niedziela, 20 grudnia 2020


Substancje zaliczane do grupy tzw. nowiczoków to środki paraliżująco-drgawkowe (neurotoksyny) tzw. czwartej generacji, które należą do najbardziej toksycznych substancji chemicznych na świecie. Jeden gram substancji teoretycznie wystarczy do zabicia kilku tysięcy osób. Rosja, która jest stroną Konwencji o zakazie broni chemicznej (CWC), nie może posiadać żadnych substancji chemicznych do celów bojowych. W 2017 r. ogłosiła, że zakończyła niszczenie arsenałów broni chemicznej z czasów ZSRR, co potwierdziła OPCW, nadzorująca przestrzeganie Konwencji. Rosja jednak nigdy oficjalnie nie przyznała, że w ZSRR prowadzone były prace nad nowiczokami. Dlatego substancje te, chociaż zakazane Konwencją, nie zostały objęte kontrolą organizacji. Dopiero po zamachu w Salisbury lista kontrolowanych substancji została uzupełniona, co może ułatwiać OPCW np. przeprowadzenie inspekcji w Rosji.

Dwukrotne użycie nowiczoka wskazuje, że Rosja albo nie ujawniła całości swojego programu broni chemicznej, albo wznowiła nad nim prace. Nie wiadomo, jakimi ilościami zakazanej substancji bojowej dysponuje. Brak oficjalnych informacji na ten temat stwarza też problem z przypisaniem odpowiedzialności rosyjskim władzom w sytuacji użycia tej broni do zamachów. Mimo to jej wykorzystanie najprawdopodobniej odbywa się za zgodą najwyższych władz Rosji, ponieważ nowiczoki mogą być wyprodukowane jedynie w państwowych laboratoriach. Do takich wniosków doszły np. brytyjskie służby po ataku w Salisbury oraz UE po zamachu na Nawalnego.

Posługując się bronią chemiczną, rosyjskie władze mogą próbować osiągnąć kilka celów jednocześnie – zastraszyć przeciwników politycznych i podważyć stabilność systemu bezpieczeństwa opartego na normach prawa międzynarodowego, wspartego środkami budowy zaufania. Badają też reakcję NATO, UE i USA, aby na tej podstawie podejmować decyzje o kolejnych działaniach wymierzonych w Zachód.

Użycie broni chemicznej na terenie Wielkiej Brytanii w 2018 r. było z formalnego punktu widzenia atakiem przy użyciu broni masowego rażenia na terytorium NATO. Po ataku w Salisbury Sojusz zmniejszył wielkość rosyjskiej misji przy NATO z 30 do 20 osób i wydalił z niej siedmiu dyplomatów. Większość państw Sojuszu także zdecydowała się na wydalenie pracowników rosyjskiego korpusu dyplomatycznego. USA dodatkowo nałożyły na Rosję sankcje gospodarcze i finansowe.

Ponieważ do kolejnego użycia broni chemicznej doszło na terytorium Rosji, można zakładać, że działania podjęte po ataku w Salisbury wpłynęły na rosyjskie kalkulacje. Jednocześnie fakt, że Rosja po raz kolejny użyła substancji bojowej, już po jej wpisaniu przez OPCW na listę kontrolowanych substancji, może być jasnym sygnałem dla Zachodu i NATO. Rosja wskazuje, że dysponuje bronią chemiczną i jest gotowa jej dalej używać, łamiąc prawo międzynarodowe. Gdyby chodziło jedynie o zastraszanie rosyjskiej opozycji, równie skuteczne byłoby przeprowadzenie zamachu innymi metodami.

pism.pl

piątek, 4 grudnia 2020


Ale jeden „instytut” już jest. Jest to Instytut Lecha Kaczyńskiego (zarejestrowany jako fundacja). Mieści się w domu, kostce z lat 60., należącej do Jarosława Kaczyńskiego. Dom ten nazywany jest willą, ale bardziej pasowałoby określenie kanciapa.

Instytut jest nadzwyczaj dziwny. Bez zgody Jarosława Kaczyńskiego i jego ochrony nie można tam nawet wejść, a i granica miedzy Instytutem a prywatnym mieszkaniem Kaczyńskiego jest nader umowna. Nazwa „instytut” sugeruje, że jest to placówka naukowa, ale od dawna nie widać żadnej tego „instytutu” działalności. Właściwie nic się tam nie dzieje.

Naukowości tej instytucji wyraźnie przeczy skład jej władz. Zarząd: Prezes – Barbara Krystyna Czabańska (żona Krzysztofa Czabańskiego) i Barbara Skrzypek (słynna „pani Basia”). Rada Fundacji: Jarosław Aleksander Kaczyński, Krzysztof Czabański i ksiądz Rafał Sawicz. Są to wszystko osoby niemające żadnych kwalifikacji naukowych.

Jedyna rola tego „instytutu” to bycie właścicielem spółki Srebrna i spółki Srebrna Media. Wygląda na to, że ten „instytut” jest typowym „słupem”. Służy do ukrywania tego, że faktycznym właścicielem obu spółek jest Jarosław Kaczyński. Dzięki temu może on nie wykazywać w oświadczeniach majątkowych rzeczywistego olbrzymiego majątku.

I kto tu jest głupi? Jak to kto? Sławomir Nowak. Powinien założyć „instytut mierzenia czasu, jaki został do kolacji” i zapisać na ten „instytut” swój zegarek. I nie byłoby sprawy.
Proste? Proste.

wiadomo.co

czwartek, 3 grudnia 2020


Brad Raffensperger jest sekretarzem stanu Georgii i odpowiada w tym stanie m.in. za przebieg wyborów prezydenckich. Objął to stanowisko dwa lata temu w wyniku wyborów, w których startował jako kandydat Partii Republikańskiej. Jak sam przyznaje, w 2016 r. i w 2020 r. głosował na Trumpa.

Od trzech tygodni Raffensperger i jego rodzina mają osobistą ochronę, bo dostają liczne pogróżki. Jako nadzorujący wybory w stanie, Raffensperger odrzucił wiele próśb i żądań ze strony Białego Domu oraz sojuszników Trumpa o ponowne przeliczenie głosów w taki sposób, by w tym stanie wygrał urzędujący prezydent, a nie — o czym mówią oficjalnie wyniki — jego demokratyczny rywal.

— Nie sądzę, żebym miał jakiś wybór. Moja praca polega na przestrzeganiu prawa i nie pozwolimy sobie na to, żeby ktoś nas przekonał, że jest inaczej — powiedział Raffensperger dziennikarzom “Washington Post”. — Uczciwość i prawość wciąż się u nas liczą.

Stephanos Bibas jest sędzią federalnego sądu apelacyjnego w Pensylwanii, który obejmuje jurysdykcją kilka stanów w tej części USA. Na to jedno z najwyższych w amerykańskim sądownictwie stanowisko został nominowany w 2017 r. przez prezydenta Trumpa. Znany ze swych konserwatywnych przekonań (Bibas jest m.in. diakonem w cerkwi prawosławnej), kandydat na sędziego był ostro zwalczany przez Demokratów w Senacie podczas procesu nominacji i został sędzią tylko dzięki temu, że w izbie wyższej Kongresu USA Republikanie mają większość.

Dwa dni temu Bibas napisał opinię w imieniu trójki sędziów Sądu Apelacyjnego w Filadelfii, którzy odrzucili pozew sztabu Trumpa o zmianę wyników wyborów w tym stanie, także wygranym przez Joe Bidena. “Nazwanie wyborów oszukanymi nie oznacza, że tak właśnie jest. Zarzuty wymagają dowodów. Tutaj nie mamy ani jednego” — napisał sędzia.

onet.pl


Grupy ekstremistów, biali nacjonaliści i zwolennicy teorii spiskowych umieszczają swoje posty na szyfrowanych aplikacjach i internetowych forach dyskusyjnych. Niektórzy z nich deklarują związki z ruchem QAnon, ogłaszającym, że "deep state" czyli "układ" ma działać przeciwko Donaldowi Trumpowi.

Jak wynika z przeprowadzonej przez redakcję POLITICO analizy wielu kanałów w serwisach Telegram i Parler (ten ostatni często wybierają także bardziej mainstreamowi konserwatyści), a także dyskusji na forach 4Chan, promowane są tam wiralowe filmiki o oszustwach wyborczych (na które nie ma żadnych dowodów), wzywa się zwolenników do sięgania po broń w obronie Trumpa i umieszcza antysemickie i rasistowskie obelgi w stosunku do urzędników komisji wyborczych.

Takie dyskusje toczą się na tych alternatywnych platformach szczególnie intensywnie od czasu wyborów z 3 listopada, tworząc bezpieczną przystań dla tych, którzy dopatrują się oszustw wyborczych – i domagają się konkretnych działań w świecie rzeczywistym.

Te fora stały się miejscem skoordynowanych kampanii dezinformacji skierowanych do głównych sieci społecznościowych, a także skarbnicą różnego rodzaju ekstremalnych treści, niegdyś umieszczanych na Facebooku, Twitterze czy YouTube, później jednak usuwanych z tych serwisów.

(...)

Wiele z tych forów – między innymi kanały w serwisie Telegram prowadzone przez różnego rodzaju bojówki, w tym skrajnie prawicową organizację Proud Boys – zyskało znaczną liczbę nowych członków w ciągu ostatnich 18 miesięcy, odkąd Facebook, Twitter i YouTube zaczęły aktywnie usuwać grupy ekstremistyczne ze swoich platform.

Jednak po wyborach z 3 listopada takie kanały w serwisie Telegram odnotowały wręcz powódź nowych członków – 40 kanałów analizowanych przez POLITICO zyskało w tym czasie 20-procentowy wzrost liczby obserwujących.

Zarówno na Telegramie, jak i 4Chan liczba wpisów w stosunku do okresu przed wyborami wzrosła pięciokrotnie i prawie wszystkie traktowały o rzekomych oszustwach wyborczych. MeWe, kolejny alternatywny serwis społecznościowy preferowany przez skrajną prawicę, w ostatnim tygodniu również stał się jedną z najczęściej pobieranych aplikacji.

To zjawisko to część większego odpływu ludzi z największych serwisów do różnego rodzaju platform oferujących znacznie mniej (jeśli w ogóle) ograniczeń w kwestii zamieszczanych treści.

onet.pl

wtorek, 17 listopada 2020


„Dnia 23 marca 1939 roku zostałem aresztowany i osadzony w Berezie za – jak to głosił doręczony mi nakaz – «systematyczną krytykę rządu, za pomocą sztucznie dobieranych argumentów i podrywanie zaufania narodowego do Naczelnego Wodza»” – wspominał Stanisław Cat-Mackiewicz. Zamknięcie w obozie odosobnienia jednego z najgłośniejszych publicystów międzywojnia, sprawiło, że niemal cała opinia publiczna wpadła w wielki stupor.

Nie stało się tak dlatego, że redaktor wileńskiego „Słowa” cieszył się wielką popularnością, a jego artykuły, eseje i książki przyciągały liczne rzesze czytelników. Wszyscy byli niepomiernie zdziwieni, bo Mackiewicz nadal kojarzył się im z obozem władzy. Zresztą on sam przez lata nie ukrywał swego uwielbienia do osoby Józefa Piłsudskiego. Poza tym sanacja sporo zawdzięczała redaktorowi. Zaraz po zamachu majowym, dzięki osobistym kontaktom wileńskiego konserwatysty, udało się zorganizować spotkanie Marszałka z przedstawicielami środowisk ziemiańskich na zamku Radziwiłłów w Nieświeżu. Zaledwie kilkanaście lat wcześniej w oczach polskiej arystokracji Komendant jawił się jako śmiertelny wróg. Nie dość, że „czerwony” terrorysta, to jeszcze bandyta, napadający na pociągi. Ta wrogość nieco osłabła po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, jednak dopiero Nieśwież zaowocował wieloletnim sojuszem byłego lidera PPS z konserwatystami.

Ten polityczny alians Cat-Mackiewicz wspierał swym znakomitym piórem oraz w Sejmie, będąc dwie kadencje posłem sanacyjnego BBWR. Przełknął pacyfikację opozycji jesienią 1930 r. i bezprawne osadzenie jej liderów w brzeskiej twierdzy. Choć bliski mu światopoglądowo Stanisław Stroński pisał wówczas: „Zarząd państwowy stał się nie narzędziem prawa, lecz narzędziem bezprawia. Pojęcie służby państwu zastąpione zostało pojęciem służby obozowi rządzącemu”. Przymknął oczy na to, że rządzący potem krajem w imieniu Piłsudskiego młodzi „pułkownicy” stworzyli wszechogarniającą sitwę, która zagarnęła dla siebie niemal wszystkie najwyższe urzędy państwowe. Natomiast niższe stanowiska przekazała krewnym i znajomym. Kiedy z powodu wieku i choroby Marszałek coraz wyżej cenił sobie osoby ślepo posłuszne, pozbywając się zbyt samodzielnych i niezależnych Mackiewicz jedynie z tego powodu ubolewał. „Piłsudski rozstaje się z tymi swoimi współpracownikami, którzy byli najinteligentniejsi, a więc rezonują: Matuszewski, Zaleski. Piłsudskiemu wygodny jest Beck, który z biciem serca wchodzi do pokoju i boi się nawet zadać Komendantowi pytanie” – notował redaktor „Słowa”.

Swą cichą akceptację dla gnicia sanacji tłumaczył politycznym pragmatyzmem oraz troską o państwo. Nie widział bowiem nikogo lepszego do rządzenia w ciężkich czasach Polską. Ale pod koniec lat 30. nawet jemu zaczęło się ulewać. Następcy Piłsudskiego nie dość, że prowadzili krótkowzroczną politykę, na dokładkę okraszali ją mnóstwem bezmyślnych pociągnięć. Mackiewicz miał dość mocarstwowej propagandy ukrywającej przed społeczeństwem fatalne położenie Polski. Czemu dawał wyraz w kolejnych artykułach. Sceptycznie oceniał zdolności bojowe armii oraz sens powszechnie organizowanych zbiórek funduszy na jej dozbrojenie. Przestał akceptować obsadzanie najwyższych stanowisk osobami zupełnie pozbawionymi kompetencji, na czele z ministrem spraw wojskowych gen. Tadeuszem Kasprzyckim.

Wreszcie definitywnie zerwał z sanacją, gdy ta zainicjowała akcję „rekatolizacji Kresów”, zaczynając od burzenia cerkwi prawosławnych na Lubelszczyźnie. Czym wzniecono wśród ukraińskiej mniejszości takie fajerwerki nienawiści do Polaków jakich nie widziano od czasów Bohdana Chmielnickiego. Jak wówczas podkreślał w jednym z artykułów Mackiewicz, inicjatorów akcji należałoby postawić przed Trybunałem Stanu. W końcu rządzący nie zdzierżyli krytyki ze strony swego niegdyś cennego sojusznika i z polecenia premiera Sławoja Składkowskiego redaktor trafił do Berezy.

dziennik.pl


W 2019 r. Chiny – według danych China Semiconductor Industry Association – wydały na import półprzewodników 301 mld dol., czyli mniej więcej tyle samo co w 2018 r. W 2020 r., o ile nie stanie się nic, czego do tej pory nie można było przewidzieć, zakupy sięgną podobnej kwoty (po I półroczu import miał wartość 184 mld dol. i był o 12 proc. wyższy niż w 2019 r.). To dużo więcej niż Państwo Środka wydaje na import ropy, który w 2019 r. miał wartość 238 mld dol. Połowa kupowanych przez Chiny półprzewodników jest eksportowana w gotowych produktach, takich jak np.: komputery, smartfony, czy sprzęt do budowy sieci telekomunikacyjnych.

Zakupy chińskich firm to ponad 70 proc. rocznej wartości światowego rynku, która – według danych amerykańskiego Semiconductor Industry Association (SIA) – w 2019 r., po spadku o 12 proc., wyniosła 412 mld dol. World Semiconductor Trade Statistics w czerwcowej, obniżonej z powodu pandemii COVID-19 prognozie, szacuje, że w 2020 r. rynek sięgnie 426 mld dol., a w 2021 r. 452 mld dol. Według SIA w 2019 r. 1/3 światowego rynku półprzewodników przypadała na telekomunikację, a kolejne 29 proc. na komputery.

Zablokowanie możliwości dostaw chipów do Huawei odczują jego azjatyccy dostawcy – TSMC, MediaTek, Novatek Microelectronics czy Realtek Semiconductor. Huawei był ich dużym klientem. TSMC produkował chipy zaprojektowane przez HiSilicon. Trzej pozostali projektowali chipy wykorzystywane przez chińskiego producenta.

Samsung ocenia, że ubytek popytu na wykorzystywane w smartfonach Huawei pamięci zrekompensują wyższe zakupy ze strony innych producentów, którzy przejmą opuszczany przez Chińczyków fragment rynkowego tortu. Dostawy dla Huawei odpowiadają za ok. 6 proc. sprzedaży Samsunga.

Zdaniem analityków SK Hynix, drugi koreański dostawca Huawei, może mieć krótkoterminowy spadek sprzedaży, ale długoterminowo popyt się odbuduje, głównie za sprawą innych chińskich producentów smartfonów. Ze spadkiem sprzedaży musi się też liczyć japoński Sony, który dostarczał Huawei instalowane w smartfonach czujniki obrazu.

Powyższe oczekiwania oparte są na założeniu, że embargo na dostawy skutecznie odetnie Huawei od półprzewodników (a tego nie możemy być pewni). Ponadto jest w nich „ciche” założenie, że nawet po ewentualnej zmianie prezydenta USA nie zmieni się podejście amerykańskiej administracji do chińskiego producenta.

Uzależnienie Huawei od importu półprzewodników wynika ze słabości tej branży w Chinach. Półprzewodniki są tam produkowane (Chiny mają ok. 5 proc. udział w światowym rynku), ale albo z wykorzystaniem amerykańskich technologii (np. państwowa China Electronics jest w stanie projektować chipy o 7 nm litografii i przygotowuje się do wprowadzenia chipów 5 nm,), albo są to podzespoły zdecydowanie mniej wydajne niż te z importu, a tym samym w praktyce nie nadające się do współczesnego sprzętu telekomunikacyjnego. Według chińskich mediów Huawei chciałby przed końcem 2020 r. uruchomić własną produkcję półprzewodników o litografii 45 nm (w kolejnym kroku miałaby ruszyć produkcja chipów 28 nm), ale eksperci sądzą, że w tym terminie to zbyt ambitny cel.

Chińskie władze znają tę słabość i w ramach realizowanej od 2015 r. strategii „Made in China 2025” chcą uruchomić niezależną od Zachodu produkcję. Wspierana przez państwo Tsinghua Unigroup buduje w Wuhan fabrykę pamięci. Wartość inwestycji to 22 mld dolarów. Semiconductor Manufacturing International, największy chiński producent półprzewodników, tegoroczne inwestycje zwiększył do 6,7 mld dolarów. Miliardy dolarów płyną też do chińskich półprzewodnikowych start-upów, które pracują nad własnymi technologiami. Jednak dla Huawei uniezależnienie może przyjść zbyt późno.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 16 listopada 2020


Od lat Górski Karabach jest dla Amerykanów kwestią trzeciorzędną. Kluczowe znaczenie ma przy tym pat polityczny, który skutecznie gasi większą aktywność. W 1992 r., gdy rozgorzała wojna w Górskim Karabachu, w USA zderzyły się dwa wielkie środowiska wpływu. Lobby zbrojeniowe i surowcowe popierały pomysł zacieśnienia kontaktów z Azerbejdżanem. Liczono na ogromne profity z wydobycia azerskiej ropy i sprzedaży uzbrojenia do Baku nieradzącego sobie z ofensywą Erywania. Po drugiej stronie zaktywizowała się diaspora ormiańska, świetnie wykorzystująca swoje kontakty w Kongresie. W efekcie Biały Dom przychylił się do wspierania Azerów, ale Kongres przyjął w 1992 r. 907. poprawkę do Freedom Support Act (kluczowej ustawy dla wspierania ruchów wolnościowych i demokratycznych), która zakazała dozbrajania Azerbejdżanu.

Waszyngton wciąż pozostaje zainteresowany Kaukazem Południowym, lecz w konflikcie karabaskim ma związane ręce. Ponadto prezydent Donald Trump koncentruje się na sprawach, które mogą przynieść mu chwałę i zyski finansowe. Stąd brak nominacji ambasadorskiej dla Andrew Schofera, amerykańskiego chargé d’affaires w Grupie Mińskiej, co symbolizuje, jak nieznaczący dla USA jest to konflikt.

Kłopotliwy jest natomiast dla Izraela. Już w pierwszych dniach walk tamtejszy armeński ambasador Armen Smbatyan został wezwany na konsultacje do kraju. W języku dyplomatycznym to jasny przekaz, tym bardziej znaczący, że ledwie dwa tygodnie wcześniej, w święto Rosz ha-Szana (żydowski nowy rok), inaugurowano otwarcie ambasady Armenii w Tel Awiwie.

Powodem była izraelska broń sprzedawana Baku: tuż przed wybuchem konfliktu i kilka dni po nim azerskie transportowce lądowały w bazie Owda na pustyni Negew po jej odbiór. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Izrael i Azerbejdżan od lat ściśle współpracują według formuły "ropa za broń". Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem w latach 2006–2019 Azerbejdżan zakupił w Izraelu samoloty bezzałogowe, amunicję sterującą i systemy ziemia-powietrze za kwotę 825 mln dolarów. W izraelskich mediach Hikmet Hajiyev, doradca prezydenta Ilhama Alijewa, chwalił się: "Mamy jedną z największych flot bezzałogowców w regionie. Wśród nich także izraelskie maszyny, głównie bojowe, rekonesansu i «kamikadze», które okazały się bardzo skuteczne".

(...)

Niebagatelne znaczenie ma także fakt, że Azerbejdżan jako państwo szyitów (choć świeckie) utrzymywało dobre relacje z diasporą żydowską. Baku już w XIX wieku, jeszcze w ramach imperium rosyjskiego, stało się centrum aktywności syjonistycznej. Wspierała ją słynna żydowska rodzina Rothschildów, do której pod koniec XIX wieku należała jedna z pierwszych kampanii naftowych w Baku.

Azerbejdżan korzysta również ze wsparcia żydowskich organizacji w Stanach Zjednoczonych, które są w stanie równoważyć silne lobby ormiańskie w Waszyngtonie. Ma to kapitalne znaczenie dla kraju, który był poddany przez Kongres USA w 1992 r. sankcjom wykluczającym go z pomocy w ramach programu Freedom Support Act. Otwarte wykorzystanie izraelskich samolotów bezzałogowych postawiło więc Jerozolimę w niezręcznej sytuacji. Dlatego rząd Netanyahu przyjął postawę formalnie neutralną i nie udziela komentarzy w sprawie konfliktu w Górskim Karabachu.

new.org.pl

Głównym powodem bardziej zniuansowanego i wstrzemięźliwego podejścia zarówno samego Kremla, jak i – szerzej – rosyjskiego establishmentu politycznego do amerykańskich wyborów było głębokie rozczarowanie prezydenturą Trumpa, z którą w Moskwie początkowo wiązano duże nadzieje. W 2016 r. jawił się on jako kandydat, który może zrewidować amerykańską politykę wobec Rosji i być skłonny do zawarcia strategicznego porozumienia („wielkiego dealu”), ostatecznie regulującego relacje między Waszyngtonem i Moskwą. Na pozytywną ocenę kandydatury Trumpa wpływały zarówno jego deklaracje o potrzebie poprawy stosunków z Rosją, jak i jego krytyka liberalnego interwencjonizmu, a także zapowiedzi rezygnacji z pomyślanych jako środek konsolidujący Zachód gospodarczych integracyjnych projektów administracji Baracka Obamy (TTIP i TPP). Moskwa oceniała Trumpa jako wygodniejszego interlokutora i ewentualnie partnera ze względu na jego transakcyjne podejście do polityki i brak doświadczenia na arenie międzynarodowej. Nie bez znaczenia była też ideologiczna kompatybilność jego poglądów z konserwatywnym światopoglądem dominującym w rosyjskich elitach.

Dowodem na to, jak poważnie Kreml liczył na zmianę amerykańskiej polityki wobec Rosji, była – bezprecedensowa – rezygnacja Moskwy z rutynowego, symetrycznego odwetu na sankcje nałożone pod koniec grudnia 2016 r. przez ustępującą administrację Obamy (w reakcji na rosyjską ingerencję w kampanię prezydencką). Odstąpienie od retorsji było ze strony Kremla wyraźnym gestem dobrej woli pod adresem przychodzącej administracji Trumpa i miało na celu stworzenie atmosfery sprzyjającej rozpoczęciu przez nią polityki nowego otwarcia wobec Rosji.

Już po upływie kilku miesięcy okazało się jednak, że rosyjskie nadzieje były złudne. Pierwszym nieprzyjemnym zaskoczeniem dla Moskwy była decyzja Trumpa o wykonaniu rakietowego ataku na rosyjskiego sojusznika – syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada – w reakcji na użycie przez niego broni chemicznej na terytorium kontrolowanym przez syryjskich powstańców (kwiecień 2017 r.). I chociaż Trump konsekwentnie unikał krytykowania Rosji i prezydenta Putina, opóźniał i łagodził wdrażanie uchwalanych przez Kongres sankcji oraz powtarzał swoje deklaracje o chęci poprawy relacji z Rosją, to nie przekładało się to w żaden sposób na konkretne ustępstwa i gotowość do wykonania proponowanych przez Moskwę kroków w kierunku normalizacji wzajemnych stosunków. Wręcz odwrotnie, zarówno Kongres, jak i kierowana przez niego administracja podejmowały działania (m.in. wprowadzając dalsze sankcje), które spowodowały dalsze pogorszenie relacji rosyjsko-amerykańskich.

W konsekwencji w przedwyborczych analizach moskiewskich ekspertów bliskich oficjalnym strukturom (Rosyjska Rada Spraw Międzynarodowych, klub dyskusyjny Wałdaj, komentatorzy państwowych stacji telewizyjnych) dominował pogląd, że ponowna wygrana Trumpa nie pociągnie za sobą pozytywnej – z punktu widzenia interesów Rosji – zmiany w polityce Waszyngtonu wobec Moskwy ani nie doprowadzi do normalizacji we wzajemnych stosunkach. Wskazywali oni przy tym na szereg niekorzystnych dla Rosji elementów polityki Trumpa w trakcie jego pierwszej kadencji w Białym Domu. Największe obawy w Moskwie wywołało zwiększenie wydatków USA na obronę oraz podejście do kontroli zbrojeń – wyjście z traktatu INF i gotowość do nieprzedłużana traktatu START III. Obecna generacja rządzących Rosją przyjmuje za aksjomat, że jedną z głównych przyczyn upadku Związku Sowieckiego były nadmierne wydatki na zbrojenia, i dlatego uniknięcie nieograniczonego wyścigu zbrojeń z silniejszymi ekonomicznie Stanami Zjednoczonymi uważają za polityczny priorytet.

Z punktu widzenia Kremla problemem była też gotowość administracji Trumpa do użycia presji ekonomicznej i wojskowej wobec państw, które dla Rosji są albo ważnymi partnerami strategicznymi (Iran), albo politycznymi klientami (Syria, Wenezuela). Ponadto Moskwa przywykła do tego, że polityka USA wobec niej była przewidywalna i „odpowiedzialna” (tzn. przy wszystkich konfliktach z nią zarówno republikańskie, jak i demokratyczne administracje dbały o to, aby jej „nie prowokować” i unikać eskalacji napięć). Kreml sam posługiwał się wobec Waszyngtonu straszakiem eskalacji i kompensował swoją słabość poprzez zaskakujące działania militarne (Gruzja, Ukraina, Syria). Nieprzewidywalność Trumpa oraz jego gotowość do potęgowania konfliktów i podejmowania działań wykraczających poza standardy „liberalnego establishmentu” (wojskowa presja na Koreę Północną, „wojna” celna z Pekinem, zerwanie porozumienia atomowego z Iranem, rozluźnienie ograniczeń na ofensywne działania w cyberprzestrzeni itd.) stawiały Kreml w niewygodnym położeniu.

osw.waw.pl

poniedziałek, 9 listopada 2020


Dziewięciu obecnych i byłych urzędników powiedziało nam, że dyrektor CIA Gina Haspel stała się niezwykle ostrożna, jeśli chodzi o wybór informacji związanych z Rosją, które mają trafić na biurko prezydenta Donalda Trumpa. Haspel bacznie przygląda się również słynnemu Domowi Rosyjskiemu, czyli grupie analityków CIA ds. Rosji, z którymi często się nie zgadza, a czasem wręcz uważa, że celowo wprowadzają ją w błąd.

W ub.r. Haspel zleciła szefowej departamentu prawnego CIA Courtney Elwood, by przejrzała praktycznie każdy dokument pochodzący z Domu Rosyjskiego. Jeden z byłych prawników CIA określił to jako wydarzenie bez precedensu.

Cztery osoby stwierdziły nam, że doprowadziło to do zmniejszenia liczby informacji o Rosji, które docierają z CIA do Białego Domu. Nie jest jednak jasne, czy dzieje się tak, bo Elwood zablokowała ten przepływ informacji, czy też rozczarowani analitycy CIA po prostu produkują mniej analiz.

Obecni i byli urzędnicy powiedzieli nam, że prezydent pozostaje niezwykle wrażliwy na temat rosyjskiej ingerencji w amerykańską kampanię wyborczą — do tego stopnia, że jego doradcy wahają się przed poruszeniem tego tematu w rozmowach z nim. Zalewie w ostatni czwartek Trump zaatakował na Twitterze dyrektora FBI za to, że ten zeznał w Kongresie, że Moskwa stara się "zasiać podziały i niezgodę" oraz "oczerniać wiceprezydenta Bidena" w celu wywarcia wpływu na kampanię wyborczą.

(...)

Praca służby wywiadu jest procesem dwukierunkowym: urzędnicy prezydenckiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA (NSC) i inni czytelnicy raportów wywiadu regularnie wysyłają pytania do służb, a CIA i inne służby wywiadowcze starają się udzielić na nie odpowiedzi. Jednak w ciągu ostatnich kilku lat stale zmienia się grupa osób odpowiadających w NSC za sprawy rosyjskie: Ryan Tully jest piątą osobą na stanowisku dyrektora NSC ds. Rosji. Wcześniej tę funkcję pełnili Fiona Hill i Tim Morrison. Oboje zeznawali w procesie impeachmentu Trumpa. Joe Wang, który był zastępcą dyrektora NSC ds. Rosji i Europy, przeniósł się w lecie br. do Departamentu Stanu USA.

— Cała ta rotacja była trudna dla rządu USA — mówi wysokiej rangi urzędnik — ponieważ potrzebujemy kogoś, kto będzie w spójny sposób prowadzić politykę wobec Rosji. I dodaje: – A tak wszystko wygląda, jakby Rosja nie była priorytetem dla Białego Domu.

onet.pl


Dla Rosji konflikt o Górski Karabach przyniesie profity, kiedy w odpowiednim momencie to Moskwa wpłynie na jego zakończenie i wejdzie w rolę rozjemcy. Oraz osłabi wpływy Turcji, a także Zachodu. Moskwa i Ankara traktują bowiem wojnę na Zakaukaziu jako kolejny, obok Syrii i Libii, zastępczy konflikt o strefy wpływów w ważnym dla obu państw regionie. Jednocześnie Rosja nie może stracić strategicznego sojusznika, jakim jest Armenia. To tam Rosjanie mają bazę wojskową, sprzedają broń i mają ogromne wpływy. Ani ważnego partnera i, również odbiorcę uzbrojenia, jakim jest Azerbejdżan.

Dlatego rosyjska propaganda w mediach podzieliła się. Rosyjskie media skierowane do Rosjan i za granicę (jak np. RT) przyjęły dość stonowane stanowisko, z lekką sympatią wobec Armenii. Raczej starają się wyjaśnić, że nowa odsłona wojny to sprawka pogrążającego się w szaleństwie Recepa Erdogana.

Z kolei medialne wersje Sputnika pogrążają się w propagandowej schizofrenii.

Sputnik, wersja dla Armenii (po ormiańsku) grzmi w nagłówkach: „prowadzimy wojnę nie z Baku, a z Ankarą”! Albo: „Ankara i Baku nie zrezygnowały z planów zlikwidowania ludności ormiańskiej w Górskim Karabachu”. Są galerie zdjęć z wstępujących do wojska, młodych Ormian na ulicach Erywania, albo galerie zdjęć z frontu „ku pokrzepieniu serc”: artylerzyści w trakcie ostrzału azerbejdżańskich pozycji, lub żołnierze wyjeżdżający do Karabachu.

Rzut oka na wersję strony sputnika dla Azerbejdżanu, po azersku. Tytuły krzyczą: „odzyskamy naszą ziemię, zestrzelenie Su-25 to fantazja przeciwnika, armia Azerbejdżanu zlikwidowała cały pułk zmotoryzowany przeciwnika!”

Paranoja? Ależ skąd.

Zarządzający rosyjskimi mediami skierowanymi za granicę nie mają wcale rozdwojenia jaźni. Po prostu realizują rosyjską politykę.

belsat.eu


28 sierpnia drugi sekretarz Komitetu Centralnego KPZR Michaił Susłow, minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko, szef KGB Jurij Andropow, minister obrony Dmitrij Ustinow i sekretarz KC Konstantin Czernienko przesłali do Komitetu Centralnego notę sprawozdawczą i projekt uchwały o sytuacji w Polsce. Dokument głosił, że „ruch strajkowy nabiera charakteru narodowego”, w związku z czym Ministerstwo Obrony wydaje rozkaz postawienia w pełnej gotowości bojowej na godz. 18.00 w dniu 29 sierpnia trzech dywizji pancernych i jednej zmechanizowanej – „w razie potrzeby okazania PRL pomocy wojskowej”.

"– W przypadku dalszego pogarszania się sytuacji w Polsce, konieczne będzie podwyższenie stanu dywizji w Bałtyckim, Białoruskim i Karpackim Okręgu Wojskowym do gotowości bojowej, a jeśli główne siły Wojska Polskiego przejdą na stronę sił kontrrewolucyjnych, koniecznym będzie zwiększenie zgrupowania naszych wojsk o 5-7 kolejnych dywizji. W takim przypadku, konieczne będzie powołanie do wojska ogółem 108 tysięcy osób oraz 15 tysięcy pojazdów cywilnych przedsiębiorstw."

(...)

6 września Edwarda Gierka na stanowisku pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego PZPR zastąpił Stanisław Kania, ale on też nie do końca odpowiadał Moskwie. 2 kwietnia 1981 r. na posiedzeniu biura politycznego głos zabrał sekretarz generalny Komitetu Centralnego KPZR Leonid Breżniew:

"– Najgorsze jest to, że nasi przyjaciele słuchają, zgadzają się z naszymi zaleceniami, ale nie robią praktycznie nic. A kontrrewolucja nadchodzi ze wszystkich stron. Towarzysz Kania przyznał, że działają spokojnie, a to należało robić zdecydowanie. Powiedziałem mu: „Ile razy przekonywaliśmy cię do podjęcia zdecydowanych działań? Nie możesz poddać się <<Solidarności>>. Ciągle mówisz o pokojowej drodze, nie rozumiejąc ani nie chcąc zrozumieć, że ta pokojowa droga, którą podążasz, może doprowadzić cię do rozlewu krwi."

Na tym samym spotkaniu sowieckiego Biura Politycznego dyskutowano o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce i o konieczności przekonania do niego polskich przywódców – premiera Wojciecha Jaruzelskiego, który „zupełnie skisł”, oraz przewodniczącego partii Kanię, który „zaczął ostatnio coraz więcej pić”. 23 kwietnia Politbiuro zdecydowało:

"– Biorąc pod uwagę niezwykle trudną sytuację gospodarczą w Polsce, należy w dalszym ciągu udzielać wszelkiej możliwej pomocy, jednocześnie tak bardzo, jak to możliwe, intensyfikując propagandę na ten temat, aby każdy Polak wiedział, jak bardzo kraj jest uzależniony od pomocy i wsparcia ze strony Związku Radzieckiego."

Postanowiło również wymienić się partyjnymi pracownikami i działaczami różnych organizacji partyjnych, takich jak Komitet Kobiet Radzieckich, czy też wysłać do Polski grupę pracowników państwowej Telewizji i Radia ZSRR „na konsultacje w sprawie radzieckiej radiofonii i telewizji w Polsce”. Redakcjom gazet „Prawda”, „Izwiestia” i „Trud” nakazano wydelegować do Polski grupy publicystów na okres do 10 dni, „w celu przygotowania materiałów, w tym ujawnienia działalności sił antysocjalistycznych”.

18 października na czele PZPR stanął generał Jaruzelski. Następnego dnia w rozmowie telefonicznej z „szanownym i drogim Leonidem Iljiczem” złożył raport ze swoich planów i podziękował Breżniewowi za zaufanie, obiecując, że poprosi go o radę i poinformuje o podjętych decyzjach. Powiedział: „Podejmiemy szerokie działania włączenia wojska do wszystkich dziedzin życia w kraju”. 12 grudnia wprowadził w Polsce stan wojenny, a przywódców „Solidarności” rozkazał aresztować i umieścić w ośrodkach internowania. Stan wojenny trwał do 22 lipca 1983 roku, a całemu temu okresowi towarzyszyły demonstracje i aresztowania działaczy „Solidarności”. Zginęło ponad sto osób. Opozycyjny związek zawodowy nie został jednak całkowicie pokonany i przeniósł się do podziemia.

belsat.eu