki", które może i ogranicza wolność, ale dba o swoich obywateli.

- Ludzie uświadomili sobie, że nie mogą liczyć na państwo i zaczęli sami organizować zbiórki na szpitale. Wkrótce powstała ogólnokrajowa inicjatywa #BYCOVID19, w którą zaangażowała się rekordowa liczba Białorusinów z bardzo różnych środowisk. Wspólnie i bez wsparcia ze strony państwa udało się zaopatrzyć szpitale dosłownie we wszystko - od maseczek po respiratory - opowiada Aleksander Lapko, jeden z koordynatorów #BYCOVID19.

Według brytyjskiego think tanku Chatham House, gdyby w sierpniu 2020 roku prezydenckie wybory odbyły się uczciwie, Cichanouska mogłaby dostać co najmniej 52 proc. głosów. Oficjalnie jednak otrzymała tylko 10 proc., a Łukaszenka 80 proc. Ludzie wyszli na ulice. Raz, drugi, trzeci, piętnasty. Być może wyszliby tylko raz, gdyby nie kilku upartych chłopaków.

Raman Protasiewicz brał udział w antyrządowych protestach, od kiedy skończył 16 lat. Studiował w Mińsku dziennikarstwo, ale został wyrzucony z uczelni. Jak sam twierdził - za poglądy polityczne. W 2018 roku zaczął pracę w białoruskiej redakcji Euroradia.

Raman był znakomitym fotoreporterem. Zawsze odważnym i pierwszym do relacjonowania wydarzeń. Miał mnóstwo przyjaciół, więc ciągle dostawał cynki, był świetnie zorientowany. Kiedyś z jednego z zadań wrócił z dużym, rudym kotem, którego przygarnął z ulicy – opowiada Paweł Swerdłow, redaktor naczelny Euroradia.

W 2019 roku Protasiewicz dołączył do ekipy 23-letniego Ściapana Puciły, który założył na Telegramie, popularnym w krajach byłego ZSRR komunikatorze, informacyjny kanał Nexta.

Kiedy wybuchły protesty, na Białorusi przez kilka dni zagłuszano internet. Nie działały strony portali i gazet. W ten sposób sam Łukaszenka przyczynił się do tego, że dobrze zorientowany kanał Nexta stał się jednym z najważniejszych źródeł informacji. Wkrótce liczba obserwujących go osób sięgnęła dwóch milionów.

- Łukaszenka rządzi nieprzerwanie od 27 lat, więc ludzie doskonale zdawali sobie sprawę, że są oszukiwani. Ale odbierali to jako naturalną kolej rzeczy. W drugim półroczu 2020 roku w społeczeństwie było inaczej. Potrzeba zmian była ogromna. Protesty wspierała większość, nawet jeśli nie wszyscy wychodzili na ulice – podkreśla Paweł Swerdłow.

Krótko po wyborach w więzieniach albo za granicą znaleźli się niemal wszyscy białoruscy politycy, którzy potencjalnie mogli stanąć na czele protestów. Ale nawet bez wyraźnych liderów demonstracje trwały. Wtedy reżim zorientował się, że siła napędowa protestów kryje się w mediach społecznościowych. Okazało się, że garść dwudziestoparolatków jest w stanie stworzyć na tyle potężne i niezależne medium, które jest w stanie poderwać społeczeństwo do wyjścia na ulice.

- Jeśli oddziały specjalne gromadzą się w jednym miejscu, to oznacza, że nie ma ich w drugim. Nexta przekazywała konkretne informacje, jak poruszać się po mieście, żeby nie zostać aresztowanym – tłumaczy Swerdłow.

Oprócz tego kanał zaczął publikować dane osobowe funkcjonariuszy, którzy uczestniczyli w pacyfikacji pokojowych protestów. Jak powiedział Puciła, dane te pozyskiwano "dzięki cyberpartyzantom" – informatorom Nexty.

W oczach reżimu, który nie ma poparcia społecznego i może polegać tylko na resortach siłowych, ujawnianie danych funkcjonariuszy było największym grzechem Nexty. Jeszcze w październiku kanał okrzyknięto ekstremistycznym, a Puciłę i Protasiewicza oskarżono o terroryzm. Tyle, że obaj byli już wtedy w Warszawie. Setki innych czekał gorszy los.

wp.pl

poniedziałek, 7 czerwca 2021


Co do tego, że produkcja mięsa jest dla klimatu zabójcza, nie ma już żadnych wątpliwości. Emisje gazów cieplarnianych pochodzące z hodowli zwierząt stanowią 17 proc. całkowitych emisji w Unii Europejskiej, czyli niemal tyle co cały transport. Tak wynika z najnowszego raportu organizacji Greenpeace. Do tego dochodzi ślad węglowy bardzo energochłonnej produkcji pasz i nawozów. I emisja równie szkodliwego metanu ze zwierzęcych odchodów. Biorąc pod uwagę, że 60 proc. wszystkich ssaków na Ziemi to zwierzęta hodowlane, można sobie wyobrazić, jak ogromny jest ten ich „wkład” w atmosferę.

Jeszcze większym problemem związanym z hodowlą zwierząt jest wycinanie lasów pod pastwiska. I pod soję, która jest aktualnie głównym składnikiem pasz dla zwierząt hodowlanych. W sumie, jak podaje Oxfam, nawet 80 proc. całkowitej powierzchni gruntów rolnych na świecie jest wykorzystywanych do produkcji zwierzęcej i uprawy paszy. W dużej mierze w Brazylii, gdzie często nielegalnie wycina się lub wypala w tym celu ogromne połacie Puszczy Amazońskiej. Zielonych Płuc Ziemi, które są naturalnymi wychwytywaczami dwutlenku węgla. Jak podaje WWF, w ciągu zaledwie 50 lat, 20% Amazonii zniknęło z powierzchni Ziemi. W 2019 r. w porównaniu z 2018 rokiem poziom wylesienia wzrósł tam aż o 85% i był najwyższy od dekady. Według ekspertyzy WWF, gdyby globalna konsumpcja produktów zwierzęcych została zmniejszona do poziomu zaspokojenia naszych naturalnych potrzeb żywieniowych (a nie łakomstwa czy marnotrawstwa) udałoby nam się ocalić od produkcji rolnej obszar 1,5 razy większy od terytorium Unii Europejskiej.

Jak obliczył Międzynarodowy Zespół do Zmian Klimatu (IPCC) typowa dla Europejczyków czy Amerykanów wysokomięsna dieta jest nawet 2,5 razy bardziej emisyjna niż dieta roślinna. Ślad węglowy weganina to około 2,5 kg ekwiwalentu CO2 dziennie, wegetarianina 3,2 kg, a mięsożernych – ok. 7 kg przy zjedzeniu 100 g mięsa dziennie. Przy czym statystyczny Polak zjada niemal dwukrotnie więcej. Rocznie - ponad 60 kilogramów. To tak, jakby każdy z nas pochłaniał codziennie porządnego schabowego.

Największy ślad węglowy ma mięso wołowe. Przykładowo, w Stanach Zjednoczonych stanowi tylko 4% zakupów spożywczych, ale odpowiada za ponad jedną trzecią emisji gazów cieplarnianych związanych z amerykańską dietą. W dalszej kolejności jest mięso innych zwierząt oraz nabiał. Dla porównania: 1 kg wołowiny bez kości to co najmniej 26 kg ekwiwalentu CO2, ryb lub kurczaka 3,5 kg, a warzyw - poniżej pół kilograma.

Jak obliczył naukowiec z Uniwersytetu w Oksfordzie, Marco Springmann, przejście na dietę roślinną mogłoby w skali globalnej może zmniejszyć nawet o 73% emisje gazów cieplarnianych pochodzących z rolnictwa. Co więcej, przywróciłoby do natury 76% wszystkich gruntów rolnych. Jeśli jednak pozostaniemy przy starej miłości do burgerów i kotletów, a jednocześnie mleka krowiego, sera i jaj, sektor hodowlany skonsumuje w ciągu najbliższej dekady połowę budżetu węglowego, który nam pozostał, aby nie przekroczyć wzrostu temperatury powyżej „bezpiecznej” granicy 1,5 °C.

(...)

Jak twierdzi Greenpeace, problemu nadmiernego spożycia i produkcji mięsa nie da się rozwiązać bez zmian politycznych. W Unii Europejskiej promuje się produkcję mięsa i mleka poprzez subsydia, bez uwzględniania negatywnych efektów klimatycznych czy zdrowotnych. Do szerszej debaty nie przebił się na razie pomysł wprowadzenia tzw. podatku klimatycznego od mięsa. Jako pierwszy kraj na świecie, chów zwierząt do systemu handlu emisjami włączyła Nowa Zelandia. Nowelizacja ustawy w sprawie reakcji na zmiany klimatyczne w tym kraju zakłada, że od 2025 r. emisje pochodzące z hodowli zwierząt gospodarskich będą opodatkowane w ramach krajowych systemów handlu uprawnieniami do emisji.

onet.pl

Niewiele kwestii narażało Metternicha na tyle bezsennych nocy co zjawisko, które nazwał polonizmem. Wymyślając ten termin, miał oczywiście na myśli Polaków, ale obejmował nim całą zgangrenowaną międzynarodówkę bardów i wojowników, zagrażających jego paneuropejskiemu, monarchicznemu ładowi i obiecujących powszechne zbawienie przez apoteozę narodów. W odróżnieniu od egocentrycznych narodowych ideologii wielu nacji centralnej Europy, które można było trzymać w szachu, prowadząc politykę divide et impera, „polonizm” był niezniszczalny, gdyż miał perypatetyczną naturę i uniwersalną siłę oddziaływania.

Zjawisko to nie miało nic wspólnego z wielką dziewiętnastowieczną pasją budowania narodowego dziedzictwa. Było to stulecie odrodzenia stylów (nie tylko gotyku), stulecie kolekcjonowania, wykopalisk i wynalazków. Profesorowie czuli się w obowiązku zaopatrywać swe kraje we wszelkiego rodzaju historyczne i kulturowe referencje, zapominając przy tym często o wymogach naukowej etyki i solidności. Artyści oddawali swe talenty sprawie gloryfikacji narodowej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, z zapałem często podważającym artystyczną wartość ich dzieł. Ci, którzy nie poświęcali siebie i swojej sztuki sprawie narodowej, byli za to potępiani. Rodacy Chopina, wywodzący się z różnych obozów, krytykowali go za to, że nie napisał wielkiej narodowej opery. Największe dzieło czeskiego romantyzmu, Maj Karela Hynka Máchy, spotkało się z chłodnym przyjęciem, gdyż uznano je za nie dość patriotyczne.

Państwa nienaruszone przez rewolucyjne i napoleońskie kataklizmy oraz niezagrożone przez istnienie potężnych sąsiadów z reguły podchodziły do tej sprawy z mniejszym zapałem i podnieceniem, ale tendencja do poszukiwania korzeni miała charakter powszechny. Warto zauważyć, że prawie żaden z pisarzy i artystów tej epoki, z chlubnym wyjątkiem Wiktora Hugo, nie rozwodził się nad cierpieniami biednych i upośledzonych ekonomicznie grup industrialnego społeczeństwa, chyba że chciał żerować na sentymentalizmie odbiorców. Ale apele nieszczęśliwych narodów mogły liczyć na wielkoduszny odzew.

Zjawisko to obejmowało również Skandynawię. Założony w 1811 roku Götiska förbundet, czyli Związek Gotycki, wydobył z zapomnienia moralną supremację dawnych Skandynawów, natomiast Carl Jonas Love Almqvist z Uppsali marzył o narodowej utopii. Romantyczni patrioci często przywoływali i wykorzystywali nordycką mitologię, a Adam Oehlenschläger pisywał nordyckie eposy. Duński historyk Laurids Engelstoft, zainspirowany podróżami po rewolucyjnej Francji, usiłował odrodzić swój naród, tworząc obywatelskie katechizmy. Nie ma dowodów na to, że wszystkie te działania zmieniły czyjeś poglądy lub obudziły w kimś namiętności, ale zostały one na krótki czas wzniecone, gdy na duńską mitologię przypuścili atak Szwajcarzy. Kraj Wilhelma Tella, który kultywował swe legendy i importował prawdziwe lub wyimaginowane rytuały, takie jak Festspiele i turnieje łuczników, nie mógł nie zareagować na publikację broszury, której autor dowodził (zapewne słusznie), że legenda o Tellu wywodziła się z Danii. Została ona surowo potępiona i uroczyście spalona w kantonie Uri.

Włosi usiłowali przez wiele dziesięcioleci zagarnąć dla siebie kulturalne dziedzictwo Etrusków, ale Angelo Mazzoldi okazał się tu najbardziej pomysłowy, wysuwając w 1840 roku twierdzenie, że Italia była pozostałością starożytnej Atlantydy, która zatonęła w morzu gdzieś między Rzymem a Sardynią. Za pomocą podobnego szalbierstwa Vincenzo Gioberti przypisał narodowi włoskiemu całą kulturę helleńską.

Wymyślaniem podobnych teorii i zawłaszczaniem cudzego dorobku zajmowali się też Brytyjczycy, którzy rozbudowali sztucznie swe narodowe dziedzictwo i bezwstydnie je gloryfikowali. Szkoci czytali swego Scotta i swego Burnsa, nosili tartany i wychwalali haggis. W Walii odkryto na nowo walczącego przeciw angielskiemu królowi Owaina Glyndwra, którego skrzętnie ustawiono na piedestale narodowego bohaterstwa. Budowano też kamienne kręgi, szukając druidycznych korzeni. Przywrócono zwyczaj kremacji zwłok, a lady Llanover zebrała zachowane na prowincji niemodne angielskie części garderoby i skomponowała z nich strój narodowy.

Włosi, jako że czuli się bardziej zagrożeni, usilniej zabiegali o entuzjastyczną reakcję mas niż Walijczycy czy Duńczycy. Artyści, tacy jak Francesco Hayez, malowali obrazy przedstawiające historyczne wydarzenia w alegorycznym lub symbolicznym świetle, delikatnie zaszczepiając w narodowej świadomości obraz niewinnej, dziewiczej Italii, molestowanej przez cudzoziemskich barbarzyńców lub degeneratów. Poeci i pisarze, jak choćby Alessandro Manzoni, promowali podobne wizje i liczyli na takie same reakcje. Kompozytorzy, tacy jak Verdi, grali na emocjach, wykorzystując w operach tematy historyczne. Wystawiając w 1838 roku Nabucco, Verdi wprowadził do utworu przejmującą partię chóralną Va pensiero – lament nad utraconą ojczyzną, a w I Lombardi umieścił pieśń O Signore, dal tetto natio, którą śpiewają zebrani w Mediolanie uczestnicy krucjaty w oczekiwaniu na świętą wojnę w słusznej sprawie. 

Ta właśnie tęsknota za świętą, odkupicielską wojną odróżniała religijny patriotyzm romantyków od mrzonek łowców dziedzictwa, była bowiem napędzana przez pragnienie zbawienia. I choć czerpała inspirację z narodu, wynikająca z niej wizja zbawienia miała charakter uniwersalny. Choć z patologicznym uporem trwała przy koncepcji narodu traktowanego jako ludzki organizm, ten gatunek patriotyzmu był coraz bardziej odległy od wszystkiego, co trąciło politycznym nacjonalizmem. Zaczynał on przypominać międzynarodowy ruch ludzi wywłaszczonych emocjonalnie i – podobnie jak w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku – związał swe nadzieje z Francją.

Nawet pod wyzutymi z poetyckości rządami Ludwika Filipa Paryż był blisko związany z entuzjastycznymi zrywami współczesnej ludzkości, a pielgrzymi, reprezentujący różne narody, wkraczali w jego mury z szacunkiem, jaki odczuwali ludzie wjeżdżający do Jerozolimy czy Rzymu. Najbardziej zagorzałym obrońcą wizerunku Francji jako la Grande Nation, czy też – jak ją niekiedy nazywał – arcynarodu, był Mickiewicz. Twierdził, że Francja posiada więcej „świętego ognia” niż jakikolwiek inny naród i dlatego właśnie ona jest powołana do tego, by wprowadzić „nowy wiek”.

Ale lansowana przez Mickiewicza teoria coraz bardziej oddalała się od samej Francji, a jej klarowność mąciły od dawna deklarowana przez poetę wiara w nadejście „człowieka przeznaczenia” i jego trwająca przez całe życie fascynacja postacią Napoleona. Mniej więcej w tym czasie, pod wpływem pewnego szarlatana, Andrzeja Towiańskiego, Mickiewicz wzbudził w sobie przekonanie, że misja odkupienia ludzkości, początkowo powierzona przez Boga Żydom, została w wyniku symbiozy obu narodów przerzucona na Polaków, a tym samym na Słowian. W miarę jak odchodził od przyjętych w ówczesnym świecie koncepcji ojczyzny, jego mesjanizm nabierał coraz bardziej internacjonalnego charakteru. Dla niego – tak jak dla jego braci w poezji, Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego – Polska nie była już tylko miejscem, ani nawet narodem. Poniekąd to właśnie miał na myśli Metternich, tworząc pojęcie „polonizmu”.

Wykłady Mickiewicza w College de France, których drugi cykl został zainaugurowany w grudniu 1841 roku, zaczęły się szybko przekształcać w społeczno-polityczne i artystyczne happeningi. Jako seanse typu performance były niezrównane: poeta wygłaszał niemal niezrozumiałe improwizacje do urzeczonych słuchaczy i omdlewających kobiet. Prezentował literaturę słowiańską w kategoriach duchowych, opiewając jedno bóstwo, złożone z Boga, Napoleona, Słowian, Żydów i francuskiego narodu. „Nasze poczynania są religijno-polityczne – pisał do kolegi po piórze, prezentując mu założenia «kościoła», który stworzył wspólnie z Towiańskim – a nasz ton jest Chrystusowo-Napoleoński”.

Mickiewicz zaczął postrzegać naród bardziej jako narzędzie ocalenia, jako środek wiodący do celu. Posługując się słowem „wybrany”, twierdził, że istnieją „izraelskie” narody, dzięki którym ludzkość może zostać odkupiona: Żydzi, Francuzi i Słowianie. Mówił swym rodakom, że muszą się nauczyć miłości do Rosji. Latem 1842 roku spędził dwa dni na polu bitwy pod Waterloo, błagając ducha cesarza, aby go wzmocnił, a w rocznicę zburzenia Świątyni Jerozolimskiej zorganizował czuwanie w paryskiej synagodze. W swym wykładzie z 21 maja 1844 roku, zatytułowanym Ecce Homo naszego wieku, Mickiewicz rzucił wyzwanie geniuszowi Francji, żądając, by się ujawnił i przewodził narodom.

Adam Zamoyski - Święte szaleństwo

niedziela, 6 czerwca 2021


Afera SKOK Wołomin to jedna z największych afer gospodarczych III RP, która mimo upływu kolejnych lat wciąż nie została wyjaśniona, a organy państwa nie potrafią lub – z przyczyn politycznych nie chcą – wskazać oraz pociągnąć do odpowiedzialności prawdziwych twórców tego złodziejskiego procederu.

To historia pod wieloma aspektami absolutnie bez precedensu. Zamieszani są w nią prominentni politycy, celebryci, ludzie biznesu i służb oraz członkowie świata przestępczego. Ze SKOK Wołomin, drugiej co do wielkości kasy w Polsce, upadłej w 2015 r., wyparowały prawie 3 mld zł.

Duża część – ok. 800 mln zł – została wyprowadzona w bezczelnie prosty sposób: poprzez podstawianie tzw. słupów, często bezdomnych, których przywożono do Wołomina z całej Polski. Po kredyty szli ze sfałszowaną dokumentacją: poświadczającą nieprawdziwe zarobki i nieruchomości pod zastaw. Przestępcom pomagali nierzetelni rzeczoznawcy.

Zdaniem prokuratury spółdzielcza kasa działała jak mafia, która wołomińską kasę inwestowała w wiele różnych biznesów, w tym m.in. w media, biopaliwa, turystykę, firmy produkcyjne czy nawet krematoria.

Jak pisał "Puls Biznesu", powołując się na akta ze śledztwa, wyciągane ze SKOK-u pieniądze trafiały choćby na potrzeby Telewizji Rolniczej czy budowlaną spółkę Hydrobudowa Gdańsk. Gang inwestował również w gazety i film, jako producenci "Bitwy Warszawskiej 1920". Lokowano pieniądze również w hotelach ze spa, w apartamentach, produkcję cydru "+H2O" oraz w browar regionalny Boss Browar Witnica.

Z akt śledztwa wynika także, że w latach 2009-2014 SKOK Wołomin nie tyle udzielał kredytów w zasadzie każdemu, kto się po niego zgłosił, co zwyczajnie rozdawał pożyczki, często na setki tysięcy czy nawet kilka milionów złotych. W aktach sądowych sprawy upadłościowej widnieje lista ok. 400 pożyczkobiorców, którzy po upadku kasy nie spłacali swoich zobowiązań mimo nadzoru Krajowej Kasy SKOK, a następnie Komisji Nadzoru Finansowego.

Największe kwoty były brane m.in. przez celebrytów, biznesmenów, prawników, urzędników oraz przez ludzi powiązanych z dwoma głównymi organizatorami całego przekrętu – Piotrem S. i Piotrem P.

Wciąż nie ma jednak pewności, że lista, którą dysponuje wymiar sprawiedliwości, jest pełna.

W rezultacie w wyniku upadku SKOK Wołomin z pieniędzy zostało okradzionych ponad 250 tys. osób, z czego część poszkodowanych w aferze wciąż nie odzyskała swoich pieniędzy i zapewne nigdy ich nie odzyska. Co prawda Bankowy Fundusz Gwarancyjny pokrył straty większości poszkodowanych, ale o odzyskanie swoich oszczędności wciąż walczą ci, którzy w SKOK Wołomin posiadali lokaty powyżej 100 tys. euro. To grupa kilkuset osób.

Ale nawet ci, którym fundusz zwrócił pieniądze, od paru lat wzywani są przez syndyka do zapłaty dwukrotności udziałów. Tak, jakby to oni odpowiadali za upadłość kasy. To kwoty od 500 do 2 tys. zł, które ściągane są często od ludzi starszych, emerytów, którzy nie potrafią zorganizować sobie obrony prawnej.

Afera SKOK Wołomin ma przede wszystkim także swój polityczny odcień. Do dzisiaj nieznane są powiązania polityków Prawa i Sprawiedliwości ze SKOK-ami. Jeden z organizatorów SKOK Wołomin Piotr P. złożył zeznania, z których wynikało, iż obecny minister aktywów państwowych Jacek Sasin oraz dwóch ówczesnych senatorów PiS, których nazwiska nie padły, otrzymywali pieniądze ze SKOK Wołomin. P. opowiadał w zeznaniach, jak rzekomo wręczał politykom PiS gotówkę w kopertach:

"Jeżeli sąd usłyszy, że czołowe nazwiska polityków, którzy są dziś u władzy np. poseł Sasin, senator J., senator B., są to osoby, które bardzo dobrze znam i otrzymywały od nas ze SKOK pieniądze. Mówię w liczbie mnogiej, ponieważ nie byłem jedyną osobą, która przekazywała tym panom koperty z banknotami".

W odpowiedzi Jacek Sasin pozwał Piotra P. o pomówienie, a prokurator postawił mu zarzut składania fałszywych zeznań.

To jednak niejedyny wątek łączący sprawę SKOK z politykami PiS, bowiem to politycy związani z dzisiejszą partią rządzącą tworzyli po 1989 r. w Polsce system kas. Byli to wieloletni senator PiS Grzegorz Bierecki, jego brat Jarosław Bierecki, Adam Jedliński, Grzegorz Buczkowski, a także Lech Kaczyński. Według jednego z dokumentów Komisji – harmonogramu jej prac przy aferze SKOK Wołomin – Kasa Krajowa wiedziała o problemach finansowych wołomińskiej kasy już od 2008 roku, czyli kiedy jeszcze Bierecki był prezesem Kasy Krajowej. Mimo to nie zawiadomiono prokuratury o nieprawidłowościach ani nie ustanowiono tam zarządcy komisarycznego, do czego teoretycznie zobowiązywała ustawa o SKOK-ach z 1995 roku. Z dokumentu wynika również, że już po przejęciu nadzoru nad SKOK-ami przez KNF, Kasa Krajowa nie poinformowała Komisji o tym, kiedy stwierdziła nieprawidłowości w SKOK Wołomin oraz nie przekazała do KNF dokumentacji z kontroli w wołomińskiej kasie.

O powiązaniach ze światem polityki afery SKOK Wołomin mówił także były wiceszef Komisji Nadzoru Finansowego Wojciech Kwaśniak, który wykrył nieprawidłowości w SKOK-u Wołomin i został później niemal śmiertelnie skatowany przez nieznanych bandytów:

"W tej grupie przestępczej byli przedstawiciele zarówno byłych służb specjalnych, jak i świata polityki".

Niedługo potem stał się on także celem wielokrotnych politycznych ataków ze strony polityków obozu rządzącego, m.in. twórcy SKOK Grzegorza Biereckiego czy ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. W dodatku prokuratura postawiła Kwaśniakowi zarzuty niedopełnienia obowiązków w tej sprawie, co odczytywane jest jako polityczna zemsta.

onet.pl

czwartek, 3 czerwca 2021


Raport opracowany przez The Information wspólnie z dwiema grupami obrońców praw człowieka łączy siedem firm, które dostarczały Apple komponenty lub wykonywały dla niego usługi, z prowadzonym przez chińskie władze programem transferów robotniczych.

Zdaniem części badaczy transfery te mogą się odbywać przymusowo, a do pracy w fabrykach Ujgurzy i inni muzułmanie trafiają bezpośrednio z pozaprawnych obozów reedukacji, w których przetrzymywanych może być nawet ponad milion takich osób. Pekin temu zaprzecza i utrzymuje, że transfery robotników ze wsi do miast pomagają redukować ubóstwo.

Spekulacje, że dostawcy Apple wykorzystują pracę przymusową Ujgurów, pojawiały się już wcześniej. Amerykańska firma twierdziła wówczas, że stosuje zasadę „zero tolerancji dla pracy przymusowej” i nie znalazła żadnych dowodów, że do fabryk podwykonawców trafili Ujgurzy.

Tylko jeden ze wskazanych w raporcie dostawców Apple działa na terenie Sinciangu, gdzie dużą część ludności stanowią Ujgurzy. W przypadku pozostałych firm pracownicy z Sinciangu mieli zostać przewiezieni do fabryk znajdujących się w innych częściach Chin.

Raport wymienia między innymi firmę wytwarzającą płyty drukowane do urządzeń Apple w mieście Huaian, która miała w latach 2019-2020 przyjąć do pracy w jednej ze swoich fabryk 400 Ujgurów. Wskazano także firmę produkującą anteny i kable w mieście Shenzhen, która miała przyjąć 1000 ujgurskich robotników.

Sprawozdanie wspomina również o firmie Lens Technology, która według The Information dostarczała Apple szklane elementy iPhone’ów. W grudniu 2020 roku zarzuty o wykorzystywanie pracy przymusowej pod adresem tej firmy opisywał amerykański dziennik „Washington Post”.

forsal.pl

Chiny pod koniec roku przeprowadziły spis powszechny. Siedem milionów pracowników spisowych odwiedzało Chińczyków w ich domach i przeprowadzało ankietę. Właśnie pojawiły się jej pierwsze wyniki, a w nich niepokojące wnioski: populacja Chin wciąż wprawdzie rośnie, ale najwolniej od dekad. Między 2010 a 2020 rokiem zwiększyła się o 72 miliony, do 1,41 miliarda osób. To wzrost o 5,4 proc., ale w całej dekadzie. W tym czasie średni roczny przyrost wyniósł 0,53 proc. - w latach 2000 - 2010 było to 0,57 proc. Populacja rośnie najwolniej od początku lat 60. ubiegłego wieku.

W ubiegłym roku w Chinach urodziło się 12 milionów dzieci - rok wcześniej urodzeń było 14,6 miliona, a cztery lata wcześniej 18 milionów. Spadła też liczba osób w wieku produkcyjnym, między 15. a 59. rokiem życia i teraz wynosi 894 miliony. Chińskich władz to akurat jeszcze nie martwi, rąk do pracy jak na razie w kraju nie brakuje.

Wyniki spisu zostały zapewne nieznacznie poprawione, ponieważ partia nie może się przyznać do błędu, a według planu populacja ChRL ma rosnąć do 2027 roku - mówi Michał Bogusz, doktor nauk politycznych, analityk w Ośrodku Studiów Wschodnich i ekspert od polityki Chin. O tym, że demografia to temat wrażliwy, świadczy fakt, że chińska agencja statystyczna już w zeszłym miesiącu poinformowała o wzroście populacji. Nie podała wtedy wielu konkretów. "Wyglądało to na próbę uspokojenia firm i inwestorów po tym, jak "Financial Times" ogłosił, że spis mógł wykazać niespodziewany spadek" - zauważa agencja Associated Press. 

gazeta.pl

Wiara w teorie spiskowe nt. pandemii COVID-19 rozwinęła się w USA już w pierwszych miesiącach rozprzestrzeniania się wirusa - twierdzą naukowcy z tego kraju. Dotyczyła głównie osób, które często korzystały z mediów konserwatywnych i społecznościowych - w USA były to głównie tytuły takie jak Fox News, Rush Limbaugh, Breitbart News, One America News, czy Drudge Report. Pierwsze badanie przeprowadzone w APPC dowiodło, że użytkownicy tych typów mediów wykazywali zwiększoną tendencję do popierania teorii spiskowych nt. pandemii.

Najnowsze odkrycia grupy naukowców, opublikowane w "Journal of Medical Internet Researc", rozwijają tę teorię, potwierdzając, że wzrost wiary w nieprawdziwe teorie dotyczące COVID-19 miał bezpośredni związek z używaniem konkretnych typów mediów między marcem a lipcem 2020. W tym okresie liczba użytkowników mediów konserwatywnych - przekonanych, że koronawirus to broń biologiczna stworzona przez chiński rząd, wzrosła z 52 proc. do 66 proc.

Co więcej, popularność teorii spiskowych była bezpośrednio związana z brakiem przestrzegania obowiązku noszenia maseczek, czy niechęcią do zaszczepienia się przeciwko COVID-19.

(...)

Choć niektóre platformy społecznościowe deklarowały usuwanie nieprawdziwych informacji nt. pandemii, samo korzystanie z mediów społecznościowych było skorelowane ze wzrostem wiary w teorie spiskowe dotyczące COVID-19.

Prof. Kathleen Hall Jamieson, współautorka badania, podkreśla, że "platformy społecznościowe to siła napędowa dla fałszywych wiadomości - nawet, gdy w jednym miejscu te doniesienia zostaną zablokowane, szybko pojawią się gdzie indziej".

Naukowcy dwukrotnie przeprowadzili ankietę wśród 840 dorosłych - w marcu 2020 i w lipcu tego samego roku. Uczestnicy badania mieli wymienić trzy teorie spiskowe nt. pandemii, opowiedzieć, jak często i w jakim wymiarze korzystają z mediów społecznościowych, a także wypowiedzieć się nt. środków ostrożności, jakie stosują w czasie pandemii. Ostatnie pytanie dotyczyło chęci ewentualnego zaszczepienia się.

W lipcu, a więc po dwóch częściach badania, grupa badaczy ustaliła, iż 17 proc. dorosłych obywateli USA wierzyło, że "koronawirus to produkt koncernów farmaceutycznych, stworzony, by podnieść sprzedaż leków i szczepionek". W marcu tego samego roku uważało tak tylko 15 proc. Amerykanów.

W ciągu kilku miesięcy z 24 proc. do 32 proc. wzrosła też liczba osób, które uważały, że "niebezpieczeństwo związane z koronawirusem jest sztucznie podsycane, aby zaszkodzić Donaldowi Trumpowi i jego prezydenturze".

Prawie o 10 proc. więcej badanych (38 proc. w lipcu w porównaniu z 28 proc. w marcu) popierało teorię, zgodnie z którą "koronawirus to broń biologiczna stworzona przez władze Chin".

Wśród osób śledzących konserwatywne media teoria o stworzeniu wirusa przez koncerny farmaceutyczne wzrosła między marcem a lipcem 2020 z 13 proc. do 28 proc. Teorie na temat celowego szkodzenia prezydenturze Trumpa zyskały prawie o 30 proc. więcej zwolenników (34 proc. w marcu, 61 proc. w lipcu 2020).

W 2020 roku media konserwatywne, taki jak np. Fox News, szeroko podejmowały teorię pochodzenia wirusa. Prezenter tej stacji, Tucker Carlson, sugerował na przykład, że koronawirus to produkt inżynierii biologicznej chińskich laboratoriów. Inny prezenter, Rush Limbaugh, twierdził, że COVID-19 ma stanowić broń przeciwko Trumpowi i jest prototypem broni biologicznej.

Podczas gdy media konserwatywne propagowały spiskowe teorie nt. COVID-19, media głównego nurtu działały w przeciwną stronę. Badacze dowiedli, że regularnie czytanie takiej prasy (Associated Press, New York Times, Wall Street Journal, Washington Post) przyczyniło się do spadku wiary w teorie spiskowe. Oznaczało również przychylność wobec obowiązku noszenia maseczek oraz wyrażanie chęci zaszczepienia się.

(...)

Wyniki badania pokazują znaczenie mediów głównego nurtu i ich rolę w informowaniu o efektywnych środkach walki z pandemią między marcem a lipcem 2020.

Naukowcy sugerują, że wyniki badania wskazują na potrzebę przekazywania sprawdzonych, wiarygodnych informacji o pandemii w mediach. "Ponadto, platformy społecznościowe powinny wprowadzić bardziej zdecydowaną politykę w zakresie blokowania fałszywych informacji nt. pandemii, szczepionek, noszenia maseczek, czy teorii spiskowych, które są sprzeczne z oficjalnymi doniesieniami" - oceniają.

gazeta.pl

Od kilku dekad na różne sposoby jesteśmy przekonywani w mediach przez różnego rodzaju ekspertów, ale również niektórych publicystów, że ZUS to czarna dziura pochłaniająca złotówki i lada chwila upadnie. Co bardziej swawolni w swojej krytyce porównują ZUS do piramidy finansowej, a niedawno nawet wicepremier obecnego rządu stwierdził, że żadne z jego dzieci nie wierzy, że dostanie emeryturę z ZUS.

Przekonania te nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Jedynym, co z piramidą ma wspólnego ZUS to fakt, że przekonanie o jego rychłej niewypłacalności jest piramidalną bzdurą.

Polacy nie mają zielonego pojęcia o emeryturach. W badaniu „Wiedza i postawy wobec ubezpieczeń społecznych” przeprowadzonym przez Millward Brown i Instytut Spraw Publicznych w 2016 roku, nikt z ponad tysiąca badanych nie był w stanie poprawnie odpowiedzieć na wszystkie pytania dotyczące systemu emerytalnego. Zaledwie 7 proc. badanych było w stanie odpowiedzieć poprawnie na co najmniej 60 proc. pytań. W skali szkolnej to trója z minusem. Pozostałe 93 proc. śpiewająco oblało.

(...)

Przede wszystkim ZUS nie jest zawieszoną w próżni autonomiczną jednostką działającą dla zysku. Jest częścią państwowego systemu emerytalnego, a to oznacza, że wypłaty zobowiązań emerytalnych są gwarantowane nie tylko przez Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, do którego trafiają nasze składki, ale również przez budżet państwa.

Jeżeli nie wystarcza środków na wypłatę wszystkich należnych świadczeń z bieżących składek, wówczas budżet państwa ma obowiązek dofinansować FUS z pieniędzy pochodzących z podatków w wysokości niezbędnej do wywiązania się FUS ze zobowiązań wobec emerytów.

Jest to o tyle istotne, że sam deficyt FUS nie świadczy o niewypłacalności systemu jako całości. Wiele systemów zdefiniowanego świadczenia w innych krajach europejskich jest finansowana wyłącznie z podatków, a ich odpowiednik naszego FUS w ogóle nie odnotowuje wpływów ze składek, bo jest w całości finansowany z budżetu państwa. Natomiast większość tych systemów na świecie, gdzie fundusz emerytalny jest zasilany składkami, wykazuje trwały deficyt przez dekady, ale mimo tego dzięki dofinansowaniu z budżetu państwa funkcjonują one bez problemów i wypłacają świadczenia w należnej wysokości kolejnym pokoleniom emerytów.

(...)

O ile większość ludzi pokolenia obecnych 20, 30 i 40-latków wypłacalność banków uznaje za coś oczywistego, niepodlegającego dyskusji i przyjmowanego bez dowodów, o tyle wypłacalność ZUS albo państwa jest w najlepszym przypadku co najmniej podejrzana.

Żeby uzmysłowić sobie jednak dysproporcję pomiędzy bankiem a państwem jako instytucjami finansowymi porównajmy poziom przychodów obu podmiotów. W 2019 największy pod względem sumy bilansowej bank w Polsce PKO BP odnotował przychody w wysokości około 17 mld zł. W tym samym roku dochód sektora finansów publicznych w Polsce wyniósł 885 mld zł. Wprawdzie są to zupełnie inne instytucje, realizujące odmienne cele, ale takie porównanie daje jakieś wyobrażenie na temat finansowych rozmiarów obu instytucji.

(...)

Od 1989 r. w Polsce upadło 139 banków. Ostatni z nich w 2015 roku. Jeszcze więcej banków w bardzo złej sytuacji finansowej zostało przejętych przez konkurencję lub pod przymusem nadzoru finansowego zrestrukturyzowanych. Jednak wiara w wypłacalność banków wydaje się w Polakach niezachwiana, w przeciwieństwie do wiary w wypłacalność ZUS, który od prawie 90 lat wypłaca świadczenia i nie przestał tego robić nawet w trakcie okupacji w czasie II wojny światowej.

oko.press