piątek, 24 lipca 2020
Według danych opublikowanych przez EUROMAP (Europe’s Association for Plastics and Rubber Machinery Manufacturers) obejmującym 63 kraje, zużycie plastiku w przeliczeniu na jednego mieszkańca w Korei jest trzecim najwyższym, po Belgii i Tajwanie (2016). Według danych szacunkowych na 2015 rok konsumpcja plastiku (obejmująca tworzywa sztuczne min. PVC, PE, PP, PS, żywicy PET, ABS, SAN, PA i PC) na jednego mieszkańca w Korei wynosiła aż 132,7 kg. Dla porównania niżej znalazła się Ameryka (93,8), Polska (71,4 kg), Japonia (65,8 kg), Chiny (57,9 kg), Indie (10 kg), Kenia (8 kg) czy Etiopia (1,9 kg). Tajwan i Belgia, z zużyciem 141,9 kg i 170,9 kg, zajęły niechlubne pierwsze miejsca w rankingu.
(...)
Problemem nie jest wyłącznie wysokie zapotrzebowanie na plastik, ale również jego utylizacja. Jeszcze do niedawna Korea wysyłała większość swojego zużytego plastiku do Chin. Rocznie, bagatela, ok. 200 tysięcy ton. Jednak Państwo Środka przestało przyjmować śmieci od bogatych krajów (szokując tym nie tylko USA, ale również Koreę). Należy dodać, że Chiny rezygnowały ze skupu koreańskich materiałów stopniowo, w przypadku Korei od 2017 roku, aż do kwietniu tego roku kiedy wycofały się ostatecznie. Głównym powodem była toksyczność i niska jakość skupowanych śmieci. Teoretycznie wysyłany jest materiał, który ma nadawać się do recyklingu, jednak często jest on wysoce zanieczyszczony. W Korei niesegregowanie śmieci jest karane wysoką grzywną. Jednak wystarczy przejść się po koreańskich blokowiskach, by zobaczyć jak „swobodnie” wielu mieszkańców podchodzi do segregacji. W Chinach protestowały też społeczności lokalne, mające dosyć rosnącego zanieczyszczenia.
Obecna sytuacja powoduje dla Korei dalekie komplikacje. Choć część śmieci sprzedawana jest do biedniejszych krajów Azji Południowo-Wschodniej, przede wszystkim na Filipiny i do Tajlandii, to skupowane są również przez lokalnych utylizatorów. Zazwyczaj nielegalnie, po cenach niższych niż rynkowe. Najbardziej spektakularny efekt tych działań widać w Uiseong (w prowincji Gyeongsangbuk), gdzie wyrosły śmieciowe góry. W ciągu ostatnich pięciu lat, życie mieszkańców regionu stało się nie do zniesienia. Lokalny rząd rozpoczął przydział masek, które jednak nie chronią przed toksynami, a jedynie przed pyłem. Praktycznie całkowicie zniknęła zieleń. Według koreańskiego Ministerstwa Środowiska ilość nielegalnych odpadów w 2014 r. w Korei wynosiła ok. 70.000 ton, obecnie, ponad 1,2 miliona ton (Lee S., 2019b). Kryzys śmieciowy stał się faktem.
instytutboyma.org
poniedziałek, 20 lipca 2020
BiznesAlert.pl: Jak zmiany demograficzne wpływają na klimat?
Lidia Wojtal: Szeroka dyskusja o tym, jak rozwój człowieka będzie wpływał na klimat zaczęła się już prawie 50 lat temu, od raportu Klubu Rzymskiego z 1972 roku o granicach wzrostu. Zakładał on, że niekontrolowany wzrost populacji doprowadzi do większej konsumpcji i ostatecznie wyczerpania się zasobów: żywności, surowców, w tym energetycznych itd.. Kolejne 20 lat zajęło uznanie na poziomie międzynarodowym, że działalność człowieka i zwiększenie emisji gazów cieplarnianych wynikających w głównej mierze ze spalania paliw kopalnych zagraża, w dłuższej perspektywie czasowej, szeroko rozumianemu bezpieczeństwu ludzkości. Tymi badaniami zajął się specjalnie do tego powołany Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC).
To, co obecnie podnoszone jest w dyskusjach naukowych, to to, że przy obecnych trendach rozwojowych dalszy wzrost populacji ludzkiej będzie skutkował zwiększoną konsumpcją zasobów i zwiększoną emisją. Obecnie wiemy już, że to zwiększenie emisji doprowadzi do katastrofy klimatycznej, a wraz z nią humanitarnej i gospodarczej. Należy więc sobie odpowiedzieć na pytanie o to, jak i czy w ogóle wykorzystywać te zasoby, zwłaszcza paliwa kopalne. To temat dyskusji nie tylko w odniesieniu nie tylko do polityki klimatycznej, ale szerzej, polityki zrównoważonego rozwoju, której klimat jest integralną częścią. Taki przyjęty przez wszystkie państwa globalny plan dla zrównoważonego rozwoju sięga 2030 roku i zawiera się w 17 celach (SDGs). Jest tam klimat, ale i m.in. eliminacja ubóstwa, zdrowie, równość płci, walka z głodem i niedoborem wody, dostęp do czystej energii, godnego zatrudnienia, edukacji i opieki zdrowotnej. Te wszystkie elementy należy ze sobą zbilansować globalnie w taki sposób, by można było mówić o rozwoju, a nie zwoju ludzkości. Porozumienie paryskie wyraźnie mówi o osiąganiu neutralności klimatycznej zgodnie z zasadą sprawiedliwości i w kontekście zrównoważonego rozwoju i wysiłków mających na celu likwidację ubóstwa. Te zależności pomiędzy wzrostem populacji i klimatem więc istnieją, choć nie są łopatologiczne, a już na pewno nie chodzi o to, by wyludniać Ziemię w celu ochrony klimatu.
W Polsce pojawiają się głosy o tym, że powinniśmy zużywać jak najwięcej? Czy takie podejście może zwyciężyć?
W skrócie: nie może. Polska w 1992 roku, kiedy to przyjmowana była Konwencja klimatyczna była na granicy dwóch grup, czyli państw rozwiniętych jak Europa Zachodnia i rozwijających się. Mieliśmy status gospodarki w okresie transformacji. Dzięki temu uzyskaliśmy wiele znacznych korzyści, jak inny rok bazowy w Protokole z Kioto przyjętym w 1997 roku, co przełożyło się na znaczne środki ze sprzedaży jednostek redukcyjnych, które Polska zainwestowała w zielone projekty. Na poziomie UE uzyskaliśmy np. derogacje w EU ETS, czy dostęp do Funduszu Modernizacji. To, że nie jesteśmy jeszcze traktowani jako kraj w pełni rozwinięty widać także w środkach strukturalnych Unii Europejskiej, a w szczególności w polityce spójności, a ostatnio także w Funduszu Odbudowy. Tych ustępstw czy zwiększonych środków nie dostajemy tylko dlatego, że mamy ciekawe pomysły, ale dlatego, że – jak sami podkreślamy – nadal, jako państwo biedniejsze, potrzebujemy wsparcia.
To jest jednak europocentryczny punkt widzenia. Warto spojrzeć na poziom rozwoju wielu państw trzeciego świata, które mają o wiele więcej do nadrobienia. Oczywiście Chiny obecnie przodują w emisjach i nadal je zwiększają, ale zaczęły to robić dopiero po 2000 roku, czyli długo po tym jak zmiany klimatu zostały zdiagnozowane jako zagrożenie dla ludzkości. Za stworzenie tego zagrożenia odpowiadają prawnomiędzynarodowo państwa rozwinięte, w tym, zgodnie z Konwencją klimatyczną, także Polska. Z kolei poziom emisji na głowę w Indiach, trzeciego co do wielkości emitenta, jest kilkukrotnie mniejszy niż w UE, nawet w Polsce. O tym, że poziom życia większości obywateli tego kraju jest bardzo niski nie pamiętamy oczekując od nich większych ambicji. Z jednej strony więc trudno odmówić im prawa do poprawy swojego bytu, a z drugiej, przy obecnych wzorcach konsumpcyjnych, poniesienie poziomu życia każdego obywatela do poziomu zbliżonego UE skutkowałoby gwałtownym wzrostem emisji gazów cieplarnianych. Dylemat jest ogromny. Niech więc nie dziwi nas to, że także polskie emisje związane z energochłonnym rozwojem muszą być ograniczane przez mechanizmy międzynarodowej i unijnej polityki klimatycznej. Przez ostatnie 30 lat przeszliśmy długą i wyboistą drogę rozwoju gospodarczego, ale dzięki temu obecnie jesteśmy w dobrej sytuacji, by zastanowić się teraz nad tym jak rozwijać się dalej w sposób przemyślany i zrównoważony środowiskowo.
biznesalert.pl
Weźmy starą komiksową wersję historii Ameryki, która uspołeczniała Amerykanów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wyglądało to mniej więcej tak: Grupa białych mężczyzn przybywa do Plymouth Rock, a zachwyceni Indianie częstują ich kolacją z okazji Święta Dziękczynienia. Realizując Boskie Przeznaczenie, cywilizują dzikich ludzi, odrzucają władzę starego króla Jerzego i przynoszą wszystkim porządek, wolność i polityczną reprezentację. George Washington przekracza rzekę Delaware i ścina drzewo wiśniowe, dzięki czemu zostaje uwieczniony na banknocie jednodolarowym i staje się symbolem porządku i potęgi wolnego rynku. Davy Crockett, Daniel Boone i John Wayne podbijają Zachód i giną heroicznie pod Alamo. John Wayne zmartwychwstaje i pokonuje Indian, a także Japończyków, którzy podstępnie atakują Pearl Harbor, jak również przeprowadza lądowanie w Normandii. W rezultacie Amerykanie otrzymują bezpieczeństwo, koszykówkę, elektryczność i wolność na przedmieściach. Amerykański biznes kwitnie dopóty, dopóki Ameryka stawia opór komunizmowi. Z wyjątkiem kilku szczegółów ta krótka historia, którą można by przedstawić w formie komiksu, podsumowuje dzieje amerykańskich pokoleń. Książki historyczne opowiadają tylko o wyzysku, podbojach i osiągnięciach białych mężczyzn, takich jak Thomas Edison. Opowieści te są czasami okraszone gościnnymi występami ikony legend amerykańskiej rewolucji, Betsy Ross.
Około roku 1970 pojawił się nowy komiks historyczny. Oto, czego teraz zaczęto nauczać uczniów amerykańskich szkół: Etnocentryczni, biali, anglosascy mężczyźni protestanckiego wyznania przybyli do Nowego Świata, przynosząc niewolnictwo, choroby, śmierć i emigrację rdzennym mieszkańcom, którzy nie mogli się pochwalić tak dużym dorobkiem kulturalnym. Świadomi ekologicznie tubylcy nie pasowali do linearnej koncepcji postępu wyznawanej przez białego człowieka. Później wybuchła wojna secesyjna, dzięki której czarni niewolnicy odzyskali wolność, choć później cierpieli z powodu rasizmu, dopóki dr Martin Luther King Junior nie rozpoczął ruchu na rzecz praw obywatelskich. Mimo tej ogromnej opresji czarni mężczyźni i kobiety wynaleźli sygnalizację świetlną i odkryli osocze krwi oraz jazz. Rzeźbiarz George Washington ujarzmił potęgę orzeszka ziemnego, a Beethoven był czarny, podobnie jak faraonowie. Murzyni zbudowali piramidy, nie jako niewolnicy, lecz jako architekci i okupanci. Gdzieś między wojną secesyjną a ruchem na rzecz praw obywatelskich miała miejsce II wojna światowa, w której walczono z Holokaustem. Wygrali ją Amerykanie dzięki dokonaniom Czarnej Eskadry, a także staraniom kobiet, które porzuciły role gospodyń domowych, żeby pracować w fabrykach produkujących broń, gdzie często były wykorzystywane seksualne i dyskryminowane ze względu na rasę lub płeć. Wkład kobiet i rdzennych Amerykanów był systematycznie ignorowany przez białych Anglosasów wyznania protestanckiego, ale w końcu nastały czasy rządów różnorodności kulturowej. Zostanie ona na zawsze zinstytucjonalizowana w służbach społecznych i edukacyjnych, a także na niezliczonych miejskich bulwarach i w liceach, których patronami są dr King i Rosa Parks, znana z tego, że któregoś razu była zbyt zmęczona, żeby pójść na tył autobusu. Ten amalgamat to mieszanka historii ruchu kobiet i ruchu na rzecz studiów afroamerykańskich. W niektórych kręgach akademickich jakiekolwiek, nawet najsubtelniejsze kwestionowanie tych stwierdzeń było traktowane jako herezja. Delikatne aluzje do zróżnicowania kulturowego wystarczały, żeby cała rzesza administratorów miała ręce pełne roboty. Oni sami, oczywiście, nie byli w żaden sposób zróżnicowani (nawet teoretycznie), ale to nie przeszkadzało im pobierać wysokich pensji za powtarzanie utartych komunałów. Obecnie zarówno w Partii Demokratycznej, jak i w Partii Republikańskiej można znaleźć kilku ekstremistów, którzy z uporem forsują te dwie wersje historii.
Brian Anse Patrick — 10 przykazań propagandy
niedziela, 19 lipca 2020
Grzegorz Sroczyński: - Czy coś ważnego padło w tej kampanii? Jakieś ważne zdanie, pomysł, cokolwiek?
Edwin Bendyk: Ta kampania była przede wszystkim dziwna. Ona służyła zapomnieniu i znieczuleniu.
- Znieczuleniu?
Bo coś dziwnego dzieje się z nami społecznie. My chcemy zapomnieć pandemię, traumę zamknięcia, lockdownu i w ogóle wszystko, co nam może przypominać, że świat się zmienia i kończy. Ten świat, który znamy. Chcemy wrócić do spokojnego życia. I ta kampania temu służyła.
- Przecież ona nie była spokojna.
Nie o to chodzi. Ona była uspokajająca psychologicznie, bo ominęła wszystkie krwawe problemy, które stoją za naszymi drzwiami. Po raz kolejny zagraliśmy w polaryzację, żeby nie myśleć o dużo bardziej strasznych rzeczach. Z badań wynika, że zdecydowana większość Polaków chciałaby wrócić do normalności, do tego, co "było przed pandemią". I dlatego nie chcemy dopuścić myśli, że nadchodzi tsunami. Nie chodzi mi tylko o możliwą drugą falę pandemii, ale przede wszystkim o kryzys gospodarczy. KRYZYS. Inny niż inne. Taki, który kończy pewną epokę.
- Kończy?
Bo on domyka światowy kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 roku i właściwie cały czas się tlił. Czeka nas reorganizacja gospodarki i polityki. Odchodzi nasz świat. Naprawdę. I to wielkie nowe wyzwanie zostało w kampanii całkowicie pominięte. To była kampania prowincjonalna, nie istniało w niej nic poza Polską. Myślę, że my po prostu cholernie boimy się tej zmiany, boimy się końca względnie wygodnego status quo, które mieliśmy przez ostatnie dekady: PKB rośnie, jest dobrze, no, może teraz przez chwilę nie rośnie, ale zaraz wszystko wróci do normy. A że za drzwiami potwór czyha, to lepiej o tym nie rozmawiać. Bo jak się nie rozmawia, to tego nie ma.
Duda postawił na obietnicę stabilizacji, zachowania wszystkich "pisowskich zdobyczy socjalnych". Ale bez słowa wyjaśnienia, co dalej. Były zaklęcia, że Polska ma być wielka, będziemy bogaci, Morawiecki wygłaszał takie formułki, ale bez jakiegokolwiek odniesienia do strukturalnych czynników, które miałyby ten wspaniały rozwój spowodować. Niby dlaczego Polska ma być wielka, jak wszystko dookoła bierze w łeb i się zmienia? Te zaklęcia nijak się mają do tego, o czym się dyskutuje teraz w Unii Europejskiej, czyli jak wykorzystać impuls antykryzysowy do przeprowadzenia zielonej transformacji. Słyszałeś cokolwiek na ten temat w naszej kampanii? No, może u Hołowni w programie o tym było, było też u Biedronia, tuż przed I turą pojawił się program Trzaskowskiego z wątkiem klimatu, ale temat w zasadzie nie istnieje.
- Może wszędzie tak polityka wygląda?
Nie wszędzie. Zobacz, jak ta dyskusja przebiega we Francji, gdzie właśnie odbyły się wybory samorządowe. Sojusz lewicy z zielonymi pokazał niezwykłą siłę, przejęli najważniejsze miasta. I Macron zareagował ucieczką do przodu. Tydzień przed wyborami zakończył się we Francji tzw. panel obywatelski na rzecz klimatu. 150 obywateli, których wylosowano z różnych grup społecznych, przygotowało 149 rekomendacji dla rządu: co zrobić, żeby uzyskać cele polityki klimatycznej i jednocześnie zachować względny spokój społeczny, czyli żeby koszty tej transformacji były sprawiedliwie rozłożone. Macron tuż po wyborach samorządowych zapowiedział, że rząd przyjmie do dalszych prac 146 z tych rekomendacji.
- A jakie to są pomysły?
Na przykład zmiana konstytucji. Pierwszy jej paragraf ma być poszerzony o zdanie, że "Republika gwarantuje ochronę bioróżnorodności, środowiska i walkę przeciwko zmianom klimatycznym". Do prawa karnego ma zostać wprowadzona zbrodnia ekobójstwa. Ale są też rzeczy bardziej konkretne, np. program termomodernizacji rozpisany punkt po punkcie. Wylosowano 150 osób, wyposażono w duży budżet, dano im ekspertów, oni przecież zamawiali tony analiz, i powstała solidna książka z konkretnymi zaleceniami dla rządu. U nas w kampanii wyborczej też dyskutowano o zmianie konstytucji: żeby wpisać do niej zakaz adopcji przez pary LGBT. I ja stawiam tezę, że właśnie po to o takich rzeczach w Polsce się dyskutuje, żeby nie czuć grozy.
- Grozy?
Lęku, że naprawdę wielkie problemy mogą nam zaraz spaść na głowę. I nie będzie to żaden wydumany potwór Gender, tylko potwór realny. A w zasadzie trzy potwory: kryzys, zmiany klimatyczne i depopulacja Polski. Krwawe rzeczy. No to już lepiej się bać LGBT.
gazeta.pl
poniedziałek, 13 lipca 2020
Najnowsze badania w USA i Europie wskazują, że 15 proc. nabywców odzieży ma motywacje ekologiczne. A branża odzieżowa, obok naftowej i mięsnej, należy do największych trucicieli globu, odpowiadając za 10 proc. emisji dwutlenku węgla. Wynika to głównie z produkcji włókien sztucznych, które są pochodną ropy naftowej. Generuje też ogromne zużycie wody, głównie w procesie uprawy bawełny. Marki modowe muszą więc uwzględnić wartości konsumentów w swoich produktach. Obejmuje to zobowiązanie do recyclingu ubrań – niektóre marki, jak np. H&M, już rozpoczęły przyjmowanie zużytej odzieży. Planowane jest też takie projektowanie, by umożliwić przerobienie lub uzupełnienie niesprzedanego asortymentu. W ten sposób mógłby wrócić na wieszaki w kolejnym sezonie. A to oznacza ubrania bardziej uniwersalne, ponadsezonowe. Pandemia pokazała, że kolekcje sezonowe trzeba będzie spisać na straty. To odejście od trendu fast fashion (szybkiej mody), kiedy po jednym sezonie ubrania stają się bezużyteczne. Brytyjskie badania pokazały, że do tej pory aż jedna trzecia konsumentek uznawała odzież za starą po dwu-lub trzykrotnym założeniu.
Dla producentów wydłużenie cyklu życia odzieży oznacza ograniczenie lub zaprzestanie praktyk palenia milionów sztuk niesprzedanych ubrań rocznie, zamiast oferowania ich po niskiej cenie. Jeszcze niedawno tak czynił H&M czy Burberry. Wymogi ekologiczne i nowe wartości konsumenckie skłoniły wiele marek do większej transparentności działań. Fashion Transparency Index monitoruje cały łańcuch produkcji i dystrybucji odzieży. Ma służyć budowaniu społecznej odpowiedzialności branży odzieżowej. Ponad 200 przedsiębiorstw odzieżowych działa w ramach inicjatywy B-Corp, która zrzesza firmy stosujące zasady zrównoważonego rozwoju. Należy do niej również producent odzieży outdoorowej Patagonia, który jako pierwszy zastosował polarowe podszewki zrobione z przetworzonych, plastikowych butelek. To coraz ważniejsze, bo jeszcze przed pandemią ponad 60 proc. badanych konsumentów na świecie było gotowych na zmianę lub bojkot marki odpowiedzialnej za nieetyczne praktyki.
obserwatorfinansowy.pl
30 czerwca została opublikowana i weszła w życie Ustawa o bezpieczeństwie narodowym Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong (HK), przyjęta 28 czerwca br. przez Stały Komitet Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (parlamentu Chińskiej Republiki Ludowej) i promulgowana w HK z pominięciem Rady Legislacyjnej (lokalnego parlamentu). Nowe prawo powstało po ponad roku największych od przejęcia regionu przez ChRL w 1997 r. niepokojów społecznych, sprowokowanych projektem ustawy o ekstradycji do ChRL. Procedowana w trybie niejawnym ustawa jest w deklaracjach Pekinu koniecznym środkiem do ustabilizowania sytuacji w regionie. Już pierwszego dnia obowiązywania wywołała ona jednak protesty, w czasie których zatrzymano co najmniej 370 osób. Część z nich ma odpowiadać za złamanie nowych regulacji.
Ustawa tworzy w HK bazę prawną pod budowę aparatu bezpieczeństwa działającego poza kontrolą sądową. Daje Pekinowi oraz podległej mu lokalnej administracji narzędzia do ograniczenia każdej aktywności politycznej i społecznej mieszkańców, która na podstawie importowanych z systemu prawnego ChRL norm i pojęć zostanie uznana przez władze za jeden z czterech deliktów: secesji, działalności wywrotowej, terroryzmu i działania w zmowie z obcymi siłami. Przepisy prawa obejmą również obcokrajowców, także poza granicami ChRL i HK.
Wprowadzenie ustawy z pominięciem lokalnej legislatywy oraz jej szeroki zakres i kontrowersyjne przepisy spotkały się ze sprzeciwem państw zachodnich, które uznają, że doszło do złamania zapisanej we wspólnej deklaracji brytyjsko-chińskiej z 1984 r. zasady „jeden kraj, dwa systemy” oraz zobowiązania Pekinu, że przez 50 lat od przejęcia regionu nie zostanie zmieniony panujący w nim porządek prawnoustrojowy. W reakcji Departament Stanu USA nałożył sankcje wizowe na chińskich decydentów powiązanych z wprowadzeniem ustawy. Departament Handlu z kolei odebrał HK specjalny status, który pozwalał traktować region jako odrębny od ChRL podmiot prawnomiędzynarodowy, zapowiedział także zakończenie niereglamentowanego eksportu technologii. Izba Reprezentantów przyjęła ustawę penalizującą banki za świadczenie usług dla chińskich funkcjonariuszy publicznych odpowiedzialnych za łamanie autonomii HK i praw człowieka na jego terytorium. Parlament Europejski już w połowie czerwca, kiedy ujawniono prace nad ustawą, wezwał państwa członkowskie do zaskarżenia ChRL do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości za złamanie wspólnej deklaracji. Ustawa została potępiona przez przedstawicieli UE, a przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała skoordynowaną odpowiedź państw członkowskich. Wielka Brytania uznała wprowadzenie ustawy za pogwałcenie wspólnej deklaracji i ogłosiła zmianę przepisów emigracyjnych, która umożliwi mieszkańcom Hongkongu osiedlanie się w Wielkiej Brytanii oraz otworzy ścieżkę do uzyskania obywatelstwa. Podobnie władze Tajwanu i Australii zapowiedziały ułatwienia emigracyjne dla Hongkończyków.
osw.waw.pl
Operacja przeprowadzona w 1982 roku w Dolinie Bekaa przez Izrael to podręcznikowy przykład umiejętnego wyeliminowania w miarę nowoczesnej i silnej obrony przeciwlotniczej tylko z wykorzystaniem statków powietrznych. Izraelczykom udało się wtedy zniszczyć 19 baterii przeciwlotniczych oraz kilkanaście syryjskich samolotów bez strat własnych. Uzyskano to dzięki odpowiedniemu rozpoznaniu prowadzonemu w czasie rzeczywistym, bezwzględnemu wykorzystaniu wszelkich słabych stron przeciwnika oraz zastosowaniu nowatorskiej taktyki działania.
Izraelskie działania wywiadowcze przygotowujące do ataku rozpoczęły się już w momencie pojawienia się zagrożenia, a więc zaraz po wprowadzenia przez Syrię w kwietniu 1981 roku pierwszych, przeciwlotniczych brygad rakietowych do Doliny Bekaa w Libanie. To przegrupowanie miało być odpowiedzią syryjskiego rządu na zestrzelenie przez Izrael dwóch śmigłowców, które według Izraela uczestniczyły w atakowaniu jego sojuszników - chrześcijańskich bojowników. Izraelczycy musieli zareagować na pojawienie się baterii przeciwlotniczych z Syrii, ponieważ zagrażały one ich przewadze powietrznej przy granicy z Libanem i ograniczały możliwość prowadzenia przez izraelskie lotnictwo rozpoznania i operacji wsparcia dla własnych działań lądowych.
Głównym błędem Syryjczyków było zlekceważenie Izraelczyków. Ostrzeżeniem powinien być przede wszystkim atak czternastu izraelskich myśliwców F-16 i F-15, który 7 czerwca 1981 roku zniszczył budynek irackiego reaktora atomowego niedaleko Bagdadu. Operacja pod kryptonimem „Opera” oznaczała konieczność przelotu ponad 1600 km – w większości nad obcym terytorium Arabii Saudyjskiej i Iraku. Izraelczykom udało się tego jednak dokonać i to bez strat własnych pomimo silnej, zintegrowanej obrony przeciwlotniczej - szczególnie w okolicach reaktora.
Rok później izraelskie siły powietrzne zrealizowały równie skuteczny atak przeciwko Syryjczykom, choć w o wiele bardziej spektakularny sposób. Atak w Dolinie Bekaa był teoretycznie łatwiejszy, ponieważ Izraelczycy mogli już wykorzystywać drony do prowadzenia rozpoznania (czego nie mogli zrobić w Iraku). Wiedzieli więc, że do czternastu wcześniej rozwiniętych stanowisk przeciwlotniczych baterii S-75 „Dźwina”, S-125 „Pieczora” i 2K12 „Kub” nagle doszło kolejnych sześć baterii przesuniętych przez Syrię ze Wzgórz Golan. Wymagało to skorygowania planu ataku, jednak sam schemat działania się nie zmienił. Izraelczykom sprzyjał również fakt, że Syryjczycy wierząc w siłę swoich baterii plot., nakazali wycofać własne samoloty myśliwskie znad Doliny Bekaa.
Izraelscy planiści wykorzystali wszystko: słabe strony poszczególnych typów zestawów plot, sposób działania syryjskich operatorów, ograniczenia wynikające z ukształtowania terenu, a przede wszystkim zupełnie nowe, własne systemy uzbrojenia. Atak przygotowywali zresztą od wielu miesięcy, szkoląc się na makietach syryjskich baterii rozstawionych na pustynnym poligonie Negev. Rozpoznano też (głównie z pomocą dronów) częstotliwości pracy radarów jak również urządzeń łączności wykorzystywanych w scentralizowanym systemie obrony plot Syrii.
Dokonywano nawet próbnych ataków systemami walki radioelektronicznej, sprawdzając skuteczność tych środków, jak również wiarygodność własnych danych wywiadowczych. W ten sposób wiedziano, co trzeba będzie wyeliminować, a co należy zostawić w spokoju, by móc stamtąd pozyskiwać niezbędne informacje.
Sam atak był kontrolowany przez Izraelczyków w czasie rzeczywistym, m.in. dzięki latającemu w powietrzu samolotowi dozoru radiolokacyjnego E-2C Hawkeye oraz co najmniej dwóm bezzałogowym samolotom na stale przebywającym w powietrzu. W ten sposób Izraelczycy znali dokładną pozycję wszystkich syryjskich baterii przeciwlotniczych, pomimo że część z nich była mobilna (2K12 „Kub”) i często zmieniała stanowiska.
Pierwszym sukcesem izraelskiego lotnictwa było „zmęczenie” syryjskiej obrony przeciwlotniczej. Zrobiono to poprzez systematyczne wlatywanie w strefę obrony i ucieczkę w momencie, gdy baterie rozpoczęły procedurę startu rakiet. Syryjczycy sądzili więc, że mają do czynienia z kolejnym próbnym wlotem, a nie faktycznym atakiem.
Izraelczycy w pierwszej fazie operacji 9 czerwca 1982 roku wysłali w kierunku Doliny Bekaa bezzałogowe samoloty Mastiff, które zmusiły syryjską obronę do włączenia radarów. Wtedy do akcji włączyły się samoloty F-4 Phantom, które zniszczyły te aktywne stacje radiolokacyjne za pomocą rakiet antyradarowych AGM-78 Standard ARM i AGM-45 Shrike (w pierwszej kolejności zaatakowano radar dalekiego zasięgu na szczycie wzgórza Jebel Baruk). Pomogła w tym szybkość tych pocisków, które „wyłączały” stacje przed doprowadzeniem własnych rakiet do samolotów F-4. Syryjczycy mieli wystrzelić w tej fazie nawet 57 rakiet systemu plot Kub.
Po wyeliminowaniu radarów izraelskie lotnictwo w ciągu dwóch godzin rozprawiło się z dziewiętnastoma, syryjskimi bateriami znając doskonale ich pozycję i wiedząc, że nie mogą one już nic zrobić bez własnych stacji naprowadzania. Co ważne atak był przeprowadzony przez Izraelczyków bez strat własnych.
Syryjczycy próbowali się ratować, wysyłając do obrony niszczonych baterii plot własne myśliwce. Ale na to byli już przygotowanie izraelscy piloci naprowadzani w czasie rzeczywistym z powietrznego stanowiska kierowania. Wiedziano również dokładnie, co startowało z baz, ponieważ nad syryjskimi lotniskami patrolowały bez przerwy izraelskie drony.
Tłok w powietrzu był tak duży, że Izraelczycy dla uniknięcia strat bratobójczych wpuszczali na obszar walki nie więcej niż cztery własne myśliwce i to nie na dłużej niż dwie minuty. W gotowości były zawsze cztery takie grupy myśliwców. Zupełnie inaczej było w przypadku syryjskich samolotów MiG-21 i MiG-23, które poprzez selektywne zakłócanie łączności zostały praktycznie odcięte od kontroli naziemnej.
I kiedy syryjscy piloci działali właściwie po omacku, to ich izraelscy odpowiednicy z chirurgiczną precyzją wyłapywali kolejne samoloty przeciwnika, atakując je pociskami Sparrow z odległości od 22 do 40 km (a więc poza zasięgiem systemów obserwacji stosowanych na samolotach Syryjczyków). W ciągu pół godziny Izraelczycy zestrzelili około 26 MiG-ów. Natomiast do momentu zwieszenia broni ta liczba zwiększyła się do 82 przy zerowych stratach ze strony Izraela.
defence24.pl
niedziela, 12 lipca 2020
To kto zdecyduje? Może - jeśli jest taka kategoria wyborców - ci, którzy nawet do końca sobie z tego nie zdając sprawy chcą być po zwycięskiej stronie? A po I turze faworytem jest jednak Duda.
Są i tacy wyborcy. W politologii mówimy o bandwagon effect - przyłączania się do wygrywającego obozu. Ale efekt ten dotyczy głównie wyborów parlamentarnych, a nie prezydenckich. W praktyce efekt ten widzimy, gdy jakaś partia ma kilku-kilkunastopunktową przewagę w sondażach. Wtedy jakaś część wyborców przyłącza się właśnie do jej elektoratu, aby być po zwycięskiej stronie.
W jakimś, choćby niewielkim stopniu, może to zadziałać i w elekcji prezydenta?
Mamy dwóch kandydatów, a ich szanse są wyrównane, więc nie wiadomo do kogo się przyłączyć.
Jeśli wyborca ma w pamięci wyniki I tury, to widzi, że prowadzenie Dudy było wyraźne.
Gdyby sondaże przed II turą sugerowały zwycięzcę, choćby niewielką różnicą, ale wszystkie byłyby zgodne, to wówczas bandwagon effect też by wyraźnie zaistniał. Skoro jednak sondaże są różne, to wyborcy ulegający im mogą się czuć zdezorientowani. Wynik I tury to dla nich jeszcze za mało.
(...)
Jesteśmy - choćby intuicyjnie - zdolni zajrzeć w głowy wyborców, którzy według pana przesądzą o wygranej któregoś z kandydatów?
Tylko intuicyjnie można to zrobić. Jest to bowiem grupa, która jest przekleństwem sztabów wyborczych i senną marą socjologów i politologów. Nie daje się bowiem opisać w kategoriach wykształcenia czy zamieszkania. To "wyborcy ostatniej godziny". Za każdym razem to są inni ludzie. A co ich łączy? To, że do dnia wyborów polityka takiego człowieka nie interesowała, ale dopadło go emocjonalne tsunami przetaczające się przez Polskę.
Do tej pory człowiek ten bronił się przed tą falą, nie oglądał żadnych programów informacyjnych. Ale tuż przed wyborami jest już tak osaczony, że nie potrafi uciec - tak dzieje się najczęściej przy okazji wyborów prezydenckich, II ich tury. Gdzie by nie poszedł, to i tak słyszy rozmowy albo i kłótnie o prezydenta, a znajomi namawiają go, by kogoś poparł. Człowiek pęka i mówi: "trudno, pójdę i zagłosuję". Ale nie jest tak, że ma wypracowany pogląd. Nie. Jego wybór będzie zależał od tego, jaka opinia wpadnie mu do ucha jako ostatnia.
I dlatego sztaby przed ciszą apelują: przekonujcie swoje rodziny, sąsiadów, znajomych!
Właśnie. Starają się w ten sposób wyłuskiwać dla siebie "wyborców ostatniej godziny". Może właśnie teraz odbywa się gdzieś taka rozmowa: - Wiesiu, ja cię błagam. Ty masz ich wszystkich za bandę złodziei, ale zagłosuj na - tu pada nazwisko. Zrób to dla mnie.
gazeta.pl
sobota, 11 lipca 2020
Grzegorz Sroczyński: - Co zdecyduje?
Marcin Duma: Niuanse. Te dwa tygodnie są bardzo szczególne, bo to, co normalnie potrafi się ciągnąć miesiącami - jakaś zmiana emocji społecznych, nastrojów - teraz dostaje solidną dawkę adrenaliny i wszystko dzieje się szybciej.
- Taki rollercoaster?
Nie. To nie jest jazda w wagonikach w górę i w dół po skrajnościach, te amplitudy będą małe, ale totalnie nieprzewidywalne i szybko będą się zmieniać. Jakaś emocja może się nagle lekko wzmocnić, za dwa dni zgasnąć, a inna dotrwa do 12 lipca i przeważy wynik. Bardzo szybkie, ale małe ruchy. Wyobraź sobie, że jesteś takim macherem w którymś sztabie wyborczym i badasz ludzi powiedzmy w środę, coś nowego wychodzi z tych badań, ale zanim w piątek wdrożysz nową strategię pod to "coś", to już następuje zmiana emocji na inną i twoja strategia jest do bani.
- I dlatego oni serwują same odgrzewane kotlety? LGBT, 500 plus, emerytury, "oni wam podwyższą podatki" itd.
Z jednej strony odgrzewane kotlety mogą być dla wyborcy wciąż bardzo smaczne, a z drugiej strony oni muszą czekać na solidne badania nowych treści, więc na razie z grubsza powtarzają strategie z pierwszej tury. Wydarzenia, słowa, hasła, które normalnie istniałyby co najmniej parę dni, przewalały się na portalach internetowych, w telewizjach, w memach i - co najważniejsze - w rozmowach z wujkiem przy stole, teraz mogą istnieć ledwie parę godzin. Temat z dzisiejszego południa jutro znika bez śladu.
- A coś nowego w tym całym zamieszaniu widzisz?
Tuż po pierwszej turze przyjrzeliśmy się za pomocą badań ilościowych wyborcom, którzy wcześniej byli poza radarem badań: nie poszli w pierwszej turze, ale teraz deklarują, że pójdą. "Druga tura jest ważniejsza, teraz na pewno pójdę!".
- Ilu ich jest?
Około półtora miliona. Spory dopływ. Uważam, że w wyborczą niedzielę mamy szansę pobić rekord frekwencyjny z 1995 roku i przekroczyć 68 proc. A na pewno ten szczyt zaatakujemy. Ostry spór wpłynął na aktywność obywatelską. Marudziliśmy przez kilkanaście lat, że Polacy nie chodzą na wybory, no to proszę - mamy szczyt polaryzacji, szczyt emocji - i chodzą.
(...)
- Czyli co zdecyduje? Kogo Duda i Trzaskowski muszą do siebie przekonać? I jak?
Już ci mówiłem: nikogo nie muszą przekonać. O przekonywaniu w ogóle nie ma mowy. Ludzie już wiedzą, na kogo głosować, wahających się prawie nie ma. W całej tej grze wyborczej chodzi o mobilizację swoich i demobilizacje tamtych. Pytanie, kto pójdzie, a kto nie pójdzie.
- To kto pójdzie?
Nie wiem. Gdybyśmy wzięli pod uwagę wyborców w pierwszej tury i przepływy elektoratów, to wygrywa Trzaskowski. Ale już ci mówiłem, że po ogłoszeniu wyników pierwszej tury zaraz w poniedziałek objawili się nowi wyborcy, którzy napłynęli do puli "drugoturowych". I oni na parę dni zmienili obraz wyników na korzyść Dudy. Pytanie, czy tylko mówią, że pójdą, czy rzeczywiście pójdą. Naprawdę nie sposób niczego przewidzieć. Jeśli idziesz gdzieś komentować w wieczór wyborczy, to przygotuj się na to, że nie będziesz miał czego komentować, bo żaden exit poll nie może być wiarygodny przy tak niedużej różnicy głosów. Będzie o włos.
gazeta.pl
czwartek, 9 lipca 2020
- Jeden z kandydatów na urząd prezydenta zapowiada, że jeśli wygra wybory, natychmiast zniesie składki do ZUS od emerytur. Martwią pana takie obietnice?
Prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista ZUS: Ma pani oczywiście na myśli składkę zdrowotną, która jest potrącana z emerytur. To nie jest składka ubezpieczeniowa, ale ma charakter daniny podatkowej.
Artykuł 67 Konstytucji RP nakazuje państwu zapewnienie ochrony zdrowotnej obywateli. Idziemy w kierunku powszechnej opieki medycznej. Ktoś musi ponieść związane z tym koszty. Czy emeryci powinni być grupą uprzywilejowaną, która z tej daniny zostanie zwolniona? Według mnie nie. Zasada solidarności społecznej nakazuje, abyśmy wszyscy coś wpłacili do systemu, inaczej należałoby i tak sfinansować NFZ z innych podatków. Dodatkowo emeryci są tą grupą społeczną, która trochę więcej korzysta ze świadczeń medycznych niż reszta społeczeństwa, zatem nie ma powodu, by ich z tego obowiązku całkowicie zwalniać.
(...)
- To ile musimy płacić ZUS-owi, żeby każdy dostał minimalną emeryturę w przyszłości?
To trudne pytanie, bo długość życia ciągle się wydłuża, czyli rośnie liczba lat pobierania świadczenia. Można jednak założyć, że minimalne składki powinny być odprowadzane od co najmniej 60 proc. przeciętnej płacy przez co najmniej 27 lat. Tymczasem obecnie kobiety mogą uzbierać staż uprawniający do dopłaty z budżetu państwa do minimalnej emerytury już po 20 latach pracy. Rachunek jest prosty: społeczeństwo z podatków dopłaci im do tych dodatkowych 7 lat.
Musimy wypracować taki system, w którym społeczeństwo nie dźwigałoby ciężarów tych, którzy nie oszczędzali lub oszczędzali niewystarczająco. Niedobrze byłoby, aby w przyszłości również przedsiębiorcy lub osoby nadmiernie wykorzystujący niżej oskładkowane umowy skarżyli się na niskie emerytury, jak robią to dziś artyści i twórcy, którzy wnosili niewielkie składki i są dziś rozżaleni, że mają głodowe emerytury. Zasadą ubezpieczeń jest proporcjonalność do wkładu, ekwiwalentność. Dlatego każdy powinien wiedzieć, ile i za co płaci.
- Jak taki sprawiedliwy system powinien być skonstruowany?
Doświadczenia zamożnych państw Zachodu pokazują, że progresywne systemy podatkowe lepiej się sprawdzają, są bardziej odporne na wahnięcia koniunktury. Tymczasem nasz system podatkowo-składkowy charakteryzuje się najniższą progresją wśród państw OECD, co oznacza, że nie jest ani korzystny przy stabilizowaniu koniunktury, ani sprawiedliwy.
money.pl
Projektując rozwiązania, mające nas ustrzec przed problemami, które się jeszcze nie pojawiły, warto zachować pokorę i być uważnym. Dlatego, że przy skomplikowanych problemach każda interwencja może wywołać szereg nieprzewidzianych skutków. Autor podaje przykład wydawałoby się prostej sprawy, jaką jest ograniczenie zużycia plastikowych reklamówek. Te reklamówki, mimo że stanowią niewielki odsetek śmieci, powodują nieproporcjonalnie duże szkody w naturze, m.in. dlatego, że potrafią rozkładać się nawet przez sto lat.
Cóż zatem prostszego niż wycofać „plastiki” z użytku i zastąpić je papierowymi i materiałowymi torbami? W końcu takie torby są zdecydowanie lepsze z punktu widzenia zanieczyszczania wód. To prawda, ale Agencja Środowiska z Wielkiej Brytanii policzyła, że do wyprodukowania toreb materiałowych i papierowych zużywa się znacznie więcej energii, niż przy produkcji toreb plastikowych, a to oznacza więcej zanieczyszczeń w powietrzu.
Wspomniana organizacja policzyła, że trzeba by wykorzystywać papierową torbę przynajmniej trzy razy, a materiałową 131 razy, aby szkody przy ich produkcji dla środowiska nie były wyższe, niż w przypadku „plastików”. Nawet jeżeli uznamy, że zakaz produkcji plastików jest uzasadniony, trzeba bardzo dokładnie go sformułować. Na przykład w Chicago w 2014 r. przegłosowano prawo zakazujące sklepom przekazywania klientom cienkich reklamówek. Co zrobiły sklepy? Zaczęły rozdawać torebki z grubszego plastiku. Zakładano, że kupujący będą z takich trwalszych toreb wielokrotnie korzystać. Ci jednak, przyzwyczajeni do wyrzucania plastikowych reklamówek po jednokrotnym użyciu, nie zmienili przyzwyczajeń.
obserwatorfinansowy.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
