W Cambridge Analytice stery firmy przejął Bannon – ambitny i zaskakująco wyrafinowany wojownik kulturowy. Według Bannona polityka tożsamościowa amerykańskich Demokratów, skupiająca się na tożsamości etnicznej i rasowej wyborców, była mniej efektywna od polityki tożsamościowej Republikanów, którzy podkreślali, że amerykańska tożsamość wykracza poza kolor skóry, poglądy religijne czy płeć. Biały mężczyzna z osiedla baraków mieszkalnych nie uważa się za członka uprzywilejowanej grupy społecznej, chociaż inni mogą go tak postrzegać z uwagi na kolor jego skóry. Ludzki umysł to kalejdoskop rozmaitych przekonań i poglądów. Misją Bannona stało się znalezienie sposobu na dotarcie do niego z odpowiednio dobranym przekazem.
Podzieliłem się z Bannonem najciekawszym wnioskiem z badań przeprowadzonych przez CA w Stanach Zjednoczonych: wynikało z nich, że wielu Amerykanów ma poczucie, że muszą ukrywać się ze swoją tożsamością – i nie dotyczyło to wyłącznie homoseksualistów. Pierwsze tego rodzaju głosy odnotowaliśmy w wywiadach z uczestnikami grup fokusowych; wyniki tych badań znalazły następnie potwierdzenie w rezultatach badań ilościowych, przeprowadzonych w formie internetowych paneli badawczych. Uczestniczący w nich heteroseksualni biali mężczyźni, zwłaszcza ci nieco starsi, wychowywali się w czasach, w których ogólnie przyjęty system wartości zapewniał im pewne społeczne przywileje. Mogli na przykład pozwalać sobie na niewybredne komentarze pod adresem kobiet lub osób o innym kolorze skóry, ponieważ rasizm czy mizoginia mieściły się w społecznej normie. Jednak w miarę jak normy obowiązujące w amerykańskim społeczeństwie ewoluowały, zakres przywilejów białych heteroseksualnych mężczyzn stopniowo się kurczył, a wiele zachowań, do których przywykli, zaczęło przysparzać im problemów. „Niewinne flirtowanie” z sekretarką mogło skończyć się dla nich utratą pracy; publiczne wygłaszanie uwag na temat zamieszkujących czarne dzielnice „zbirów” mogło narazić ich na ostracyzm ze strony kolegów i znajomych. Wszystko to sprawiało, że czuli się nieswojo i odnosili wrażenie, że zagrożona jest ich tożsamość „normalnych facetów”.
Mężczyźni nieprzyzwyczajeni do powściągania swoich impulsów, języka czy mowy ciała zaczęli się oburzać, że muszą ponosić – niesprawiedliwie w ich mniemaniu – wysiłek mentalny i emocjonalny w celu zmiany swojego publicznego wizerunku i dopasowania go do obowiązujących norm. Szczególnie interesujące wydało mi się podobieństwo pomiędzy dyskursem, jaki wyłonił się w środowisku oburzonych heteroseksualnych mężczyzn, a dyskursem obecnym w środowiskach homoseksualnych, wzywającym do społecznego wyzwolenia gejów. Białym heteroseksualnym mężczyznom zaczęło ciążyć ukrywanie swojej prawdziwej tożsamości; nie podobało im się, że muszą zmieniać to, kim są, żeby uzyskać społeczną akceptację. Chociaż powody ukrywania własnej tożsamości przez homoseksualistów były diametralnie różne od przyczyn ukrywania tożsamości przez rasistów i mizoginów, heteroseksualni biali mężczyźni uważali się za ofiary opresji i dyskryminacji. I byli gotowi wyjść z ukrycia i wrócić do czasów, gdy Ameryka była wspaniała – rzecz jasna wspaniała z ich punktu widzenia. Zwróć uwagę, przekonywałem Bannona, że przesłanie wiecu sympatyków Tea Party jest w gruncie rzeczy takie samo jak przesłanie gejowskiej parady równości: „Nie depcz mnie! Pozwól mi być tym, kim jestem!”. Rozgoryczeni konserwatyści uważali, że nie mogą już być „prawdziwymi mężczyznami”, ponieważ kobiety nie chcą umawiać się z kimś, kto zachowuje się zgodnie z odwiecznymi wzorcami męskich zachowań. Byli wściekli i sfrustrowani koniecznością ukrywania prawdziwego ja w celu spełniania społecznych oczekiwań. Ich zdaniem feminizm wpędził „prawdziwych mężczyzn” do szafy. Czuli się z tego powodu upokorzeni, a Bannon wiedział, że nie ma na świecie potężniejszej siły niż upokorzony mężczyzna. Zamierzał zbadać nastroje panujące wśród białych heteroseksualnych mężczyzn (i wykorzystać je do własnych celów).
Obiektem jego zainteresowania stało się środowisko inceli, o którym zrobiło się głośno mniej więcej w tym samym czasie, w którym powstała Cambridge Analytica. Incele (czyli – jak już wcześniej pisałem – mężczyźni żyjący w mimowolnym celibacie, nazwa pochodzi od angielskiego określenia involuntary celibate) czuli się ignorowani i dyskryminowani przez społeczeństwo – a zwłaszcza przez jego żeńską część – które przestało cenić przeciętnego mężczyznę. Do powstania społeczności inceli, będącej odgałęzieniem nieformalnego ruchu na rzecz praw mężczyzn, przyczynił się wzrost nierówności ekonomicznych, który pozbawił młodych mężczyzn z pokolenia millenialsów szans na dobrze płatne posady, na jakie mogli liczyć ich ojcowie. Oprócz poczucia deprywacji dochodowej istotną rolę w powstaniu środowiska inceli odegrał także fakt, że wizerunek męskiego ciała przedstawiany w mediach, zarówno tych tradycyjnych, jak i społecznościowych, coraz bardziej zbliżał się do nieosiągalnego dla przeciętnego mężczyzny ideału (jednocześnie w mediach oraz w dyskursie publicznym prawie zupełnie nieobecna była kwestia męskich problemów z ciałem – poświęcano im znacznie mniej uwagi niż analogicznym problemom dotyczącym kobiet). Nie bez znaczenia było również przykładanie coraz większej wagi do wyglądu zewnętrznego przez uczestników rynku matrymonialnego, którym do odrzucenia potencjalnego partnera wystarczył coraz częściej rzut oka na jego zdjęcie. Do tego dochodziła rosnąca niezależność finansowa kobiet, mogących sobie pozwolić na większą selektywność w doborze partnerów. Wszystko to sprawiało, że wielu „przeciętnych mężczyzn”, nieposiadających atrakcyjnej aparycji ani wysokich dochodów, spotykało się z odrzuceniem przy kolejnych próbach nawiązania romantycznych relacji z kobietami.
Niektórzy z tych mężczyzn zaczęli gromadzić się na forach internetowych takich jak 4chan, które stały się kopalnią memów, miejscem spotkań wielbicieli dziwacznej fantastyki i niszowej pornografii, a także przestrzenią, w której młodzi ludzie za pomocą kontrkulturowych środków wyrazu dawali upust swojej frustracji, wywołanej egzystencją w coraz bardziej zatomizowanym społeczeństwie. Na początku drugiej dekady XXI wieku na forach zaczęła wzbierać fala nihilistycznego dyskursu; jego uczestnikami byli głównie samotni młodzi mężczyźni, którzy porzucili nadzieję na zmianę swojej sytuacji życiowej. Do opisywania tej sytuacji wypracowali własny język, obejmujący terminy takie jak „samce beta” (czyli mężczyźni o niskim statusie), „samce alfa” (mężczyźni o wysokim statusie), „vocele” (mężczyźni żyjący w dobrowolnym celibacie), „MGTOW” (men going their own way, mężczyźni wybierający własną drogę, czyli stroniący od kobiet), „incele” (mężczyźni żyjący w mimowolnym celibacie) czy „roboty” (incele cierpiący na zespół Aspergera).
Incelom skupiającym się wokół internetowych forów dyskusyjnych brakowało tożsamości, celu i poczucia własnej wartości; chwytali się wszystkiego, co mogło dać im poczucie przynależności i wspólnoty. Wielu inceli zaliczających samych siebie do grupy „samców beta” przekonywało o potrzebie przełknięcia „czarnej pigułki” – uświadomienia sobie i zaakceptowania pewnych obiektywnych ich zdaniem prawd dotyczących pociągu seksualnego i romantycznego. Na ich forach i w grupach dyskusyjnych pojawiały się treści określane mianem suicide fuel (pożywki dla myśli samobójczych), czyli między innymi wzięte z życia przykłady odrzucenia i ostracyzmu ze strony kobiet, które wzmagały w odbiorcach poczucie beznadziei i przekonanie o własnej brzydocie. Gniewna desperacja inceli nierzadko przeradzała się w skraje formy mizoginii.
Wizja relacji damsko-męskich wyłaniająca się z ideologii „czarnej pigułki” była bezwzględna i ponura – kobiety pociągała w mężczyznach wyłącznie ich powierzchowność, a jedną z cech wpływających na pozycję mężczyzny w hierarchii atrakcyjności seksualnej była jego przynależność rasowa. Incele zamieszczali wykresy i wyniki własnych obserwacji, z których wynikało, że biali mężczyźni są w naturalny sposób uprzywilejowani, ponieważ kobiety wszystkich ras gotowe są związać się z białym partnerem; w najgorszym położeniu byli mężczyźni pochodzenia azjatyckiego. W Ameryce mężczyzna otyły, biedny, stary, niepełnosprawny bądź mający inny niż biały kolor skóry trafiał na listę najmniej pożądanych partnerów. Incele nienależący do rasy białej często posługiwali się akronimem JBW – just be white, czyli „wystarczy być białym” – który wyrażał przekonanie o kolorze skóry jako czynniku osłabiającym ich pozycję społeczną. Zaskakująca jednomyślność inceli w uznawaniu uprzywilejowanej pozycji białych mężczyzn była wyrazem bardziej ogólnego i równie powszechnego w tym środowisku przekonania o przyrodzonej wyższości rasy białej, przynajmniej w kontekście strategii doboru seksualnego.
W społeczności inceli krążą liczne memy i żarty, których motywem przewodnim jest bunt przeciw społeczeństwu skazującemu ich na dożywotnią samotność, a także „powstanie samców beta”, którego celem miałoby być wywalczenie powszechnej redystrybucji seksualnej. Za tymi kuriozalnymi żartami kryje się jednak autentyczny gniew wywołany odrzuceniem i wykluczeniem. W przepełnionej poczuciem krzywdy narracji inceli dopatrzyłem się podobieństwa do narracji stosowanej w materiałach propagandowych islamistów – w obu przewijała się naiwno-romantyczna wizja mężczyzn, którzy zrzucają kajdany społecznej opresji i przemieniają się w dzielnych buntowników. Incele czują też perwersyjny podziw dla „zwycięzców” społecznej rywalizacji, takich jak Donald Trump czy Milo Yiannopoulos; pomimo że są oni uosobieniem samca alfa – nastawionego na współzawodnictwo, tłamszącego „samców beta” i obwinianego przez nich za ich niepowodzenia – incele upatrują w Trumpie, Yiannopoulosie i innych „zwycięzcach” liderów, którzy poprowadzą ich do walki o poprawę statusu. Wielu z tych młodych gniewnych chętnie obróciłoby istniejący porządek społeczny w perzynę. Bannon starał się kanalizować ich gniew, wykorzystując do tego portal Breitbart, ale jego ambicje sięgały dalej. Postrzegał środowisko inceli jako bazę potencjalnych rekrutów, którzy mogliby zasilić szeregi jego armii kulturowych wojowników.
Christopher Wylie - Mindfuck