sobota, 2 stycznia 2021


W Cambridge Analytice stery firmy przejął Bannon – ambitny i zaskakująco wyrafinowany wojownik kulturowy. Według Bannona polityka tożsamościowa amerykańskich Demokratów, skupiająca się na tożsamości etnicznej i rasowej wyborców, była mniej efektywna od polityki tożsamościowej Republikanów, którzy podkreślali, że amerykańska tożsamość wykracza poza kolor skóry, poglądy religijne czy płeć. Biały mężczyzna z osiedla baraków mieszkalnych nie uważa się za członka uprzywilejowanej grupy społecznej, chociaż inni mogą go tak postrzegać z uwagi na kolor jego skóry. Ludzki umysł to kalejdoskop rozmaitych przekonań i poglądów. Misją Bannona stało się znalezienie sposobu na dotarcie do niego z odpowiednio dobranym przekazem.

Podzieliłem się z Bannonem najciekawszym wnioskiem z badań przeprowadzonych przez CA w Stanach Zjednoczonych: wynikało z nich, że wielu Amerykanów ma poczucie, że muszą ukrywać się ze swoją tożsamością – i nie dotyczyło to wyłącznie homoseksualistów. Pierwsze tego rodzaju głosy odnotowaliśmy w wywiadach z uczestnikami grup fokusowych; wyniki tych badań znalazły następnie potwierdzenie w rezultatach badań ilościowych, przeprowadzonych w formie internetowych paneli badawczych. Uczestniczący w nich heteroseksualni biali mężczyźni, zwłaszcza ci nieco starsi, wychowywali się w czasach, w których ogólnie przyjęty system wartości zapewniał im pewne społeczne przywileje. Mogli na przykład pozwalać sobie na niewybredne komentarze pod adresem kobiet lub osób o innym kolorze skóry, ponieważ rasizm czy mizoginia mieściły się w społecznej normie. Jednak w miarę jak normy obowiązujące w amerykańskim społeczeństwie ewoluowały, zakres przywilejów białych heteroseksualnych mężczyzn stopniowo się kurczył, a wiele zachowań, do których przywykli, zaczęło przysparzać im problemów. „Niewinne flirtowanie” z sekretarką mogło skończyć się dla nich utratą pracy; publiczne wygłaszanie uwag na temat zamieszkujących czarne dzielnice „zbirów” mogło narazić ich na ostracyzm ze strony kolegów i znajomych. Wszystko to sprawiało, że czuli się nieswojo i odnosili wrażenie, że zagrożona jest ich tożsamość „normalnych facetów”.

Mężczyźni nieprzyzwyczajeni do powściągania swoich impulsów, języka czy mowy ciała zaczęli się oburzać, że muszą ponosić – niesprawiedliwie w ich mniemaniu – wysiłek mentalny i emocjonalny w celu zmiany swojego publicznego wizerunku i dopasowania go do obowiązujących norm. Szczególnie interesujące wydało mi się podobieństwo pomiędzy dyskursem, jaki wyłonił się w środowisku oburzonych heteroseksualnych mężczyzn, a dyskursem obecnym w środowiskach homoseksualnych, wzywającym do społecznego wyzwolenia gejów. Białym heteroseksualnym mężczyznom zaczęło ciążyć ukrywanie swojej prawdziwej tożsamości; nie podobało im się, że muszą zmieniać to, kim są, żeby uzyskać społeczną akceptację. Chociaż powody ukrywania własnej tożsamości przez homoseksualistów były diametralnie różne od przyczyn ukrywania tożsamości przez rasistów i mizoginów, heteroseksualni biali mężczyźni uważali się za ofiary opresji i dyskryminacji. I byli gotowi wyjść z ukrycia i wrócić do czasów, gdy Ameryka była wspaniała – rzecz jasna wspaniała z ich punktu widzenia. Zwróć uwagę, przekonywałem Bannona, że przesłanie wiecu sympatyków Tea Party jest w gruncie rzeczy takie samo jak przesłanie gejowskiej parady równości: „Nie depcz mnie! Pozwól mi być tym, kim jestem!”. Rozgoryczeni konserwatyści uważali, że nie mogą już być „prawdziwymi mężczyznami”, ponieważ kobiety nie chcą umawiać się z kimś, kto zachowuje się zgodnie z odwiecznymi wzorcami męskich zachowań. Byli wściekli i sfrustrowani koniecznością ukrywania prawdziwego ja w celu spełniania społecznych oczekiwań. Ich zdaniem feminizm wpędził „prawdziwych mężczyzn” do szafy. Czuli się z tego powodu upokorzeni, a Bannon wiedział, że nie ma na świecie potężniejszej siły niż upokorzony mężczyzna. Zamierzał zbadać nastroje panujące wśród białych heteroseksualnych mężczyzn (i wykorzystać je do własnych celów).

Obiektem jego zainteresowania stało się środowisko inceli, o którym zrobiło się głośno mniej więcej w tym samym czasie, w którym powstała Cambridge Analytica. Incele (czyli – jak już wcześniej pisałem – mężczyźni żyjący w mimowolnym celibacie, nazwa pochodzi od angielskiego określenia involuntary celibate) czuli się ignorowani i dyskryminowani przez społeczeństwo – a zwłaszcza przez jego żeńską część – które przestało cenić przeciętnego mężczyznę. Do powstania społeczności inceli, będącej odgałęzieniem nieformalnego ruchu na rzecz praw mężczyzn, przyczynił się wzrost nierówności ekonomicznych, który pozbawił młodych mężczyzn z pokolenia millenialsów szans na dobrze płatne posady, na jakie mogli liczyć ich ojcowie. Oprócz poczucia deprywacji dochodowej istotną rolę w powstaniu środowiska inceli odegrał także fakt, że wizerunek męskiego ciała przedstawiany w mediach, zarówno tych tradycyjnych, jak i społecznościowych, coraz bardziej zbliżał się do nieosiągalnego dla przeciętnego mężczyzny ideału (jednocześnie w mediach oraz w dyskursie publicznym prawie zupełnie nieobecna była kwestia męskich problemów z ciałem – poświęcano im znacznie mniej uwagi niż analogicznym problemom dotyczącym kobiet). Nie bez znaczenia było również przykładanie coraz większej wagi do wyglądu zewnętrznego przez uczestników rynku matrymonialnego, którym do odrzucenia potencjalnego partnera wystarczył coraz częściej rzut oka na jego zdjęcie. Do tego dochodziła rosnąca niezależność finansowa kobiet, mogących sobie pozwolić na większą selektywność w doborze partnerów. Wszystko to sprawiało, że wielu „przeciętnych mężczyzn”, nieposiadających atrakcyjnej aparycji ani wysokich dochodów, spotykało się z odrzuceniem przy kolejnych próbach nawiązania romantycznych relacji z kobietami.

Niektórzy z tych mężczyzn zaczęli gromadzić się na forach internetowych takich jak 4chan, które stały się kopalnią memów, miejscem spotkań wielbicieli dziwacznej fantastyki i niszowej pornografii, a także przestrzenią, w której młodzi ludzie za pomocą kontrkulturowych środków wyrazu dawali upust swojej frustracji, wywołanej egzystencją w coraz bardziej zatomizowanym społeczeństwie. Na początku drugiej dekady XXI wieku na forach zaczęła wzbierać fala nihilistycznego dyskursu; jego uczestnikami byli głównie samotni młodzi mężczyźni, którzy porzucili nadzieję na zmianę swojej sytuacji życiowej. Do opisywania tej sytuacji wypracowali własny język, obejmujący terminy takie jak „samce beta” (czyli mężczyźni o niskim statusie), „samce alfa” (mężczyźni o wysokim statusie), „vocele” (mężczyźni żyjący w dobrowolnym celibacie), „MGTOW” (men going their own way, mężczyźni wybierający własną drogę, czyli stroniący od kobiet), „incele” (mężczyźni żyjący w mimowolnym celibacie) czy „roboty” (incele cierpiący na zespół Aspergera).

Incelom skupiającym się wokół internetowych forów dyskusyjnych brakowało tożsamości, celu i poczucia własnej wartości; chwytali się wszystkiego, co mogło dać im poczucie przynależności i wspólnoty. Wielu inceli zaliczających samych siebie do grupy „samców beta” przekonywało o potrzebie przełknięcia „czarnej pigułki” – uświadomienia sobie i zaakceptowania pewnych obiektywnych ich zdaniem prawd dotyczących pociągu seksualnego i romantycznego. Na ich forach i w grupach dyskusyjnych pojawiały się treści określane mianem suicide fuel (pożywki dla myśli samobójczych), czyli między innymi wzięte z życia przykłady odrzucenia i ostracyzmu ze strony kobiet, które wzmagały w odbiorcach poczucie beznadziei i przekonanie o własnej brzydocie. Gniewna desperacja inceli nierzadko przeradzała się w skraje formy mizoginii.

Wizja relacji damsko-męskich wyłaniająca się z ideologii „czarnej pigułki” była bezwzględna i ponura – kobiety pociągała w mężczyznach wyłącznie ich powierzchowność, a jedną z cech wpływających na pozycję mężczyzny w hierarchii atrakcyjności seksualnej była jego przynależność rasowa. Incele zamieszczali wykresy i wyniki własnych obserwacji, z których wynikało, że biali mężczyźni są w naturalny sposób uprzywilejowani, ponieważ kobiety wszystkich ras gotowe są związać się z białym partnerem; w najgorszym położeniu byli mężczyźni pochodzenia azjatyckiego. W Ameryce mężczyzna otyły, biedny, stary, niepełnosprawny bądź mający inny niż biały kolor skóry trafiał na listę najmniej pożądanych partnerów. Incele nienależący do rasy białej często posługiwali się akronimem JBW – just be white, czyli „wystarczy być białym” – który wyrażał przekonanie o kolorze skóry jako czynniku osłabiającym ich pozycję społeczną. Zaskakująca jednomyślność inceli w uznawaniu uprzywilejowanej pozycji białych mężczyzn była wyrazem bardziej ogólnego i równie powszechnego w tym środowisku przekonania o przyrodzonej wyższości rasy białej, przynajmniej w kontekście strategii doboru seksualnego.

W społeczności inceli krążą liczne memy i żarty, których motywem przewodnim jest bunt przeciw społeczeństwu skazującemu ich na dożywotnią samotność, a także „powstanie samców beta”, którego celem miałoby być wywalczenie powszechnej redystrybucji seksualnej. Za tymi kuriozalnymi żartami kryje się jednak autentyczny gniew wywołany odrzuceniem i wykluczeniem. W przepełnionej poczuciem krzywdy narracji inceli dopatrzyłem się podobieństwa do narracji stosowanej w materiałach propagandowych islamistów – w obu przewijała się naiwno-romantyczna wizja mężczyzn, którzy zrzucają kajdany społecznej opresji i przemieniają się w dzielnych buntowników. Incele czują też perwersyjny podziw dla „zwycięzców” społecznej rywalizacji, takich jak Donald Trump czy Milo Yiannopoulos; pomimo że są oni uosobieniem samca alfa – nastawionego na współzawodnictwo, tłamszącego „samców beta” i obwinianego przez nich za ich niepowodzenia – incele upatrują w Trumpie, Yiannopoulosie i innych „zwycięzcach” liderów, którzy poprowadzą ich do walki o poprawę statusu. Wielu z tych młodych gniewnych chętnie obróciłoby istniejący porządek społeczny w perzynę. Bannon starał się kanalizować ich gniew, wykorzystując do tego portal Breitbart, ale jego ambicje sięgały dalej. Postrzegał środowisko inceli jako bazę potencjalnych rekrutów, którzy mogliby zasilić szeregi jego armii kulturowych wojowników.

Christopher Wylie - Mindfuck

piątek, 1 stycznia 2021


14 września 1979 roku wieczorem afgańskie media podały komunikat, że Przewodniczący Rady Rewolucyjnej Demokratycznej Republiki Afganistanu Mohammad Taraki zmarł po „krótkiej i ciężkiej chorobie”. Rzeczywiście Taraki umarł szybko, bo w ciągu zaledwie piętnastu minut. Jednak przyczyną śmierci nie była choroba ale poduszka, którą go uduszono.

Kiedy przestał dawać oznaki życia, trzej napastnicy zawinęli jego ciało w koc i wywieźli na cmentarz, gdzie je pochowali. Tak zginął jeden z afgańskich komunistycznych przywódców. Mord wywołał zdecydowanie gniewną reakcję sekretarza generalnego KPZR Leonida Breżniewa, który w takich słowach wypowiedział się o zleceniodawcy tego zabójstwa: „Co za kanalia z tego Amina, żeby mordować człowieka, z którym dokonał rewolucji.” Najprawdopodobniej zabicie M. Tarakiego od 1951 roku agenta KGB o kryptonimie „Nur”, spowodowało zmianę u sowieckiego przywódcy, dotychczasowego sceptycznego stosunku do ewentualnej zbrojnej interwencji w Afganistanie. Breżniew uświadomił sobie, że sytuacja wymyka się spod kontroli rządu w Kabulu, a jej ustabilizowanie wymaga pozbycia się obecnego lidera LDPA Hafizullaha Amina. Sowieckiemu przywódcy wydawało się, że zmiana komunistycznego lidera i użycie niewielkiego liczebnie kontyngentu, przywróci w Afganistanie spokój i porządek. Przyszłość pokazała, że był w błędzie.

Komuniści afgańscy zdobyli władzę w wyniku zamachu stanu, dokonanego 27 kwietnia 1978 roku. Co ciekawe, odbyło się to bez jakiejkolwiek pomocy sowieckiej (sowieci byli jednak o nim poinformowani min. przez agenta KGB, afgańskiego oficera Sajeda Galabzoja kryptonim „Mamad”). Szybko okazało się, że fakt ten stał się krokiem milowym w kierunku destabilizacji państwa. W strukturach Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu toczył się zażarty konflikt wewnętrzny pomiędzy dwoma frakcjami „Parczam”(Sztandar) i „Chalk”(Lud). Kadrami Parczamu, które stanowili głównie intelektualiści działający na terenach miejskich, kierował wywodzący się z jednej z najbogatszych rodzin w Kabulu Babrak Karmal będący jednocześnie od połowy lat 50 agentem KGB występującym pod kryptonimem „Marid”. Z kolei członkami frakcji „Chalk" byli na ogół mieszkańcy prowincji, ludzie nieco gorzej wykształceni, a nierzadko analfabeci. Oba odłamy LDPA zgadzały się co do tego, że w Afganistanie konieczne jest rozpoczęcie budowy systemu komunistycznego. Spór dotyczył metod, jakie należało zastosować, by ów cel osiągnąć. 

Intelektualiści z Parczamu zamierzali proces budowy komunistycznego społeczeństwa rozciągnąć w czasie tak, aby wprowadzane zmiany nie doprowadziły do wybuchu masowych protestów. Brali także pod uwagę możliwość rezygnacji z marksistowskich pryncypiów, do czego namawiali ich zresztą sowieci. Zupełnie inny koncept działań mieli chalkowcy, którzy co warto nadmienić, wygrali wewnątrzpartyjną rywalizację. Ich przywódcy Mohammad Taraki i Hafizullah Amin szczególną admiracją darzyli Lenina, Stalina, Mao i Pol Pota. Ta fascynacja przełożyła się również na metody, po jakie zdecydowali się sięgnąć, by wcielić w życie zbrodniczą komunistyczną utopię. Paradoksalnie z dużą dozą krytycyzmu, działaniom tym przyglądali się towarzysze znad północnej granicy. Breżniew i jego otoczenie byli zaniepokojeni radykalizmem posunięć afgańskich komunistów. Budziły one zresztą naturalny sprzeciw w tradycjonalistycznym i głęboko religijnym społeczeństwie Afganistanu. Władze w Kabulu chcąc zdusić w zarodku jakąkolwiek opozycję, rozpętały kampanię masowego terroru. Każdego, kogo uznano za potencjalnego albo rzeczywistego przeciwnika, pozbawiono wolności, torturowano i mordowano. Prym w tych działaniach wiodła afgańska służba bezpieczeństwa KAM (potem AGSA a następnie KHAM). Okazało się, że nawet użyte tak drastyczne środki, nie są w stanie zahamować spontanicznie rozwijającego się antykomunistycznego ruchu oporu. Szeregi partyzantki zaczęły się rozrastać i przechodzili do niej nawet żołnierze armii rządowej. 

Postępujący proces rozkładu aparatu państwowego spowodował, że przywódcy Afganistanu zaczęli coraz natarczywiej domagać się od Moskwy sowieckiej interwencji wojskowej. Presja w tej kwestii rosła wraz z tym, jak zbrojna opozycja rozszerzała swe wpływy w poszczególnych rejonach kraju. Takim dramatycznym wydarzeniem obnażającym słabość komunistycznych władz i zapowiadającym ich rychły upadek było powstanie, jakie wybuchło w Heracie 15 marca 1979 roku. Tego dnia, uzbrojony w kije, noże i dzidy tłum zaatakował instytucje komunistycznego reżimu zabijając jego przedstawicieli, a także członków ich rodzin. Zginęło wtedy także trzech (przebywających w mieście) sowieckich doradców. Taki los stał się min. udziałem majora Nikołaja Bizjukowa, doradcy wojskowego przy 17 afgańskiej dywizji piechoty. Informacje o tych wydarzeniach szybko dotarły na Kreml. Ówczesny premier ZSRR A. Gromyko był wściekły, bowiem afgańscy sojusznicy starali się podczas rozmów ukryć prawdę o skali antyrządowego powstania. 

Sytuację w kraju dodatkowo komplikował fakt coraz bardziej ostrego konfliktu, jaki narastał pomiędzy dwoma przywódcami LDPA Hafizullahem Aminem a Mohammadem Tarakim. Zwycięsko z tego starcia wyszedł H. Amin, nakazując zabójstwo swego rywala. Leonid Breżniew uznał wtedy, że zakpił on sobie z sowieckiego kierownictwa, które przestrzegało go przed tego typu posunięciami. Przywódcy ZSRR, wspierający rządy LDPA i nie mający wpływu na politykę prowadzoną przez tę partię w Afganistanie, doszli do przekonania, że postępująca destabilizacja w tym kraju wymaga podjęcia bardziej zdecydowanych działań. 

Wybór opcji w istocie był niewielki. Albo kontynuacja dotychczasowej polityki, polegającej na udzielaniu pomocy politycznej, gospodarczej i militarnej znajdującej się przy władzy ekipie, przy jednoczesnym pogodzeniu się z faktem jej prawdopodobnego upadku i zwycięstwa islamistów. Albo obalenie obecnego niesterowalnego, radykalnego, komunistycznego przywódcy i zastąpienie go w drodze zamachu stanu czy zbrojnej interwencji uległym, ale i bardziej umiarkowanym. Sowieci obawiali się, że powstała w odpowiedzi na ideologiczne zacietrzewienie ich sojuszników zbrojna opozycja, na fali sukcesu islamskiej rewolucji w Iranie, przejmie władzę w Afganistanie i będzie oddziaływać na sowieckie republiki środkowoazjatyckie, co mogłoby zapoczątkować tendencje dezintegracyjne w ZSRR. Im bardziej kurczyły się terytoria, nad którymi rząd w Kabulu zachowywał kontrolę, tym w łonie sowieckiego kierownictwa rosła w siłę frakcja zwolenników militarnej interwencji w Afganistanie. Początkowo należeli do niej szefowie KGB Władimir Kriuczkow i Jurij Andropow. Potem dołączył do nich jeszcze minister obrony narodowej ZSRR Dymitr Ustinow. Do przeciwników wkroczenia wojsk ZSRR do Afganistanu należał szef sztabu generalnego generał Nikołaj Ogarkow. Optował on zdecydowanie za użyciem rozwiązań o charakterze politycznym wskazując, że armia sowiecka potratowana zostanie przez Afgańczyków jako siła okupacyjna i wroga, co wplącze ZSRR w wewnątrzafgański konflikt. Te argumenty nie trafiły do przekonania początkowo wahającym się dygnitarzom Andriejowi Gromyce i Leonidowi Breżniewowi. Ten ostatni, 6 grudnia 1979 roku na posiedzeniu Biura Politycznego KPZR zaakceptował wniosek szefa KGB i ministra obrony narodowej o przerzucenie do Afganistanu 500-osobowego oddziału specjalnego GRU. Dwa dni później, podczas spotkania u Leonida Breżniewa podjęto decyzję o przygotowaniu dwóch alternatywnych koncepcji działań w Afganistanie. W ramach pierwszej, miano dokonać przewrotu i obalić rząd H. Amina przy pomocy KGB. W drugim przypadku miało się to odbyć w wyniku interwencji zbrojnej armii sowieckiej. 12 grudnia, po konsultacjach z funkcjonariuszami placówki kabulskiej KGB stało się jasne, że przeprowadzenie zamachu stanu siłami tylko służb specjalnych, nie będzie możliwe. W grę wchodził zatem już tylko wariant inwazji.

superhistoria.pl

poniedziałek, 21 grudnia 2020


„Chociaż na Joe Bidena oddało głos niemal 80 milionów Amerykanów, Donald Trump otrzymał tym razem 11 milionów głosów więcej niż przed czterema laty” – zwraca uwagę senator Bernie Sanders w „Guardianie”. Trump nie stracił więc wyborców, ale ich zyskał, szczególnie w tych miejscach kraju, gdzie rośnie bezrobocie i bieda, edukacja i opieka medyczna nie spełniają swoich zadań, a ludzie słusznie czują się najbardziej pokrzywdzeni.

Najwyraźniej znaczna część wyborców wciąż żywi przekonanie, że Donald Trump broni ich interesów lepiej niż jakikolwiek kandydat Partii Demokratycznej. To, zdaniem senatora, jest „najbardziej bezwstydnym ze wszystkich kłamstw” obecnego prezydenta. „Trump wprowadził do swojej administracji najwięcej miliarderów w amerykańskiej historii, przyznał ulgi podatkowe najbogatszym koncernom, a ciął wydatki na edukację, mieszkalnictwo i programy dożywiania. Usiłując zlikwidować program ubezpieczeń zdrowotnych Obamacare, próbował odebrać dostęp do opieki medycznej 32 milionom Amerykanów” – wylicza Sanders.

A jednak w oczach wielu wyborców z klasy robotniczej to właśnie Trump uchodzi za „fightera”, który walczy o ich lepszy byt. Dlatego teraz, przekonuje Sanders, już w pierwszych stu dniach prezydentury Bidena Partia Demokratyczna musi obalić to kłamstwo: musi pokazać słowem i czynem, po czyjej stoi stronie. Tak żeby nie było żadnych wątpliwości.

„Jedna strona – pisze senator – chce podniesienia głodowych płac. Druga strona tego nie chce. Jedna strona popiera związki zawodowe; druga strona je zwalcza. Jedna strona uważa, że walcząc z kryzysem klimatycznym i odbudowując podupadłą infrastrukturę, można stworzyć miliony dobrze płatnych miejsc pracy; druga strona tak nie uważa. Jedna strona planuje obniżyć ceny leków i otoczyć opieką medyczną jak najwięcej ludzi; druga strona nie ma takich planów. Jedna strona popiera płatne urlopy rodzinne i chorobowe; druga strona nie. Jedna strona chce reformować rasistowski system wymiaru sprawiedliwości, a pieniądze inwestować w edukację i miejsca pracy; druga strona nie zamierza tego robić”.

krytykapolityczna.pl

niedziela, 20 grudnia 2020


Substancje zaliczane do grupy tzw. nowiczoków to środki paraliżująco-drgawkowe (neurotoksyny) tzw. czwartej generacji, które należą do najbardziej toksycznych substancji chemicznych na świecie. Jeden gram substancji teoretycznie wystarczy do zabicia kilku tysięcy osób. Rosja, która jest stroną Konwencji o zakazie broni chemicznej (CWC), nie może posiadać żadnych substancji chemicznych do celów bojowych. W 2017 r. ogłosiła, że zakończyła niszczenie arsenałów broni chemicznej z czasów ZSRR, co potwierdziła OPCW, nadzorująca przestrzeganie Konwencji. Rosja jednak nigdy oficjalnie nie przyznała, że w ZSRR prowadzone były prace nad nowiczokami. Dlatego substancje te, chociaż zakazane Konwencją, nie zostały objęte kontrolą organizacji. Dopiero po zamachu w Salisbury lista kontrolowanych substancji została uzupełniona, co może ułatwiać OPCW np. przeprowadzenie inspekcji w Rosji.

Dwukrotne użycie nowiczoka wskazuje, że Rosja albo nie ujawniła całości swojego programu broni chemicznej, albo wznowiła nad nim prace. Nie wiadomo, jakimi ilościami zakazanej substancji bojowej dysponuje. Brak oficjalnych informacji na ten temat stwarza też problem z przypisaniem odpowiedzialności rosyjskim władzom w sytuacji użycia tej broni do zamachów. Mimo to jej wykorzystanie najprawdopodobniej odbywa się za zgodą najwyższych władz Rosji, ponieważ nowiczoki mogą być wyprodukowane jedynie w państwowych laboratoriach. Do takich wniosków doszły np. brytyjskie służby po ataku w Salisbury oraz UE po zamachu na Nawalnego.

Posługując się bronią chemiczną, rosyjskie władze mogą próbować osiągnąć kilka celów jednocześnie – zastraszyć przeciwników politycznych i podważyć stabilność systemu bezpieczeństwa opartego na normach prawa międzynarodowego, wspartego środkami budowy zaufania. Badają też reakcję NATO, UE i USA, aby na tej podstawie podejmować decyzje o kolejnych działaniach wymierzonych w Zachód.

Użycie broni chemicznej na terenie Wielkiej Brytanii w 2018 r. było z formalnego punktu widzenia atakiem przy użyciu broni masowego rażenia na terytorium NATO. Po ataku w Salisbury Sojusz zmniejszył wielkość rosyjskiej misji przy NATO z 30 do 20 osób i wydalił z niej siedmiu dyplomatów. Większość państw Sojuszu także zdecydowała się na wydalenie pracowników rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. USA dodatkowo nałożyły na Rosję sankcje gospodarcze i finansowe.

Ponieważ do kolejnego użycia broni chemicznej doszło na terytorium Rosji, można zakładać, że działania podjęte po ataku w Salisbury wpłynęły na rosyjskie kalkulacje. Jednocześnie fakt, że Rosja po raz kolejny użyła substancji bojowej, już po jej wpisaniu przez OPCW na listę kontrolowanych substancji, może być jasnym sygnałem dla Zachodu i NATO. Rosja wskazuje, że dysponuje bronią chemiczną i jest gotowa jej dalej używać, łamiąc prawo międzynarodowe. Gdyby chodziło jedynie o zastraszanie rosyjskiej opozycji, równie skuteczne byłoby przeprowadzenie zamachu innymi metodami.

pism.pl

piątek, 4 grudnia 2020


Ale jeden „instytut” już jest. Jest to Instytut Lecha Kaczyńskiego (zarejestrowany jako fundacja). Mieści się w domu, kostce z lat 60., należącej do Jarosława Kaczyńskiego. Dom ten nazywany jest willą, ale bardziej pasowałoby określenie kanciapa.

Instytut jest nadzwyczaj dziwny. Bez zgody Jarosława Kaczyńskiego i jego ochrony nie można tam nawet wejść, a i granica miedzy Instytutem a prywatnym mieszkaniem Kaczyńskiego jest nader umowna. Nazwa „instytut” sugeruje, że jest to placówka naukowa, ale od dawna nie widać żadnej tego „instytutu” działalności. Właściwie nic się tam nie dzieje.

Naukowości tej instytucji wyraźnie przeczy skład jej władz. Zarząd: Prezes – Barbara Krystyna Czabańska (żona Krzysztofa Czabańskiego) i Barbara Skrzypek (słynna „pani Basia”). Rada Fundacji: Jarosław Aleksander Kaczyński, Krzysztof Czabański i ksiądz Rafał Sawicz. Są to wszystko osoby niemające żadnych kwalifikacji naukowych.

Jedyna rola tego „instytutu” to bycie właścicielem spółki Srebrna i spółki Srebrna Media. Wygląda na to, że ten „instytut” jest typowym „słupem”. Służy do ukrywania tego, że faktycznym właścicielem obu spółek jest Jarosław Kaczyński. Dzięki temu może on nie wykazywać w oświadczeniach majątkowych rzeczywistego olbrzymiego majątku.

I kto tu jest głupi? Jak to kto? Sławomir Nowak. Powinien założyć „instytut mierzenia czasu, jaki został do kolacji” i zapisać na ten „instytut” swój zegarek. I nie byłoby sprawy.
Proste? Proste.

wiadomo.co

czwartek, 3 grudnia 2020


Brad Raffensperger jest sekretarzem stanu Georgii i odpowiada w tym stanie m.in. za przebieg wyborów prezydenckich. Objął to stanowisko dwa lata temu w wyniku wyborów, w których startował jako kandydat Partii Republikańskiej. Jak sam przyznaje, w 2016 r. i w 2020 r. głosował na Trumpa.

Od trzech tygodni Raffensperger i jego rodzina mają osobistą ochronę, bo dostają liczne pogróżki. Jako nadzorujący wybory w stanie, Raffensperger odrzucił wiele próśb i żądań ze strony Białego Domu oraz sojuszników Trumpa o ponowne przeliczenie głosów w taki sposób, by w tym stanie wygrał urzędujący prezydent, a nie — o czym mówią oficjalnie wyniki — jego demokratyczny rywal.

— Nie sądzę, żebym miał jakiś wybór. Moja praca polega na przestrzeganiu prawa i nie pozwolimy sobie na to, żeby ktoś nas przekonał, że jest inaczej — powiedział Raffensperger dziennikarzom “Washington Post”. — Uczciwość i prawość wciąż się u nas liczą.

Stephanos Bibas jest sędzią federalnego sądu apelacyjnego w Pensylwanii, który obejmuje jurysdykcją kilka stanów w tej części USA. Na to jedno z najwyższych w amerykańskim sądownictwie stanowisko został nominowany w 2017 r. przez prezydenta Trumpa. Znany ze swych konserwatywnych przekonań (Bibas jest m.in. diakonem w cerkwi prawosławnej), kandydat na sędziego był ostro zwalczany przez Demokratów w Senacie podczas procesu nominacji i został sędzią tylko dzięki temu, że w izbie wyższej Kongresu USA Republikanie mają większość.

Dwa dni temu Bibas napisał opinię w imieniu trójki sędziów Sądu Apelacyjnego w Filadelfii, którzy odrzucili pozew sztabu Trumpa o zmianę wyników wyborów w tym stanie, także wygranym przez Joe Bidena. “Nazwanie wyborów oszukanymi nie oznacza, że tak właśnie jest. Zarzuty wymagają dowodów. Tutaj nie mamy ani jednego” — napisał sędzia.

onet.pl


Grupy ekstremistów, biali nacjonaliści i zwolennicy teorii spiskowych umieszczają swoje posty na szyfrowanych aplikacjach i internetowych forach dyskusyjnych. Niektórzy z nich deklarują związki z ruchem QAnon, ogłaszającym, że "deep state" czyli "układ" ma działać przeciwko Donaldowi Trumpowi.

Jak wynika z przeprowadzonej przez redakcję POLITICO analizy wielu kanałów w serwisach Telegram i Parler (ten ostatni często wybierają także bardziej mainstreamowi konserwatyści), a także dyskusji na forach 4Chan, promowane są tam wiralowe filmiki o oszustwach wyborczych (na które nie ma żadnych dowodów), wzywa się zwolenników do sięgania po broń w obronie Trumpa i umieszcza antysemickie i rasistowskie obelgi w stosunku do urzędników komisji wyborczych.

Takie dyskusje toczą się na tych alternatywnych platformach szczególnie intensywnie od czasu wyborów z 3 listopada, tworząc bezpieczną przystań dla tych, którzy dopatrują się oszustw wyborczych – i domagają się konkretnych działań w świecie rzeczywistym.

Te fora stały się miejscem skoordynowanych kampanii dezinformacji skierowanych do głównych sieci społecznościowych, a także skarbnicą różnego rodzaju ekstremalnych treści, niegdyś umieszczanych na Facebooku, Twitterze czy YouTube, później jednak usuwanych z tych serwisów.

(...)

Wiele z tych forów – między innymi kanały w serwisie Telegram prowadzone przez różnego rodzaju bojówki, w tym skrajnie prawicową organizację Proud Boys – zyskało znaczną liczbę nowych członków w ciągu ostatnich 18 miesięcy, odkąd Facebook, Twitter i YouTube zaczęły aktywnie usuwać grupy ekstremistyczne ze swoich platform.

Jednak po wyborach z 3 listopada takie kanały w serwisie Telegram odnotowały wręcz powódź nowych członków – 40 kanałów analizowanych przez POLITICO zyskało w tym czasie 20-procentowy wzrost liczby obserwujących.

Zarówno na Telegramie, jak i 4Chan liczba wpisów w stosunku do okresu przed wyborami wzrosła pięciokrotnie i prawie wszystkie traktowały o rzekomych oszustwach wyborczych. MeWe, kolejny alternatywny serwis społecznościowy preferowany przez skrajną prawicę, w ostatnim tygodniu również stał się jedną z najczęściej pobieranych aplikacji.

To zjawisko to część większego odpływu ludzi z największych serwisów do różnego rodzaju platform oferujących znacznie mniej (jeśli w ogóle) ograniczeń w kwestii zamieszczanych treści.

onet.pl

wtorek, 17 listopada 2020


„Dnia 23 marca 1939 roku zostałem aresztowany i osadzony w Berezie za – jak to głosił doręczony mi nakaz – «systematyczną krytykę rządu, za pomocą sztucznie dobieranych argumentów i podrywanie zaufania narodowego do Naczelnego Wodza»” – wspominał Stanisław Cat-Mackiewicz. Zamknięcie w obozie odosobnienia jednego z najgłośniejszych publicystów międzywojnia, sprawiło, że niemal cała opinia publiczna wpadła w wielki stupor.

Nie stało się tak dlatego, że redaktor wileńskiego „Słowa” cieszył się wielką popularnością, a jego artykuły, eseje i książki przyciągały liczne rzesze czytelników. Wszyscy byli niepomiernie zdziwieni, bo Mackiewicz nadal kojarzył się im z obozem władzy. Zresztą on sam przez lata nie ukrywał swego uwielbienia do osoby Józefa Piłsudskiego. Poza tym sanacja sporo zawdzięczała redaktorowi. Zaraz po zamachu majowym, dzięki osobistym kontaktom wileńskiego konserwatysty, udało się zorganizować spotkanie Marszałka z przedstawicielami środowisk ziemiańskich na zamku Radziwiłłów w Nieświeżu. Zaledwie kilkanaście lat wcześniej w oczach polskiej arystokracji Komendant jawił się jako śmiertelny wróg. Nie dość, że „czerwony” terrorysta, to jeszcze bandyta, napadający na pociągi. Ta wrogość nieco osłabła po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, jednak dopiero Nieśwież zaowocował wieloletnim sojuszem byłego lidera PPS z konserwatystami.

Ten polityczny alians Cat-Mackiewicz wspierał swym znakomitym piórem oraz w Sejmie, będąc dwie kadencje posłem sanacyjnego BBWR. Przełknął pacyfikację opozycji jesienią 1930 r. i bezprawne osadzenie jej liderów w brzeskiej twierdzy. Choć bliski mu światopoglądowo Stanisław Stroński pisał wówczas: „Zarząd państwowy stał się nie narzędziem prawa, lecz narzędziem bezprawia. Pojęcie służby państwu zastąpione zostało pojęciem służby obozowi rządzącemu”. Przymknął oczy na to, że rządzący potem krajem w imieniu Piłsudskiego młodzi „pułkownicy” stworzyli wszechogarniającą sitwę, która zagarnęła dla siebie niemal wszystkie najwyższe urzędy państwowe. Natomiast niższe stanowiska przekazała krewnym i znajomym. Kiedy z powodu wieku i choroby Marszałek coraz wyżej cenił sobie osoby ślepo posłuszne, pozbywając się zbyt samodzielnych i niezależnych Mackiewicz jedynie z tego powodu ubolewał. „Piłsudski rozstaje się z tymi swoimi współpracownikami, którzy byli najinteligentniejsi, a więc rezonują: Matuszewski, Zaleski. Piłsudskiemu wygodny jest Beck, który z biciem serca wchodzi do pokoju i boi się nawet zadać Komendantowi pytanie” – notował redaktor „Słowa”.

Swą cichą akceptację dla gnicia sanacji tłumaczył politycznym pragmatyzmem oraz troską o państwo. Nie widział bowiem nikogo lepszego do rządzenia w ciężkich czasach Polską. Ale pod koniec lat 30. nawet jemu zaczęło się ulewać. Następcy Piłsudskiego nie dość, że prowadzili krótkowzroczną politykę, na dokładkę okraszali ją mnóstwem bezmyślnych pociągnięć. Mackiewicz miał dość mocarstwowej propagandy ukrywającej przed społeczeństwem fatalne położenie Polski. Czemu dawał wyraz w kolejnych artykułach. Sceptycznie oceniał zdolności bojowe armii oraz sens powszechnie organizowanych zbiórek funduszy na jej dozbrojenie. Przestał akceptować obsadzanie najwyższych stanowisk osobami zupełnie pozbawionymi kompetencji, na czele z ministrem spraw wojskowych gen. Tadeuszem Kasprzyckim.

Wreszcie definitywnie zerwał z sanacją, gdy ta zainicjowała akcję „rekatolizacji Kresów”, zaczynając od burzenia cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie. Czym wzniecono wśród ukraińskiej mniejszości takie fajerwerki nienawiści do Polaków jakich nie widziano od czasów Bohdana Chmielnickiego. Jak wówczas podkreślał w jednym z artykułów Mackiewicz, inicjatorów akcji należałoby postawić przed Trybunałem Stanu. W końcu rządzący nie zdzierżyli krytyki ze strony swego niegdyś cennego sojusznika i z polecenia premiera Sławoja Składkowskiego redaktor trafił do Berezy.

dziennik.pl


W 2019 r. Chiny – według danych China Semiconductor Industry Association – wydały na import półprzewodników 301 mld dol., czyli mniej więcej tyle samo co w 2018 r. W 2020 r., o ile nie stanie się nic, czego do tej pory nie można było przewidzieć, zakupy sięgną podobnej kwoty (po I półroczu import miał wartość 184 mld dol. i był o 12 proc. wyższy niż w 2019 r.). To dużo więcej niż Państwo Środka wydaje na import ropy, który w 2019 r. miał wartość 238 mld dol. Połowa kupowanych przez Chiny półprzewodników jest eksportowana w gotowych produktach, takich jak np.: komputery, smartfony, czy sprzęt do budowy sieci telekomunikacyjnych.

Zakupy chińskich firm to ponad 70 proc. rocznej wartości światowego rynku, która – według danych amerykańskiego Semiconductor Industry Association (SIA) – w 2019 r., po spadku o 12 proc., wyniosła 412 mld dol. World Semiconductor Trade Statistics w czerwcowej, obniżonej z powodu pandemii COVID-19 prognozie, szacuje, że w 2020 r. rynek sięgnie 426 mld dol., a w 2021 r. 452 mld dol. Według SIA w 2019 r. 1/3 światowego rynku półprzewodników przypadała na telekomunikację, a kolejne 29 proc. na komputery.

Zablokowanie możliwości dostaw chipów do Huawei odczują jego azjatyccy dostawcy – TSMC, MediaTek, Novatek Microelectronics czy Realtek Semiconductor. Huawei był ich dużym klientem. TSMC produkował chipy zaprojektowane przez HiSilicon. Trzej pozostali projektowali chipy wykorzystywane przez chińskiego producenta.

Samsung ocenia, że ubytek popytu na wykorzystywane w smartfonach Huawei pamięci zrekompensują wyższe zakupy ze strony innych producentów, którzy przejmą opuszczany przez Chińczyków fragment rynkowego tortu. Dostawy dla Huawei odpowiadają za ok. 6 proc. sprzedaży Samsunga.

Zdaniem analityków SK Hynix, drugi koreański dostawca Huawei, może mieć krótkoterminowy spadek sprzedaży, ale długoterminowo popyt się odbuduje, głównie za sprawą innych chińskich producentów smartfonów. Ze spadkiem sprzedaży musi się też liczyć japoński Sony, który dostarczał Huawei instalowane w smartfonach czujniki obrazu.

Powyższe oczekiwania oparte są na założeniu, że embargo na dostawy skutecznie odetnie Huawei od półprzewodników (a tego nie możemy być pewni). Ponadto jest w nich „ciche” założenie, że nawet po ewentualnej zmianie prezydenta USA nie zmieni się podejście amerykańskiej administracji do chińskiego producenta.

Uzależnienie Huawei od importu półprzewodników wynika ze słabości tej branży w Chinach. Półprzewodniki są tam produkowane (Chiny mają ok. 5 proc. udział w światowym rynku), ale albo z wykorzystaniem amerykańskich technologii (np. państwowa China Electronics jest w stanie projektować chipy o 7 nm litografii i przygotowuje się do wprowadzenia chipów 5 nm,), albo są to podzespoły zdecydowanie mniej wydajne niż te z importu, a tym samym w praktyce nie nadające się do współczesnego sprzętu telekomunikacyjnego. Według chińskich mediów Huawei chciałby przed końcem 2020 r. uruchomić własną produkcję półprzewodników o litografii 45 nm (w kolejnym kroku miałaby ruszyć produkcja chipów 28 nm), ale eksperci sądzą, że w tym terminie to zbyt ambitny cel.

Chińskie władze znają tę słabość i w ramach realizowanej od 2015 r. strategii „Made in China 2025” chcą uruchomić niezależną od Zachodu produkcję. Wspierana przez państwo Tsinghua Unigroup buduje w Wuhan fabrykę pamięci. Wartość inwestycji to 22 mld dolarów. Semiconductor Manufacturing International, największy chiński producent półprzewodników, tegoroczne inwestycje zwiększył do 6,7 mld dolarów. Miliardy dolarów płyną też do chińskich półprzewodnikowych start-upów, które pracują nad własnymi technologiami. Jednak dla Huawei uniezależnienie może przyjść zbyt późno.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 16 listopada 2020


Od lat Górski Karabach jest dla Amerykanów kwestią trzeciorzędną. Kluczowe znaczenie ma przy tym pat polityczny, który skutecznie gasi większą aktywność. W 1992 r., gdy rozgorzała wojna w Górskim Karabachu, w USA zderzyły się dwa wielkie środowiska wpływu. Lobby zbrojeniowe i surowcowe popierały pomysł zacieśnienia kontaktów z Azerbejdżanem. Liczono na ogromne profity z wydobycia azerskiej ropy i sprzedaży uzbrojenia do Baku nieradzącego sobie z ofensywą Erywania. Po drugiej stronie zaktywizowała się diaspora ormiańska, świetnie wykorzystująca swoje kontakty w Kongresie. W efekcie Biały Dom przychylił się do wspierania Azerów, ale Kongres przyjął w 1992 r. 907. poprawkę do Freedom Support Act (kluczowej ustawy dla wspierania ruchów wolnościowych i demokratycznych), która zakazała dozbrajania Azerbejdżanu.

Waszyngton wciąż pozostaje zainteresowany Kaukazem Południowym, lecz w konflikcie karabaskim ma związane ręce. Ponadto prezydent Donald Trump koncentruje się na sprawach, które mogą przynieść mu chwałę i zyski finansowe. Stąd brak nominacji ambasadorskiej dla Andrew Schofera, amerykańskiego chargé d’affaires w Grupie Mińskiej, co symbolizuje, jak nieznaczący dla USA jest to konflikt.

Kłopotliwy jest natomiast dla Izraela. Już w pierwszych dniach walk tamtejszy armeński ambasador Armen Smbatyan został wezwany na konsultacje do kraju. W języku dyplomatycznym to jasny przekaz, tym bardziej znaczący, że ledwie dwa tygodnie wcześniej, w święto Rosz ha-Szana (żydowski nowy rok), inaugurowano otwarcie ambasady Armenii w Tel Awiwie.

Powodem była izraelska broń sprzedawana Baku: tuż przed wybuchem konfliktu i kilka dni po nim azerskie transportowce lądowały w bazie Owda na pustyni Negew po jej odbiór. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Izrael i Azerbejdżan od lat ściśle współpracują według formuły "ropa za broń". Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem w latach 2006–2019 Azerbejdżan zakupił w Izraelu samoloty bezzałogowe, amunicję sterującą i systemy ziemia-powietrze za kwotę 825 mln dolarów. W izraelskich mediach Hikmet Hajiyev, doradca prezydenta Ilhama Alijewa, chwalił się: "Mamy jedną z największych flot bezzałogowców w regionie. Wśród nich także izraelskie maszyny, głównie bojowe, rekonesansu i «kamikadze», które okazały się bardzo skuteczne".

(...)

Niebagatelne znaczenie ma także fakt, że Azerbejdżan jako państwo szyitów (choć świeckie) utrzymywało dobre relacje z diasporą żydowską. Baku już w XIX wieku, jeszcze w ramach imperium rosyjskiego, stało się centrum aktywności syjonistycznej. Wspierała ją słynna żydowska rodzina Rothschildów, do której pod koniec XIX wieku należała jedna z pierwszych kampanii naftowych w Baku.

Azerbejdżan korzysta również ze wsparcia żydowskich organizacji w Stanach Zjednoczonych, które są w stanie równoważyć silne lobby ormiańskie w Waszyngtonie. Ma to kapitalne znaczenie dla kraju, który był poddany przez Kongres USA w 1992 r. sankcjom wykluczającym go z pomocy w ramach programu Freedom Support Act. Otwarte wykorzystanie izraelskich samolotów bezzałogowych postawiło więc Jerozolimę w niezręcznej sytuacji. Dlatego rząd Netanyahu przyjął postawę formalnie neutralną i nie udziela komentarzy w sprawie konfliktu w Górskim Karabachu.

new.org.pl

Głównym powodem bardziej zniuansowanego i wstrzemięźliwego podejścia zarówno samego Kremla, jak i – szerzej – rosyjskiego establishmentu politycznego do amerykańskich wyborów było głębokie rozczarowanie prezydenturą Trumpa, z którą w Moskwie początkowo wiązano duże nadzieje. W 2016 r. jawił się on jako kandydat, który może zrewidować amerykańską politykę wobec Rosji i być skłonny do zawarcia strategicznego porozumienia („wielkiego dealu”), ostatecznie regulującego relacje między Waszyngtonem i Moskwą. Na pozytywną ocenę kandydatury Trumpa wpływały zarówno jego deklaracje o potrzebie poprawy stosunków z Rosją, jak i jego krytyka liberalnego interwencjonizmu, a także zapowiedzi rezygnacji z pomyślanych jako środek konsolidujący Zachód gospodarczych integracyjnych projektów administracji Baracka Obamy (TTIP i TPP). Moskwa oceniała Trumpa jako wygodniejszego interlokutora i ewentualnie partnera ze względu na jego transakcyjne podejście do polityki i brak doświadczenia na arenie międzynarodowej. Nie bez znaczenia była też ideologiczna kompatybilność jego poglądów z konserwatywnym światopoglądem dominującym w rosyjskich elitach.

Dowodem na to, jak poważnie Kreml liczył na zmianę amerykańskiej polityki wobec Rosji, była – bezprecedensowa – rezygnacja Moskwy z rutynowego, symetrycznego odwetu na sankcje nałożone pod koniec grudnia 2016 r. przez ustępującą administrację Obamy (w reakcji na rosyjską ingerencję w kampanię prezydencką). Odstąpienie od retorsji było ze strony Kremla wyraźnym gestem dobrej woli pod adresem przychodzącej administracji Trumpa i miało na celu stworzenie atmosfery sprzyjającej rozpoczęciu przez nią polityki nowego otwarcia wobec Rosji.

Już po upływie kilku miesięcy okazało się jednak, że rosyjskie nadzieje były złudne. Pierwszym nieprzyjemnym zaskoczeniem dla Moskwy była decyzja Trumpa o wykonaniu rakietowego ataku na rosyjskiego sojusznika – syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada – w reakcji na użycie przez niego broni chemicznej na terytorium kontrolowanym przez syryjskich powstańców (kwiecień 2017 r.). I chociaż Trump konsekwentnie unikał krytykowania Rosji i prezydenta Putina, opóźniał i łagodził wdrażanie uchwalanych przez Kongres sankcji oraz powtarzał swoje deklaracje o chęci poprawy relacji z Rosją, to nie przekładało się to w żaden sposób na konkretne ustępstwa i gotowość do wykonania proponowanych przez Moskwę kroków w kierunku normalizacji wzajemnych stosunków. Wręcz odwrotnie, zarówno Kongres, jak i kierowana przez niego administracja podejmowały działania (m.in. wprowadzając dalsze sankcje), które spowodowały dalsze pogorszenie relacji rosyjsko-amerykańskich.

W konsekwencji w przedwyborczych analizach moskiewskich ekspertów bliskich oficjalnym strukturom (Rosyjska Rada Spraw Międzynarodowych, klub dyskusyjny Wałdaj, komentatorzy państwowych stacji telewizyjnych) dominował pogląd, że ponowna wygrana Trumpa nie pociągnie za sobą pozytywnej – z punktu widzenia interesów Rosji – zmiany w polityce Waszyngtonu wobec Moskwy ani nie doprowadzi do normalizacji we wzajemnych stosunkach. Wskazywali oni przy tym na szereg niekorzystnych dla Rosji elementów polityki Trumpa w trakcie jego pierwszej kadencji w Białym Domu. Największe obawy w Moskwie wywołało zwiększenie wydatków USA na obronę oraz podejście do kontroli zbrojeń – wyjście z traktatu INF i gotowość do nieprzedłużana traktatu START III. Obecna generacja rządzących Rosją przyjmuje za aksjomat, że jedną z głównych przyczyn upadku Związku Sowieckiego były nadmierne wydatki na zbrojenia, i dlatego uniknięcie nieograniczonego wyścigu zbrojeń z silniejszymi ekonomicznie Stanami Zjednoczonymi uważają za polityczny priorytet.

Z punktu widzenia Kremla problemem była też gotowość administracji Trumpa do użycia presji ekonomicznej i wojskowej wobec państw, które dla Rosji są albo ważnymi partnerami strategicznymi (Iran), albo politycznymi klientami (Syria, Wenezuela). Ponadto Moskwa przywykła do tego, że polityka USA wobec niej była przewidywalna i „odpowiedzialna” (tzn. przy wszystkich konfliktach z nią zarówno republikańskie, jak i demokratyczne administracje dbały o to, aby jej „nie prowokować” i unikać eskalacji napięć). Kreml sam posługiwał się wobec Waszyngtonu straszakiem eskalacji i kompensował swoją słabość poprzez zaskakujące działania militarne (Gruzja, Ukraina, Syria). Nieprzewidywalność Trumpa oraz jego gotowość do potęgowania konfliktów i podejmowania działań wykraczających poza standardy „liberalnego establishmentu” (wojskowa presja na Koreę Północną, „wojna” celna z Pekinem, zerwanie porozumienia atomowego z Iranem, rozluźnienie ograniczeń na ofensywne działania w cyberprzestrzeni itd.) stawiały Kreml w niewygodnym położeniu.

osw.waw.pl