poniedziałek, 13 lipca 2020


Najnowsze badania w USA i Europie wskazują, że 15 proc. nabywców odzieży ma motywacje ekologiczne. A branża odzieżowa, obok naftowej i mięsnej, należy do największych trucicieli globu, odpowiadając za 10 proc. emisji dwutlenku węgla. Wynika to głównie z produkcji włókien sztucznych, które są pochodną ropy naftowej. Generuje też ogromne zużycie wody, głównie w procesie uprawy bawełny. Marki modowe muszą więc uwzględnić wartości konsumentów w swoich produktach. Obejmuje to zobowiązanie do recyclingu ubrań – niektóre marki, jak np. H&M, już rozpoczęły przyjmowanie zużytej odzieży. Planowane jest też takie projektowanie, by umożliwić przerobienie lub uzupełnienie niesprzedanego asortymentu. W ten sposób mógłby wrócić na wieszaki w kolejnym sezonie. A to oznacza ubrania bardziej uniwersalne, ponadsezonowe. Pandemia pokazała, że kolekcje sezonowe trzeba będzie spisać na straty. To odejście od trendu fast fashion (szybkiej mody), kiedy po jednym sezonie ubrania stają się bezużyteczne. Brytyjskie badania pokazały, że do tej pory aż jedna trzecia konsumentek uznawała odzież za starą po dwu-lub trzykrotnym założeniu.

Dla producentów wydłużenie cyklu życia odzieży oznacza ograniczenie lub zaprzestanie praktyk palenia milionów sztuk niesprzedanych ubrań rocznie, zamiast oferowania ich po niskiej cenie. Jeszcze niedawno tak czynił H&M czy Burberry. Wymogi ekologiczne i nowe wartości konsumenckie skłoniły wiele marek do większej transparentności działań. Fashion Transparency Index monitoruje cały łańcuch produkcji i dystrybucji odzieży. Ma służyć budowaniu społecznej odpowiedzialności branży odzieżowej. Ponad 200 przedsiębiorstw odzieżowych działa w ramach inicjatywy B-Corp, która zrzesza firmy stosujące zasady zrównoważonego rozwoju. Należy do niej również producent odzieży outdoorowej Patagonia, który jako pierwszy zastosował polarowe podszewki zrobione z przetworzonych, plastikowych butelek. To coraz ważniejsze, bo jeszcze przed pandemią ponad 60 proc. badanych konsumentów na świecie było gotowych na zmianę lub bojkot marki odpowiedzialnej za nieetyczne praktyki.

obserwatorfinansowy.pl

30 czerwca została opublikowana i weszła w życie Ustawa o bezpieczeństwie narodowym Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong (HK), przyjęta 28 czerwca br. przez Stały Komitet Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (parlamentu Chińskiej Republiki Ludowej) i promulgowana w HK z pominięciem Rady Legislacyjnej (lokalnego parlamentu). Nowe prawo powstało po ponad roku największych od przejęcia regionu przez ChRL w 1997 r. niepokojów społecznych, sprowokowanych projektem ustawy o ekstradycji do ChRL. Procedowana w trybie niejawnym ustawa jest w deklaracjach Pekinu koniecznym środkiem do ustabilizowania sytuacji w regionie. Już pierwszego dnia obowiązywania wywołała ona jednak protesty, w czasie których zatrzymano co najmniej 370 osób. Część z nich ma odpowiadać za złamanie nowych regulacji.

Ustawa tworzy w HK bazę prawną pod budowę aparatu bezpieczeństwa działającego poza kontrolą sądową. Daje Pekinowi oraz podległej mu lokalnej administracji narzędzia do ograniczenia każdej aktywności politycznej i społecznej mieszkańców, która na podstawie importowanych z systemu prawnego ChRL norm i pojęć zostanie uznana przez władze za jeden z czterech deliktów: secesji, działalności wywrotowej, terroryzmu i działania w zmowie z obcymi siłami. Przepisy prawa obejmą również obcokrajowców, także poza granicami ChRL i HK.

Wprowadzenie ustawy z pominięciem lokalnej legislatywy oraz jej szeroki zakres i kontrowersyjne przepisy spotkały się ze sprzeciwem państw zachodnich, które uznają, że doszło do złamania zapisanej we wspólnej deklaracji brytyjsko-chińskiej z 1984 r. zasady „jeden kraj, dwa systemy” oraz zobowiązania Pekinu, że przez 50 lat od przejęcia regionu nie zostanie zmieniony panujący w nim porządek prawnoustrojowy. W reakcji Departament Stanu USA nałożył sankcje wizowe na chińskich decydentów powiązanych z wprowadzeniem ustawy. Departament Handlu z kolei odebrał HK specjalny status, który pozwalał traktować region jako odrębny od ChRL podmiot prawnomiędzynarodowy, zapowiedział także zakończenie niereglamentowanego eksportu technologii. Izba Reprezentantów przyjęła ustawę penalizującą banki za świadczenie usług dla chińskich funkcjonariuszy publicznych odpowiedzialnych za łamanie autonomii HK i praw człowieka na jego terytorium. Parlament Europejski już w połowie czerwca, kiedy ujawniono prace nad ustawą, wezwał państwa członkowskie do zaskarżenia ChRL do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości za złamanie wspólnej deklaracji. Ustawa została potępiona przez przedstawicieli UE, a przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała skoordynowaną odpowiedź państw członkowskich. Wielka Brytania uznała wprowadzenie ustawy za pogwałcenie wspólnej deklaracji i ogłosiła zmianę przepisów emigracyjnych, która umożliwi mieszkańcom Hongkongu osiedlanie się w Wielkiej Brytanii oraz otworzy ścieżkę do uzyskania obywatelstwa. Podobnie władze Tajwanu i Australii zapowiedziały ułatwienia emigracyjne dla Hongkończyków.

osw.waw.pl

Operacja przeprowadzona w 1982 roku w Dolinie Bekaa przez Izrael to podręcznikowy przykład umiejętnego wyeliminowania w miarę nowoczesnej i silnej obrony przeciwlotniczej tylko z wykorzystaniem statków powietrznych. Izraelczykom udało się wtedy zniszczyć 19 baterii przeciwlotniczych oraz kilkanaście syryjskich samolotów bez strat własnych. Uzyskano to dzięki odpowiedniemu rozpoznaniu prowadzonemu w czasie rzeczywistym, bezwzględnemu wykorzystaniu wszelkich słabych stron przeciwnika oraz zastosowaniu nowatorskiej taktyki działania.

Izraelskie działania wywiadowcze przygotowujące do ataku rozpoczęły się już w momencie pojawienia się zagrożenia, a więc zaraz po wprowadzenia przez Syrię w kwietniu 1981 roku pierwszych, przeciwlotniczych brygad rakietowych do Doliny Bekaa w Libanie. To przegrupowanie miało być odpowiedzią syryjskiego rządu na zestrzelenie przez Izrael dwóch śmigłowców, które według Izraela uczestniczyły w atakowaniu jego sojuszników - chrześcijańskich bojowników. Izraelczycy musieli zareagować na pojawienie się baterii przeciwlotniczych z Syrii, ponieważ zagrażały one ich przewadze powietrznej przy granicy z Libanem i ograniczały możliwość prowadzenia przez izraelskie lotnictwo rozpoznania i operacji wsparcia dla własnych działań lądowych.

Głównym błędem Syryjczyków było zlekceważenie Izraelczyków. Ostrzeżeniem powinien być przede wszystkim atak czternastu izraelskich myśliwców F-16 i F-15, który 7 czerwca 1981 roku zniszczył budynek irackiego reaktora atomowego niedaleko Bagdadu. Operacja pod kryptonimem „Opera” oznaczała konieczność przelotu ponad 1600 km – w większości nad obcym terytorium Arabii Saudyjskiej i Iraku. Izraelczykom udało się tego jednak dokonać i to bez strat własnych pomimo silnej, zintegrowanej obrony przeciwlotniczej - szczególnie w okolicach reaktora.

Rok później izraelskie siły powietrzne zrealizowały równie skuteczny atak przeciwko Syryjczykom, choć w o wiele bardziej spektakularny sposób. Atak w Dolinie Bekaa był teoretycznie łatwiejszy, ponieważ Izraelczycy mogli już wykorzystywać drony do prowadzenia rozpoznania (czego nie mogli zrobić w Iraku). Wiedzieli więc, że do czternastu wcześniej rozwiniętych stanowisk przeciwlotniczych baterii S-75 „Dźwina”, S-125 „Pieczora” i 2K12 „Kub” nagle doszło kolejnych sześć baterii przesuniętych przez Syrię ze Wzgórz Golan. Wymagało to skorygowania planu ataku, jednak sam schemat działania się nie zmienił. Izraelczykom sprzyjał również fakt, że Syryjczycy wierząc w siłę swoich baterii plot., nakazali wycofać własne samoloty myśliwskie znad Doliny Bekaa.

Izraelscy planiści wykorzystali wszystko: słabe strony poszczególnych typów zestawów plot, sposób działania syryjskich operatorów, ograniczenia wynikające z ukształtowania terenu, a przede wszystkim zupełnie nowe, własne systemy uzbrojenia. Atak przygotowywali zresztą od wielu miesięcy, szkoląc się na makietach syryjskich baterii rozstawionych na pustynnym poligonie Negev. Rozpoznano też (głównie z pomocą dronów) częstotliwości pracy radarów jak również urządzeń łączności wykorzystywanych w scentralizowanym systemie obrony plot Syrii.

Dokonywano nawet próbnych ataków systemami walki radioelektronicznej, sprawdzając skuteczność tych środków, jak również wiarygodność własnych danych wywiadowczych. W ten sposób wiedziano, co trzeba będzie wyeliminować, a co należy zostawić w spokoju, by móc stamtąd pozyskiwać niezbędne informacje.

Sam atak był kontrolowany przez Izraelczyków w czasie rzeczywistym, m.in. dzięki latającemu w powietrzu samolotowi dozoru radiolokacyjnego E-2C Hawkeye oraz co najmniej dwóm bezzałogowym samolotom na stale przebywającym w powietrzu. W ten sposób Izraelczycy znali dokładną pozycję wszystkich syryjskich baterii przeciwlotniczych, pomimo że część z nich była mobilna (2K12 „Kub”) i często zmieniała stanowiska.

Pierwszym sukcesem izraelskiego lotnictwa było „zmęczenie” syryjskiej obrony przeciwlotniczej. Zrobiono to poprzez systematyczne wlatywanie w strefę obrony i ucieczkę w momencie, gdy baterie rozpoczęły procedurę startu rakiet. Syryjczycy sądzili więc, że mają do czynienia z kolejnym próbnym wlotem, a nie faktycznym atakiem.

Izraelczycy w pierwszej fazie operacji 9 czerwca 1982 roku wysłali w kierunku Doliny Bekaa bezzałogowe samoloty Mastiff, które zmusiły syryjską obronę do włączenia radarów. Wtedy do akcji włączyły się samoloty F-4 Phantom, które zniszczyły te aktywne stacje radiolokacyjne za pomocą rakiet antyradarowych AGM-78 Standard ARM i AGM-45 Shrike (w pierwszej kolejności zaatakowano radar dalekiego zasięgu na szczycie wzgórza Jebel Baruk). Pomogła w tym szybkość tych pocisków, które „wyłączały” stacje przed doprowadzeniem własnych rakiet do samolotów F-4. Syryjczycy mieli wystrzelić w tej fazie nawet 57 rakiet systemu plot Kub.

Po wyeliminowaniu radarów izraelskie lotnictwo w ciągu dwóch godzin rozprawiło się z dziewiętnastoma, syryjskimi bateriami znając doskonale ich pozycję i wiedząc, że nie mogą one już nic zrobić bez własnych stacji naprowadzania. Co ważne atak był przeprowadzony przez Izraelczyków bez strat własnych.

Syryjczycy próbowali się ratować, wysyłając do obrony niszczonych baterii plot własne myśliwce. Ale na to byli już przygotowanie izraelscy piloci naprowadzani w czasie rzeczywistym z powietrznego stanowiska kierowania. Wiedziano również dokładnie, co startowało z baz, ponieważ nad syryjskimi lotniskami patrolowały bez przerwy izraelskie drony.

Tłok w powietrzu był tak duży, że Izraelczycy dla uniknięcia strat bratobójczych wpuszczali na obszar walki nie więcej niż cztery własne myśliwce i to nie na dłużej niż dwie minuty. W gotowości były zawsze cztery takie grupy myśliwców. Zupełnie inaczej było w przypadku syryjskich samolotów MiG-21 i MiG-23, które poprzez selektywne zakłócanie łączności zostały praktycznie odcięte od kontroli naziemnej.

I kiedy syryjscy piloci działali właściwie po omacku, to ich izraelscy odpowiednicy z chirurgiczną precyzją wyłapywali kolejne samoloty przeciwnika, atakując je pociskami Sparrow z odległości od 22 do 40 km (a więc poza zasięgiem systemów obserwacji stosowanych na samolotach Syryjczyków). W ciągu pół godziny Izraelczycy zestrzelili około 26 MiG-ów. Natomiast do momentu zwieszenia broni ta liczba zwiększyła się do 82 przy zerowych stratach ze strony Izraela.

defence24.pl

niedziela, 12 lipca 2020


To kto zdecyduje? Może - jeśli jest taka kategoria wyborców - ci, którzy nawet do końca sobie z tego nie zdając sprawy chcą być po zwycięskiej stronie? A po I turze faworytem jest jednak Duda.

Są i tacy wyborcy. W politologii mówimy o bandwagon effect - przyłączania się do wygrywającego obozu. Ale efekt ten dotyczy głównie wyborów parlamentarnych, a nie prezydenckich. W praktyce efekt ten widzimy, gdy jakaś partia ma kilku-kilkunastopunktową przewagę w sondażach. Wtedy jakaś część wyborców przyłącza się właśnie do jej elektoratu, aby być po zwycięskiej stronie.

W jakimś, choćby niewielkim stopniu, może to zadziałać i w elekcji prezydenta?

Mamy dwóch kandydatów, a ich szanse są wyrównane, więc nie wiadomo do kogo się przyłączyć.

Jeśli wyborca ma w pamięci wyniki I tury, to widzi, że prowadzenie Dudy było wyraźne.

Gdyby sondaże przed II turą sugerowały zwycięzcę, choćby niewielką różnicą, ale wszystkie byłyby zgodne, to wówczas bandwagon effect też by wyraźnie zaistniał. Skoro jednak sondaże są różne, to wyborcy ulegający im mogą się czuć zdezorientowani. Wynik I tury to dla nich jeszcze za mało.

(...)

Jesteśmy - choćby intuicyjnie - zdolni zajrzeć w głowy wyborców, którzy według pana przesądzą o wygranej któregoś z kandydatów?

Tylko intuicyjnie można to zrobić. Jest to bowiem grupa, która jest przekleństwem sztabów wyborczych i senną marą socjologów i politologów. Nie daje się bowiem opisać w kategoriach wykształcenia czy zamieszkania. To "wyborcy ostatniej godziny". Za każdym razem to są inni ludzie. A co ich łączy? To, że do dnia wyborów polityka takiego człowieka nie interesowała, ale dopadło go emocjonalne tsunami przetaczające się przez Polskę.

Do tej pory człowiek ten bronił się przed tą falą, nie oglądał żadnych programów informacyjnych. Ale tuż przed wyborami jest już tak osaczony, że nie potrafi uciec - tak dzieje się najczęściej przy okazji wyborów prezydenckich, II ich tury. Gdzie by nie poszedł, to i tak słyszy rozmowy albo i kłótnie o prezydenta, a znajomi namawiają go, by kogoś poparł. Człowiek pęka i mówi: "trudno, pójdę i zagłosuję". Ale nie jest tak, że ma wypracowany pogląd. Nie. Jego wybór będzie zależał od tego, jaka opinia wpadnie mu do ucha jako ostatnia.

I dlatego sztaby przed ciszą apelują: przekonujcie swoje rodziny, sąsiadów, znajomych!

Właśnie. Starają się w ten sposób wyłuskiwać dla siebie "wyborców ostatniej godziny". Może właśnie teraz odbywa się gdzieś taka rozmowa: - Wiesiu, ja cię błagam. Ty masz ich wszystkich za bandę złodziei, ale zagłosuj na - tu pada nazwisko. Zrób to dla mnie.

gazeta.pl

sobota, 11 lipca 2020


Grzegorz Sroczyński: - Co zdecyduje?

Marcin Duma: Niuanse. Te dwa tygodnie są bardzo szczególne, bo to, co normalnie potrafi się ciągnąć miesiącami - jakaś zmiana emocji społecznych, nastrojów - teraz dostaje solidną dawkę adrenaliny i wszystko dzieje się szybciej.

- Taki rollercoaster?

Nie. To nie jest jazda w wagonikach w górę i w dół po skrajnościach, te amplitudy będą małe, ale totalnie nieprzewidywalne i szybko będą się zmieniać. Jakaś emocja może się nagle lekko wzmocnić, za dwa dni zgasnąć, a inna dotrwa do 12 lipca i przeważy wynik. Bardzo szybkie, ale małe ruchy. Wyobraź sobie, że jesteś takim macherem w którymś sztabie wyborczym i badasz ludzi powiedzmy w środę, coś nowego wychodzi z tych badań, ale zanim w piątek wdrożysz nową strategię pod to "coś", to już następuje zmiana emocji na inną i twoja strategia jest do bani.

- I dlatego oni serwują same odgrzewane kotlety? LGBT, 500 plus, emerytury, "oni wam podwyższą podatki" itd.

Z jednej strony odgrzewane kotlety mogą być dla wyborcy wciąż bardzo smaczne, a z drugiej strony oni muszą czekać na solidne badania nowych treści, więc na razie z grubsza powtarzają strategie z pierwszej tury. Wydarzenia, słowa, hasła, które normalnie istniałyby co najmniej parę dni, przewalały się na portalach internetowych, w telewizjach, w memach i - co najważniejsze - w rozmowach z wujkiem przy stole, teraz mogą istnieć ledwie parę godzin. Temat z dzisiejszego południa jutro znika bez śladu.

- A coś nowego w tym całym zamieszaniu widzisz?

Tuż po pierwszej turze przyjrzeliśmy się za pomocą badań ilościowych wyborcom, którzy wcześniej byli poza radarem badań: nie poszli w pierwszej turze, ale teraz deklarują, że pójdą. "Druga tura jest ważniejsza, teraz na pewno pójdę!".

- Ilu ich jest?

Około półtora miliona. Spory dopływ. Uważam, że w wyborczą niedzielę mamy szansę pobić rekord frekwencyjny z 1995 roku i przekroczyć 68 proc. A na pewno ten szczyt zaatakujemy. Ostry spór wpłynął na aktywność obywatelską. Marudziliśmy przez kilkanaście lat, że Polacy nie chodzą na wybory, no to proszę - mamy szczyt polaryzacji, szczyt emocji - i chodzą.

(...)

- Czyli co zdecyduje? Kogo Duda i Trzaskowski muszą do siebie przekonać? I jak?

Już ci mówiłem: nikogo nie muszą przekonać. O przekonywaniu w ogóle nie ma mowy. Ludzie już wiedzą, na kogo głosować, wahających się prawie nie ma. W całej tej grze wyborczej chodzi o mobilizację swoich i demobilizacje tamtych. Pytanie, kto pójdzie, a kto nie pójdzie.

- To kto pójdzie?

Nie wiem. Gdybyśmy wzięli pod uwagę wyborców w pierwszej tury i przepływy elektoratów, to wygrywa Trzaskowski. Ale już ci mówiłem, że po ogłoszeniu wyników pierwszej tury zaraz w poniedziałek objawili się nowi wyborcy, którzy napłynęli do puli "drugoturowych". I oni na parę dni zmienili obraz wyników na korzyść Dudy. Pytanie, czy tylko mówią, że pójdą, czy rzeczywiście pójdą. Naprawdę nie sposób niczego przewidzieć. Jeśli idziesz gdzieś komentować w wieczór wyborczy, to przygotuj się na to, że nie będziesz miał czego komentować, bo żaden exit poll nie może być wiarygodny przy tak niedużej różnicy głosów. Będzie o włos.

gazeta.pl

czwartek, 9 lipca 2020


- Jeden z kandydatów na urząd prezydenta zapowiada, że jeśli wygra wybory, natychmiast zniesie składki do ZUS od emerytur. Martwią pana takie obietnice?

Prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista ZUS: Ma pani oczywiście na myśli składkę zdrowotną, która jest potrącana z emerytur. To nie jest składka ubezpieczeniowa, ale ma charakter daniny podatkowej.

Artykuł 67 Konstytucji RP nakazuje państwu zapewnienie ochrony zdrowotnej obywateli. Idziemy w kierunku powszechnej opieki medycznej. Ktoś musi ponieść związane z tym koszty. Czy emeryci powinni być grupą uprzywilejowaną, która z tej daniny zostanie zwolniona? Według mnie nie. Zasada solidarności społecznej nakazuje, abyśmy wszyscy coś wpłacili do systemu, inaczej należałoby i tak sfinansować NFZ z innych podatków. Dodatkowo emeryci są tą grupą społeczną, która trochę więcej korzysta ze świadczeń medycznych niż reszta społeczeństwa, zatem nie ma powodu, by ich z tego obowiązku całkowicie zwalniać.

(...)

- To ile musimy płacić ZUS-owi, żeby każdy dostał minimalną emeryturę w przyszłości?

To trudne pytanie, bo długość życia ciągle się wydłuża, czyli rośnie liczba lat pobierania świadczenia. Można jednak założyć, że minimalne składki powinny być odprowadzane od co najmniej 60 proc. przeciętnej płacy przez co najmniej 27 lat. Tymczasem obecnie kobiety mogą uzbierać staż uprawniający do dopłaty z budżetu państwa do minimalnej emerytury już po 20 latach pracy. Rachunek jest prosty: społeczeństwo z podatków dopłaci im do tych dodatkowych 7 lat.

Musimy wypracować taki system, w którym społeczeństwo nie dźwigałoby ciężarów tych, którzy nie oszczędzali lub oszczędzali niewystarczająco. Niedobrze byłoby, aby w przyszłości również przedsiębiorcy lub osoby nadmiernie wykorzystujący niżej oskładkowane umowy skarżyli się na niskie emerytury, jak robią to dziś artyści i twórcy, którzy wnosili niewielkie składki i są dziś rozżaleni, że mają głodowe emerytury. Zasadą ubezpieczeń jest proporcjonalność do wkładu, ekwiwalentność. Dlatego każdy powinien wiedzieć, ile i za co płaci.

- Jak taki sprawiedliwy system powinien być skonstruowany?

Doświadczenia zamożnych państw Zachodu pokazują, że progresywne systemy podatkowe lepiej się sprawdzają, są bardziej odporne na wahnięcia koniunktury. Tymczasem nasz system podatkowo-składkowy charakteryzuje się najniższą progresją wśród państw OECD, co oznacza, że nie jest ani korzystny przy stabilizowaniu koniunktury, ani sprawiedliwy.

money.pl

Projektując rozwiązania, mające nas ustrzec przed problemami, które się jeszcze nie pojawiły, warto zachować pokorę i być uważnym. Dlatego, że przy skomplikowanych problemach każda interwencja może wywołać szereg nieprzewidzianych skutków. Autor podaje przykład wydawałoby się prostej sprawy, jaką jest ograniczenie zużycia plastikowych reklamówek. Te reklamówki, mimo że stanowią niewielki odsetek śmieci, powodują nieproporcjonalnie duże szkody w naturze, m.in. dlatego, że potrafią rozkładać się nawet przez sto lat.

Cóż zatem prostszego niż wycofać „plastiki” z użytku i zastąpić je papierowymi i materiałowymi torbami? W końcu takie torby są zdecydowanie lepsze z punktu widzenia zanieczyszczania wód. To prawda, ale Agencja Środowiska z Wielkiej Brytanii policzyła, że do wyprodukowania toreb materiałowych i papierowych zużywa się znacznie więcej energii, niż przy produkcji toreb plastikowych, a to oznacza więcej zanieczyszczeń w powietrzu.

Wspomniana organizacja policzyła, że trzeba by wykorzystywać papierową torbę przynajmniej trzy razy, a materiałową 131 razy, aby szkody przy ich produkcji dla środowiska nie były wyższe, niż w przypadku „plastików”. Nawet jeżeli uznamy, że zakaz produkcji plastików jest uzasadniony, trzeba bardzo dokładnie go sformułować. Na przykład w Chicago w 2014 r. przegłosowano prawo zakazujące sklepom przekazywania klientom cienkich reklamówek. Co zrobiły sklepy? Zaczęły rozdawać torebki z grubszego plastiku. Zakładano, że kupujący będą z takich trwalszych toreb wielokrotnie korzystać. Ci jednak, przyzwyczajeni do wyrzucania plastikowych reklamówek po jednokrotnym użyciu, nie zmienili przyzwyczajeń.

obserwatorfinansowy.pl

Wśród państw, do których danych Piketty uzyskał dostęp, jest m.in. Polska. Najciekawsze informacje dotyczące naszego kraju znajdujemy w połowie książki. Zobaczymy tu porównanie średnich rocznych przepływów środków finansowych z Unii Europejskiej do Polski, Węgier, Czech i Słowacji z ich wypływem za granicę.

I tak na przykład, w latach 2010 – 2016 otrzymaliśmy z UE średnio rocznie środki finansowe stanowiące 2,7 proc. PKB. Ale w tym samym okresie wypływało z naszego kraju netto 4,7 proc. PKB. We wszystkich wymienionych krajach więcej pieniędzy wypływało, niż wpływało w postaci oficjalnych transferów unijnych.

Te dane, w opinii Pikettiego, tłumaczą frustracje wielu obywateli w krajach członkowskich UE pochodzących z państw Europy Środkowej i Wschodniej. Ekonomista wyjaśnia, że wielu Polaków, Czechów czy Węgrów wini za swoje zbyt niskie zarobki to, że ich kraj został wyeksploatowany przez głównie niemieckich i francuskich inwestorów, którzy wykorzystując dużą podaż taniej siły roboczej, wytransferowali do swoich krajów zrealizowane zyski.

Piketty potwierdza, że po upadku komunizmu zachodni inwestorzy przejęli dużą część kapitału w Europie Wschodniej, ok. jednej czwartej całości, jeżeli patrzeć na wszystkie aktywa łącznie z nieruchomościami, ale ponad połowę, gdy brać pod uwagę tylko firmy (a nawet jeszcze więcej, jeżeli patrzeć tylko na duże przedsiębiorstwa).

Autor powołuje się na pracę Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta „Between communism and capitalism: long-term inequality in Poland, 1892 – 2015”(„Pomiędzy komunizmem a kapitalizmem: długoterminowe nierówności w Polsce, 1892 – 2015”), w której autorzy twierdzą, że nierówności w naszym kraju po transformacji ustrojowej nie wzrosły tak bardzo jak w Rosji, w dużej mierze dlatego, że spora część zysków firm działających w naszym kraju jest wyprowadzana za granicę.

Tak więc nie mamy polskich magnatów, takich jacy są w Rosji, bo pieniądze zarabiane na naszych obywatelach idą do kieszeni niemieckich, francuskich czy amerykańskich miliarderów. „W zasadzie tylko w okresie komunizmu Europa Wschodnia nie należała do zachodnich inwestorów” – konstatuje Piketty i przypomina, że przed II wojną światową także zachodni inwestorzy mieli silną pozycję w naszym regionie.

Ekonomista zauważa jednak, że duży wypływ pieniędzy z krajów takich jak Polska (dokładnie 4,7 proc. PKB) nie oznacza automatycznie, że wstąpienie do Unii Europejskiej było złym interesem dla krajów regionu. W końcu wypływ pieniędzy wynika z poczynionych inwestycji, które zwiększyły produktywność i płace w Europie Wschodniej. Jednak płace w Polsce i innych krajach regionu nie wzrosły tak bardzo jak mogłyby, w części ze względu na mocną pozycję przetargową zachodnich inwestorów, którzy zawsze mogą zagrozić wycofaniem się z kraju, o ile zyski z inwestycji nie będą dla nich satysfakcjonujące.

Piketty zwraca uwagę, że zyski zachodnich inwestorów w krajach takich jak nasz są na tyle wysokie, iż warto bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Tym bardziej, że poziom tych zysków nie jest ustalony raz na zawsze. Zależy m.in. od siły przetargowej związków zawodowych, krajowych przepisów prawa, podatków, a więc państwo ma narzędzia, by na wysokość tych zysków wpływać.

Ekonomista wskazuje, że najlepszym sposobem na zmniejszenie wyprowadzania przez zachodnich inwestorów pieniędzy za granicę jest zmuszenie ich do podniesienia płac pracownikom. Tymczasem kraje takie jak Niemcy czy Francja mają tendencję do ignorowania tego problemu. Ewentualnie pojawia się argument, że te zyski to wynik działań „rynku” i „wolnej konkurencji”, które z założenia są sprawiedliwe.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 5 lipca 2020


- A czy to nie było tak, że dość szybko zamieniliśmy ZSRR na USA? Kiedy trwała wojna irańsko-iracka, reprezentowaliśmy interesy Waszyngtonu w Bagdadzie.

Właśnie tak i to jest początek tej historii. Na przełomie 1989 r. i 1990 o czym szerzej piszę w mojej ostatniej książce o pierwszych rządach solidarnościowych nastąpiła szybka reorientacja. Symbolizowało ją kilka wydarzeń. Pierwszą była sprawa którą pan wymienił, czyli iracka. Nie chodziło jednak głównie o to, że nasi dyplomaci reprezentowali interesy USA w Iraku, ale o tzw. operację Samum. Polegała ona na wywiezieniu przez oficerów wywiadu UOP kilku agentów CIA z ogarniętego wojną Iraku. Równolegle trwała druga operacja, o kryptonimie "Most", czyli przerzucania Żydów z ZSRR do Izraela. Obie operacje będące dziełem służb specjalnych okazały się fundamentem pod późniejszą, coraz bliższą współpracę polsko-amerykańską.

- A jak to wyglądało na niwie dyplomatycznej?

Jeszcze w 1990 r. wysyłano pokaźną grupę ludzi z różnych sfer aparatu państwowego na szkolenia do Stanów Zjednoczonych. To dotyczyło ludzi z dyplomacji, służb specjalnych, sektora gospodarczego, wreszcie z wojska. I tu się zaczynają obszary bardzo wrażliwe, o których nikt szerzej opowiadać nie będzie. To są sprawy wciąż objęte tajemnicą, ale jak się weźmie prasę zachodnioeuropejską to już na początku lat 90. można tam było przeczytać, że Polska staje się "koniem trojańskim" USA w Europie.

- A na czym konkretnie ta nasza rola polegała?

Jak się prześledzi ostatnich 30 lat to są one przetkane zaskakującymi czasem wydarzeniami. Podam dwa przykłady. Ten mniej znany pochodzi z 1996 r., kiedy po aferze Olina i dymisji premiera Oleksego zaczął się konflikt w koalicji SLD-PSL o stanowisko szefa rządu i obsadę ministerstw. Cimoszewicz, który miał zostać premierem - jak sam relacjonuje – postanowił przeciąć ten konflikt grożąc, że jeśli nie dojdzie do porozumienia w sprawie składu rządu, to on zrezygnuje, bo nie będzie świecić oczami przed przybywającym wkrótce do Polski asystentem amerykańskiego sekretarza stanu Richardem Holbrookem. Ten ostatni miał przyjechać, aby zobaczyć co się dzieje w kraju, w którym oskarżono urzędującego premiera o to, że jest rosyjskim agentem. Groźba podziałała jak przysłowiowy kubeł zimnej wody, błyskawicznie kończąc koalicyjne spory. Skończyło się tak, że prezydent Aleksander Kwaśniewski o dwie godziny przesunął swoje spotkanie z Amerykaninem pospiesznie zaprzysiągł ministrów Cimoszewicza.

- Co nam ta historia mówi?

Że oto niskiej rangi amerykański urzędnik przyjeżdża do Polski, a rządzący tak się obawiają jego opinii, że natychmiast kończą spory na temat składu rządu. To jest przykład na to, co zaczęło się już za Mazowieckiego, czyli wpatrzenia w Waszyngton. Wszystkie kolejne ekipy, czy to postsolidarnościowe czy postkomunistyczne były bardzo mocno przywiązane do tego co powiedzą Amerykanie.

- Daliśmy się spostkolonizować.

Ktoś powie, że to myślenie wasalne, ale my po prostu chcieliśmy się bardzo znaleźć w klubie zachodnim. To się pojawiło po raz pierwszy przy wyborze planu Balcerowicza, który podlegał ścisłym uzgodnieniom ze wskazanym przez Amerykanów Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Później zresztą, gdy Mazowiecki podał się do dymisji, Amerykanie chcieli zrobić Balcerowicza premierem. I zrobiliby, gdyby nie to, że on sam nie chciał. Wolał być dalej wicepremierem i ministrem finansów w kolejnym rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Każdy kolejny polski rząd traktował Amerykanów jako najważniejszego strategicznego sojusznika, którego trzeba słuchać i broń boże nie wolno mu odmawiać.

- Wspomniał pan o dwóch przykładach owej specyficznej presji. Pierwszym była wizyta Holbrooke'a 24 lata temu. A drugi?

Tajne więzienie CIA na terytorium Polski, w Starych Kiejkutach, utworzone w czasach rządów Leszka Millera. Zostaliśmy wtedy sprowadzeni do roli republiki bananowej. Amerykanie nie chcieli mieć tych więźniów na własnym terytorium, by nie musieć przestrzegać praw człowieka na podstawie amerykańskiego prawa, więc wybrali sobie takie kraje takie jak Polska, Litwa czy Rumunia, które bardzo o względy Waszyngtonu zabiegały. No i niestety wystąpiliśmy w roli hotelu na godziny, tylko nie dla prostytutek, ale dla terrorystów i ich oprawców. Warto zauważyć, że nastąpiło to już w czasie, gdy byliśmy w NATO, nie musieliśmy już zatem aż tak mocno zabiegać o poparcie USA. Jednak Miller i Kwaśniewski byli zdania, że tylko USA są w stanie realnie zapewnić Polsce bezpieczeństwo, co zaowocowało też dość znaczącym udziałem polskich żołnierzy w koalicji antyirackiej, która – tylko przypomnę – nie była dziełem NATO.

dziennik.pl

Ostatnio wiele zaawansowanych technologicznie, chińskich firm przeniosło siedziby na teren ASEAN, gdzie produkty są wytwarzane taniej, a potem eksportowane do Chin, pakowane i wysyłane w świat z naklejką „Made in China”. To napędza import z krajów stowarzyszenia i umacnia powiązania między gospodarkami.

Handel między Chinami a ASEAN rośnie także dzięki nowym strategiom Pekinu polegającym na intensyfikacji dostaw z regionu. Pekin uruchomił specjalne strefy (w okolicach Wietnamu, Myanmaru czy Laosu) kuszące firmy z ASEAN wieloma ulgami, w tym podatkowymi, zachęcając je do zwiększenia współpracy z Chinami. W ostatnich miesiącach, poza intensyfikacją handlu z Singapurem, obserwuje się szczególnie wysokie wzrosty obrotów z Wietnamem i Indonezją. Import z Wietnamu wzrósł rekordowo o prawie 1 w pierwszym kwartale, a z Indonezji o 13 proc. rok do roku.

Generalnie – ostatnio Azja Południowo-Wschodnia stała się przyczółkiem dla wielu międzynarodowych korporacji, np. dla Samsunga, chcących uniknąć narastających kosztów związanych z wojną handlową między Chinami a USA. Sporo międzynarodowych przedsiębiorstw przeniosło swoje fabryki do m.in. Malezji, Wietnamu czy Tajlandii. Zakłady te nastawione są głównie na zaspokajanie popytu w Chinach. Wiele z nich wciąż potrzebuje surowców, sprzętu, wiedzy i technologii z Państwa Środka, dużo jest również zależnych od tamtejszego konsumenta, a to wszystko sprzyja wzrostowi wymiany handlowej na linii Chiny-ASEAN.

Zwrócenie się Chin w stronę ASEAN jest oczywiste, jeśli weźmie się pod uwagę negocjowane „Regionalne, kompleksowe partnerstwo gospodarcze” (ang. Regional Comprehensive Economic Partnership; RCEP), które ma zostać formalnie podpisane w 2020 r. Właśnie zakończyła się 30. runda negocjacji. RCEP połączy umową wolnego handlu ASEAN, Chiny, Japonię, Koreę Południową, Australię i Nową Zelandię. Będzie to największe porozumienie o wolnym handlu na świecie. Obejmie około połowę całej ludzkości. Kraje RCEP odpowiadają za 33% globalnego PKB, ich obroty handlowe szacowane na około 10 bln dol. i realizują 25% globalnych przepływów kapitałowych. Oddziaływanie RCEP na gospodarkę światową byłoby jeszcze większe, gdyby w ostatniej chwili nie wycofały się Indie.

obserwatorfinansowy.pl

Na początku pierwszego rozdziału autor cytuje następujący żart. ”Idąc drogą spotkałem starszego pana rozsypującego jakiś proszek w przerwach mniej więcej co 15 metrów. Zapytałem go, co robi. Odpowiedział: to proszek na słonie. Nie znoszą go, a więc trzymają się z daleka. Ale tu nie ma słoni! No właśnie – odpowiedział. Ten proszek jest bardzo skuteczny.”

Ta anegdotka ma także zilustrować problem mrocznych danych (czyli w tym wypadku danych, których nie mamy). Autor podaje przykład sytuacji ze szczepionkami. Zdarza się, że rodzice argumentują, że szczepionka, którą ma dostać ich dziecko jest niepotrzebna, ponieważ – jak wynika z danych – dana choroba prawie nie występuje w kraju (na przykład odra w USA, na którą w całym kraju w 1999 r. zachorowało 99 osób). Szczepienie na chorobę, której nie ma?

obserwatorfinansowy.pl